wujek_fido
14.11.06, 22:24
Temat postu uwazam z absolutnie prawdziwy. Jestem przed rozwodem, zona z
naszym synkiem juz sie wyprowadzila. Bylismy ze soba siedem lat, w tym
cztery przed slubem. Kiedys bylo super, chyba nigdy mi nie bedzie dobrze z
inna kobieta. Ale sie skonczylo - po slubie zaczela sie gehenna. Zona
chciala zrobic ze mnie kure domowa, bo robilem juz wszystko, tylko nie
gotowalem, bo nie umiem. Powoli mialem dosc. Ona wiecznie zmeczona. Seks?
Nie, zmeczenie, no i ten permanentny bol glowy... Odseparowala mnie od mojej
bardzo nielicznej rodziny. Bardzo cierpialem, pojawily sie klotnie, ba -
karczemne awantury. Zdradzic nie chcialem i nie potrafilem.
Mysle sobie: po co chciala slubu? Kochala mnie? Taaak, bardzo w to chcialem
wierzyc, ale jakos teraz, kiedy mam wiecej czasu, pytam sam siebie: Dlaczego
nigdy tego nie okazywala milosci, dlaczego nie nazywala mnie jakos
piesczotliwie, tak jak ja do niej mowilem, dlaczego... dlaczego... Upadek
jest bolesny. Doszedlem do wniosku - jedynego mozliwego - bo nie
podejrzewam, ze wyszla za maz z wyrachowania. Zwiazala sie ze mna, bo jej
zaimponowalem. Nie, nie, nie uwazam sie za przystojniaka czy niewiadomo
kogo, ale przy niej prezentowalem dosc wysoki standard: staranne
wyksztalcenie, super praca, dwa mieszkania w W-wie, ekstra samochod, zero
dlugow. Ona nie miala nic - niewyksztalcona i biedna. Powiecie: co z tego
ze biedna. Niby nic, ale okazalo sie, ze moglo to miec wplyw na jej
podejscie do mnie. Niedlugo przed slubem pozyczylem jej troche pieniedzy,
zeby kupila, a raczej troche urzadzila, male mieszkanko, prawie cale na
kredyt.
Nie kochala mnie. Nigdy juz nie uwierze zadnej kobiecie. Po tym, co mnie
spotkalo, jest to niemozliwe. Najchetniej zaczalbym traktowac kobiety
przedmiotowo, ale nigdy tego nie zrobilem i wiem, ze nie potrafie.
Uswiadamiam sobie, jak bardzo brakowalo mi zwyklego przytulenia, bliskosci,
szeptow. No, seksu tez, ale na pewno nie tylko, i chyba nie przede
wszystkim. Nie przypominam sobie, zebysmy sie kiedys po slubie kochali z jej
inicjatywy.
To tyle wspomnien. Dzis szarpie sie ze mna o pieniadze. Zgodzilismy sie na
dosc wysokie alimenty dla synka (troche ponizej 2k PLN), podzielilsmy
pieniadze z funduszu inwestycyjnego na pol, a ona jeszcze chce samochod na
pol (zaproponowalem jej troche mniej) i oskarza mnie, ze czyszcze konto a jej
sie nalezy. Do tej pory wszystko bylo praktycznie na jej warunkach, ale
teraz mowie: Dosc!
Czuje sie wykorzystany i oszukany przez moja zone. Teraz pewnie jest
szczesliwa: bedzie miala opieke nad dzieckiem (a jest mozliwe inne
rozwiazanie w tym naszym zacofanym kraju?), no i bedzie na nie dostawac
wiecej, niz sama zarabia. Nie wspomne juz o kwotach, ktore ode mnie dostala
i jeszcze dostanie. Dodam, ze nigdy niczego nie docenila - ani mojej pracy w
domu, ani komfortu, ktory staralem sie nam zapewnic - zawsze, a szczegolnie
kiedy bylo juz b. zle, miala postawe wybitnie roszczeniowa.
Czy myslicie, ze sie "odkochala"? Dodam tylko, ze mimo wszystko odrzucam
mozliwosc, ze robila wszystko z wyrachowania.
Eech, nie wierz nigdy kobiecie, dobra rade ci dam...