der1974
14.10.07, 23:46
Czytam, że ktoś tam odchodzi, ktoś jest szczęśliwy, zakochany i nie
interesuje go już forum. Jedni życzą powodzenia, inni się jakby
oburzają. Ja też na forum się przesiedziałem długo. Lubię je
zwyczajnie. Ostatnio rzadko piszę, czasem poczytam. Nie da się
bowiem ukryć, że ludzie jak powoli przestają się zajmować rozwodem,
zranionymi uczuciami, rozmyślaniem co było nie tak, po prostu
odchodzą. W ciągu półtora roku które tu jestem ekipa się mocno
zmieniła i to potwierdza słuszność tej tezy.
Ja nie ukrywam, że straciłem zainteresowanie tymi tematami i nie
umiem już wykrzesać z siebie empatii dla nowych problemów, nowych
ludzi. Nie gniewajcie się, ale te problemy tak przewaliłem wte i we
wte, że wydają mi się teraz śmieszne. Dzisiaj mało istotne.
Doskonale pamiętam swoje przeżycia, żal, no ból po prostu. Rozumiem
zranione uczucia kolejnych osób.
Ale prawda jest taka, że wszystko to mija. Czas nas leczy i
powoduje, że intensywność naszych negatywnych emocji opada.
Zaczynamy dostrzegać inne sprawy, zjawiska, ludzi. A wałkowane
własne zranione uczucia zwyczajnie zaczynają nas samych męczyć i
nudzić. No bo ileż można? I całe szczęście, że tak jest. W każdym z
nas tkwi niepamięci cud i nadzieja na lepszą przyszłość.
To nie oznacza, że można cokolwiek zapomnieć. O nie. Ja dzisiaj nie
mogę uciec od tego, że dokładnie 12 lat temu się żeniłem. Małżeństwa
już nie ma. Ale jest we mnie wiara w zasady: miłość, lojalność,
wsparcie. I cieszy mnie to. Dlatego tak męczy mnie epatowanie nowych
userów tym, że trzeba myśleć o sobie, być egoistą, szanować się bla
bla bla.
No trzeba i co z tego? Tak się długo na tym jednym fundamencie nie
pociągnie. W zamknięciu na świat, bo to jest forma obrony. Od dawna
czułem, że przełom jest wtedy, kiedy się otwierasz na świat i ludzi
z myślą - najwyżej znowu dostanę baty. Teraz jestem tego pewien, że
to jest rewolucja w myśleniu. Pozostawienie za sobą tych murów,
twierdz itp to warunek ozdrfowienia. A na co to komu potrzebne?
Doświadczenie i pamięć same otrzeźwią kiedy będą potrzebne. Ale na
siłę ich kultywować nie ma po co.
Pozdrawiam wszystkich i idę spać z myślą, że moje małżeństwo mi
wiele dało, wiele mnie nauczyło, było dobre i złe. Ale już się
skończyło i jeśli cokolwiek mnie dzisiaj zajmuje to raczej pytanie,
czy znowu będę gotowy podjąć się takiego wyzwania, tylko mądrzej,
przez szacunek nie tylko do siebie ale i do drugiego czlowieka.
Przez porzucenie własnego egoizmu i zastanawianie się nad partnerem
przy pamiętaniu o tym czego ja chcę, przez wreszcie zburzenie
reakcji obronnych. I myślę, że tak, stać mnie na to, bo predystynuje
mnie do tego to co przeżyłem. Dlatego rozwód to nie klęska, tylko
nauka. Siebie i innych. I tyle