trzemeszno
14.01.08, 16:27
Witajcie kochani. Kilka słów na mój temat. Jestem żonaty już od ponad 20 lat. Różnie było. I źle i dobrze. Niestety różnimy się charakterami. Tam gdzie ja oczekiwałem ciepła, spokoju, uśmiechu była codzienna gonitwa za kasą. Namawiałem do okazywania sobie uczuć - i tak naprawdę to musiałem ja prosić aby się do mnie przytuliła. Nie wspomnę już o seksie - stara śpiewka - daj mi spokój jestem zmęczona, miałam dyżur, będę miała dyżur ( jest lekarką - ale chyba taką, której trochę woda sodowa uderzyła do głowy - czasem do niej mówiłem - PANI DOKTOR). Mamy córkę, która jest już studentką. Wyprowadziła się z domu - i w zasadzie oczekuje tylko kasy na utrzymanie. Rozwodziliśmy się już kilka razy - w formie słownej. Obydwoje pracujemy mamy dom, jakieś tam nieruchomości. Odnoszę takie wrażenie, że to ja przyczyniłem się do powstania naszego majątku - w sensie organizacyjnym. Nie ujmuje tu nic mojej żonie - pracuje ciężko, zarabia nawet ostatnio więcej niż ja. Ponieważ prowadzę działalność gospodarczą - nie mam dochodów w postaci regularnej pensji, która "oddam" żonie. I z tego tytułu ciągłe zarzuty - ty nic nie zarabiasz - to ja muszę pracować. A tak na prawdę to jej pensja wpływała na konto a ja wydawałem rocznie mniej więcej te same pieniądze na wczasy, remont domu itd. I cały czas byłem sztorcowany - wszystko źle i niedobrze. I miarka sie przebrała... Znalazł się ktoś inny - cichy, ciepły i spokojny. Przed świętami zostałem " złapany na zdradzie" - i cóż ... złożyłem pozew o rozwód i chcę to skończyć. Trochę po cichu myślałem, że zona zostawi mi furtkę odwrotu... nie zostawiła. I zaczęła się jazda - ubliżanie mnie, mojej przyjaciółce. Dzwonienie do jej rodziców - z opowieścią jakie to dobre małżeństwo ich córka rozbija. Wysyłanie kartek świątecznych do pracy mojej przyjaciółki z epitetami pod jej adresem. I ciągłe złośliwości w moim kierunku. Decyzja już zapadła - nie wycofam się. To się musi skończyć. Każda próba rozmawiania z nią o polubownym zakończeniu przeradza się w słowną agresję z jej strony skierowaną przeciwko mnie. Wciąga w to wszystko moich rodziców ( a mają po 80 lat). Ja rozumiem, że wali sie jej świat i że nie potrafi inaczej reagować. Jak patrzę na to co ona robi i mówi zaczynam nabierać pewności, że to co robie jest właściwe i zaczynam patrzeć na nią z obrzydzeniem. DOŚĆ... DOŚĆ.... tylko jak ja zatrzymać żeby się nie ośmieszała, żeby nie zadeptała resztek ludzkiej i kobiecej godności. Nikt łącznie z jej bratem, matka nie potrafi do niej dotrzeć. Ona chce koniecznie udowadniać mnie, sobie i światu, że to ja jestem winien, i chyba chce sie mścić na mnie za swoje życie. Macie jakiś pomysł...