niby_nie_sama
01.04.08, 01:01
Jestem tu po raz pierwszy, dlatego gwoli uprzejmości chciałabym się przywitać-
dobry wieczór, i jak sądzę, zapowiedzieć częstszą swoją obecność w przyszłości.
Podjęłam bowiem decyzję o złożeniu pozwu rozwodowego (dojrzewała we mnie od
dawna), napisałam nawet początek i...utknęłam po standardowym- jak widzę po
wzorach- "Początkowo pożycie układało się pomyslnie i harmonijnie".
Bo jakże tu uzasadnić, że chcę się rozwieść z mężem, który nie pije, nie bije,
nie zdradza, jak musi to nawet ugotuje i posprząta...i to w zasadzie na tyle.
Po ponad 16 latach małżeństwa jestem wykończona nerwowo, nie zgadzamy się
praktycznie w niczym, kłótnie wybuchają o byle co (tzn.generalnie o to, że ja
się czepiam), a ja mam dość jałowego życia z bylejakim facetem, którego
ulubioną rozrywką i sposobem na odpoczynek jest przerzucanie kanałów w tv.
Seks umarł po długich męczarniach jakiś rok temu, nie ma między nami nawet
czułych gestów- przytulania, pocałunków... Mąż budzi we mnie negatywne emocje
i fizyczną niechęć.
Kłócimy się o to, jak wychowywać 14-letnią córkę, mąż ma dwie spolaryzowane
opcje: 1.tresura 2.totalna niekonsekwencja i zgadzanie się na wszystko dla
świętego spokoju. To, że próbuję wykazać mu niewłaściwość obu tych metod, jest
uznawane za pozjadanie wszystkich rozumów, naczytanie się książek i
udowadnianie, że racja musi być zawsze po mojej stronie.Nie pomaga
argumentacja, że kiedy chodziliśmy z córką do psychologa(córka wyrasta właśnie
z ADHD),pani psycholog mówiła mniej więcej to, co ja. Efekty takiego
postępowania z dzieckiem są łatwe do przewidzenia.
Mąż od zawsze próbował mnie "zaklepać" tylko dla siebie.(Oj, trzeba było mi
się zastanowić, gdy krótko po naszym poznaniu powymazywał mi z notesu adresy i
telefony wszystkich osobników płci męskiej...)Efekt jest taki, że wszystkie
moje koleżanki były zawsze "te złe",a ja łatwowierna i naiwna, bo "jeszcze się
na nich przejedziesz". Znajomości sprzed małżeństwa szybko się wykruszyły,
mamy jedną parę takich bliższych znajomych, z którymi kontakty są rzadkie, bo
mieszkają w innym mieście. Generalnie wolny czas spędzaliśmy zwykle tylko we
dwoje lub troje- mojej najbliższej rodziny mąż nie lubi. A mam tylko siostrę,
mama nie żyje od 11 lat, z ojcem nie utrzymuję kontaktów. Reszta mojej rodziny
mieszka 500 km od nas.
Teraz nasz wolny czas wygląda tak, że każde siedzi w swoim kącie zajęte swoją
pasją. Nie rozmawiamy, nie śmiejemy się. Wymieniamy komunikaty i ustalenia.
Mąż "w zasadzie" nie pije. W rzeczywistości wygląda to tak, że po pierwszym
piwie włącza mu się chęć na drugie i trzecie, potem bełkocze i patrzy
nieobecnym wzrokiem. Niby nic, ale ja miałam ojczyma alkoholika i mam dość na
całe życie widoku podpitych/pijanych facetów. Ostatnio złapałam go na tym , że
po pracy niby idzie się wykąpać, ale zanim wejdzie pod prysznic,po cichutku w
łazience obala browarka. Twierdzi, że nie jest uzależniony. Często gdy wracam
z pracy wieczorem, jest wstawiony (oczywiście wypił "tylko jedno piwo"), a
córka mi się skarży, że wstyd jej przed koleżankami, które do niej przychodzą.
Na imprezach jak wypije za dużo, zwykle robi tzw.siarę. Dlatego wspólne
imprezy się skończyły. Na ślubie i weselu siostry byłam sama , mąż nie
mógł/nie chciał pojechać. Z jednej strony miałam mu za złe, że nie towarzyszy
mi w tak ważnym dla mnie momencie, a z drugiej cieszyłam się, że nie muszę się
obawiać że znów będę się za niego wstydziła. Święta BN spędziłam z córką u
siostry, 300 km od domu.
Przez lata lekceważył to, co dla mnie ważne, mimo iż może symboliczne. Na
Gwiazdkę prezenty robiłam ja- jemu i córce (bo on "nie ma do tego głowy, nie
pamięta, nie ma kasy, nie ma to dla niego znaczenia,on ode mnie nie wymaga" .
W zeszłym roku skończyłam z tym. Podobnie było z imieninami, urodzinami,
walentynkami i wszystkimi innymi miłymi okazjami do obdarowywania
najbliższych. Koronny argument męża: spójrz na naszą sąsiadkę, co z tego, że
mąż przynosi jej bukiety po 30 róż, jak za tydzień leje ją po mordzie.
Parę lat temu był długi ciąg wydarzeń, który na zawsze podkopał moje zaufanie
i poczucie bezpieczeństwa- przypadkiem dowiedziałam się, że spłaca kredyt o
którym ja nic nie wiem . Potem kolejny. Potem przychodzi ponaglenie z banku,
mąż twierdzi że to kredyt jego siostry, on tylko poręczał. Ja momentalnie
wykonuję telefon do szwagierki, pytam czy to prawda, ona zdziwiona o jakim
kredycie ja mówię. Innym razem do moich drzwi puka pan windykator i dowiaduję
się od niego o kolejnym kredycie mojego małżonka. Mąż przyciśnięty do muru
podawał różne wersje- jedna z nich to taka, że poręczył w pracy koledze
pożyczkę, kolegę zwolniono a on musiał spłacać i nie chciał mnie
martwić.Oczywiście kolega wyjechał w nieznanym kierunku i ślad po nim zaginął-
to tak na moje pytanie o próbę odzyskania pieniędzy. Wydźwignęliśmy się z
tego, bo pracowałam jeszcze więcej niż zwykle, mąż się raczej nie wysilał w
zdobyciu dodatkowej pracy, choć miał na nią czas. Teraz słyszę, że mnie nigdy
nie było w domu.
Nie kocham już tego faceta, który ze mną mieszka.
Mam dość jego zaniedbania, dziurawych skarpetek, smrodu papierosów, wiecznych
pretensji o "moją pieprzoną niezależność" (chodzi o to, że nie chcę żyć tylko
dla domu i męża, zawsze starałam się mieć jakieś pasje, mimo wszystko
znajomych, pracowałam i uczyłam się zaocznie ("zobaczysz! ty tej szkoły nie
skończysz!-wypowiedziane z sykiem i cieknące jadem słowa, których nigdy nie
zapomnę. Szkołę ukończyłam.)
Mam dość podejmowania wszelkich decyzji samodzielnie: rób jak chcesz, rób jak
uważasz, no nie wiem co ci poradzić...
Chcę być wreszcie samodzielna i szczęśliwa, chcę być lepszą-bo nie
sfrustrowaną matką.
Nie chcę jednak wylewać w pozwie swych żalów i przewinień męża, nie twierdzę,
że ja jestem całkowicie niewinna, ale zależy mi na spokoju i rozwodzie bez
orzekania o winie.
Tylko jak to wszystko zamknąć w paru urzędowych słowach? Czy mogę liczyć na
czyjąś pomoc?