za.daleko
02.04.07, 13:51
wiem, dziwna historia...ale prawdziwa...
odeszłam od męża ponad 7 lat temu, nasze plany się rozminęły, ja oczekiwałam
w swoim życiu jakiegoś parcia do przodu..rozwoju osobistego..
On, raczej domator, ale niekoniecznie...spokojny, dobry facet, złota rączka,
ugotuje, posprząta, ale nie pantofel

zainteresowania to elektronika, mechanika, nowoczesność w domu i
zagrodzie..
odeszłam, bo mi było chyba za monotonnie w życiu..myślałam o własnym
mieszkaniu, o nauce, o podróżach itp... nieważne...
nie rozwiedliśmy się do dzisiaj, ale lada moment to zrobimy bo czas już
uporządkować sprawy formalne
mieszkamy osobno, mamy syna z którym oboje mamy dobry kontakt
i tu rodzi się teraz całe sedno mojego postu...
eks - (bo tak się już nazywamy) jest dobrym facetem, pracuje, zajmuje się
domem i robi w nim wszystko, bo taka jest potrzeba...pracuje do wieczora,
nigdzie nie wychodzi, oprócz sklepów, wyjścia do znajomych i rodziny to kręgi
raczej zamknięte i nie ma okazji poznać nikogo....
kiedyś o tym nie myślałam zajęta własnym życiem i sprawami, ale od jakiegoś
czasu jest mi go szkoda....
nie ma bliskiej rodziny, ojciec, matka i brat nie żyją, ma ciotki i dalszą
rodzinę ale na codzień jest sam....ma 45 lat...
jakieś dwa lata podobno poznał kobietę, ale mieszkała pod Warszawą....
może to głupie, że myślę o nim w takiej kategorii i że jest mi go szkoda, bo
wiem, że facet się marnuje, że zasluguje na kogoś...
potrafiłby być oparciem dla innej kobiety, ale gdzie ma ją poznać?
najchętniej wyswatałabym go
a tak serio: myślicie czasem o swoich eks, jakie życie wiodą i czy jest im
dobrze czy źle?
a jak jest źle? nie czujecie się w jakimś stopniu takim kimś, na kogo ten
ktoś dalej może liczyć jeśli chodzi o pomoc...?
różną, nie akurat swatanie
to nie wyrzuty sumienia mną kierują, a tylko świadomość, że marnuje się dobry
facet....
nie wiem, czy jasno to napisałam....
chciałabym, żeby ułozył sobie życie, bo jest tego wart kurczę....