a.niech.to
24.10.07, 22:20
Ciągle pozostaje nierozwiązana sprawa nieodzownych motylków.
Generalnie padają stwierdzenia, że najpierw są, potem giną, niweczy
je czas. Otóż jestem odmiennego zdania. Motylki nie mogą mieć nakazu
milczenia, a już na pewno strachu, że je zdusi ironiczne spojrzenie,
złośliwy wyraz, podniesiony ton. Dla nich to śmierć, w najlepszym
razie miejsce w słoiku obok niemego ogórka. Gdyby tak trochę się o
nie troszczyć, co oznaczałoby, że w najgorszym przypadku chociaż ich
nie katrupić, mogłyby hulać do późnej starości. Czasami jedno
skrzydlate wystarczy za dwoje, gdyby nie łamać i nie podcinać mu
skrzydeł. Homo ludens to motyl jak byk. Mniemam, że nie przechodzi z
wiekiem zamiłowanie do zabawy. Zna ktoś taką osobę, a może parę
osób? Szukam stosownego przykładu, by szczegółowo rozważyć kwestię
sławetnych motylków.