Trudny temat... prawo do szczęścia...

04.10.06, 23:35
Wiem, że może moje poglądy Was zbulwersują, ale zastanawiam się nad zdradą.
Przecież wszyscy chcemy kochać i być kochanymi, mamy do tego prawo. Co jeśli
nasza druga połówka spotka miłość swego życia, ma trwić przy nas?
unieszczęśliwiać nas i siebie? Oczywiście powinno się najpierw zakończyć
jeden związek i dopiero potem zaczynać następny, ale sami wiecie, że życie to
życie...
Nie mam kochanka smile, żeby była jasność, wręcz przeciwnie, miałam narzeczonego
przed moim małżenstwem z obecnym, i tamten na 5 m-cy przed ślubem odszedł do
innej, do koleżanki ze studiów, wiedziałam od znajomych o tym, choć się nie
przyznał, ale szczerze powiem, że nie miałam mu tego za złe (choć przez 6 m-
cy byłam warzywkiem, a przez 2 tyg. straciłam 6 kg). Pokochał inną, a ona
jego, więc odszedł. Nie można mieć pretenscji do kogoś o uczucie. Sa dzis
małżenstwem i są bardzo szczęśliwi. Długo się leczyłam z tej miłości, ale cóż
bilans był taki, że dwoje ludzi było szcęśliwych, a nie trójka
nieszcęśliwych.
Czy gdyby nasz małżonek przyszedł i powiedział otwarcie, że ma kogoś to
byłoby łatwiej? Dlaczego jak oglądamy film i przedstawiona jest niedozwolona
miłość pozamałżeńska przyzwalamy na nią, a wręcz trzymamy kciuki za
kochanków, bo się przecież kochają... Oczywiście w zyciu jest inaczej, bo to
dotyczy nas, ale postawmy sie w sytuacji, że spotykamy miłość swego zycia i
co? Założę się, że na forum są osoby, które same zdradziły.
Poza tym piszecie o Eli, Ani - kochankach mężów, złych kobietach, ale
przecież do tego trzeba dwojga!
Przykład z życia, autentyk: moja ciotka na własnym weselu zakochała się w
swoim świadku, całe wesele z nim przetańczyła, małżeństwo trwało miesiąć,
dziś jest ze "świadkeim", są małżeństwem od 15 lat i są bardzo szczęśliwi.
Też mówili pewnie zła kobieta, jak mogła itd. Ale zawalczyła o szczęście i
wygrała.

Rozprawa za kilka dni i jakoś mnie tak na kontemplacje bierze, mam nadzieję,
że rozumiecie...
    • misbaskerwill Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 00:28
      Semilla - pewnie, że każdy ma prawo do szczęścia.
      Ale nikt nie ma prawa krzywdzić i oszukiwać, zwłaszcza osoby podobno najbliższe.

      Każdy się może pomylić, zwłaszcza w tak ulotnym zjawisku jak miłość.
      Ale świadome, często wieloletnie oszukiwanie partnera, zarówno przez
      wiarołomnego małżonka jak i w pełni poinformowaną kochankę trudno nazwać błędem
      alokacji uczuć.

      Tak - to jest błąd a.u. - ale ze strony osoby zdradzanejwink

      Co do Eli i Ani - przecież Dziewczyny je potraktowały pobłażliwie, wręcz z
      niejakim współczuciem, że tak "roztrzepanych" facetów sobie wzięły...
    • tricolour A to taki wątek bardziej teoretyczny, tak? 05.10.06, 08:19
      Kobieta chce sobie głośno porozmyślać więc pisze? No to w takim razie ja nic nie
      piszę tylko słucham.

      Przecież nie chodzi o czyjś głoś w sprawie tylko o to by sobie głosno ponawijać...

      smile
      • semillla Re: A to taki wątek bardziej teoretyczny, tak? 05.10.06, 08:30
        Nawijam, bo chciałam się z kimś podzielić moimi przemysleniami, ale przecież
        forum jest po to żeby dyskutować, jestem ciekawa zdania innych dlatego w
        tekście są pytania (nie retoryczne).
    • azb11 Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 08:37
      Fak tkazdy ma prawo do szczęścia w sytuacji którą opisałaś zapewne lepiej sie
      stało że odszedł rzed ślubem uczciwie niz miałby oszukiwac juz w czasie trwania
      małzeństwa. Jednak większosć osób pozakładało rodziny , maja dzieci i powinno
      się wziać za to odpowiedzialność .
      Cieżko mi wytłumaczyć swoim dzieciom jak wracam wieczorem zmczona z pracy a one
      cały dzień z babcią (dobrze że jest ) że tatuś nie widział ich od miesiaca bo
      ma prawo do szcześcia.
      Pomijam przypadki zachowań patologicznych i jestem przeciwnikoe, twierdzenia
      że dla dzieci nalezy stwarzac fikcję ale samo prawo do szczęścia to chyba dla
      mnie mało. " Na łzach rodziny swego szcześcia sie nie buduje"
      • brzoza75 Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 08:52
        Dokładnie tworzenie fikcji niektóre osoby mają we krwi i za wszelką cenę chcą z
        nią żyć, ja jestem w stanie zrozumieć osoby , które odeszły szybko stawiając
        sprawę jasno i nie raniąc , oszukując przez kilka lat, trzeba mieć odwagę aby
        powiedzieć prawdę, tej niestety niekóre osoby nie posiadają. Wynika to zapewne
        z ich niedojrzałości, braku odpowiedzialności, a jest ich tak wiele.
        • crazysoma Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:08
          trzeba mieć odwagę aby
          > powiedzieć prawdę, tej niestety niekóre osoby nie posiadają.

          A ja mysle, ze trzeba tez miec odwage powiedziec SOBIE, zanim podejmujemy
          decyzje o zalozeniu rodziny (to jest duza i odpowiedzialna sprawa, taka
          rodzina) jakie MY mamy oczekiwania, od tej drugiej osoby, jakie MY mamy
          priorytety, co dla NAS jest wazne, jakiej osoby MY szukamy w zyciu, zeby byla
          naszym dopelnieniem.
          Mowiac MY, mysle ogolnie o osobach, ktore planuja zalozenie rodziny. Miec
          odwage powiedziec sobie nie, to nie On, Ona, nie moge sie z nia zwiazac wezlem
          malzenskim... Moze gdybysmy to wiedzieli PRZED, nie byloby forum Rozwod...i co
          dalej?
      • semillla Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 08:55
        azb11 napisała:

        > Fak tkazdy ma prawo do szczęścia w sytuacji którą opisałaś zapewne lepiej sie
        > stało że odszedł rzed ślubem uczciwie niz miałby oszukiwac juz w czasie
        trwania małzeństwa. Jednak większosć osób pozakładało rodziny , maja dzieci i
        powinno
        > się wziać za to odpowiedzialność .
        Na łzach rodziny swego szcześcia sie nie buduje"

        Oczywiście, sytuacja jest bardziej skomplikowana jak są dzieci. Zdrada to
        oszustwo bez dwóch zdań, ale kochać jednego człowieka, a byc z innym
        nieszczęśliwyn to też chyba oszustwo.

        Nie wiem, może mi się od tego rozwodu już w głowie poprzestawiało, mam
        zachwiane widzenie świata, może i tak...
      • crazysoma Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 08:58
        że tatuś nie widział ich od miesiaca bo
        > ma prawo do szcześcia.

        Trafila Pani w sam srodek tarczy - 10 pktow za to zdanie. Mnie moj pan
        terapeuta (niektorzy pewnie pomysla niedlugo, ze to jakis moj guru hehe)
        powiedzial tak - przy calym prawie czlowieka, jako jednostki, do szczescia,
        zostawienie rodziny z powodu pragnienia realizowania tylko wlasnego szczescia
        (wlasnie), jest przykladem niedojrzalosci.
        Oczywiscie pomijamy patologiczne przypadki...
        • brzoza75 Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:14
          ależ Crazy
          : "zostawienie rodziny z powodu pragnienia realizowania tylko wlasnego
          szczescia (wlasnie), jest przykladem niedojrzalosci.
          Oczywiscie pomijamy patologiczne przypadki..."
          to jest właśnie patologiczny przypadek!
          • semillla Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:26
            brzoza75 napisała:

            > ależ Crazy
            > : "zostawienie rodziny z powodu pragnienia realizowania tylko wlasnego
            > szczescia (wlasnie), jest przykladem niedojrzalosci.
            > Oczywiscie pomijamy patologiczne przypadki..."
            > to jest właśnie patologiczny przypadek!


            Czyli mamusia lub tatuś frustrat, kłócący się rodzice, którzy nie potrafią
            dojść do porozumnienia, bo nie ma uczucia jest ok? Bo dla mnie rodzina to nie
            tylko papier, ale kochająca się rodzina, która chce być razem i której bycie
            razem daje szczęście. Życie obok siebie bo mamy dziecko, super.

            Przecież nie zawsze ludzie się rozstają, bo mają kogoś. Można nie chcieć być z
            drugim człowiekiem, bo się go nie kocha i dlatego, że się nie układa. Czy
            pozostawienie rodziny z takigo powodu jest bardziej uzasadnione niż odejście,
            bo ma się kogoś? Z punktu widzenia moralności społecznej pewnie tak.
            • crazysoma Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:38
              Można nie chcieć być z
              > drugim człowiekiem, bo się go nie kocha i dlatego, że się nie układa.

              "Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się - znaczy: nigdy nie zaczęło się. Gdyby
              prawdziwie się zaczęło - nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło
              się. Cokolwiek prawdziwie się zaczyna - nigdy się nie kończy."

              Kto to powiedzial, to jakis duren pewnie byl, hmmmm...? tongue_out

              Wiesz Semillo, ja jestem beton, jesli chodzi o idealy i naiwnie wierze, ze
              swiat i nasze zycie na Ziemi moze byc piekne, pod warunkiem, ze sa na nim
              piekni ludzie...
              • semillla Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:46
                crazysoma napisała:

                > "Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się - znaczy: nigdy nie zaczęło się. Gdyby
                > prawdziwie się zaczęło - nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło
                > się. Cokolwiek prawdziwie się zaczyna - nigdy się nie kończy."

                Nie lubię takich generalizacji, kurczę! Kto to powiedział? Wszystko się zaczyna
                i kończy. A wg tego cytatu to skąd zwykły śmiertelnik ma wiedzieć czy się
                zaczęlo naprawdę czy na niby, bez sensu.


                > Kto to powiedzial, to jakis duren pewnie byl, hmmmm...? tongue_out
                >
                > Wiesz Semillo, ja jestem beton, jesli chodzi o idealy i naiwnie wierze, ze
                > swiat i nasze zycie na Ziemi moze byc piekne, pod warunkiem, ze sa na nim
                > piekni ludzie...

                Piękni ludzie są tylko na zdjęciach. To jest piękno tak samo ulotne jak piękno
                duszy gdy kogoś poznajemy i wydaje nam się ideałem, potem wszystko brzydnie...

                Jak ktoś jest za bardzo doskonały to jest podejrzane. Sama sie przekonałam...
                • crazysoma Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:58
                  > Nie lubię takich generalizacji, kurczę! Kto to powiedział?

                  To powiedzial Pan E.S, juz nie zyje, wiec nie mozna nawet do Niego napisac z
                  pretensjami, ze glupio napisal.

                  A wg tego cytatu to skąd zwykły śmiertelnik ma wiedzieć czy się
                  > zaczęlo naprawdę czy na niby, bez sensu.

                  Skad to czlowiek ma wiedziec? A skad wiesz, ze lubisz albo nie zolty ser?

                  > Piękni ludzie są tylko na zdjęciach. To jest piękno tak samo ulotne jak
                  piękno
                  > duszy gdy kogoś poznajemy i wydaje nam się ideałem, potem wszystko brzydnie...
                  >
                  > Jak ktoś jest za bardzo doskonały to jest podejrzane. Sama sie przekonałam...

                  Piekni ludzie na zdjeciach bardzo czesto sa pieknym przykladem niepieknej
                  osoby. A doskonale idealy sa okropnie nudne. Czlowiek, ktory za wszelka cene
                  chce uchodzic za doskonalosc i ideal na ogol ma kompleksy i potrafi byc
                  okrutny. Zauwaz, ze interesujacy (i piekny) wydaje sie byc ktos, kto ma jakas
                  skaze, slabosc (nie mylic ze zlem) ...
                  • semillla Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 10:14
                    crazysoma napisała:

                    > Skad to czlowiek ma wiedziec? A skad wiesz, ze lubisz albo nie zolty ser?

                    No to akurat wiem smile i wiem, że za 10 lat moze się okazać, że seta już nie
                    lubię, ale że lubiłam go 10 lat temu. Ale teza, że jak się coś kończy to
                    znaczy, że się nie zaczęlo... Miłość tak jak prawo - nie działa wstecz...

                    > Piekni ludzie na zdjeciach bardzo czesto sa pieknym przykladem niepieknej
                    > osoby. A doskonale idealy sa okropnie nudne. Czlowiek, ktory za wszelka cene
                    > chce uchodzic za doskonalosc i ideal na ogol ma kompleksy i potrafi byc
                    > okrutny. Zauwaz, ze interesujacy (i piekny) wydaje sie byc ktos, kto ma jakas
                    > skaze, slabosc (nie mylic ze zlem) ...

                    W pełni się z Tobą Crazy zgodzę. Nie dość, że ten ktoś na prawdę jest zupełnie
                    inny, to jeszcze dla nas to podwójny szok, bo był dwa razy lepszy od innych, a
                    tu proszę, kubeł zimnej wody!
            • brzoza75 Semilla 05.10.06, 09:41
              ja o czymś innym, o braku kontaktu ojca z dzieckiem po rozwodzie.
              • semillla Re: Semilla 05.10.06, 09:48
                brzoza75 napisała:

                > ja o czymś innym, o braku kontaktu ojca z dzieckiem po rozwodzie.

                Jeśli tak to ok, ale zrozumiałam z postu zupełnie co innego smile
          • crazysoma Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:30
            brzoza75 napisała:

            > ależ Crazy
            > : "zostawienie rodziny z powodu pragnienia realizowania tylko wlasnego
            > szczescia (wlasnie), jest przykladem niedojrzalosci.
            > Oczywiscie pomijamy patologiczne przypadki..."
            > to jest właśnie patologiczny przypadek!

            - to jest patologiczny egoizm

            • brzoza75 Re: Trudny temat... prawo do szczęścia... 05.10.06, 09:42
              to jest patologiczny egoizm

              masz rację, zapiszę to sobie gdzieś i za każdym razem jak będę mysleć o tym
              dlaczego to tatuś się nie widuje to przeczytam, brakowało mi tego określenia.
              • phokara Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 10:25
                Temat-rzeka... inna w zaleznosci, od mostu, na ktorym sie stoi.
                Powiem tak (od siebie i troszku od medrcow filozoficznych). Nie mozna byc szczesliwym bedac
                zlym. To sa wedlug wykluczajace sie pojecia. Ale fakt, ze ktos jest dobry nie czyni go
                automatycznie szczesliwym. Potrzeba szczescia to generyk choc dla kazdego inaczej
                definiowany. Znam jednostkowe przypadki, gdy ludzie bedacy w nieszczesliwych zwiazkach
                potrafia byc szczesliwi 'sami z siebie'. Poczucie niespelnienia jest na dluzsza mete koszmarnie
                frustrujace i wywoluje lawine niedobrych mysli/slow/czynow. To sa male kamyki, o ktorych sie
                najczesciej nie mysli, nie maja bowiem takiego ciezaru etycznego, jak zlamanie przysiegi czy
                rozwod. Ale czy naprawde? Jak to mierzyc? Skoro gromadzone latami staja sie ciezsze niz
                niejeden glaz narzutowy.

                Osobiscie jestem przeciwna 'trwaniu w zwiazku' z obowiazku, albowiem chyba w zyciu nie
                spotkalam czlowieka, ktorego by uszczesliwial obowiazek, za ktrym nic wiecej nie stoi. Zreszta
                ludzie nie potrafia sie poswiecac sensownie dla innych, tzn, nie potrafia czerpac z tego sily,
                dumy i radosci choc moze szkoda. Pisalam juz kiedys, ze 'porzadnosc' czlowieka bynajmniej
                nie zalezy od tego czy sie rozwodzi czy nie tylko sposobu w jaki to robi. Szacunek dla innego
                czlowieka powinien stac zawsze PRZED jednostkowym prawem do szczescia. To nie znaczy,
                ze trzeba trwac przy drugiej stronie na sile (bo to nie jest zaden szacunek bynajmniej) ale trzeba
                brac odpowiedzialnosc za swoje wybory i nie zasmiecac ich tysiacem glupich usprawiedliwien.

                Moj zwiazek nie rozpadl sie przez kochanke, bo tez nie uwazam ze zdrada jest
                WYSTARCZAJACYM warunkiem do rozwodu. Natomiast klamstwo, syf, robienie ze mnie idiotki i
                w kancu - bagatelizowanie pojec dla mnie pryncypialnych - a i owszem. I 'prawo do szczescia'
                nie ma tu nic do rzeczy. Ja zreszta nie lubie tego pojecia. Co to znaczy, ze do szczescia ma sie
                prawo? A do skurwysynstwa to co... wystarczy talent? No wlasnie.

                Trzeba brac odpowiedzialnosc za wlasne wybory. To niby truizm


                • z_mazur Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 10:36
                  Pho zgadzam się z Tobą jak nigdy. smile

                  Uff.

                  Fajnie, że to napisałaś.
                  Lubię te Twoje lekko emocjonalne, a zarazem zdystansowane posty.
                  • phokara Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 10:51
                    > Pho zgadzam sie˛ z Toba˛ jak nigdy. smile
                    > Uff.

                    No ufffffff...... faktycznie. Ale sie bardzo ciesze.

                    > Lubie˛ te Twoje lekko emocjonalne, a zarazem zdystansowane posty.
                    Dlugo sie wczytywalam w to zdanie i pomyslalam sobie, ze u mnie tak wlasnie jest. Wielkie
                    emocje z jednej i wielki dystans z drugiej strony. A co w srodku to wole nie wiedziec.
                    Schizofrenia.
                    • libra22 Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 11:20
                      Semilla, ja wolę jednak jak ktoś, kto przytacza argumenty, czyta ze
                      zrozumieniem.
                      Dzięki Miś za obronę i zrozumienie o czym obie z Pho pisałyśmy o Ani i Elismile

                      "Moj zwiazek nie rozpadl sie przez kochanke, bo tez nie uwazam ze zdrada jest
                      WYSTARCZAJACYM warunkiem do rozwodu. Natomiast klamstwo, syf, robienie ze mnie
                      idiotki"

                      Właśnie o to chodzi. Mój mąż zaprzeczał, a wręcz atakował mnie, gdy pytałam a
                      nawet twierdziłam, ze widzę, że kogoś ma. I to bolało bardzo.
                      Ela przysłała mi w rzeczoną Wielkanoc smsa "że była głupia bo uwierzyła w słowa
                      miłosći z jego strony". Pisała to do kobiety, o której istnieniu wiedziała od
                      początku i która 13 lat wcześniej uwierzyła w słowa "że ślubuje miłość,
                      wierność...i że aż do śmierci". Nie tweirdzę, ze jest/była zła, ale trudno mi
                      tez żywić do niej jakieś przyjazne uczuciawink Mogę chyba, prawda?
                      Wolałabym szczerość ze strony męża - nawet tą bolącą. Jak coś jest jasne, to
                      skupiamy się tylko na bólu wynikającym z danego faktu, a nie na niepewności,
                      która strasznie niszczy.
                      • sinsi Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 11:29
                        no to wszyscy sie zgadzamy, gdzie tkwi sedno problemu.
                        moge wybaczyc chec odejscia do innej czy "przygode" (bo jak kocham to mu dobrze
                        zycze) ale nie ten cały syf, błoto pokrętnych kłamst i egoistyczne manipulacje w
                        imię "nie chcialem cie krzywdzic"...
                        • pudeleczko_75 Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 11:34
                          sinsi napisała:

                          > no to wszyscy sie zgadzamy, gdzie tkwi sedno problemu.
                          > moge wybaczyc chec odejscia do innej czy "przygode" (bo jak kocham to mu
                          dobrze
                          > zycze) ale nie ten cały syf, błoto pokrętnych kłamst i egoistyczne
                          manipulacje
                          > w
                          > imię "nie chcialem cie krzywdzic"...

                          raczej w imię "bałem się konsekwencji.."
                          • sinsi Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 11:38
                            nie nieee, moj ex byl bardzo troskliwy, przejmowal sie moim losem, i obsolutnie
                            nie byl tchorzem wink (to wszystko w jego mniemaniu) , a ze w normalnym świecie to
                            znaczy własnie "bał się konsekwencji" to nie każdy przyjmuje do swiadomoścismile
                      • semillla Libro22 05.10.06, 14:02
                        libra22 napisała:

                        > Semilla, ja wolę jednak jak ktoś, kto przytacza argumenty, czyta ze
                        > zrozumieniem.

                        Ja też Libro. Absolutnie zrozumiałam to co pisałyście o Ani i Eli, i Was
                        rozumiem.

                        LIBRA22:"Oczywiście biedna Ela, ona niewinna jak lelija, choć wiedziała że
                        jestem na
                        świecie jako ta ślubna, a ja o niej nic.
                        O imieniu dowiedziałam się podstępem- jak na wredną żonę przystało. Nawet
                        zdobyłam jej telefon, ale Ela nigdy nie chciała ze mną rozmawiać - pogadałam
                        sobie ze 3 razy z jej pocztą głosową."


                        Jakby nie było na podstawie powyższego obwiniasz ją (co nie zmienia faktu, że
                        masz do tego prawo) o romans z mężem. Zła kobieta, bo zło nam wyrządziła.
                        • libra22 Semi 05.10.06, 15:05
                          Nie obwiniałam ją o rozpad małżeństwa, tylko ironizowałam na temat twierdzenia
                          mojego męża, że mogę Elę skrzywdzić.
                          Czy Ela była zła, czy dobra, nie zmienia to faktu,że w pewnym momencie swego
                          życia wzięła jakiś udział w "krzywdzeniu" mnie (brzmi patetycznie - wybacz), bo
                          wdała sie w romans z żonatym.
                          Gdybym wdała się w taki romans wiedziałabym, że skutkiem może być krzywda żony
                          i dziecka i nie wmawiałabym sobie, ze wszystko jest takie czyste i uczciwe.

                          Nie zaprzeczam, że romans może przynieść prawdziwie szczęście dwójce ludzi.
                          Piszę, ze w danym momencie moze także przynieść cierpienie innym.
                    • pudeleczko_75 Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 11:32
                      Wielkie
                      > emocje z jednej i wielki dystans z drugiej strony. A co w srodku to wole nie
                      wi
                      > edziec.
                      > Schizofrenia.

                      emocje co do uczuć, racjonalizm co do oceny sytuacji. A w srodku cała TYsmile))
                      • phokara Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 11:57
                        no i co sie dziwic, ze Ex ode mnie uciekl? haha.
                        • libra22 Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 12:02
                          ale niegrzeczne dziewczynki dostają to co chcą (podobno)
                          wink
                          • phokara Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 12:05
                            No coz... chcialam Exa to go dostalam.
                            Hmmm... Od dzisiaj bede zatem grzeczna.
                          • sinsi Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 12:06
                            nie, to bylo tak:
                            "grzeczne dziewczynki ida do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chcą"
                            i wychodzi na to, że te niegrzeczne idą sobie w diabły, z anielskim usmiechem
                            oczywiście.wink
                        • pudeleczko_75 Re: Trudny temat... prawo do szcze˛s´cia... 05.10.06, 12:04
                          phokara napisała:

                          > no i co sie dziwic, ze Ex ode mnie uciekl? haha.

                          nie uciekł moja Droga, tylko TY go nie chciałaś!!!!
                • nangaparbat3 Pho 05.10.06, 16:29
                  sprawiedliwie mowisz.
                  Ja bym miala tylko jedna uwagę: albo czlowiek potrafi byc szczęsliwy "sam z
                  siebie", albo nie bedzie szczęsliwy nigdy (chyba ze sie nauczy - ale na pewno
                  nie dlatego ze z kimś jest, albo że cos ma, albo że coś osiagnął).
                  Moze sie jednak zdarzyc, że zwiąże się z kimś, z kim nawet taki "sam z siebie
                  szczęsliwy " szczęśliwym byc nie moze.
                  Wtedy trzeba wiać, zeby się ratować.
                  • phokara Re: Pho 05.10.06, 18:02
                    > Ja bym miala tylko jedna uwagę: albo czlowiek potrafi byc szczęsliwy "sam z
                    > siebie", albo nie bedzie szczęsliwy nigdy

                    Nanga, oczywiscie zgadzam sie. Szczescie nigdy nie lezy 'na zewnatrz' - tam co
                    najwyzej leza szerokorozumiane 'szanse'. Drugi czlowiek nigdy nie bedzie dla
                    nas gwarantem szczescia, bo to po prostu nierealne. Ja pisalam skrotowo, w
                    kontekscie zwiazkow, bo nie podejmuje sie tutaj napisac rozprawki o szczesciu.
                    Zwlaszcza, ze juz zostaly dawno napisane.

                    A jeszcze taki aforyzm mi sie przypomnial, ktory bardzo lubie
                    "Kazdy jest kowalem wlasnego losu, ale podkowy podrzucaja nam inni".

                    Jedyny problem zeby w pore odroznic podkowe od klody... ale to juz inna bajka.
    • nangaparbat3 Zeźlilam się 05.10.06, 16:39
      Co prawda jestem gleboko przekonana, ze prawdziwa milość daje wolność, czyli -
      naprawdę kogoś kocham, ten ktoś kocha kogoś innego, pozwalam (naprawdę
      pozwalam, nie starając się w nim wzbudzać poczucia winy) mu odejść i szczerze
      zyczę szczęscia.
      Jest to dla mnie do pomyslenia, a nawet przerabialam.

      Ale:
      powiedzenie: czlowiek spotyka milość swego zycia

      jest jak z pamietnika trzynastolatki.

      Co prawda swego ex męża zobaczyłam po raz pierwszy, spojrzelismy sobie w oczy i
      poczułam, ze robi mi się slabo, naprawdę.
      Ale takich spotkań mialam w zyciu kilka, jeśli nie kilkanascie, ot po prostu
      raz na jakiś czas zdarza się spotkać kogoś, ze chemia rusza z kopyta - z kimś
      takim podobno nalezy plodzić dzieci (z tym się zgadzam).

      Ale MIŁOŚĆ buduje się dzień po dniu, rok po roku.
      To szalone spotkanie jest tylko szansą, mozliwością. Każdy takich szans dostaje
      w zycuiu kilka, kilkanascie. Niektorzy moze kilkadziesiąt? Z każdej ma się
      korzystać?
      • semillla Re: Nie złość się... 05.10.06, 17:19
        nangaparbat3 napisała:

        > powiedzenie: czlowiek spotyka milość swego zycia
        >
        > jest jak z pamietnika trzynastolatki.
        >
        > > Ale MIŁOŚĆ buduje się dzień po dniu, rok po roku.
        > To szalone spotkanie jest tylko szansą, mozliwością. Każdy takich szans
        dostaje
        >
        > w zycuiu kilka, kilkanascie. Niektorzy moze kilkadziesiąt? Z każdej ma się
        > korzystać?


        No właśnie, a co jeśli miłość która była "przyczyną" małżeństwa okazała się
        zbyt słabym fundamentem?
        Buduje się związek a miłość albo jest i wtedy ją umacniasz, albo jej nie ma.
        Nikt nie porzuca małżonka dla osoby poznanej przed chwilą (chyba że tylko w
        jednym celu), tylko taki pozamałżenski związek też się rozwija i dopiero
        okazuje się, że to miłość życia, tak myślę.
        • nangaparbat3 Re: Nie złość się... 05.10.06, 23:00

          Nikt nie porzuca małżonka dla osoby poznanej przed chwilą (chyba że tylko w
          > jednym celu), tylko taki pozamałżenski związek też się rozwija i dopiero
          > okazuje się, że to miłość życia, tak myślę.

          Ale to, że związek się rozwija, jest efektem decyzji - bez decyzji nie
          rozwijałby się.
          Jak już pisałam - nie będę odsądzac od czci i wiary każdego, kto zostawia
          zonę/męża dla innej osoby czy rozbija cudze małżeństwo. Ale to nie jest tak, ze
          SPOTKAL milość swego zycia - spotkal kogoś, z kim gotow jest sprobować budować
          milość swego zycia.

          Zresztą - uważam, ze jakość milości zalezy przede wszystkim od tego, kto kocha,
          a nie od tego, kto jest kochany.
        • berek_76 Re: Nie złość się... 06.10.06, 14:16
          > Nikt nie porzuca małżonka dla osoby poznanej przed chwilą (chyba że tylko w
          > jednym celu), tylko taki pozamałżenski związek też się rozwija i dopiero
          > okazuje się, że to miłość życia, tak myślę.

          Tak samo prawdziwe, jak "Nikt chyba nie bierze ślubu bez zastanowienia, z osobą
          poznaną przed chwilą". Prawda i nieprawda równocześnie. Prawda, bo jednak na
          ogół ślub to nie jest coś ot tak sobie. Nieprawda, bo nie wiemy o sobie
          wszystkiego, biorąc ślub.

          Ale przecież to dotyczy również każdej innej osoby, poznanej także po ślubie.
          Skoro wziął ślub, a teraz spotkał kogoś, z kim chciałby bardziej, to skąd
          wiadomo, że za N lat nie spotka kogoś, z kim chciałby jeszcze bardziej... I tak
          ad infinitum.

          Bycie człowiekiem IMHo zobowiązuje do używania mózgu. Bycie człowiekiem dorosłym
          - tym bardziej. Wiem, jak silne bywają emocje, jak potrafią działac hormony. Tym
          niemniej tym, co rózni mnie od zwierząt, jest możliwośc zapanowania nad
          instynktami w imię pewnych wyznawanych wartości. Do takich nalezy
          odpowiedzialnośc. Dlaczego zakładac, że jeśli on lub ona spotka prawdziwą miłośc
          swojego życia, ma prawo porzucic męża/żonę i iśc walczyc o swoje szczęście, a
          nie robimy tego np. w odniesieniu do porzucania dzieci? Dlaczego matka, która
          czuje się nieszczęśliwa jako matka, nie ma prawa porzucic dziecka i udac się w
          poszukiwaniu szczęścia? Przecież łatwiej przez przypadek zostac matka niż żoną,
          n'est ce pas? A jednak nie, to "prawo do szczęścia" jakos nie wydaje się działac
          w tej sytuacji. Ciekawe, dlaczego.

          Człowiek staje się odpowiedzialny za to, co oswoił. Jeśli jest człowiekiem. Kim
          lub czym jest druga strona, nie ma znaczenia.

          -----------------------
          Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
          • rudaistalowy Re: Nie złość się... 06.10.06, 16:17
            Zgadzam się z Tobą. Skoro ktoś się zdecydował na ślub to coś czuł do swojego
            partnera Nie zrobił tego dla zabawy, podejmowal decyzje świadomie...a po kilku
            latach poznaje kogoś "nowego" i nagle jest inaczej, zapomina o tym co było, nie
            chce walczyć, nic nie ma znaczenia...po czym jak odchodzi, jakiś czas jest
            cisza, układa sobie nowe życie...i...chce wrócić bo to stare jednak nie było
            takie złe a może to nowe zycie które się jawiło takie idelane jednak takie nie
            było!!!
            R&S
Inne wątki na temat:
Pełna wersja