Wigilia DDRR

25.12.07, 16:01
www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4787965.html

I tak chętnie przełamałabym się z Piotrusiem opłatkiem. Tylko że on
nie przyjdzie. Ta niunia mu nie pozwoli


Była żona: Piotr chciałby mieć syna u siebie, ubierać z nim choinkę,
mieć go przy wigilijnym stole. Nie da rady. Nie chcę, żeby spotykał
się z tą

Były mąż: Moja rodzina rozpadła się, nowej nie mam, po co udawać?
Wieczór spędzę przed telewizorem.

Córka rozwodników: Pamiętam mamę, jak siedziała na dywanie i płakała
ze złości przy rozplątywaniu lampek.

Inny były mąż: Wigilię zawsze spędzamy razem z dziećmi, mimo rozwodu
nadal jesteśmy rodzicami naszych dzieci, babcie nadal są babciami.
Po prostu tata i mama nie mieszkają już razem.

W Polsce rozwodzi się co trzecie małżeństwo. Jak wyglądają
najbardziej rodzinne święta w rodzinach, których już nie ma?

Dorota, była żona: Niech odprawi ją choć na Wigilię, to przyjdę

Dorota, 35 lat, jako żona Piotra była gruba, zaniedbana i
niezadowolona. Po rozwodzie schudła 20 kg, zaczęła studiować.

- Mam przyjaciela, jest mi dobrze. Ale i tak chętnie przełamałabym
się z Piotrusiem, byłym mężem, opłatkiem. Tylko że on nie przyjdzie.
Ta niunia mu nie pozwoli.

- Niunia?

- Klasyka. Była moją najbliższą przyjaciółką, świadkiem na naszym
ślubie. Zwierzałam się jej ze wszystkiego. Opowiedziałam jej nawet o
tym, jak Piotr lubi się kochać. Wyobrażasz sobie, co czułam, kiedy
się dowiedziałam, że on właśnie z nią?

- Co czułaś?

- No właśnie, że nic Zapadłam się w jakąś emocjonalną dziurę. To też
było akurat przed Wigilią. Koszmar. Przyszli moi rodzice, siostra i
brat, jej mąż, jego żona, wszyscy mnie pocieszali, przytulali. A ja
miałam wrażenie, jakbym była od nich oddzielona matową szybą. Miałam
gdzieś święta - czułam się brudna, upokorzona i zmęczona.

Dorota pracuje w biurze, zarabia kiepsko. Nigdy zresztą nie miała
pieniędzy, Piotr też nie.

- Przymykałam oczy na kolejne rewelacyjne interesy, które kończyły
się kompletnym fiaskiem. Potem na niespłacone długi. Urodził się
syn, jego rozmiar buta był jedyną rzeczą, jaka się u nas zmieniała.
Poza tym martwota - ciągle mieszkaliśmy z moimi rodzicami, nigdzie
nie wyjeżdżaliśmy. W końcu przestałam trzymać ciśnienie i zamieniłam
się w jędzę. Krzyczałam, żeby spadał. Wyzywałam go od najgorszych,
nazywałam kłamcą.

- Za co?

- Za wszystko. Za to, że muszę mieszkać pod jednym dachem z mamą,
kiedy moje koleżanki z biura wymieniają mieszkania jak samochody, a
samochody jak rękawiczki. Więc wyrzucałam Piotra z domu, bo przecież
to mój dom. Potem przepraszałam. Za którymś razem nie wrócił.

- Dziwisz się?

- Teraz już nie. Nie mam pretensji. Nie umiałam go wziąć, jakim był.
Nie umiałam mu powiedzieć, że chciałabym poczuć się bezpiecznie, tak
po prostu - pod opieką. A on pewnie nie umiał powiedzieć, że już nie
chce grubej, zrzędliwej baby. Dwa tygodnie przed tamtą Wigilią
dowiedziałam się, że jest z Patrycją. Akurat z nią! Pobiegłam do
lasu i krzyczałam. Kopałam w drzewa, gryzłam ręce.

- A syn?

- Jasio ma teraz cztery lata. Przeżył gehennę. Nie uchroniłam go.
Zaczął się moczyć, zrobił się agresywny. Przez kilka miesięcy nie
panowałam nad sobą, szarpałam go, by się pospieszył, albo zastygałam
w bezruchu i wtedy on mnie musiał cucić. Ciągle pytał: "Gdzie jest
tatuś?". Kiedy mu tłumaczyłam, że mieszka gdzie indziej, ale będzie
do niego przychodził, słyszałam: "Dlaczego gdzie indziej?".
Wymyślałam jakieś bzdety. Myślałam, że trzylatek i tak nie zrozumie.
Gubiłam się w półprawdach. Do tego jazgocząca mama, tata, rodzeństwo
ciągle przychodzi, szwagrostwo. Próbowali mnie wspierać, ale to, że
mówili o Piotrze: bydlak, oszust, kanalia - niespecjalnie mi
pomagało.


- On nie przychodził?

- Chce zabierać Jasia do siebie. Ale ja nie pozwolę. Mieszka z
Patrycją i jej córką. On, proszę bardzo. Ale Patrycja nie będzie
mojego dziecka dotykać.

- Rozmawiałaś z nią?

- Raz. Zadzwoniłam do niej jeszcze przed rozwodem w sądzie.
Powiedziałam, że rozbija mi rodzinę, usłyszałam: "On już cię nie
kocha. Stało się". Po rozwodzie już nie było sensu z nią gadać, bo i
o czym?

- A z Piotrem?

- Spotykamy się regularnie, kiedy przychodzi zobaczyć małego. Kiedy
go znów widzę, zdarza mi się pomyśleć o nim nawet z czułością.
Zwłaszcza gdy przypomina mi się, jak gotował. Uwielbiałam patrzeć na
jego dłonie i czubek języka, którym zwilżał usta. Był taki skupiony,
jakby od smaku śledzi w śmietanie zależało szczęście świata. Szkoda,
że poza kuchnią był takim nieudacznikiem. Bardzo go kochałam.

- Już się nie kłócicie?

- Jedyny powód do sporu, jaki nam został, to Jaś. Piotr chciałby go
mieć u siebie, ubierać z nim choinkę, mieć go przy wigilijnym stole.
Nie da rady. W sądzie zgodziłam się tylko na kontakty u mnie w domu
plus spacery. Podobno Jasiu powiedział mu ostatnio: "Tata, chodźmy
do ciebie, nic nie powiem mamie, obiecuję".

- Skąd to wiesz?

- Piotr mi powiedział.

- Ale nie zabrał go do siebie?

- Nie.

- Nie myślisz czasem, że lepiej byłoby pozwolić synkowi zobaczyć,
gdzie ten tato mieszka? Jego to pewnie ciekawi.

Dorota, dotąd spokojna, zaczyna się denerwować.

- Co w tym ciekawego? Ja tylko nie chcę, żeby spotykał się z tą Nie
chcę! Jak tylko o tym pomyślę, to czuję, że krew podchodzi mi pod
oczy. Jedyne, czego już chcę od Piotra, to żeby uszanował tę jedną
decyzję. Dwie najbliższe osoby mnie okłamały. I ja mam jeszcze im
syna podsyłać? Żeby im się Wigilia udała? Żeby ona siedziała z
córeczką, a on z synkiem, a ja gdzie?! Sama? Niech odprawi Patrycję
chociaż w Wigilię, chociaż na kilka godzin, to przyjdę chętnie.
Usiądziemy we trójkę, podzielimy opłatek, my sobie pójdziemy, a ona
wróci. Chyba może iść na trzy godziny do kina? Są jakieś seanse w
Wigilię. Nie ma? To niech zrobią do cholery!

- Gdybyście usiedli, to czego byś życzyła Piotrowi?

- Żeby mu się w końcu udało w tych jego interesach. I żeby nareszcie
poczuł się facetem.

Marek, były mąż: To i tak były puste rytuały

- Odkąd rozstałem się z Irmą, nie przygotowuję nic na wigilię. W tym
roku nawet nie mam dla kogo. Moja dziewczyna pojechała do swoich
rodziców, a oni za mną nie przepadają, więc święta spędzimy osobno.
Może otworzą wieczorem klub, pewnie takich jak ja jest więcej.

Marek ma 40 lat, gra w offowym teatrze, prowadzi klub muzyczny. Jest
teraz narzeczonym pięknej 26-latki. Od Irmy odszedł przed trzema
laty. Sprzedali wspólny dom i firmę. Nie musieli się rozwodzić, bo
nie mieli ślubu. Ich córka, Misia, ma 16 lat.


- Pójdę z Misią na wczesną kolację do mojej mamy. Ona posiedzi z
nami chwilę i na 19 ruszy na wigilię do Irmy i jej faceta. Ja z mamą
wytrzymam pewnie z godzinę. Dłużej nie dam rady. Rok temu coś w
trakcie kolacji spadło na podłogę, więc mama wyjęła odkurzacz i w
najlepsze zaczęła odkurzać. Dwa lata temu Misia przyniosła gitarę,
chcieliśmy pośpiewać kolędy. Nie spodobało jej się, kazała nam
przestać, a po chwili włączyła telewizor. Dziś już nie mam ochoty
robić czegokolwiek na siłę. Moja rodzina rozpadła się, nowej tak
naprawdę nie mam, po co mam udawać? Wieczór spędzę przed telewizorem.

- A narzeczona?

- Pójdzie do swoich rodziców. Jeszcze nie przecięła pępowiny.

- Nie chciałbyś spotkać się z Irmą?

- Nie czuję potrzeby. Rozstanie było bardzo bolesne. Gdy ludzie
wylewają na siebie wiadra pomyj, to trudno się domyć. Dziś żyjemy w
tym samym mieście, ale w równoległych światach, które nigdy już się
nie spotkają. Jedyne, co nas łączy, to córka. I tylko dla niej
utrzymujemy jakiekolwiek kontakty. Nie zachowujemy się wrogo, ale
sympatii już nie ma. Wygasło pod piecem.

- Wigilia

- W moim rodzinnym domu to i tak były puste rytuały. Z Irmą prawie
zawsze spędzaliśmy święta ze znajomymi, w górach. Ona nie lubiła
Wigilii, nudzi
    • decymka Re: Wigilia DDRR cz II 25.12.07, 16:04
      - W moim rodzinnym domu to i tak były puste rytuały. Z Irmą prawie
      zawsze spędzaliśmy święta ze znajomymi, w górach. Ona nie lubiła
      Wigilii, nudziła się, denerwował ją przymus dwunastu potraw i tak
      dalej. Chodziliśmy w Wigilię na stok, poszusować, potem knajpa.

      - Robiłeś to, co chciała Irma?

      - Jestem od niej młodszy, trochę to był taki związek: mama i synek.
      Ona zarządzała, ja wykonywałem.

      - Teraz to ty jesteś starszy w związku.

      - Ale to się życie plecie - co? Moja dziewczyna jest 30 lat młodsza
      od Irmy. Nie powiem, że to nie ma zalet.

      - Nowszy model - co?

      - To nie tak. Odszedłem od Irmy nie z powodu zmarszczek, tylko z
      powodu picia. Przez lata żyliśmy, na zmianę pracując i imprezując.
      Zawsze było dużo pieniędzy, ludzi dookoła nie brakowało. Tylko że w
      pewnym momencie potrafiliśmy ze sobą już tylko pić. Nic więcej nas
      nie łączyło. Wyprowadziłem się.

      - Zabrałeś córkę?

      - Na początku Misia mieszkała u mamy. Wytrzymała trzy miesiące - aż
      Irma w napadzie alkoholowego szału ją pobiła. Przez rok nie chciała
      znać matki. Teraz jest już lepiej. Irma ma bogatego faceta,
      ograniczyła picie. Misia odwiedza ją co tydzień.

      - Dobrze się między nimi układa?

      - Nigdy nie będzie dobrze. Ale jest lepiej. Córka wie, że nie
      pozwolę jej skrzywdzić, więc czuje się pewniej. A Irma wciąż chyba
      nie może jej wybaczyć, że wybrała tatę, a nie mamę.

      - Wasza ostatnia wspólna Wigilia.

      - Samej kolacji nie pamiętam. Kłóciliśmy się już wtedy konkretnie,
      prawie nie mieszkałem w domu. Misia razem z koleżanką wpadły na
      pomysł, że to one zabiją karpia. Żeby poprawić atmosferę, a może
      chciała zwrócić na siebie uwagę. Morderstwo miało się odbyć nad
      sedesem. Ale karp wpadł do muszli. Wystawał tylko kawałek ogona. Nie
      mogły go wyciągnąć. Żeby się nie udusił, ciągle spuszczały wodę.
      Zawołały mnie na pomoc. Przed kolacją pojechaliśmy nad rzekę zwrócić
      rybie wolność.

      - Czego byś życzył Irmie na święta?


      - Żeby przestała pić.

      Tamara, córka rozwodników: Mama kochała go kotlecikami

      Rodzice Tamary, polonistki, rozstali się 30 lat temu, gdy miała
      osiem lat, a jej siostra Asia - dwa.

      - To mama chciała rozwodu. Nie mogła już wytrzymać z ojcem. Był
      seksoholikiem. Zdradził ją nawet w dniu ślubu.

      - Skąd o tym wiesz?

      - Mama mi powiedziała. Po latach. Wtedy nie miałyśmy pojęcia, co się
      dzieje, przynajmniej ja nie wiedziałam. Między rodzicami nie było
      agresji ani kłótni. Mama była coraz bardziej nerwowa, ale nie
      wściekała się na niego, tylko na mnie i na siostrę. Może się bała,
      że jak będzie na niego zła, to ją zostawi. A może po prostu ciągle
      go kochała. Bliskość można budować na różne sposoby, mama okazywała
      swoje uczucia, gotując. Pamiętam genialne wigilijne kotleciki rybne
      z koperkiem. Uwielbialiśmy je wszyscy, a tata szczególnie. Zawsze
      chwalił mamę podczas kolacji. Produkcja tych kotlecików to był dla
      mamy męczący rytuał. Cierpliwie patroszyła ryby, potem mieliła je w
      maszynce. Cuchnęło strasznie. Gdy tata wyjechał, nigdy więcej
      kotlecików nie zrobiła.

      - Pamiętasz moment rozstania?

      - Po prostu mi powiedzieli, że się rozwodzą. Specjalnie niczego nie
      tłumaczyli. Tata nie zniknął z domu. Przychodził codziennie,
      odrabiał ze mną lekcje, kąpał i usypiał Asię. Nie chciała bez niego
      zasnąć. Na weekendy zabierał nas na wycieczki swoim brązowym
      garbusem. Gdy wpadał w sobotę, czekał na niego obiad. Kiedy
      wracaliśmy, mama podawała kolację.

      - Po rozwodzie?

      - Dla niej podanie jedzenia jest atrybutem kobiecości, jak
      pomalowane paznokcie. Gotowała ojcu jeszcze przez cztery lata, potem
      on wyemigrował do Niemiec.

      - Pamiętasz pierwsze święta po rozwodzie?

      - Normalnie: przyszedł tata i babcia Marysia. Różnica polegała na
      tym, że ojca nie było z nami rano. Ale pamiętam też inne święta, już
      bez taty. Mama wybiegała na klatkę schodową z tasakiem i próbowała
      przyciąć choinkę, żeby się zmieściła do stojaka. Wykrzykiwała przy
      tym jakieś obelgi do świerczka. Po chwili pojawili się na klatce
      życzliwi sąsiedzi. A potem ich niezadowolone żony. Atrakcyjna
      rozwódka stanowiła duże zagrożenie. Pamiętam też mamę, jak siedziała
      na dywanie i płakała ze złości przy rozplątywaniu lampek. I to, jak
      na podwórku, zawsze w Wigilię, trzepałam dywany. A karpia zabijał
      nam sąsiad, pan Bronek. Wsadzał karpia do pudełka po butach i
      strzelał do niego z kuszy domowej roboty.

      - Tata nie przychodził pomóc?

      - Pojawiał się, gdy kolacja była gotowa. Lubił być obsługiwany. Taki
      mieli z mamą styl. On mlaskał z zachwytem: "Zosiu, ta kapustka to
      prawdziwe arcydzieło", a mama rosła. Byli dla siebie mili, wręcz
      flirtowali. Pamiętam rozpakowywanie paczek od niego. To było
      ekscytujące, prawdziwe pomarańczowe pomarańcze, bo w sklepach w PRL-
      u były zielone, kubańskie, i te białe kozaczki, których zazdrościło
      mi całe podwórko. Chwile szczęścia. Prezentów było dużo, coraz
      więcej, bo szybko pojawił się Marian. Absztyfikant mamy. Był bardzo
      bogaty. Ale miał żonę. Więc mama była przez kilkanaście lat tą drugą.

      - Wiedziałaś o tym?

      - W liceum już tak. Przychodził do nas prawie codziennie, ale tak
      był z nami i nie był. Kochali się po wariacku. Na któreś ze świąt
      wybił mamie szybę w maluchu i wstawił kilkadziesiąt róż.

      - Do wigilii z wami nie siadał?

      - Przecież miał żonę! Od wyjazdu taty do Niemiec święta odbywały się
      w damskim gronie. Marian nigdy nie został pasowany na nowego ojca.

      - Tata wiedział o Marianie?

      - Oczywiście. Mówiłyśmy mu z siostrą o wszystkim. Gdy po kilku
      latach ożenił się z Niemką, przyjechał na Boże Narodzenie. Za namową
      mamy przygotowałyśmy wielki transparent: "Herzlich Willkommen".
      Wtedy byłam już prawie dorosła. Ucieszyłam się, że papcio
      przyjechał. Wiesz, nie mam do nich pretensji. Powinnam im każdego
      roku dziękować. Nie byli nudnym mieszczańskim małżeństwem. Rozwiedli
      się, ale jako rodzice spisali się bez zarzutu. Może dzięki takiemu
      dziedzictwu wytrwałam z moim mężem?


      - Jak to?

      - Okazał się alkoholikiem. Ale przetrwaliśmy wszystko. Dziś jest
      niepijący. A ja jestem spełnioną matką i żoną.

      - Czego byś życzyła rodzicom na święta?

      - Zdrowia.

      Grzegorz, były mąż: Uniknęliśmy wojny

      - Dzieci mieszkają nadal w naszym wspólnym domu. Siedem dni ze mną i
      tyle samo z mamą. Wprowadzamy się na "swój tydzień" do domu, a potem
      wracamy każde do siebie - opowiada Grzegorz. Ma 43 lata, jest
      menedżerem. Od czterech lat jest rozwodnikiem. Ma 13-letniego syna i
      dwa lata młodszą córkę. Zanim się rozstał z żoną, przez rok
      negocjowali zmianowy system opieki nad dziećmi. Grzegorz płaci też
      byłej żonie alimenty.

      - Wigilię zawsze spędzamy razem z dziećmi, często towarzyszą nam
      babcie.

      - Atmosfera nie jest lekko zatęchła?

      - Ja się nie dąsam. Staramy się, żeby było miło i świątecznie.

      - Jest sens przez kilka godzin udawać zgraną rodzinkę?

      - Niczego nie udajemy, mimo rozwodu nadal jesteśmy rodzicami naszych
      dzieci, babcie nadal są babciami. Po prostu tata i mama nie
      mieszkają już razem.

      - Pana przyjaciółka nie robi problemów?

      - Jest jej przykro, że część Wigilii spędzę w towarzystwie byłej
      żony, a nie z nią. Ale musi to zaakceptować. Dzieci są dla mnie
      priorytetem. I to się nie zmieni. Decydując się na rozwód z żoną,
      postanowiłem, że zrobię wszystko, aby jak najmniej na tym ucierpiały.

      - Może trzeba było wytrwać?

      - Nie byłem w stanie. Po kilku latach razem coraz częściej się
      kłóciliśmy, nawet w obecności dzieci. Nie byłem bez winy. Ale miara
      się przebrała, gdy podczas kolejnej awantury zobaczyłem, jak moja
      córeczka schowała się pod stołem. To nie miało sensu. Wiadomo, że
      dwójka spełnionych i szanujących się rodziców jest najlepszym, co
      może się wydarzyć w życiu dziecka. Ale można mu też wyrządzić
      krzywdę, trwając w męczącym związku rzekomo dla jego dobra. Przed
      dzieckiem nic się nie ukryje, wyłapie każdą fałszywą nutę. Moja mama
      męczyła się z moim tatą
      • decymka Re: Wigilia DDRR cz III 25.12.07, 16:05
        Nie byłem w stanie. Po kilku latach razem coraz częściej się
        kłóciliśmy, nawet w obecności dzieci. Nie byłem bez winy. Ale miara
        się przebrała, gdy podczas kolejnej awantury zobaczyłem, jak moja
        córeczka schowała się pod stołem. To nie miało sensu. Wiadomo, że
        dwójka spełnionych i szanujących się rodziców jest najlepszym, co
        może się wydarzyć w życiu dziecka. Ale można mu też wyrządzić
        krzywdę, trwając w męczącym związku rzekomo dla jego dobra. Przed
        dzieckiem nic się nie ukryje, wyłapie każdą fałszywą nutę. Moja mama
        męczyła się z moim tatą o kilkanaście lat za długo. Gdy jako 15-
        latek powiedziałem jej, że powinna była odejść od niego dawno temu,
        osłupiała. Myślała, że ja potrzebowałem jego obecności, choć tak
        naprawdę on niewiele wniósł do mojego życia. - Boi się pan
        powtórzenia?

        - Jasne. Pewnie, że godząc się na rozstanie z żoną, zrobiłem to też
        dla siebie, żeby czuć przyjemność z życia, spróbować ułożyć je
        jeszcze raz. Ale postanowiłem, że zrobię wszystko, aby konsekwencje
        naszego rozstania były dla nich jak najmniejsze. Absolutnie nie
        zgodziłem się na typowy model tatusia, który wyprowadza się z
        walizką i co drugi weekend pojawia się w życiu dzieci na kilka
        godzin. Wiedziałem, że syn, który jest bardzo blisko ze mną, po
        prostu by się rozsypał.

        - Udało się?

        - Jestem z dziećmi całe siedem dni normalnego, codziennego życia.
        Robię im śniadania, kolacje, pędzę je rano do szkół, potem pomagam
        przy lekcjach. W soboty i niedziele robię obiady, piorę i prasuję.
        Oczywiście nie wszystko odbyło się gładko i natychmiast.
        Przygotowywaliśmy dzieci na to, że niedługo będziemy mieszkać "nieco
        inaczej", i po feriach zimowych spędziły tydzień już z jednym z nas.
        Powiedzieliśmy im, że czasem dorośli decydują się mieszkać osobno,
        bo tak jest lepiej dla wszystkich. Jednocześnie powtarzamy im, że są
        dla nas najważniejsze i taki układ nie jest ich winą. Przez pierwszy
        rok to dzieciaki mieszkały na zmianę u mnie i u żony. Potem
        zmieniliśmy model tak, aby to dzieci były w jednym miejscu, a my
        zmieniali się co tydzień.

        - Dlaczego?

        - Nie znosiły tego dobrze. Te przejścia z jednej do drugiej
        rzeczywistości zmuszały je do ciągłej aklimatyzacji.


        - Teraz jest lepiej?

        - Dzieci przede wszystkim nie chcą wojny między rodzicami, nie chcą
        wybierać żadnej ze stron. My oszczędziliśmy im tego wyboru.

        - Czego będzie pan życzył żonie, łamiąc się opłatkiem?

        - Żeby sobie ułożyła życie i potrafiła cieszyć się z tego, co ma
        • sibeliuss Re: Wigilia DDRR 26.12.07, 23:21
          Decyma, no i jaką miałaś w tym roku Wigilię?
Pełna wersja