notting_hill
17.12.07, 17:26
Ja wiem, że to będzie dla wielu z Was kontrowersyjne, ale naprawdę
mam straszny mętlik w głowie....
Czasem piszę na tym forum, chociaż ostatnio rzadko, więc w skrócie
się przypomnę- rozwiodłam się w ubiegłym roku w listopadzie, na
życzenie męża, chociaż nasze małżeństwo od dawna już było do kitu-
kompletny brak porozumienia i prawdziwej więzi, głownie za sprawą
jego decyzji- postanowił się odciąć emocjonalnie i zrobił to.
A mimo to, w momencie rozwodu miałam poważne wątpliwości co do tego,
czy nasza więź się rozpadła na dobre. Ale poddałam się, do tego
trzeba dwojga, więc chciał pójść swoją drogą, to poszedł. Przez ten
cały rok który minął dochodziłam powoli do siebie, przepracowałam
różne sprawy, już mi się wydawało, że wychodziłam na prostą. Faktem
jest, że rolę ojca dla naszej 11- letniej córki spełnia lepiej niż
gdy mieszkał z nami- zabiera ją po szkole dwa razy w tygodniu, na
wakacje i na weekendy, itd.
Ostatnio jednak coraz więcej czasu spędzamy razem- właściwie to
jakoś tak samo wychodzi, że idziemy razem na zakupy dla młodej, a to
razem z nią do kina, a to na obiad, a to kupować jej sprzęt na
narty. Co więcej, chciał i mnie kupić narty i buty, potem chciał mi
na święta dać pieniądze (mimo, że alimenty płaci regularnie)- dla
jasności: podziękowałam i odmówiłam.
A dziś wyskoczył, że chciałby małą zabrać na narty po świętach, i po
dłuższej chwili walki z sobą powiedział, że w zasadzie to ja też
mogłabym z nimi jechać. Jeśli tylko potrafię...
Czy ktoś mądry mi może powiedzieć o co w tym chodzi? Czy po to się
rozwodziliśmy? Chciałabym to zrozumieć.
Usiłuję się rozeznać w swoich uczuciach i nie wiem już co o tym
myśleć. A, jeszcze mi powiedział, żebym się zastanowiła jak i czy to
wpłynie na córkę, żeby ona sobie nie robiła nadziei na odzyskanie
pełnej rodziny.
Powiedziałam, że to chyba niemożliwe, że ona zawsze będzie miała
takie zludzenia, i że nie możemy jej robić wody z mózgu....
No, tak, kiedy to napisałam to odzyskałam jasność myśli, bo
wcześniej tak mnie tą propozycją zszokował, że nie byłam w stanie
tego zobaczyć. Już wiem co mu odpowiem, ale ciekawa jestem Waszego
zdania...
Jeśli ktoś myśli, że to prowokacja, to zapewniam, że nie. Mieszkamy
osobno, ale nie pałamy do siebie nienawiścią. Często się widujemy,
rozmawiamy o różnych sprawach, może nie nazwałabym naszych stosunków
przyjaźnią, ale nie warczymy na siebie i nie walczymy z sobą. Wiem,
że nie "przerobiliśmy" tematu naszego małżeństwa, więc ta sfera jest
zamknięta na głucho, a my udajemy że nie ma sprawy. Tylko co dalej?