Walka o małżenstwo - do orędowników

01.08.06, 11:50
Wiele osób pisze, że najłatwiej odejść, wziąć rozwód zamiast walczyc o
małżeństwo i pracować nad związkiem.
Więc proszę o odpowiedź - JAK?
Mnie ta "praca" kojarzy się z wielogodzinnymi rozmowami, które męczą, czasem
ranią i z których tak naprawdę nic nie wynika. Bo właściwie trzeba byłoby
powiedzieć "nie kocham Cię, jestem z Tobą...nie wiem dlaczego, z wielu powodów
ale na pewno nie z miłości". Czy po takich słowach wypowiedzianych przez jedno
z małżonków nadal widzicie sens w walce?
To akurat z mojego podwórka, ale obserwuję parę która przechodzi kryzys.
Właściwie powinnam napisać "rozstaje się" ale to nie oddaje do końca stanu w
jakim się znajdują. On nie kocha ona twierdzi że tak. Standardowa sytuacja -
dopiero kiedy zaczął unikać seksu zauważyła, że się oddalił. A oddalał się od
lat. Płacz nad rozlanym mlekiem, nagle zaczęło jej zależeć. Nie ukrywam, że ją
oceniam surowiej, pewnie dlatego, że jestem kobietą a nie rozumiem wielu jej
zachowań. Mniejsza o to. Chodzi mi o to, że ona akurat "walczy". Z tym, że dla
mnie jej zachowanie to raczej poniżanie się. Może to mocne słowo, ale chyba
niestety trafne. Facet mówi jej, że nie jest dla niego atrakcyjna, że jej nie
kocha od lat. A ona co robi? Próbuje go uwieść. I wpada w histerię kiedy on
odmawia. Grozi odejściem, nawet samobójstwem (!) a potem nic nie robi. /No
akurat jeśli chodzi o samobójstwo to dobrze/ Prowadzą te niekończące się
rozmowy, w trakcie których ona próbuje wymusić na nim jakieś wyznanie, jakąś
deklarację... Nie dostaje tego czego chce, jest raniona a następnego dnia znów
zaczyna o tym samym...

Gdzie leżą granice? Gdzie zaczyna się walka z wiatrakami? Kiedy już nie warto
walczyć według Was?
Dla mnie taką granicą są słowa "nie kocham Cię". Jak widać, nie dla wszystkich.
    • maheda Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 11:58
      Tak, dla mnie też tą granicą jest "nie kocham Cię".
      Bo o cóż tu walczyć? sad
    • misbaskerwill Re: to nie takie proste... 01.08.06, 12:07
      > Dla mnie taką granicą są słowa "nie kocham Cię". Jak widać, nie dla wszystkich.
      >
      Taaak.... A co, jak sa wypowiedziane w gniewie? Jesli ten, ktory tak mowi, robi
      to tylko zeby zranic, "odwdzieczyc sie" malzonkowi za doznana krzywde, a nie by
      wszystko zerwac?

      Dla niektorych taka granica nie jest nawet wieloletni romans partnera,
      oklamywanie prosto w oczy, itp... Nawet cudze dziecko (choc dla sadu wystarczy,
      nawet jak strona niewinna dalej chce grzeznac w takim "zwiazku").
      I to chyba dobrze, bo pewnie znacznie dluzej czekalbym na rozwodsmile

      Gdybym wiedzial, w jakie szambo pakuje sie, probujac rozwiesc sie "polubownie" z
      zona, ktora mnie oklamywala (i ciagle oklamuje), gdybym przypuszczal ze oprocz
      prob wyniszczenia finansowego bedzie chciala ze mnie zrobic porywacza i
      osobowosc agresywna... pewnie tez zastanawialbym sie znacznie dluzejsmile
      Chociaz...takie siedzenie pod miotla i czekanie az mnie zarzna tez raczej nie
      byloby szczytem inteligencjismile
      Dla mnie zasady sa proste - albo sie kocha, albo sie oszukuje i niszczy. Do tego
      dopisuje nowa zasade (niedawno "odkryta" na wlasnej skorze) - kto "bardzo"
      oszukal raz, bedzie oszukiwal dalej, we wszystkich sferach zycia...no, chyba ze
      to ja tak zle trafilemsad((
      • flig Re: to nie takie proste... 01.08.06, 12:25
        Misiu nie chodzi mi absolutnie o słowa wypowiedziane w gniewie.
        Raczej o sytuację, kiedy jedna osoba próbuje w miarę uczciwie rozwiązać sytuację
        ale zostaje przygwożdżona słowami "nie dajesz szansy, nie walczysz". Cięko jest
        komuś odbierać nadzieję sad
        I potem się zaczyna - płacze, te nieszczęsne "rozmowy" kiedy stajemy się coraz
        bardziej nieszczerzy.

        Staram się postawić w sytuacji takiej osoby, która kocha aż po grób. Dla niej
        pewnie to po prostu niewyobrażalne, że można przestać. W końcu każdy sądzi po sobie.

        • misbaskerwill Re: to nie takie proste... 01.08.06, 12:32
          > ale zostaje przygwożdżona słowami "nie dajesz szansy, nie walczysz". Cięko jest
          > komuś odbierać nadzieję sad

          Taaa... Też słyszałem te słowa.
          Szczytem humanitaryzmu jest w takiej sytuacji jak najszybsze odebranie
          nadziei... zeby każdy mógł zacząć żyć swoim życiem. Im dłużej się to ciągnie,
          tym bardziej to boli.
          O ile, oczywiście, sami jesteśmy tego pewnismile
    • 13monique_n Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 12:19
      Jesli po latach oddalania sie (osz, troche spozniony refleks z tym seksem),
      slyszy sie, albo mowi "nie kocham Cie", to juz wiadomo, ze dalsza walka jest
      rezygnacja z godnosci, rezygnacja z siebie. I nic juz z tego nie bedzie, bo
      partner nie moze kochac kogos, kogo nie szanuje, a jak ma szanowac, kiedy my
      sami sie nie szanujemy? I co proponujemy upokarzajac sie? Siebie bez kregoslupa?
      Siebie meczennika/meczennice? O Jezu.... koszmar. Zatrzymac kogos na litosc to
      jedno, a definicja naprawde "uratowanego malzenstwa" to chyba (moim zdaniem NA
      PEWNO), cos zupelnie innego.
      • flig Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 12:29
        Ale właśnie co to jest "uratowane małżeństwo"?
        Kiedy ktoś zdradził i przyznał się, przeprosił, powołał się na pomroczność jasną?
        Albo ona i on budzą się rano i przy porannej kawie stwierdzają, że coś się psuje
        i trzeba naprawiać?

        Czy z reguły nie jest tak, że jednej osobie coś nie leży a druga nie za bardzo
        kontaktuje o co chodzi? Dobrze wtedy, jeśli chodzi o coś konkretnego, gorzej
        jeśli o tzw. całokształt...
        • phokara Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 12:39
          Mozna walczyc o malzenstwo. Mozna walczyc o zwiazek. O milosc - nie. Bo jej sie nie da
          'wywalczyc'. Nie da sie jej nawet wyzebrac, co akurat w przypadku 'malzenstwa' udaje sie
          czesto jednej ze stron. I tak ratujac malzenstwo dobija sie siebie, a raczej partnera. Na zasadzie
          - operacja sie udala tylko pacjent zmarl.
          Jestem za szansa dla ratowania uczucia. Sklejanie skorupki, w ktorej nie ma jajka, wydaje mi
          sie abstrakcja. Ale dosc czesto wystepujaca w przyrodzie.
          • flig Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 12:44
            Phokara może ja głupia jestem, ale co może być do sklejania jeśli jest uczucie?
            Dla mnie to wtedy zwykłe tarcia małżeńskie, do przeżycia.
            Pewnie mam wąskie horyzonty sad
            • phokara Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 12:50
              To nie jest kwestia horyzontow, tylko doswiadczen.
              Moze byc i uczucie z obu stron i potrzaskane zycie malzenskie. Zapewniam Cie, ze to sie
              zdarza. To moj przypadek wiec jakby wypowiadam sie za siebie.
              I powiem wiecej - o ile jest SENS ratowac uczucie o tyle GWARANCJI powodzenia - nie ma.
              I tyle.
          • berek_76 Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 13:05
            > Mozna walczyc o malzenstwo. Mozna walczyc o zwiazek. O milosc - nie. Bo jej sie
            > nie da
            > 'wywalczyc'

            Pho, podpisuję się pod Tobą w całej rozciągłości.

            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
          • mirlen Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 13:38
            Podpisuję się jedną i drugą ręką pod słowami phokary.
            Miłość to nie jest uczucie, które możemy wywalczyć. Żadne łzy, szantaże,
            prośby, największe nawet starania nie reanimują uczucia, które już nie żyje.
            Albo które zmieniło wcielenie i w tej chwili jest uczuciem do pani x.
            Ja próbowałam. Chociaż "nie wiem czy cię kocham" i "nie kocham cie" słyszałam
            na zmianę z zapewnieniami o miłości. W pewnym momencie tama została przerwana.
            I zamiast toczyć bezsensowną walkę o uratowanie miłości, zaczęłam walczyć o
            ratowanie swojej godności, poczucia wartości i równowagi psychicznej.
            Jajko bez skorupki nie jest mi potrzebne.
        • majeczka2310 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 12:51
          Jesli całokształt nie pasuje, to chyba nie ma sensu dalej ciągnąć na siłę
          małżeństwa. Denerwuje źle postawiony kubek, plama na stole, rzucone
          skarpetki... Uważam, że w małżeństwie kiedyś kończy się miłość bezwzględna a to
          co potem, to świadczy nie tylko o sile tego co łączy dwoje ludzi ale też o sile
          ich charakterów, poglądów, tradycji. Jesli pozostaje przywiązanie, przyjaźń,
          zaufanie, te same cele, to ok. Natomiast jeśli odkrywa się, że to co zostało to
          frustracja, rozczarowanie i brak zaufania, to to już jest toksyczny związek,
          który tak czy inaczej się rozpadnie. I nie ma takich mocnych żeby to skleić.
          Pozostaje wtedy kwestia czy zrobić to wcześniej czy później, ale tu mogą
          działać inne kwestie, np. finansowe, dzieci, mieszkanie. Ludzie czasami tkwią
          ze sobą z różnych względów.
        • 13monique_n Uratowac malzenstwo... 01.08.06, 13:56
          ... to chyba, tak mi sie wydaje, zauwazyc w pore, ze sie od siebie oddalamy.
          Zaczac rozmowe i uslyszec, ze ten drugi czlowiek tez to zauwazyl, ale wciaz
          jeszcze jest wiele dobrego, co mozna ozywic. I wejsc na wyzszy poziom zwiazku.
          Oczywiscie, zle sie wyrazilam, bo uratowac malzenstwo, to dla mnie uratowac wiez
          i bliskosc z drugim czlowiekiem.
      • flig Co do seksu 01.08.06, 12:40
        To dla mnie trochę śmieszne jest akurat.
        Nie pierwszy raz to widzę - mały temperament jednej ze stron, niechęć do
        zbliżeń, partner musi się długo naprosić, musi zostać spełnionych milion
        warunków /typu prysznic, obejrzany serial, zgaszone światło itp/. Ale niech ta
        druga osoba w końcu stwierdzi, że już nie chce... Ooo, wtedy budzi się lwica
        /lub lew/!
    • nangaparbat3 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 12:58
      1. jestem absolutna przeciwniczka kiszenia się w złym zwiazku latami, byle
      tylko uratować malżeństwo (najczęściej dla dobra dzieci, ktore tez już ledwo
      żyją).
      2. Uważam, ze jesli sie kogoś kocha, to trzeba tez uszanowac jego uczucia -
      takze i to, ze on już nas przestal kochać, albo ze chce byc z kims innym, etc.
      3. Małżenstwo nie musi opierać sie na milości (w ogole nie do końca wiadomo, co
      mamy na mysli mowiac "milość"), moze na przyjaźni, wzajemnej lojalnosci i
      zyczliwości. Przywiazaniu. Fascynacja inna osobą nie musi tego zniszczyć.
      4. Byłabym najdalsza od osądzania osob, ktore walczą. Nie podoba mi sie, Flig,
      to co piszesz - mam fantazję, ze jesteś "tą trzecią" w związku, o ktorym
      piszesz.
      • flig Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 13:23
        > Byłabym najdalsza od osądzania osob, ktore walczą. Nie podoba mi sie, Flig,
        > to co piszesz - mam fantazję, ze jesteś "tą trzecią" w związku, o ktorym
        > piszesz.

        Ładnie to nazwałaś, "fantazja". I bardzo trafnie.

        Może Ci się nie podobać moje podejście do sprawy, tak jak mnie drażni błaganie o
        oczucie.
        • phokara Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 13:37
          Ale wlasciwie to dlaczego Cie drazni?
          Jesli nie jestes w zaden sposob zaangazowana w temat watku, to odpusc innym ludziom ich
          zycie a sama zyj tak, zeby Cie Twoje wlasne nie draznilo. Proste. I nie trzeba do tego watku
          ankieteryjnego na forum.
          • flig Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 13:51
            Wątek absolutnie nie jest ankieteryjny. Mam coś podobnego w domu, może tylko
            mniej histerycznie. I nie rozumiem, za cholerę nie rozumiem po co mu to.

    • sinsi Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 13:48
      flig napisała:


      > ranią i z których tak naprawdę nic nie wynika. Bo właściwie trzeba byłoby
      > powiedzieć "nie kocham Cię, jestem z Tobą...nie wiem dlaczego, z wielu powodów
      > ale na pewno nie z miłości". Czy po takich słowach wypowiedzianych przez jedno
      > z małżonków nadal widzicie sens w walce?

      hmm.. więc po co z nią jest?

      > On nie kocha ona twierdzi że tak. Standardowa sytuacja -
      > dopiero kiedy zaczął unikać seksu zauważyła, że się oddalił. A oddalał się od
      > lat.

      a powiedział jej o tym te "lata temu"??

      >Płacz nad rozlanym mlekiem, nagle zaczęło jej zależeć. Nie ukrywam, że ją
      > oceniam surowiej, pewnie dlatego, że jestem kobietą a nie rozumiem wielu jej
      > zachowań.

      a byłaś kiedy żoną od której odchodzi facet bo po latach sobie przypomniał, że
      jednak jej nie kocha?


      >Mniejsza o to. Chodzi mi o to, że ona akurat "walczy". Z tym, że dla
      > mnie jej zachowanie to raczej poniżanie się. Może to mocne słowo, ale chyba
      > niestety trafne. Facet mówi jej, że nie jest dla niego atrakcyjna, że jej nie
      > kocha od lat. A ona co robi? Próbuje go uwieść. I wpada w histerię kiedy on
      > odmawia. Grozi odejściem,(...)


      ?????
      mam rozumieć, ze facet po tych słowach nie odszedl??
      nagle oznajmil zonie "juz cie od dawna nie kocham, nie podobasz mi sie, mam cie
      dość, nie chce cię" ...i nadal siedzi z nią w jednym mieszkaniu,dzień w dzień,
      we wspolnym gospodarstwie jak od lat, a jedynie nie ma ochoty z nią iść do łożka
      (bo zapewne seks ma juz u innej i się spełnia) i prowadzi z żoną długie dysputy
      które mają potwierdzić, że faktycznie jej juz nie kocha.. ?? .
      to co to za przeproszeniemmmm za facet...i czego on oczekuje? że żona powie,
      "misiaczku, ja cie kocham, więc to ja się wyprowadze, i zejde ci na zawsze z
      oczu, żebyś w spokoju mógł tu przyprowadzic i kochać inną"...

      i pytanie dodatkowe do Flig: a kim ty jesteś dla tej pary?





      • flig Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 14:10
        Facet nie odszedł. Nie wiem dlaczego, znam tylko JEJ relacje. W związku z tym że
        miałam /a właściwie mam nadal/ podobne doświadczenia, tylko z drugiej strony
        barykady.

        Od razu uprzedzę pytania - ona wie, że posłużyłam się jej historią. Ma to w nosie.
        • phokara Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 14:16
          Wiec czemu Ty nie odeszlas, skoro tak Cie drazni takie zachowanie? Jakie motywy kierowaly
          czy raczej kieruja Toba?
          • sinsi Re: Walka o ma?z˙enstwo - do ore˛downików 01.08.06, 14:28
            ano właśnie, Flig??
        • sinsi Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 14:24
          wiec jesli facet nie odszedł to nie jest mu z nia najwyraźniej az tak źle.
          ich prawo rozegrać to między sobą.
          a jesli nie podoba ci sie to co ona robi, to pokaż jej to z tej "drugiej strony"
          a jesli ją niezbyt lubisz albo nie wysłuchuj jej zwierzen.
          • kruszynka301 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 14:39
            facet nie odchodzi (przynajmniej z mojego doświadczenia) bo to dla niego
            idealny układ: żona w domu,a kochanka w kawalerce.....
            Bo później kochanka zmienia się w żonę, no i przestaje być kochanką....
            Jeślibym nie kazała wybierać i nie postawiła sprawy na ostrzu noża, pewnie do
            tej pory by chodził do kochankiwink)).
            • sinsi Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 14:45
              samo zycie smile

              ale pytanie do autorki wątku, dlaczego nie odchodzi ona -kobieta? przecież
              podobno nie kocha...
              • flig Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 15:10
                Ona-kobieta odpowiada.
                Kiedy miałam tyle sił i odwagi, żeby odejść zostałam głupio - z litości.
                Teraz odwaga gdzieś uleciała, sił mniej wskutek różnych zawirowań, jakoś tak się
                "uklepało" i trwa - ekonomia, przyzwyczajenie... Co nie znaczy że jest dobrze,
                ja na męża miejscu kopnęłabym się w tyłek.
                • sinsi Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 15:21
                  ech...
                  ja na twoim miejscu zrobiłabym porządek w swoim ogrodku
                  a nie cudzym.
                  pomysl o tym. zawsze mozesz poprosic męża żeby cie "kopnął w tyłek" jak to
                  radzisz kolezance...
                • misbaskerwill Re: ????????????? 01.08.06, 15:23
                  > "uklepało" i trwa - ekonomia, przyzwyczajenie... Co nie znaczy że jest dobrze,
                  > ja na męża miejscu kopnęłabym się w tyłek.

                  Chyba nie dosłyszałem...
                  Kto kogo kopnął? Ty męża, Mąż Siebie, Mąż Ciebie, ta trzecia tego czwartego???
                  W każdym razie przyznaje medal za tekst miesiącasmile))
                  • sinsi Re: ????????????? 01.08.06, 15:26
                    już tłumaczę:
                    ona jakby kochała męża a on jej nie- to by go kopnęła w tyłek.
                    ale w związku z tym, ze to mąż ją kocha a ona jego nie, to małżeństwo sobie trwa
                    i trwa... bo wiecie, finanse, przyzwyczajenie... ale to bardzo męczące jest.
                    • f.l.y Re: ????????????? 01.08.06, 15:36
                      odeszłam od męża po 13 latach małżeństwa i nie dlatego, że kogoś miał, czy ja
                      kogoś miałam...

                      wypaliło się między nami, tzn ja tak uważam, bo on twierdził, że był ze mną
                      szczęśliwy....
                      ja się dusiłam, brakowało mi wspólnych celów, oparcia, rozmów....
                      czy w imię tego miałam trwać w tym związku?

                      owszem, były rozmowy, prośba do niego, żeby coś próbować ratować...
                      nie wiem gdzie była granica, moment kiedy zdecydowałam się odejść?
                      poczułam ją....

                      chyba każdy odchodzący kiedyś to jakoś poczuje, że to ten moment...

                      nie żałuję...
                      odzyskałam siebie i radość z życia....

                      czy warto walczyć o małżeństwo?
                      warto...
                      ale przede wszystkim nie kosztem siebie....
                      i nie w imię dobra dzieci...
                      bo to pozornie bardzo błędne myślenie....
                      • sinsi Re: ????????????? 01.08.06, 15:46
                        właśnie, każdy musi poczuc swoją granice...

                        Flig nie wyznaczyła jej w swoim małżenstwie, tkwi w czyms co ja nie zadawala, a
                        chce wyznaczac innym... dosc dziwne podejscie.
                        • nangaparbat3 Re: ????????????? 01.08.06, 15:49
                          Flig przed wszystkim kręci - ja juz sie kompletnie pogubilam, czy jest zoną,
                          czy meżem, czy przyjaciołką żony, czy diabli wiedzą kim. zazwyczaj nie
                          przeszkadza mi, ze ktos sobie tworzy wirtualne osobowosci, ale wolalabym, zeby
                          jedna przypadała na jeden wątek.
                          • sinsi Re: ????????????? 01.08.06, 15:56
                            dokładnie smile
                            • phokara Re: ????????????? 01.08.06, 16:22
                              No ja tez sie kompletnie pogubilam.
                              O co chodzi w tej historii... ona go zostawia po 13 latach bo sie wypalilo i jednoczesnie nie moze
                              scierpiec walki meza o zwiazek. Ale czyjego meza i o czyj zwiazek, to pozostaje tajemnica.
                              Tym glebsza i ciemniejsza, ze ma przyjaciolke, ktora histerycznie walczy o uczucia meza, ktory
                              mowi, ze juz jej nie kocha. Tej swojej zony, a jej przyjaciolki, znaczy. Sama Fly jest 'po drugiej
                              stronie barykady' czyli na logike wynika, ze jest zona meza, ktory walczy o zwiazek, choc ona
                              go nie kocha. Nie wiem tylko, ktory to maz. Bo moze nie ten pierwszy, od ktorego odeszla tylko
                              jakis nastepny. Moze to tez przez przypadek maz tej kolezanki ale tego sie pewnie nie
                              dowiemy. Doprawdy wystepowanie na swiecie w tylu wcieleniach rodzi wiele dylematow i
                              szczerze wspolczuje autorce. Tez bym byla zagubiona.
                              • phokara Re: ????????????? 01.08.06, 16:24
                                Z tego pogubienia pomylily mi sie jeszcze dwie panie, za co przepraszam, ale to jakos
                                specjalnie nie rozjasnia mi ogladu sytuacji.
    • 1234ola Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 17:01
      tak zgadzam sie calkowicie tez kiedys przestalam kogos kochac wypalilo sie i
      juz wtedy on nie mial zadnych szans gdy ktos sie poniza blaga histeryzuje
      wzbudza litosc i to jedyne uczucie ktore wtedy bylo we mnie odeszlam bez zalu
    • sonrisa3 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 18:57
      Samo "nie kocham Cię" nie byłoby dla mnie granicą. Ważny byłby dalszy ciąg.
      Jeśli brzmiałby - "ale szanuję Cię, lubię, jest mi z Tobą mimo wszystko
      dobrze." wtedy widziałabym sens dalszego bycia razem.
      Gdybym jednak usłyszała "Nie kocham Cię, chcę odejść, nie chcę dłużej z tobą
      być" to ... o co tu walczyć?
    • der1974 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 22:41
      Nie warto walczyć kiedy wchodzi się w strefę niszczenia siebie samego. Kiedy
      czujesz, że się zatracasz. Że przestałeś żyć własnym życiem. Moja żona
      powiedziała mi że mnie nie kocha ale to nie była granica. To było wcześniej.
      Nie wiem, gdzie była granica, może wtedy kiedy pojechałem sam w góry i poczułem
      się szczęśliwy sam ze sobą? Może wtedy. Bo już wiedziałem, że nie wolno się
      uzależnić od nikogo. Że miłość nie ma być oddaniem siebie w niewolę. Ani
      zniewalaniem nikogo.

      Eeeee w ogóle co to za pytanie? Walczyć o związek - to źle brzmi. To znaczy że
      na siłę chcesz kogoś zatrzymać? Zmusić go do bycia z Tobą? Że niby ma Cię
      zaakceptować i już? niby w imię czego? A kto jej/jemu zabroni odejść? No niby
      kto???? Nikt.

      Już wiem, zrozumiałem, że nie warto się starać dalej o moje małżeństwo w dniu
      kiedy sobie uświadomiłem, że moja żona jest wolnym człowiekiem, który ma prawo
      żyć jak chce. I może być ze mną ale nie musi. I doskonale pamiętam ten moment!
      Teraz mi się wszystko wyświetliło. I nie chciała być ze mną. I OK. I to było
      ponad 3 miesiące temu. Kurcze, nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie do
      dzisiaj - kiedy zrozumiałem?????? I teraz już wiem.
      • nangaparbat3 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 01.08.06, 22:59
        Przeczytalam Twoj post i wyswietlilo mi się:
        jakiś rok zanim mąż powiedział, ze chce odejść. Zdarzały się konflikty, chwile
        napięć, ale nie w glowie mi bylo rozstanie.
        Wyszliśmy z psem na wieczorny spacer. Rozmawialiśmy. Nie pamietam, o czym. Ale
        nagle pomyślalam: on oczekuje, że bedę jak jego matka.
        I następna myśl: to byłaby śmierć. Nigdy.

        Teraz mi sie wydaje, ze to był ten moment, choc swiadomie na pewno nie myślalam
        o rozstaniu, a kiedy maż powiedzial, że chce odejść, co najmniej przez rok
        walczyłam.
        Ale rzeczywista decyzja zapadla chyba na tamtym spacerze.
    • diinna Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 02.08.06, 06:56
      A więc czy warto zakładac zwiazek ?? przecież namietna milosc tez ma kres???
      Zaczynajasei porblemy , dzicie.. I nie wsyztsko jest tak jak wymazyliśmy.
      Przezywam chwile zwatpienia , pytania czy to to.. Wydaje sie ze nie - ze od z
      tamta osoba było by inaczej , łatwiej , przyjemniej...
      A wiec pewnie ja baerdziej kochamy -...

      Każda rzecz która jest wspaniała wymaga pracy .. Zwiazek tez - i praca obojga
      nad związkiem to jest ta walka. Bo to jest praca obojga nad związkiem i sobAsmile

      Jesłi nie warto - to nie warto wogóle czegokolwiek zaczynac.
      A stwoerdzenie miłośc wygasał - cóz jest łatwym usprawiedliweiniem. Ale miłosc
      to coś wiecej ni - przyjemne uczucia - to równiez odpowiedzialnośc za innych
      ludzi
    • verita75 Re: Walka o małżenstwo - no właśnie 02.08.06, 09:03
      Ja mam teraz właśnie dylemat. Czy i jak walczyć. Niby zgodziłam się na to by
      próbować. Postawiłam warunki. Niektóre on sam sobie postawił. Wie, że nawalił.
      Najważniejsze, że poszedł do psychologa, chce nad sobą pracować. Myślę, że sam
      nie może uwierzyć w to co zrobił i stąd ten psycholog.
      Ale... ja mam ciągle w głowie jedno. To że zdradził. I że pewnie zdradzi znowu -
      bo takie panuje wszędzie przekonanie. Jak próbować gdy ciągle coś takiego
      krzyczy w mojej głowie. Chciałabym uwierzyć, że niekoniecznie, że to nie zawsze
      tak musi być.
      Sama nie wiem jak to przejść. Jakoś próbuję sobie to poukładać. I ciężko jest.
      No i na czym ta walka ma właściwie polegać. Na jego pracy nad sobą ok. Ale poza
      tym? Udawać, że jest normalnie i próbować nie wracać do tematu (jak na razie
      dla mnie raczej niewykonalne). Czy wprost przeciwnie - gadać i gadać (tu dla
      niego niewykonalne).
      Aha, u nas nigdy nie padły słowa, że się nie kochamy. Miłość była zawsze. Plus
      bzykanko innej.
      • z_mazur Co wy tak z tą zdradą 02.08.06, 09:12
        Jesssuuu ludzie co wy wszyscy z tym "jak zdradził raz, to zdradzi kolejny"???
        Gdzie to jest powiedziane??? To jakiś niepodwazalny dogmat???
        Analogicznie, jeśli ktoś zrobił coś złego to zawsze będzie to robił.
        A gdzie wiara w człowieka i jego umiejętność pracy nad sobą.
        Nie cierpię takich uproszczeń.
        Jasne, jak ktoś coś robi 5, 10 razy to rozumiem, że można z dużym
        prawdopodobieństwem myśleć o recydywie, ale po jednym razie??????
        W takim razie po cholerę wyroki w zawieszeniu, to przecież tez dawanie ludziom
        szansy? Myślicie, że nikt z niej nie korzysta?
        • kruszynka301 Re: Co wy tak z tą zdradą 02.08.06, 09:34
          wyroki w zawieszeniu są raczej z powodu przepełnionych więzień....

          napiszę tak: za bardzo myślę o sobie i potrafię być sama, żeby ryzykować i
          przez całe życie bać się, czy ponownie zdradzi, czy nie. Nie wyobrażam sobie
          czekać do 5-ego czy 10-ego razu.
          Trzeba się szanować.
          zresztą, tak samo mysli moja połówka (też był zdradzony raz, to wystarczyło,
          żeby zakończył związek).
          • z_mazur Re: Co wy tak z tą zdradą 02.08.06, 09:49
            Oczywiście każdy ma prawo do wyboru czy dawać szansę czy nie.
            Nie oceniam tego.
            Chodzi mi o to, że często gdy ktoś jest jednak zdecydowany dać tą szansę, to od
            razu pada od kogoś życzliwego "jak zdradził raz to zdradzi i kolejny". Jakby to
            była jakaś bezwzględnie obowiązująca zasada. A przypuszczam że tych co
            zdradzili kolejne razy i tych co już więcej nie zdradzili jest porównywalna
            ilość.

            Co do wyroku w zawieszeniu to nie zgadzam się, że to kwestia przepełnienia
            więzień. Wyrok jest zawieszany jeśli sąd uzna, że warto winnemu "dać szansę" na
            udowodnienie, że jego przestępstwo to był jednorazowy nieprzemyślany czyn.
            • f.l.y Re: sprostowanie :) 02.08.06, 09:58
              nie łączcie mojej osoby proszę z autorką wątku smile
              ani nią nie jestem, ani jej nie znam....a phokara jak zrozumiałam (może błędnie
              myślę) połączyła obie sprawy....


              co do mojego postu, to opisałam swoja historię, która wydarzyła się 6 lat temu -
              dzisiaj mąż już nie walczy o związek...pogodził się z moim wyborem...
              żyjemy od 6ciu lat osobno...

              w tym roku zakończymy to formalnie, bo do tej pory żadnemu z nas nie było to
              potrzebne...ale najwyższa pora uregulować ten stan formalnie...
        • verita75 Re: Co wy tak z tą zdradą 02.08.06, 09:47
          smile
          W zasadzie to nigdy nie stosowałam w życiu takich uproszczeń. I gdyby to
          dotyczyło innej osoby niż ja to miałabym takie zdanie jak ty. Zresztą w gębi
          duszy mam, bo próbuję, inaczej nie byłoby mowy o żadnej szansie. Na razie więc
          mamy wyrok w zawieszeniu smile
          Ale ciężko jest gdy właśnie wokół pełno takich ugólnień. Może złe forum czytam,
          ale cóż, Was właśnie lubię (tu trochę wazeliniarstwa). A w sumie to ta
          ostrożność i zdrowy dystans mogą być jakąś podwaliną nowych, lepszych zasad. O
          ile ię uda.
          Coż pewnie muszę poczekać, dać czas czasowi.
    • ralphie Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 02.08.06, 10:03
      Witam,

      Od jakiegoś czasu obserwuje to forum szukając odpowiedzi na pytanie, odejść, czy próbować dalej? Dwa miesiace temu postanowiłem jednak zakończyć związek, bo wygasło we mnie coś co przysłaniało oczy na wady małżonki. Wygasło dawno ale wciąż były nadzieje mimo rozmów, prób, kłótni bez efektu. W końcu ostateczna decyzja, odchodzę. Wyprowadziłem się.
      Szloch, płacz, lament, prośby, groźby... jak mniemam standardzik. Twierdziła, że otworzyła oczy na swoje zachowanie, jaka była w stosunku do mnie, dzieci, rodziny, znajomych, itd. Wiary jednak brakło, a mimo to daliśmy sobie ostatnią szansę, mimo słów jakie w tym czasie padły, włącznie z "nie kocham Cię" oraz "mi na Tobie zależy... a mi już nie". Gdzie zatem ta granica? Nie można jednoznacznie odpowiedzieć i określić, w którym momencie można jeszcze walczyć, a w którym dać sobie spokój. Co jednak spowodowało, że postanowiłem ostatni raz spróbować? Nie słowa, a czyny. Rzeczywiście zmieniła swoje podejście. Gra, udaje? Może... jeśli jest to udawanie to nie na dłuższą metę i w końcu wyjdzie szydło z worka. Nie można nie być sobą, udawać przez całe życie.
      Cała ta sytuacja z odejściem również w jakiś sposób pomaga naprawiać. Pada wiele słów, wiele się wyjaśnia, poznaje się zarzuty obustronne. A na spokojnie zweryfikować można, gdzie leży wina. Owszem walka nie jest łatwa ale próbować muszą dwie strony lub przynajmniej jedna nie może iść w zaparte. Jakby nie było to budowanie związku prawie od początku. Jednej stronie zależy bardzo, a druga jest w najlepszym przypadku obojętna. Ale przynajmniej, gdy walka przeradza się w walkę z wiatrakami jest jasność co do granicy.
      Ze swojej strony, jako tej obojętnej mogę jedynie dodać, że wyeliminowanie przyczyny słów "nie kocham Cię" lub przynajmniej mały krok naprzód ku temu, niweluje "smutek" wynikły z decyzji o pozostaniu...

      Pozdrawiam serdecznie...
    • kasiar74 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 02.08.06, 10:10
      wydaje mi się że ta granica jest inna dla każdego człowieka, jedni będą
      próbowali schodzić się rozchoidzić po 5 razy, inni od razu przy pierwszych
      trudnościach dadza sobie spokój
      najwaznijesze żeby nie zatracić siebie, jeśli ktoś potrafi wybaczyć zdradę i
      wierzy że można odbudować związek to nie oceniajmy go, to jest jego
      indywidulana sprawa i rozwiązanie, jesli ktoś nie jest w stanie żyć z takim
      obciazeniem to lepije dla niego jak się rozejdzie. najlepiej żeby każdy
      wsłuchał się w sibie i wybrał najlepsze rozwiązanie dla niego i jego rodziny.
    • scriptus ...do orędowników, czyli do mnie ?? 02.08.06, 12:24
      Ja jakoś nie potrafię zaprzestać walki przed totalną klęską. Chociaż nawet
      mnóstwo rozumnych ludzi radzi mi, że powinienem. A co do "nie kocham cię" mam
      ciągle jeden rozwalający argument, słyszałem to już kilka razy, jak i
      następujące po tym "kocham cię". Nie trzeba wierzyć kobiecie we wszystko, co mówi.
      • z_mazur Re: ...do orędowników, czyli do mnie ?? 02.08.06, 12:47
        Dokładnie Scriptus. Ja też usłyszałem, że jak kobieta mówi "nie" to
        znaczy "może" a jak mówi "może" tzn "tak".
        big_grin

        Ale nie wiem ile w tym prawdy.
        • julka1800 Re: ...do orędowników, czyli do mnie ?? 02.08.06, 14:25
          Kurczę ! Chłopaki !

          rozgryźliście kawał kobieciej mentalności !

          smile))

          Gratulacje smile
      • misbaskerwill Re: Scri...:) 02.08.06, 12:56
        Scri!
        Najwazniejsze, ze kochasz zone i dzieci...
        Dla nich (dzieci zwlaszcza) warto walczyc... Zreszta, jak kobieta NAPRAWDE
        zechce rozwodu, to go uzyska bw problemu... Zlozy pozew, udowodni bez trudu w
        polskim sadzie, ze jestes facetem (czyli zlem wcielonym), zabierze dzieci i co
        trzeba i kropka.
        A rozwod moze byc totalna kleska zywiolowa, zwlaszcza rozwod z malzonka, co
        "zywemu nie odpusci" (o czym sie juz zdazylem przekonac, mimo ze do 1 rozprawy
        prawie 2 miesiace)...
        Zreszta przypomnij sobie, co mówią o cyklonach...
        [Dlaczego cyklony mają żeńskie imiona? Bo najpierw jest wilgotno i gorąco a
        potem zabierają domy i samochody]

        I zapewniam Was - tu nie ma nic do rzeczy wyksztalcenie czy poziom
        inteligencji... tu chyba wychodzi po prostu, czy czlowiek jest dobry (czyli
        frajer), czy cwaniak, co najpierw zawini, a potem zabierze nawet co nie swoje i
        jeszcze opluje na dowidzenia...
    • der1974 Re: Walka o małżenstwo - do orędowników 02.08.06, 22:51
      I znowu jak czytam to czuję taki bezsens słów "walczyć o małżeństwo". Byłem
      orędownikiem, ale już nie jestem. Nienawidzę tego sformułowania.
      Trzeba umieć stanąć wobec prawdy, wobec suchych faktów i jakoś porzucić emocje.
      Jak je porzucić - nie wiem.
      I wówczas się łatwo odpowiada na pytanie czy warto się starać dać najwyższą
      jakość na jaką Cię stać, czy nie dawać już nic, bo Ta osoba nie jest tego
      warta.
      I tyle.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja