rozwodnica
24.02.07, 15:27
Dzień dobry wszystkim.
Jak to zwykle bywa, czytam Was od dawna - czyli od ponad roku.
Cóż, chyba się rozwodzę. A raczej na pewno się rozwodzę, tylko jeszcze trudno
mi to przyjąć do wiadomości.
No to może po kolei... Z mężem byłam ponad 10 lat, mamy cudowne dziecko. Życie
typowego polskiego małżeństwa, przynajmniej ja wśród takich żyję - stopniowe
zmiany statusu materialnego, jakieś większe mieszkanie, dodatkowy
samochód...żadnych zbytków, ot mozolne dorabianie się coraz to nowych gratów.
I gdzieś po drodze zgubiona miłość, namiętność, pogłębiające się różnice,
nawarstwiające pretensje... Zaczęłam to odczuwać już kilka lat temu ale
oczywiście zamiast posadzić męża w fotelu i powiedzieć co mi leży na sercu
wybrałam cierpienie w milczeniu. Choć prawdę mówiąc jak go znam, to
powiedziałby "przesadzasz" i tyle. Może byłoby lepiej przez miesiąc lub dwa.
Tak czy owak to był mój pierwszy błąd. Rok temu wydarzył się drugi. Poznałam
kogoś, zaprzyjaźniłam się, zakochałam, rozkwitłam. Wydawało się, że jakoś nad
tym panujemy choć szczerze mówiąc nie mam pojęcia co ja sobie myślałam...
mężczyzna żonaty, ma dziecko. Ciągnęliśmy ten romans prawie rok, na przemian
rozstając się i wracając. Naprawdę miałam jakąś głupią nadzieję, że wystarczy
znaleźć jakiś zablokowany trybik w głowie, że jeszcze mogę wszystko naprawić w
moim małżeństwie. W końcu powiedziałam mężowi. Zaliczyłam podręcznikowe
załamanie nerwowe, poszłam do psychiatry, brałam psychotropy, ubłagałam męża,
żeby pozwolił spróbować jeszcze raz...i jak tylko zaczęłam wychodzić na prostą
okazało się, że znów popełniłam błąd. Uciekłam do tego co znane i bezpieczne.
Przyszło dobrze znane poczucie beznadziei i przerażenie, że będę krzywdzić
kochającego mnie człowieka, który na dodatek okazał się tak wielkoduszny.
Zbyt wiele musiałabym napisać jak na jeden post, w każdym razie finał jest
taki, że mąż nie mieszka z nami od ponad miesiąca, chce rozwodu. Na początku
czułam się wyzwolona, wolna, wreszcie nikogo nie okłamywałam. A teraz coraz
częściej wpadam w dołki, jakoś przestaję pamiętać co było źle, za to wzbiera
we mnie poczucie winy. Nie za dobrze radzę sobie ze świadomością, że
rozwaliłam rodzinę, nie pomaga psycholog. Rodzice raczej nie pomagają, wciąż
wskazują mi nowe zagrożenia które teraz czyhają na mnie i dziecko, oczywiście
przypominając, że to wszystko moja wina...Przecież ja to wszystko WIEM

Nikt
nie obwini mnie bardziej niż ja sama.
Aby obraz sytuacji był pełny - mój dotychczasowy kochanek mniej więcej w tym
samym czasie co ja powziął podobne decyzje. Bez jakichkolwiek konsultacji, nie
kontaktowaliśmy się wcale.
Teraz mieszka sam, spotykamy się, na każdym kroku zapewnia mnie o swojej
miłości... Powinna być sielanka a nie jest. Nie potrafię chyba pozbyć się
brzemienia tego co się wydarzyło. Nie daję sobie prawa do szczęścia jak mówi
psycholog

On mówi, że tak widocznie musiało być. Ja myślę, gdzie popełniłam
błąd...dlaczego pozwoliłam mojemu małżeństwu umrzeć... I skoro tego nie wiem,
to jaką mam szansę na jakiekolwiek powodzenie w przyszłości.
Mam straszny mętlik w głowie. Boję się - ja, która zawsze byłam postrzegana
jako twarde babsko.
Wybaczcie tę wylewność, to też zupełnie nie w moim stylu...ale akurat dziś
straciłam siły, udawanie, że panuję nad sytuacją jest męczące.
Nie wiem, po co mi ta publiczna ekspiacja. Chyba chciałabym tu bywać i wolę
zacząć uczciwie.