dorota280
25.11.07, 02:03
Jestesmy rok po slubie. Nie mialam wielu facetow przed nim, pierwszy
dluzszy zwiazek. Przed slubem bylismy kilka lat. Dobry, porzadny,
poukladany facet, wyzsze studia, spokojny, mało emocjonalny. Ja - z
dobrego domu, ambitna, idealistka, łatwowierna, emocjonalna, mimo
to, calkiem niezla kariera zawodowa. 30+ lat, bez dzieci. Wszystko z
pozoru idealne.
Zawsze mi czegos brakowalo. Slub mi uzmyslowil. Ja calosc
organizowalam, slebo dazac do perfekcji, do destrukcji. On nic, czul
sie zagubiony. Na moja frustracje (krzyk o pomoc), reagowal agresja.
I tak jest dalej. Nauczylam sie od taty, ze mezczyzna jest motorem
rozwoju rodziny, podejmuje decyzje zyciowe, dba o calkiem niezly byt
finansowy i intelektualny. Czy jestem leniwa, nie ambitna? Nie.
Wszyscy mi mowia ze za bardzo daze do perfekcji, jestem abitna,
pracowita, zdolna, robie kariere. Czy jestem za bardzo wpatrzona w
siebie, w kariere? Nie. Wszystko bym oddala, zeby moc czuc sie
zaopiekowana przez mezczyzne, ktory mi imponuje, bezpieczna,
oddajaca sie mezowi i dzieciom. Ale nie czuje sie na tyle
bezpiecznie, zeby je miec. Czy mam za silna osobowosc? Tak, jestem
silna, dominujaca z wierzchu, z pozoru, w srodku delikatna,
emocjonalna, ale z niezwykla sila przetrwania.
Czy to byl niewlasciwy wybor?
Czy jest za miekki, za malo decyzyjny zyciowo, zbyt slaba osobowsc,
za malo meski w mojej percepcji meskowsci(z mojego schematu
rodzinnego), by w jego rece oddac siebie i przyszle dzieci?
Czy tylko moj ojciec jest dla mnie wzorem, poczuciem bezpieczenstwa?
Czy jestem nieracjonalna idealistka?
Tyle razy probowalam z nim o tym rozmawiac.
Wkoncu chce byc szczesliwa.
Prosze napiszcie wasze opinie.