flig
01.08.06, 11:50
Wiele osób pisze, że najłatwiej odejść, wziąć rozwód zamiast walczyc o
małżeństwo i pracować nad związkiem.
Więc proszę o odpowiedź - JAK?
Mnie ta "praca" kojarzy się z wielogodzinnymi rozmowami, które męczą, czasem
ranią i z których tak naprawdę nic nie wynika. Bo właściwie trzeba byłoby
powiedzieć "nie kocham Cię, jestem z Tobą...nie wiem dlaczego, z wielu powodów
ale na pewno nie z miłości". Czy po takich słowach wypowiedzianych przez jedno
z małżonków nadal widzicie sens w walce?
To akurat z mojego podwórka, ale obserwuję parę która przechodzi kryzys.
Właściwie powinnam napisać "rozstaje się" ale to nie oddaje do końca stanu w
jakim się znajdują. On nie kocha ona twierdzi że tak. Standardowa sytuacja -
dopiero kiedy zaczął unikać seksu zauważyła, że się oddalił. A oddalał się od
lat. Płacz nad rozlanym mlekiem, nagle zaczęło jej zależeć. Nie ukrywam, że ją
oceniam surowiej, pewnie dlatego, że jestem kobietą a nie rozumiem wielu jej
zachowań. Mniejsza o to. Chodzi mi o to, że ona akurat "walczy". Z tym, że dla
mnie jej zachowanie to raczej poniżanie się. Może to mocne słowo, ale chyba
niestety trafne. Facet mówi jej, że nie jest dla niego atrakcyjna, że jej nie
kocha od lat. A ona co robi? Próbuje go uwieść. I wpada w histerię kiedy on
odmawia. Grozi odejściem, nawet samobójstwem (!) a potem nic nie robi. /No
akurat jeśli chodzi o samobójstwo to dobrze/ Prowadzą te niekończące się
rozmowy, w trakcie których ona próbuje wymusić na nim jakieś wyznanie, jakąś
deklarację... Nie dostaje tego czego chce, jest raniona a następnego dnia znów
zaczyna o tym samym...
Gdzie leżą granice? Gdzie zaczyna się walka z wiatrakami? Kiedy już nie warto
walczyć według Was?
Dla mnie taką granicą są słowa "nie kocham Cię". Jak widać, nie dla wszystkich.