useless00
02.05.08, 00:26
Podczytuje wasze forum i dzięki temu wiele decyzji we mnie dojrzało. Nie wiem, czy mądrych, ale moich. Będe musiala z tym żyć.
Dlaczego taki temat? Bo to ja jestem porzucającą, a nie porzucaną. Czytałam tu wiele wątków pisanych przez osoby porzucone i w wielu przypadkach ich cierpienie jest zupełnie niezasłużone, a wynikające z niedojrzałych zachowań partnerów. Bardzo im współczuję. Ale wiele jest tu i takich osób, które "nie zauważyły", że coś wali się w ich związku i teraz wychodzą z pozornie słusznymi roszczeniami jak on/ona mogła mi to zrobić, przecież ja ją/jego bardzo kocham. I tu zaczyna sie tragedia. Strona, ktora ma odwage zakończyć tą farsę jaką stało się małżeństwo jest odsądzona od czci i wiary. "Przestanie kochać" to nie jednodniowe zdarzenie, a proces, czasami wieloletni rozsypywania się i składania na nowo. Aż nie ma już czego poskładać. W moim przypadku jest tak, że nie ma picia i bicia (o ile wtedy wszystko jest łatwiejsze), ale jest 10 lat kłótni, upokarzania, oskarżeń i ... 7 letnie dziecko. Nie jestem bez winy, nie mam łatwego charakteru, tak jak i on, ale problem jest w tym, ze moj partner (44 lata) jest niedojrzaly emocjonalnie i impulsywny. Najpierw "nabroi", nagada,a potem uważa, że nic sie nie stało, a kiedy uświadmi się mu całą krzywde, którą wyrządził, myśli, że "przepraszam" wystarczy. Tylko ile razy wystarczy? Ile razy mam pokornie znosić upokorzenia. Życie na sinusoidzie uczuć. Zastanawianie się, co , jak i kiedy mu powiedzieć, by broń Boże go nie urazić, by nie wpadł w furie. Itd., itp. tak się nie da żyć. Mam dość. Wykończona emocjonalnie podjęłam decyzję. Wyprana z wszelkich uczuć do niego, nawet szacunku, bo obiektywnie zawiódł mnie wielokrotnie, chcę zacząć życie w spokoju i na własne konto. Bez niańczenia drugiego dziecka jakim jest on.
Myślałam, że dotąd żyłam w piekle. Ale to był tylko czyściec. Teraz, to co było, się nie liczy, ani moja dotychczasowa lojalność, ani przeszła miłość (byłam naprawdę szczęśliwa) ani wszystko dobre co było miedzy nami. Skasowane 10 lat i zrobienie ze mnie podłej suki, która zniszczyła (niszczyła od zawsze) mu życie. I to piętno porzucającej, niszczącej świętość jaką jest rodzina. Teraz jestem złą matką zasługującą na to by odebrać jej dziecko. Teraz jestem nikim. W jego oczach, rodziny, znajomych...Bo to zła kobieta była...