czy i jak mowiliscie rodzinie?

04.01.07, 12:57
Chciałam sie zapytac, czy podczas kryzysu malzenskiego informowaliscie swoich
rodziców/tesciów o Waszych klopotach. Wiem, ze dziećmi nie jestesmy, nie o
uzalanie sie do mamusi czy tesciowej chodzi, tylko o informacje jak sprawy
sie mają. Przeciez rodzice/tesciowie pytaja sie "co u was" ? Przynajmniej w
moim przypadku. Trudno mi opowiadac o klopotach z mężem, tym bardziej ze
zapisał sie do psychologa. Czy moze lepszym wyjsciem jest nic nie mówienie az
do sprawy rozwodowej? Jak było u Was?
    • 13monique_n Re: czy i jak mowiliscie rodzinie? 04.01.07, 13:01
      Moja mama wiedziala od razu, tzn. o tym, ze decyzja zapadla. Bo o kryzysie, to
      od pewnego etapu musialabym jej "newsletter" wysylac. tesciow informowalismy
      razem, ex tak chcial, ze tuz przed moja wyprowadzka.
    • makaveli31 Re: czy i jak mowiliscie rodzinie? 04.01.07, 13:04
      witaj,
      trudno powiedziec?!wszystko zależy od Twoich relacji z rodzicami czy teściami.
      W moim przypadku bylo tak, że jak widziałam już schylek problemu przy okazji
      jakiejś waśni to podjełam się rozmowy z teściową i moją mamą - prosząc o pomoc
      i wsparcie. Z teściami obróciło się to potem przeciwko mnie - ku memu wielkiemu
      zaskoczeniu, a mama moja wspierała i wspiera mnie wciąż i bez znaczenia kto
      jest/był temu winien.
    • erzsi Re: czy i jak mowiliscie rodzinie? 04.01.07, 13:36
      Powiedziałam swojej rodzinie kiedy sprawa w moich oczach stała się nie do
      odkręcenia. Chciałam oszczędzić rodzicom, a zwłaszcza mamie zbędnych nerwów.
      Mąż powiedizał ojcu wcześniej, potem informował go, że żadnego rozwodu nie
      będzie, bo chwilowo zmienił zdanie i trochę się teściu wtedy wkurzył mocno, bo
      baaaaardzo nie lubi niedobrej i wrednej jeszcze synowej wink.
    • cosmopszczolka Re: czy i jak mowiliscie rodzinie? 06.01.07, 13:59
      Ja powiedziałam rodzicom po około póltora miesiaca po tym jak mąz zakomunikował
      mi ze cce odejsc. Nie dawałam juz sobie sama rady byłam załamana. Oczywiscie od
      razu byłam u tesciowej aby mi jakos pomoqła, dzwoniłam, ale nawet palcem nie
      kiwneła, bo to przeciez synek jedyny.Rodzice bardzo mnie wspieraja i pomaqaja
      przetrwac.Tata miał tylko racje na samym poczatku, abym wywaliła qo za drzwi
      od razu. A ja nie umiałam tak, płakałam, walczyłam przez rok. Nic to nie dało.
      Wszystkie moje próby ratowania małżeństwa mąż obracał jeszcze przeciwko mnie.
      Teraz złozył pozew. Moze qdybym wczesniej trafiła na forum i poczytała zyciowyc
      doswiadczen to moze inaczej potoczyłby sie ten rok.
    • pikotek Re: czy i jak mowiliscie rodzinie? 06.01.07, 16:06
      u mnie chyba jak u Was wszystkich, rodzice od razu powiedzieli ze mam to
      skończyć i sie nie szarpać... ze nie warto, wtedy myslalam ze dam rade uratowac
      to wszystko.. teściowie zaakceptowali od razu nieślubne dziecko mojego męża..
      ale pomocy czy wspolnej rozmowy nigdy nie bylo... nawet jak umieral moj teśc na
      mysl nikomu nie przyszło by zdjąć na chwile zdjecie tego "dowodu zdrady" znad
      łóżka teścia, kiedy ja siedzialam po nocach i go pielegnowałam... jak widac dla
      rodziców naszych mężów jesteśmy tylko dodatkiem, który moze sie zawsze zmienic..
      teraz tesciowa wspiera swojego synka we wszystkim.. niech tam... niewarta nic
      jako człowiek..
      • tricolour Matka wspierająca własne dziecko... 06.01.07, 16:14
        ... jest dla Ciebie "niewarta nic jako człowiek". No to dość osobliwe podejście
        do sensu macierzyństwa...
        • pikotek Re: Matka wspierająca własne dziecko... 06.01.07, 16:35
          trudno powiedziec mi co innego, liczylam na wsparcie, rozmowe, pomoc, wszakże
          to małżeństwo jej syna, czy nie należy podjąć próby pomocy? a jeśli akceptuje
          bez problemów nieślubne dziecko syna i mowi mi ze jestem młoda i sobie poradze,
          umywa rece od wszystkiego i przestaje mnie zauważać.. to jak inaczej
          powiedzieć. gdyby mój syn postąpił tak jak mój mąż starałabym sie ratować ich
          małżenstwo... pomoc sie porozumiec a nie akceptować niemoralne zachowanie
          syna.. teraz jest tak ze pożycza mu pieniadze na rozwód... cała rodzina wie o
          tym, tylko jakos moj maz zapomnial mi powiedziec o tym co zamierza od 4 m-cy..
          oficjalnie zadnej rozmowy nie było, czuje tylko ze to się swięci...
          i to jest w porządku?
          • tricolour Mnie moja teściowa powiedziała... 06.01.07, 16:41
            ... że zrobi wszytsko dla dobra dziecka. Mnie w swych planach nie uwzględniła i
            rozumiem jej podejście. Nawet akceptuję.

            Piszesz, że starałabyś się ratować małżeństwo syna. Nawet wtedy gdyby prosił o
            co innego? Albo wcale nie prosił o żadną pomoc?

            To, że twój mąż nie jest w porządku nie oznacza, że jego bliscy są nie w porządku.
            • pikotek Re: Mnie moja teściowa powiedziała... 06.01.07, 16:51
              Tri, to dośc specyficzna rodzina, raczej zimna niz ciepła, na wizyty trzeba sie
              umawiac, mieszkamy 10min od siebie,ale nigdy nas nie odwiedzali, tacy są.. moja
              teściowa potrafila podrzucic swoje dzieci do swojej matki na 3 m-ce bo miala
              wazniejsze sprawy, mojego meza tez potrafila zostawic i pracowal 1.5 roku gdzie
              indziej majac 2 dzieci z soba a on siedzial z niania..to nie sa uczucia
              macierzynskie tylko wygoda... moze obiektywnie jej nie potrafie juz ocenic, ale
              mozna pomyslec ze ktos moglby jej corke takpotaktowac jak jej syn mnie, ciekawe
              jak wtedy by postapila...jego siostra juz mnie na ulicy nie poznaje.. to jest w
              porzadku? chyba nie... najlepiej zamiesc problemy pod dywan i udawac ze nic sie
              nie dzieje? ze to nie moja sprawa? jesli mozna pomoc to trzeba.. zreszta
              niedawno sie przyznala do tego ze duzo w tym jej winy... bo nie pokazala
              swojemu dziecku ze zle postapil i zaakceptowala wszystko tak latwo ...to jak on
              ma uznac to co zrobil za zle?
              • tricolour Zajmujez sie nie swoimi sprawami. 06.01.07, 16:55
                Twoje posty opisują innych ludzi i Twoje wyobrażenia ich win. Zajmujesz się
                jakimiś nie swoimi dziećmi, znacz historię ich życia (kto tam kogo podrzucił).

                Żyjesz nie swoim życiem...
                • pikotek Re: Zajmujez sie nie swoimi sprawami. 06.01.07, 16:56
                  nie wiem o co Tobie chodzi..
                  • tricolour Chodzi o to... 06.01.07, 16:59
                    ... że większość Twoich postów w tym wątku, to żale na teściów i inne osoby.
                    Jeżeli w Twoim małżenstwie zawinił mąż, to dręcz męża, a nie jego bliskich.

                    Moim zdaniem trzeba szukać właściwego celu swoich zamierzeń jeżeli chce sie
                    osiągnąć jakiś sukces.
                    • pikotek Re: Chodzi o to... 06.01.07, 17:01
                      tak, bo mam do nich żal...
                      bo go kryli i akceptowali wszystko...
                      trudno nie mieć w takiej sytacji ..
                      gdybyś poznał cała moja historię pewnie zmieniłbys zdanie...
                      • pikotek Re: Chodzi o to... 06.01.07, 17:02
                        i ja nikogo nie drecze...
                      • tricolour Może rzeczywiście bym zmienił zdanie ... 06.01.07, 17:05
                        ... a może bym miał większe pretensje do męża, że nie tylko rozwalił rodzinę, to
                        jeszcze dodatkowo omotał swoich rodziców, by służyli mu pomocą w tym, co zrobił.

                        Bo to tylko mąż ślubował Ci. Reszta nie.
              • 0lana Re: Mnie moja teściowa powiedziała... 06.01.07, 20:19
                Pikotek,współczuje Ci,bo trafiłas na wyjatkowo nierodzinna rodzinę,ale z drugiej strony...lepiej,że się z nimi rozstaniesz.Nie wyobrazam sobie zyc w lodowcu...
                Rodzina mojego męża wspiera mnie i nie rozumie postepowania mojego meza,maja do niego żal...,a ja nie wyobrazam sobie zerwania z nimi kontaktów nawet jesli dojdzie do rozwodu...
            • z_mazur Re: Mnie moja teściowa powiedziała... 06.01.07, 16:55
              Jak słyszę o bezwarunkowej miłości do dziecka to mi się o razu przypomina "Ballada o Januszku".
              Swoją drogą, jak dziecko coś przeskrobie to przeważnie jednak stosuje się jakąś karę a nie głaszcze po główce.

              Rozumiem zastrzeżenia żony, w momencie gdy teściowie bez zająknięcia akceptują posunięcia ich syna.
              • tricolour Czy Twoja miłość jest warunkowa? 06.01.07, 17:02
                Hm... jesteś świadom warunków przez które przestaniesz kochać własne dziecko? A
                co do karania... to jak wyobrażasz sobie ukaranie dorosłego faceta?

                smile)
                • yoma Re: Czy Twoja miłość jest warunkowa? 06.01.07, 18:34
                  Przez kolano, przez kolano i pasem smile
                • z_mazur Re: Czy Twoja miłość jest warunkowa? 06.01.07, 22:05
                  Między karaniem, a bezkrytyczną akceptacją jest jeszcze trochę pola manewru.

                  Świat nie jest czarno biały.
                  • tricolour Ja to sobie tak wyobrażam. 06.01.07, 22:13
                    Przychodzi "dziecko" do ojca. Dziecko ma już po trzydziestce, a ojciec przed
                    sześćdziesiątką. Trzydziestolatek "coś przeskrobał", ale ojciec nie wie co, bo
                    to dziecko juz duże jest i radzi sobie samo z problemami. Poza tym problemy
                    okołorozwodowe to także intymna sprawa żony więc jakos trudno nagle opowiadać
                    staremu ojcu...

                    Nie widzę w takiej sytuacji żadnej możliwości karania. Nawet pouczania czy
                    dawania rad. Jedyne, co można, to wspierać w decyzji, przedstawić swój punkt
                    widzenia. Obawiam się (a właściwie - mam nadzieję), że jedyne, co pozostaje, to
                    akceptacja.
                    • z_mazur Re: Ja to sobie tak wyobrażam. 06.01.07, 22:33
                      A ja to sobie wyobrażam inaczej.

                      Facet w średnim wieku, przechodzi nagle kryzys wieku średniego, odbija mu palma. "Zakochuje" się bez pamięci w dwudziestokilkulatce. Chce odejść od żony i swojej dwójki dzieci.

                      Wydaje mi się, że dobrym posunięciem byłaby jednak krytyka wprost jego zachowania, a nie wspieranie go w decyzji.

                      Czym innym jest pogodzenie się rodziców z decyzją dorosłego syna, a czym innym wspieranie go w niej.

                      Podobało mi się, zachowanie teściów mojej znajomej, którzy nadal mają z nią bardzo dobry kontakt, natomiast powiedzieli synowi, że z kochanką ma się w ich domu nie pokazywać.
                      • tricolour I pokazuje się? 06.01.07, 22:37
                        Ciekawi mnie to...

                        Troszkę teoretyzujemy.

                        smile)
                        • z_mazur Re: I pokazuje się? 06.01.07, 22:41
                          Na razie nie. smile))

                          Ale kto wie, co będzie gdy z kochanki stanie się drugą żoną. wink
              • marek_gazeta Re: Mnie moja teściowa powiedziała... 06.01.07, 20:39
                Zgadzam się. Wydaje mi się, że rodzice powinni zaakceptować i starać się pokochać małżonka(ę) ich dziecka, pomagać przy rozwiązywaniu konfliktu i w sposób obiektywny odnieść się do ewentualnego rozwodu, jego przyczyn i konsekwencji.

                Ja nakopię synowi, jeśli skrzywdzi swoją żonę.
                • krwawa.mary Re: Mnie moja teściowa powiedziała... 06.01.07, 21:12
                  Marek, nakopiesz?
                  Mam nadzieję, że nie. Nigdy nie będziesz wiedział o swoim dziecku wszystkiego.
                  Jak tak Was czytam, to wypływa tu i tam, że rodzice nie mają pojęcia o życiu
                  swoich dzieci. Choćby rodzic stawał na głowie i wycinał hołubce przy każdym
                  spotkaniu, nici, nie będzie alfa i omegą.
                  A jak to jego żona będzie krzywdziła a on po prostu nie wytrzyma?
                  • marek_gazeta Re: Mnie moja teściowa powiedziała... 06.01.07, 21:17
                    Oczywiście zakładam, że będę znał sytuację. A syn powie prawdę. Co zakładam.
                    • akacjax Re: Mnie moja teściowa powiedziała... 07.01.07, 00:02
                      Moja teściowa bardzo przeżyła nasze rozstanie, wcześniej ja ostrzegałam, ze jak się nie zmieni, to innego wyjścia nie będzie. Ale najbardziej boli ja postawa jej syna, z dobrze poinformowanego źródłą wiem, że nie zgadza się z jego postawą. Oczywiście syn w relacji z matką jest poprawny, ale zna zdanie matki-no i nie lubi za często u niej bywać.

                      Na pewno jest teraz miedzy mną a teściową wiekszy dystans-ale generalnie co pewien czas składamy sobie grzecznościowe wizyty.
                      Moim rodzicom powiedziałam od razu, gdy doszło do etapu sądowego, gdyż nie chciałam by wyręczył mnie w tym złośliwy m.



    • bursztynowe Re: czy i jak mowiliscie rodzinie? 06.01.07, 23:02
      Rodzina dowiedziała się jak już było praktycznie po wszystkim. Nie tyle
      "technicznie" ile emocjonalnie (to znaczy było już wiadomo czy wóz czy przewóz).

      Z rozejściami, przynajmniej u mnie było tak, że nic tak do końca nie było
      wiadomo. Bo trudno mieć niezachwiane przekonania i żelazną wiarę w to co się robi.
      I rodzina stanęła wysokości zadania, tak jak się tego zupełnie nie spodziewałem,
      to znaczy, pełne wsparcie (mimo że eksię bardzo lubili) i kompletny brak
      wtrącania (to wasza sprawa i wasza decyzja) się z jednoczesną, nienachalną
      życzliwością. Fakt jest faktem, że nie latałem do nich z płaczem, że sypie się
      to czy tamto. Zaskoczenie było totalne (czytaj farsa aż do finału).

      I każdemu życzę takiego podejścia najbliższych.
      • alexolo rozumiem pikotek!! 06.01.07, 23:49
        ja mam podiobna sytuacje..
        moim rodzicom powiedzialam jak mąz po ..moim wybaczeniu ponownie zwiał
        z domu do kochanicy ...byłam wówczas juz bez radna i bliska
        obłędu....mam zadziałała krótko..wywiozła rzeczy męża do mieszkania
        schadzek...
        ale koszmar trawł od kilku lat...mama oczywiście domyslala sie że cos
        jest nie tak..ale ja zapewniałam ją że dam rade..
        o wybrykach i zdradach syna teściowie wiedzieli od początku...ze strony
        teścia 1 rok po ślubie usłyszałam" nie zaczepiaj gówna bo zacznie
        śmierdzieć " co kolwiek miało to znaczyć ..bnigdy już nie poprosiłam
        tescia o pomoc.
        natomiast teściowa wydawała sie być zainteresowana naszymi
        sprawami....tylko że bagatelizowała totalnie ...moje sygnały ...o piciu
        ,kochankach i wynoszenia z domu czego sie dało...
        non stop go broniła...o kochankach mówiła" to jego stara znajoma.."
        gdy prosuiiłam o interwencje w sprzwie kolejnego cugu męża...teściowa
        przyjeżdzała z butelką !!!!mówiąc "opamietaj sie"- koniec rozmowy.
        jak wyniósł coś z domu ..mówiła" on to pożyczył piotrowi"( nap. nasz
        obraczki slubne"!!!
        gdy na jaw wtszedł jego ostatni romans..mimo że doskonale wiedziała
        jaka jest sytuacja( rozmawiała wielokrotnie z kochanka)
        nigdy nie dała mi wsparcia otuchy...jedynie co mówiła to daj mu
        świety spokój ...niech sie chłopak wyszaleje...a my wychowamy
        dziecko"!!straciiłam do tej kobiety szacunek...nie uważam jej za dobra
        matkę ...nie pozwole aby widywała sie z moim dzieckiem dłużej niez
        potrzeba...jej miłośc to " małpia miłość" która wyżądza wiecej szkody
        niż dobrego!!
        reszta mojej rodziny wspiera mnie w każdym calu!!!!dopinguje do walki o
        swoje racje..żywo jest zainteresowana toczaca sie sprawą
        ...doradza...raczy rozmową ..przeżywaja to ze mna ...to pierwszy rozwód
        w mojej rodzinie...
        o dziwo dalsza rodzina męża chyba raczej w skrycie...ale popiera mnie
        i wysyła dowody sympatii..
        tesciowa na sprawie próbowala kłamać na moja niekorzyść ...a teść
        spotkany na ulicy po 5 rozprawie rozwodowej pyta mnie " no co tam
        u was" ja mu mówie tato jestem po 5 sprawie rozwodowej..." a on "
        no co ty? naprawde?;....nic dodać nic ujać...
Pełna wersja