braktalentu
04.06.07, 19:49
W wątku Konkubinki, na temat Jej zdziwienia zachowaniem Exa napisałam:
" ... mój M. coraz bardziej skłonny jest ustalić kontakty sądownie,
szczególnie, że prawnik zapewnia nas, że na 99% Sąd zobowiąże Matkę do
dowożenia nam dziecka (przyrodni brak - niemowlę, dziadkowie i niedołężna
prababcia)".
Nie sądziłam, że ten akapit wzbudzi tyle emocji, ale skoro tak się stało,
proponuję przenieść dyskusję tu, żeby nie zaśmiecać dalej wątku Konkubince
(rychło w czas-

.
W dużym skrócie:
Exia rozwiodła się (Jej inicjatywa i pozew) bez orzekania o winie. M.
przyklepał proponowane przez Nią alimenty. Dwa tygodnie po rozwodzie okazało
się, że wyjeżdża "za panem" 450 km, a sprawa kontaktów z dzieckiem to broszka
byłego męża (w majestacie prawa dodajmy). Jeździł. Potem jeździliśmy razem.
Potem jeździliśmy z synkiem.
W wyniku sprzedaży firmy M. stracił pracę. Oferty, które otrzymywał w Polsce
gwarantowały Mu połowę poprzednich zarobków. To oznaczało obniżenie poziomu
życia rodziny o połowę. Dotyczyłoby to również pasierbicy, dla której
alimenty są jedynym źródłem utrzymania (Matka nie dokłada, bo nie ma z
czego), a fundusz powierniczy jedynym "posagiem". Podjęliśmy decyzję o
wyjeździe. Ponieważ była to NASZA, nie konsultowana z Exią decyzja uznaliśmy,
że koszty i organizaja spotkań za granicą, są naszym problemem. Nowy
pracodawca M. zagwarantował jeden przelot w kwartale (czyli ja i M nie
widzimy się z rodziną, żeby zobaczyć się z Młodą) i kierowcę lotniskowego.
Pozostałe bilety opłacamy sami, a jesteśmy w tej części świata, do której
nie latają tanie linie lotnicze. Młoda jest u nas co dwa tygodnie w weekend.
Codziennie rozmawiamy telefonicznie. M. jest w stałym kontakcie z
wychowawczynią (wolałby z Exią, ale niestety to niemożliwe).
Za miesiąc wracamy do kraju. Pierwotnie zapowiadało się, że w okolice miejsca
zamieszkania Exi. Teraz wygląda na to, że nie. Trudno oczekiwać od 1,5
rocznego dziecka, że będzie spało jak trzymiesięczniak. Trudno będzie z Nim
jeździć do Młodej (z noclegiem w hotelu). Nawet jeżeli raz w miesiącu to
zrobimy, to w żadnym wypadku nie uda nam się przetransportować dziadków
(dziadek zaawansowany cukrzyk, babcia "uwiązana" do prababci na wózku - 90
lat), a Oni też chcieliby widywać wnuczkę.
My ponieśliśmy konsekwencje naszej decyzji o wyprowadzce i kontakty Młodej z
ojcem i bratem nie ucierpiały w jej wyniku.
Pytanie numer jeden brzmi:
Dlaczego Exia nie musi ponosić konsekwencji swojej decyzji o wyprowadzce (450
km), która ewidentnie wpłynęła na częstotliwość kontaktów dziecka z częścią
rodziny, a za rzecz naturalną uważa się ponoszenie ich przez Ojca?
Pytanie numer dwa:
Czy niedołężni dziadkowie mają prawo do kontaktów z wnuczką? Czy też z racji
niemożności dojechania do Niej powinni z tych kontatków zrezygnować.
Pytanie numer trzy:
Czy ustalone kontakty z ojcem, zagwarantują kontynuację spotkań przyrodniego
rodzeństwa w przypadku jego (ojca) smierci. Mój M życzyłby sobie, żeby dzieci
mimo braku łączącego je ogniwa, nadal funkcjonowały jak rodzina.
Niektórym wydaje się, że starania mojego M o utrzymanie więzi rodzinnych
między córką, a Jego bliskimi są bez sensu i "dla dobra dziecka" powinien z
tego pomysłu zrezygnować. Ale my jesteśmy "rodzinni", a Młoda jest częścią
naszej rodziny (córką, siostrą, ... pasierbicą-

. Poza naszymi dziećmi nie
będzie raczej (99%) miała innego rodzeństwa, więc M. bardzo zależy na
ciepłych stosunkach między Jego dziećmi.