semillla
04.10.06, 23:35
Wiem, że może moje poglądy Was zbulwersują, ale zastanawiam się nad zdradą.
Przecież wszyscy chcemy kochać i być kochanymi, mamy do tego prawo. Co jeśli
nasza druga połówka spotka miłość swego życia, ma trwić przy nas?
unieszczęśliwiać nas i siebie? Oczywiście powinno się najpierw zakończyć
jeden związek i dopiero potem zaczynać następny, ale sami wiecie, że życie to
życie...
Nie mam kochanka

, żeby była jasność, wręcz przeciwnie, miałam narzeczonego
przed moim małżenstwem z obecnym, i tamten na 5 m-cy przed ślubem odszedł do
innej, do koleżanki ze studiów, wiedziałam od znajomych o tym, choć się nie
przyznał, ale szczerze powiem, że nie miałam mu tego za złe (choć przez 6 m-
cy byłam warzywkiem, a przez 2 tyg. straciłam 6 kg). Pokochał inną, a ona
jego, więc odszedł. Nie można mieć pretenscji do kogoś o uczucie. Sa dzis
małżenstwem i są bardzo szczęśliwi. Długo się leczyłam z tej miłości, ale cóż
bilans był taki, że dwoje ludzi było szcęśliwych, a nie trójka
nieszcęśliwych.
Czy gdyby nasz małżonek przyszedł i powiedział otwarcie, że ma kogoś to
byłoby łatwiej? Dlaczego jak oglądamy film i przedstawiona jest niedozwolona
miłość pozamałżeńska przyzwalamy na nią, a wręcz trzymamy kciuki za
kochanków, bo się przecież kochają... Oczywiście w zyciu jest inaczej, bo to
dotyczy nas, ale postawmy sie w sytuacji, że spotykamy miłość swego zycia i
co? Założę się, że na forum są osoby, które same zdradziły.
Poza tym piszecie o Eli, Ani - kochankach mężów, złych kobietach, ale
przecież do tego trzeba dwojga!
Przykład z życia, autentyk: moja ciotka na własnym weselu zakochała się w
swoim świadku, całe wesele z nim przetańczyła, małżeństwo trwało miesiąć,
dziś jest ze "świadkeim", są małżeństwem od 15 lat i są bardzo szczęśliwi.
Też mówili pewnie zła kobieta, jak mogła itd. Ale zawalczyła o szczęście i
wygrała.
Rozprawa za kilka dni i jakoś mnie tak na kontemplacje bierze, mam nadzieję,
że rozumiecie...