nangaparbat3
17.03.08, 09:06
Przeczytałam wieczorem takie zdanie:
>>>Podobno w 95% rodzin kobiety odgrywają dominującą
rolę. I w znaczącej ilości przypadków, kiedy im sie znudzi, prą do
rozwodu.
I z tym zdaniem sie obudziłam.
I uważam, ze to temat do dyskusji.
Bo często jest tak: bezposrednim powodem rozwodu jest zdrada ze strony meża - ale potem, jak sie przyjrzeć, pogrzebać, okazuje się, że duzo wczesniej zacząl się kryzys zwiazku.
Na gorąco przychodzą mi do głowy takie myśli:
1. Małzeństwo służy - w formie tradycyjnej - zdecydowanie bardziej mężczyźnie niz kobiecie. Najlepszy dowód - samotni mężczyxni radzą sobie o wiele gorzej niż samotne kobiety (statystycznie, oczywiscie są wyjatki).
2. Niemal całą odpowiedzialność za funkcjonowanie rodziny zrzuca sie na kobietę - mąż jak "nie pije, nie bije, nie zdradza", a jeszcze - chwała niech mu bedzie! - zarabia, uwazany jest za ideał. Zblizenie sie do ideału żony jest właściwie nie do osiągniecia na tym padole.
3. Wciąz jeszcze wiele kobiet tkwi w przeświadczeniu, ze najważniejsze w zyciu to "utrzymać przy sobie mężczyznę".
4. Tzw. opinia społeczna pietnuje kobiety uważane za odpowiedzialne za rozpad małzeństwa (rodziny!)
5. Sytuacja materialna kobiety, zwłaszcza z dziećmi, po rozwodzie z regułu (znów statystyka i są wyjatki) zdecydowanie sie pogarsza.
W zwiazku z tym wiele kobiet, ktorym w zwiazku jest zwyczajnie źle, utyranych, sfrustrowanych, daremnie pragnacych osiagnac stan doskonałej gospodyni, matki, kochanki, przyjaciołki i terapeutki, a często jeszcze pogodzic to z pracą zawodową, a moze i karierą. Maja dość.
Ale rodzina rzecz świeta, rodziny sie nie rozbija, meza trzeba mieć.
Frustracje.
wieczny stres.
Nieustajace napiecie. Często ukrywane, więc moze tym bardziej dotkliwe. Ujawniajace się w pchnieciach w plecy, bez uprzedzenia, albo zachowaniach typu "dziurki nie zrobi, a krwi upusci".
Być moze im bardziej żona dązy do doskonałości, tym prędzej przekracza prog frustracji, po ktorym wspolne zycie stopniowo zamienia sie w piekło.
Prze do rozwodu, choc nigdy by nawet o tym nie pomyślala.
Chce się uwolnić od męża, co nie pije, nie bije, nie zdradza, i nawet czasem dzieckiem sie zajmie - ale nawet nie smie pomysleć, ze tego chce.
A on nalezy do tej polowy ludzkosci, ktora ma za sob yupelnie inna historie. Jak juz ma dosc, wali piescia w stol i mowi, ze ma dosc. albo robi cos takiego, ze jasno widac, ze dosc.
Wydaje mi sie, ze czesto tak jest. Nie mowie, kto jest winny. Moze oboje - dla mnie zadne. Nie poradzili sobie z mnogoscia uwarunkowan, ktorych nie wybierali. Zal.