A nam się jednak udało....

27.03.08, 10:55
Witam
Może ktoś pamięta mój pokręcony wątek sprzed roku:

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=59899058&a=59899058
z kilkoma osobami pisywałam sobie wtedy poza forum.
Potem kontakt się urwał i nie wiem co u nich słychać, a ja pękam ze
szczęścia i chciałam się pochwalić, że nam się jednak udało!
To był rok ciężkiej harówy, ale opłacało się.
Dziś już wiem, że tak miało być i paradoksalnie tylko dzięki temu,
że sprawy zaszły aż tak daleko staliśmy się zupełnie innymi ludźmi a
nasze małżeństwo rozkwita z każym dniem.

Ten euforyczny stan bazuje dziś jednak na pełnej świadomości
popełnianych błędów i czujności, którą zachowuję, żeby nie tylko ich
nie popełniać ale i dawać z siebie więcej i więcej - to jednak wcale
nie jest nieprzyjemne, zwyczajnie dojrzałam, a to już był najwyższy
czas...

to tak ku pokrzepieniu, czasem się udaje a do tego dziś wydaje mi
się to tak banalnie proste :o]

pozdrawiam
    • hela37 Re: A nam się jednak udało.... 27.03.08, 11:13
      Cuda się jednak zdarzają! Cieszę się że Wam sie udało przezwyciężyć
      kryzys.Czasami sami gmatwamy sobie sprawy które są banalnie proste ale nie każdy
      potrafi to dostrzec.Pozdrawiam
    • plujeczka Re: A nam się jednak udało.... 27.03.08, 15:03
      gratulacje -tylko pytanie na jak długo Wam się udało?
      • sznorufka Re: A nam się jednak udało.... 27.03.08, 22:14
        odpowiedź: tego nie wie nikt...

        pytanie: czy warto było, nawet jeśli miałoby to potrwać tylko do
        jutra?

        ...warto było, jeszcze z tysiąca innych powodów...

    • anmaja1 Re: A nam się jednak udało.... 27.03.08, 22:54
      ale Wam zazdroszczę.... ale w tym pozytywnym sensie. U mnie się tlą
      jeszcze jakieś wątpliwe nadzieje na pogodzenie, na walkę o
      małżeństwo i o to co nas przecież połączyło- miłość- kurcze,
      przecież nikt nie powiedział, że będzie prosto. Niestety te nadzieje
      tlą się chyba wyłącznie we mnie, mój Mąż nie wykazuje jakiejkolwiek
      chęci naprawy a nawet kontaktu ze mną.. staram sie myślećo nim jakby
      umarł, tak mi jest trochę łatwiej, jakoś moja psychika nie może
      zaakceptować tego, że on gdzieś jest, żyje pracuje i nie chce mnie
      widzieć? dlaczego?
      Ale takie coś jak Wam się zdarzyła buduje, powiec więcej, jak Wam
      się to udało
Inne wątki na temat:
Pełna wersja