custom_babe
24.07.07, 21:21
Po pierwsze, witam wszystkich. Do tej pory raczej nie udzielałam się na forum, ale dzisiaj jest okazja.
Przed chwilą moje małżeństwo oficjalnie się zakończyło...nie, nie, jeszcze nie w sądzie, ale to już tylko formalność.
Krótki opis mojego małżeństwa...Kiedy się poznaliśmy z mężem, każde z nas było w związku. Oboje je zakończyliśmy (tzn. ja tak początkowo myślałam, mąż jeszcze po naszym ślubie utrzymywał bliżej nieokreślone kontakty ze swoją byłą narzeczoną) i staliśmy się parą. W krótkim czasie zaszłam w ciążę- i to był dla nas obojga szok. Od razu uprzedzam żartownisiów, że wiem, skąd się biorą dzieci

Jednak kochaliśmy się w dniu, w którym według wszelkich ustaleń (ach, te naturalne metody!) nie powinno się nic zdarzyć. Zazwyczaj biorę tabletki antykoncepcyjne, jednak wtedy zrobiłam sobie miesięczną przerwę, no i po fakcie dowiedziałam się, że podczas takiej przerwy prawie każdy dzień jest płodny. Nieistotne. Kolejne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Ślub cywilny, wspólne mieszkanie. Nowe życie. Mimo wszystko, z początku układało nam się nienajgorzej, ale już kiedy mały miał jakieś trzy miesiące-pierwsze rozstanie, wyprowadziłam się od męża. trwało to prawie 10 miesięcy zanim z powrotem zamieszkaliśmy razem.
Potem było już tylko gorzej. Kłóciliśmy się praktycznie o wszystko. Historia jest długa, dlatego jeśli ktoś chce poznać szczegóły, to pisałam o tym na forum Młodziutkie mężatki...w temacie-"Zdecydowałam się na rozstanie". No właśnie. Kilka lat zajęło mi dochodzenie do przekonania, że nigdy się nie "dotrzemy" i nie stworzymy szczęśliwej rodziny. Ostatnio mąż po "małym spięciu"po prostu wyszedł z domu i zniknął na 10 dni. Koniec. Spakowałam jego rzeczy. Po powrocie mąż nie nocował w naszym domu, tylko chyba u jakichś znajomych, dzisiaj przyjechał zobaczyć się z synem. Chciałam z nim porozmawiać, poustalać wszystko, prawdę mówiąc, miałą nadzieję, że pierwszy raz od lat usiądziemy i szczerze sobie powiemy, co nie wyszło, co było nie tak, dlaczego tak się stało. Nie żeby coś jeszcze ratować, bo już nie ma czego, tylko żebyśmy nie rozstawali się bez słowa wyjaśnienia. Niestety, jak zwykle on stwierdził, że nie ma ochoty na dyskusje. I tyle.
Powiem wam, że w ostatnim czasie, kiedy już zdecydowałam się na rozstanie odczuwałam dziwny spokój. Byłam szczęśliwa, że mam tyle siły, żeby zakończyć ten koszmar, chociaż może "szczęście" to nie jest najodpowiedniejsze słowo, kiedy rodzina się rozlatuje. Ale kiedy mąż zabierał swoje rzeczy, kiedy mogłam "fizycznie" zobaczyć, jak kończy się nasze małżeństwo, to po raz pierwszy poczułam się sama, samotna. Jak na filmach, kiedy ktoś stoi, a ogromny tłum przepływa obok niego nie zwracając na tę osobę uwagi.
Ostateczne rozstanie miało być dla mnie początkiem nowego życia, bez strachu, upokorzenia...I wiecie co? Wyjęłam z szafki butelkę wina, walczyłam z nią dobre 30 minut, żeby w końcu ją otworzyć i teraz ja, niepijąca prawie wcale alkoholu, siedzę z butlą wina przy monitorze i palę papierosa za papierosem, co też jest nienormalne, bo mam zasadę, że nigdy nie palę w mieszkaniu. Płakać nie będę, bo obiecałam sobie, że już tyle się napłakałam przez tego faceta, że wystarczy. Ale upić to się upiję na bank! Zdrowie!!