oinga
09.12.07, 22:35
Sytuacja wyglada tak: ona i on wieloletnie małżeństwo mające
wspólnych znajomych, uczciwe, ufające sobie wzajemnie, nie mające
przed sobą tajemnic. Jej, pomimo iż wielokrotnie miała możliwości,
nigdy do głowy nie przychodzi, żeby sprawdzać jego komórkę, listy
czy maile. Nadchodzi dłuższy kryzys, oni zaczynają się od siebie
oddalać, mało rozmawiają. On zawiera nowe znajomości mesko-męskie,
damsko-męskie, zakłada hasła ma kontach mailowych, gg, gdy ona
wchodzi do pokoju on w popłochu chowa wszystko na monitorze. W
rozmowach ona słyszy od nigo zapewnienia, że wszystko jest ok i że
może mu dalej ufać, a jedyne co się zmieniło to to, że on potrzebuje
przestrzeni, prywatności, nie chce tak bliskiego związku jaki był do
tej pory, bo on się w nim dusi. Ona się nie zmieniła i nie rozumie
obecnej zmiany jego zachowań i poglądów (przykład on wykrzykuje mam
prawo mieć przyjaciela, czy przyjaciółkę, której ty nie znasz, mam
prawo umówić się z nią na kawę w kawiarni, czy pojechać do niej na
zwierzenia - kiedyś twierdził, że nie ma przyjaźni damsko-męskiej
bez podtekstu erotycznego, teraz jak zapewnia coś takiego nie
istnieje, mam prawo wychodzić na imprezy i spotkania sam (bo chcę od
ciebie odpocząć)równie często jak wychodzę z tobą, nie chcę zwierzać
się tobie z tego co powierzyli mi inni, bo czuję, że w ten sposób
bym ich zdradzał (kiedyś on sam z siebie zwierzał się ze
wszystkiego, nie było to w żaden sposób wymuszane). On mówi jej
zaakceptuj to, daj mi moją prywatność, nie kontroluj mnie, nie będź
zaborcza, inaczej będziemy musieli się rozstać. Ona nie potrafi
odnaleźć się w nowej sytuacji, dlatego też on wysyła ją do
psychologa - napraw się mówi.
Czuję się tak, jakby ktoś włożył mi "łeb" pod wodę i kazał stać się
rybą

Czy ja zwariowałam?