ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie

19.10.07, 23:43
Wszystkie wasze wątki są takie pesymistyczne, a życie toczy się dalej..
Ból mija, i zaczyna się żyć na nowo.
Pokazmy tym załamanym,że rozwód to kataklizm, ale po nim można żyć lepiej.
Trzeba w to uwierzyć.
Nie koniecznie jest to nowy związek.
Po latach horroru jestem spokojna, usmiechnięta, dzieci też.
Mają poprawne stosunki z ojcem, bo rozwód to nasza sprawa, nie dzieci.
Mam przyjaciół, ciekawą pracę, wyjazdy, czas dla siebie.
Poradziłam sobie, choć bardzo się tego bałam.

Żyjemy w kraju, w którym rozwód to prawie przestępstwo, tkwi się w piekle, bo
ktoś wmówił nam,że tak musi być.
Cierpimy na tym my i dzieci, które to powielają w następnym pokoleniu i krąg
się rozszerza, bo toksyczne przyzwyczajenia wnoszą do swoich rodzin.

Nic nie jest na zawsze okreslone, ani szczęście ani nieszczęście.
O to pierwsze trzeba walczyć, z tym drugim trzeba się zmierzyć.
    • crazyrabbit Moje wątki pesymistyczne? 20.10.07, 20:44
      Kufffa , straciłam etat forumowego błazna... buuuuuu...

      smile))
      • to.ja.kas Re: Moje wątki pesymistyczne? 20.10.07, 22:38
        a ja etat wyrachowanej 30+ "namawiającej" do rozwodów,
        twierdzacej ,że kazda kobieta dla higieny psychicznej powinna sie
        raz w zyciu rozwiesc i uwazajacej swój status rozwódki za bardzo
        fajna rzecz w swoim zyciu,baaaaa obnoszacej sie swoim zadowoleniem
        jak krewetkami na talerzu......tongue_outPPPPPPPPPP
        • a.niech.to Re: Moje wątki pesymistyczne? 20.10.07, 22:43
          Nie mieszać dwóch problemów rozwód i kulinaria. Pierwszy, jak
          mniemam, mamy z głowy.
    • a.niech.to Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 20.10.07, 20:58
      serganda napisała:

      > dzieci, które to powielają w następnym pokoleniu i krąg
      > się rozszerza, bo toksyczne przyzwyczajenia wnoszą do swoich
      rodzin.
      Jeśli możesz, rozwiń.
    • kasper254 Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 21.10.07, 09:15
      Opisanie zdarzeń, stawających się przed- i w-trakcie-rozwodu
      powinno pomóc tym, którzy stają przed związanymi z tym dylematami.
      Symbolem tego czasu jest to, że człowiek mówi ciągle: "mam prawo być
      szcześliwy","mam prawo do rozwoju" itd. Ciągle: "ja", "ja", "ja".
      Kiedyś dawno temu pokochałem dziewczynę. Budowałem rodzinę,
      ciągle zaganiany, biegnący, nie umiejący tak naprawde odkryć uroku
      chwili, świata rosnących dzieci, zamyślony przyszłością. Nagle moja
      partnerka straciła cierpliwość. Być może doszła do okresu
      świadomości, w którym wychowała już dzieci, pozostało puste gniazdo,
      a więc zapragnęła przemeblować swoje życie, odświeżyć je. Być może
      dostrzegła, że ma prawo do szczęścia ("szczęścia" - tak różnie można
      to interpretować).
      W rozwodzie dostrzegła tą jedną szansę na tysiąc -
      samorealizacji, tak specyficznie przez siebie i przez wielu ludzi
      zrozumiałą.
      Podsumowanie. Trzeba byłoby stworzyć jakieś granice, poza
      którymi kończą się możliwości trwania małżeństwa: np. pijaństwo,
      przemoc itd. Gdy tego nie ma, gdy ten partner, który nie chce
      rozwodu, robi wszystko, by naprawić wyrządzone krzywdy - nie można
      rozbijać małżeństwa, bo jest to także zniszczenie rodziny. Rozwód to
      ból, to niewyobrażalna tragedia dwojga, którzy wcześniej patrzyli
      sobie w oczy i mówili konwencjonalną formułę: "tak", ale w znanej
      tylko sobie mowie miłości. Rozwód to spalenie domu rodzinnego dla
      dzieci i wnuków. Wyrazem tego jest choćby syndrom Gardnera -
      odrzucenie rodzica, co boli przez całe życie. Rozwód to oczywista
      niesprawiedliwość, której nie rekompensuje w.w. " "samorealizacja"
      jednego z partnerów. Małżeństwo jest obowiązkiem (juz widzę, jak
      szczękają zębami wszechobecni na tym forum apolegoci rozwodnictwa) i
      pamięcią rodziny - trzeba ją próbować ocalić. Za wszelka cenę -
      choćby za cenę jednostkowego "szczęścia" i "samorealizacji".
      Masz rację, sergando, że z instytucją rozwodu następuje
      powielenie wzorców w następnym pokoleniu. Dlatego, choć to na tym
      forum niepopularne, o małżeństwo trzeba walczyć. Wszelkimi siłami,
      do końca, kosztem swojej dumy i godności.Na szczęście - badania
      mówią, że wzrasta wiedza młodych ludzi o konsekwencjach tego, o czym
      piszemy. Być może to nasze hedonistycznie nastawione pokolenie umrze
      z niesionymi na sztandarach hasłami. Niech umiera. Proporce ładnie
      powiejają nad grobem.




      • a.niech.to Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 21.10.07, 10:06
        kasper254 napisał:

        > Być może to nasze hedonistycznie nastawione pokolenie umrze
        > z niesionymi na sztandarach hasłami. Niech umiera. Proporce ładnie
        > powiejają nad grobem.
        Masz rację.
        Należy pochować z szacunkiem to, co i tak jest martwe. Pamiętasz, co
        śpiewał Kaczmarski? Przypomnę:" A Ty siej...".
        • serganda Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 21.10.07, 11:53
          Oczywiście,że rodzina była i jest dla mnie najważniejsza. Dlatego probowałam ja
          ratować wbrew sobie i wbrew logice bardzo długo, za długo.
          Jakie są skutki?
          Przed ślubem dobrze nie poznałam rodziny mężą i nie zauważyłam jak jest
          toksyczna, jakimi się rządzi kryteriami i wartościami.
          Oczy otwierały mi się dopiero po ślubie.
          Moje dzieci wyrastały w terrorze psychichnym, bo mój mąż zaprawiony był w tym
          dziele w swoim dzieciństwie, dla mnie to była nowość.
          Musiałam się nauczyć bronić, odizolować dzieci od niego i jego roodziny na ile
          mi się to dało.
          A wiele nie dało się zrobić.
          Nie potrafiłam odciąć ich od toksycznego ojca, niedojrzałego do małżeństwa,
          egocentryka, szowinisty i głupca.
          Nie potrafiłam ich odciąć od wpływu ich toksycznej babci, matki tegoz pana, do
          dzisiaj docierają do mnie informacje, co ona opowiada im o mnie.
          Proces wychodzenia z tego jest długi i chyba nigdy nie uda się zatrzeć w pamięci
          wszystkiego. Na szczęście moje dzieci miały moich rodziców za wzór i widziały
          róznice.
          Dzisiaj są dorośli,są świadomi zagrożeń bo rozmawiamy o tym, wybrali dobrych
          partnerów i z nadzieją patrzę w przyszłość.
          Mnie nikt nie ostrzegł i dlatego wplątałam się w ten koszmar, byłam zbyt naiwna.
          Gdybym zdecydowała się na rozwód wcześniej oszczędziałbym sobie i dzieciom wielu
          lat koszmaru.

          Toksyczni ludzie, to nie tylko pijacy. To wyrachowani, zadufani w sobie,
          egocentryczni osobnicy, pozbawieni wyższych uczuć, czasami dobrze zakamuflowani.

          Niedowiarkom polecam parę opracowań z zakresu psychologii.
          • kasper254 Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 21.10.07, 14:22
            Na pewno wiesz, co mówisz, sergando.Przyjmij wyrazy szacunku.
            Próbowałaś ratować małżeństwo i rodzinę (to są dwa różne światy)
            czyli, tak myślę i wierzę Ci - że zrobiłaś wszystko, co było
            możliwe. Czasem nie wyjdzie. Próbowałaś i to Twój sukces. Możesz
            patrzeć sobie w oczy. Zresztą, to, że tutaj jesteś, świadczy o tym,
            jak jeszcze to wszystko przeżywasz, jak żałujesz - nie tego
            małżeństwa - ale możliwości, które były, jak cierpsz.
            Wtrąciłem parę słów o rejteradzie, ucieczce z małżeństwa
            na "nową drogę życia" - ileż tu takich postaw na forum, ileż
            samozadowolenia, zakłamania, obłudy.
            Z rozwodem to jest tak, że przeważnie nagle wszyscy są na
            spalonej ziemi, liżą rany. Wielu pewnie by wróciło do poprzedniego
            stanu, gdyż decyzję podejmowali zza "zasłony niewiedzy". Skąd mieli
            wiedzieć, że nagle wyjdą koszmary z ostatniego kąta, że będą
            straszyć upiory przeszłości, że gdzieś-tam wypowiedziane słowa będą
            miały teraz w rozwodowym maglu ogromną siłę rażenia, że nabiorą
            jakiejś innej symboliki, zostaną wyprane z jakichkolwiek uczuć, a
            gdy jedna ze stron okaże się cyniczną i bezwzględną, to
            będzie "grać" na nastrojach całej rodziny?
            Wiesz, co piszesz, jak a.niech.to nie wie nawet, że niewiele
            wie. Rozumie, co śpiewa Kaczmarski, ale w ogóle nie wie, co mówi to -
            wiersz, pełen słów i obrazów i muyzyki - co on śpiewa. Wyrwała
            słowa z tak pięknego, oczywistego kontekstu znaczeń. Zatruła je
            dawką odwetu, gdy w słowach piosenki Kaczmarskiego jest nadzieja,
            ufność, wybaczanie. Wiesz, dlaczego żal na forum takich jak phokara?
            Dlatego, że w Kaczmarskiego "sprane bandaże sztandarów" spowijała
            ideę "dobrego", "zwycięskiego" rozwodu. Pewną grupę - głównie
            kobiet - karmiła ideą samozadowolenia. Wszyscy czuli się lepsi.
            Wołali: "król jest także nagi".Małżeństwo to obowiązek, to bycie na
            dobre i złe - dopóki można. Najgorszy czyn musi odejść w
            zapomnienie, gdy jest pokuta i żal i potrzeba naprawy. Współmałżonek
            to nie kat, a rodzina to nie piaskownica, z której można tak po
            prostu przenieść się do innej.



            • ha-pa Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 30.10.07, 20:05
              Wiesz kasper254 świetnie to wszystko ująłeś. Tylko powiedz co zrobić
              ma kobieta, kiedy to on podjał decyzje mówiąc nagle: koniec i masz
              się do tego dostosować.
              Po ślubie stał się jakby zupełnie innym facetem, którego wcześniej
              znałam oooo... i jeszcze trochę, i w sumie byliśmy parą prawie 7
              lat. Zaczęły liczyć się dla meża (byłego) tylko pieniądze, praca i
              komputer. Zero współcucia dla mnie i zainteresowania moja osobą.
              Wiem, że gdym nagle zemdlała w domu on nawet by nie zauważył nie
              mówiąc już o pomocy, chociaż wydawałoby się że powinien z racji
              wykonywanego zawodu. A ja ... na początku próbowałam walczyć o
              siebie i swoje "ja", potem prosić i tłumaczyć, na koncu poddałam się
              chcąc być tylko dla niego dobrą żoną starajac się być wyrozumiała,
              czuła i cierpliwa. Czy było mi ciężko? Oj tak, ja tylko wiem ile
              nocy przepłakałam ... I tak mineły ponad 2 lata.
              Był moment pod koniec 3 roku małżeństwa, że wydawało mi sie, że
              jesteśmy na dobrej drodze do zbudowania w końcu dobrej prawdziwej
              rodziny. Mąż nawet zaczął mówić o dziecku. (Dodam, że mąż pochodzi z
              domu, w którym matka została zdradzona przez męża i stosunek teścia
              do teściowej pozostawia wiele do życzenia nie mówiąc już o
              jakielkowiek do niej szacunku.) Ja w końcu zostawiłam swoja pracę
              (po rozmowach z mężem)i przeprowadziłam się z nim bliżej jego
              miejsca pracy, by w ten sposób udowodnić mężowi, że tak na prawdę
              tylko na nas i naszej rodzinie (nie mamy dzieci)mi zależy, bo tak
              czułam. Dojeżdżałam prawie miesiąc do starej pracy po 80 km w jedna
              stronę i cieszyłam się, że jesteśmy razem. Kiedy ostatecznie
              zostałam pożegnana w pracy i minął raptem tydzień usłyszałam, że
              chce sie rozwieść i ja mam sie do tego dostosować. Czy walczyłam?
              Tak. Starałam się z nim rozmawiać, ale na moje pytania co jest nie
              tak slyszałam tylko: "Nie wiem, nie umiem Ci odpowiedzieć, nie ma
              sensu ta rozmowa podjałem już decyzje i nic tego nie zmieni."
              Znalazłam się nagle bez warunków do życia i usłyszałam wtedy
              tylko: " To Twój problem, zawsze byłaś zaradna wiec sobie jakoś
              poradzisz." Poczułam wtedy, że już nie mam sił... Odechciało mi się
              żyć... Nie wiem co bym ze sobą zrobił tak naprawdę ze sobą gdyby nie
              było mi żal moich cudownych rodziów i rodzeństwa. Cała sytuacja
              miała miejsce w lipcu. W końcu jakoś wzięłam sie w garść i
              postanowiłam w końcu pomyśleć tylko o sobie. Dużo mnie kosztował
              powrót do starej pracy, kolejna przeprowadzka, itp. Daje radę od
              strony finansowej, mam gdzie mieszkać i dla mojego meża tylko
              zgodziłam się na rozwód bez orzekania o winie. (Rozwód mieliśmy w
              połowie października - jak widać zależało mu na szybkim terminie).
              Nie czuję nawet do niego złości czy nienawiści, rozumiem, że nie
              można byc z kimś na siłę... Co czuję? Żal, przygnębienie,
              rozczarowanie, czuje się wykorzystana... Nie wiem, czy ma kogoś -
              wydaje mi się, że nie. Długo mogłabym tak jeszcze pisać o różnych
              naszych spotkaniach po moim wyprowadzeniu się od niego, ale nie
              wiem, czy ktoś chciałby to czytać. I co powiedzcie powinnam jeszcze
              zrobić by ratować to małżeństwo?
              • serganda Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 30.10.07, 20:55
                Zrobiłaś co mogłas.
                Niektórzy ludzie są problemem, ale tak organizują świat wokół by udowodnic
                otoczeniu,że to ci inni są problemem. Jeżeli zdobyłaś się na obiektywizm wobec
                siebie, czujesz że ty byłas w porzadku i zrobiłaś co mogłas w tej sytuacji, to
                zamknij ten rozdział jak najpredzej. Jesteś młoda, nie zmarnujesz nastepnych lat
                w toksycznym związku.
                Mój ex był z podobnej rodziny, tam też nikt nikogo nie szanował.
                Przelał ta postawę do naszego związku, nie udało mu się ze mną bo byłam za silna
                dla niego, nie potrafił mnie złamać ani zniszczyć.
                Tacy ludzie nie potrafia już albo nie chcą inaczej żyć.
                Próbowałam to małżenstwo ratować, choc podświadomie, a potem świadomie
                wiedziałam, że się nie uda i się nie udało.
                Żal mi moich dzieci, bo musiały na to z boku patrzeć, a jad z jego strony i jego
                matki sączy się dalej...dalej próbują nastawiać dorosłe dzieci przeciwko mnie,
                one na szczęście mają już swój rozum i partnerów z nietoksycznych rodzin.

                Pomyśl, twoje dzieci to ominie!

                Wiesz już jaki potrafi być zły partner, jak może wyglądac złe małżeństwo,
                wyciągnij z tego wnioski, Gdy spotkasz innego człowieka, pomarańczowe czy
                czerwone światło powinno zapalic ci się w porę, a gdy to będzie wartościowy
                partner, tym bardziej go docenisz.
      • salsa13 Re: ciag dalszy zycia... parę lat po rozwodzie 21.10.07, 11:38
        nie zawsze jest możliwość walki
        ja chciałam walczyć... o rodzinę! rodzina zawsze była u mnie na
        pierwszym miejscu - w moim związku akurat tylko dla mniesmile
        zostałam postawiona przed faktem dokonanym

        wniosek po 3 latach - JESTEM MU ZA TO WDZIĘCZNAsmile
Pełna wersja