outime
08.10.07, 09:56
Nie wiem, co dalej będzie z moim małżeństwem...
Wiem,że kocha mnie, ja też go kocham, ale dobrze wiecie, że czasami
to nie wystarcza...
Mam dosyć jego charakteru, wiecznego po nim sprzątania, obsikanej
muszki, ciuchów tam, gdzie spadną mu z tyłka, sprzątania po nim
każdej łyżeczki, bo jemu nie przeszkadza, że brudne naczynia leżą
dwa tygodnie koło kompa. Mam dosyć palenia w piecu, bo on czeka, aż
zrobi to mój brat, bo mieszkamy w jednym domu, więc w końcu idę
rozpalić ja, ale jemu to nie przeszkadza. Mam dosyć olewania mnie
nawet w urodzimy, prezent byle jaki, ksiązka za 15 zł, bo nie miał
czasu by kupić mi cokolwiek innego, bo pracuje, bo się czepiam, bo
to nie ważne... Ale dla siebie potrafi wybierac godzinami rzeczy na
ryby. I to mnie bardzo, bardzo boli. W tym roku powiedział: idziemy
na impreze, więc pojedziemy i kupimy ci sukienkę. Przyznam,że nie
chciałam, wolę sobie sama kupować. Ale pomyślałam,że zobaczymy, czy
dotrzyma słowa. Kilkakrotnie zapewniał, że "pojedziemy i kupimy".
Nadszedł ten dzień i ... nic, minął następny i ... nic. Czekałam, w
końcu miał to byc dla mnie prezent

A potem wściakł się, gdy
powiedziałam, że nie idę na żadną imprezę bo nie mam w czym. No i
oczywiście usłyszałam, że się czepiam,że sama miałam sobie jechać i
kupić,że przecież wiem,że on jest zapracowany i mógł zapomnieć. Na
moje, że miał to byc jego prezent dla mnie, usłyszałam,że
przesadzam, mam się przestać wygłupiać itd.
Seks nie jest zły, ale.. No właśnie - ja nie mogę brać hormonów, on
nie chce gumy, więc kupuję globulki dopochwowe. Ale nawet te 10
minut, które muszą upłynąć od zastosowania globulki to dla niego za
dużo. Ryczeć mi się chce, mówiłam mu o tym, ale dla niego jestm
panikarą, wydziwiam...
Poroniłam niedawno, ale nawet to go nie zmieniło. Miał pretensje, że
niby powiedziałam o tym swojej koleżance! On nie widzi, że tak
ogromnie rani, mówię mu o tym delikatnie, tłumaczę, jestem
cierpliwa, wyrozumiała, ale oczekuję od niego trochę empatii!
Odrobinę! Nie wiem, czy to już koniec. Jestem zmęczona już. Zdrowie
mam zszargane, dziecko też na tym cierpi. A on zacietrzewiony w
swoim "co, mam się zmienić?!" uważa, że to moja wina, że jestem temu
wszystkiemu winna, bo niepotrzebnie się czepiam! Na nic tłumaczenia,
że dłużej tak nie mogę, że nie mam sił. Przychodzi z pracy i siada
za kompem. Robię obiad, siedzę w kuchni 2 godziny biegając jak
wściekły kot pomiędzy garnkami, sprzątam w tym czasie, piorę itd, a
jak idę z obiadem to okazuje się że nie mam nawet gdzie tacy
postawić, bo jemu nie chciało się nawet gazet ze stołu sprzątnąć! On
nie chce zrozumieć, że w pracy pracuję a w domu przychodzę i zasuwam
dalej : sprzątanie, pranie, dziecko... Dla niego w pracy siedzę a w
domu siedzę dalej

Absolutnie żadnego szaunku dla mnie.
Już nie mam sił, by wszystko to opisywać.
Wczoraj miarka się przebrała. Zeszła moja mama i stanęła po jego
stronie /cóż, sama ma męża, który ja psychicznie wykańcza, ale
jako "przykładna katoliczka" nie śmie wątpić w słuszność tego. A on
nagle znalazł z nią wspólny język, że jestem taka, siaka, owaka...
Ona, że wygłupiam się, że mam go szanować, że mam się leczyć...
To nie tak że idealna jestem, bywam upierdliwa, zrzędząca, chociaż
wynika to ze sciekłości na niego. Ale wszystko mupowiedziałam,
dlaczego bywam taka i taka, z czego to się bierze, że jestem mściwa,
ale nie z samej mściwości, ale dlatego, że na niego nic nie działa,
więc jest to mój sposób, by mu dopiec. On wie, że każdy na dzień
dobry ma u mnie duuuży kredyt zaufania, że trzeba sie mocno starać,
bym zmieniła zdanie, że wolę dawać niż brać. Wszystko na nic...
Nie wiem, jak się to dalej potoczy, bo mówiłam mu wczoraj
kilkakrotnie, że to koniec, że zniszczył tą szansę stając z moją
matką we wspólnym froncie, że nie wie, co to małżeństwo, rodzina...