Dodaj do ulubionych

wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóżcie

26.05.08, 12:36
Witam grupę wsparcia, liczę na pomoc w spojrzeniu na sprawę z boku,
trzeźwym okiem. Bo jestem wrakiem człowieka.
Małżeństwo standardowe 2 + 1. 10 lat. Żona wspaniała, córka -
prawdziwe cudo, bardzo delikatna. Mam trudny charakter, typ który
dużo wymaga od siebie i ludzi wokół. Częściej wskazuje błędy niż
chwali. Nie sądziłem jednak że wrzód nabrzmiewa, myślałem że mamy po
prostu utarczki jak każda rodzina.
Podejrzewałem ostatnio że żona spotyka się z kimś. Sam zainicjowałem
rozmowę. I dostałem obuchem w łeb. Chce odejść zabiera dziecko.
Człowieka zna od kilku miesięcy (od ok 3 spotykają się
intensywniej). Wszystko już sobie ułożyli i zaplanowali.
Przechodziła już przez piekło oswajania się z myślą razem z nim od
jakiegoś czasu. Ja dostałem całą wiadomość skondensowaną w jeden
wieczór.
Próbuję sobie to jakoś ułożyć w głowie. ROzmawaiłem tylko z jednym
kolegą.
W moich oczach - ostatnio było między nami więcej napięć, ona mając
mało wsparcia ode mnie, znalazła je w miłym i ciepłym (jak mówi)
człowieku. Nie mogę zrozumieć jak 10 lat można przekreślić w dwa
miesiące znajomości. Boję się ze to tylko zauroczenie. Gość trafił
na miękki podatny grunt i to wykorzystał. CHcę walczyć i ją
odzyskać. Chcę pracować nad sobą i naszym małżeństwem z
profesjonalistami. Ona mówi że już podjęła decyzję. Ja ją kocham.
Ryczymy obydwoje, ale ona jest nieugięta. Mówi że nie może zmienić
mojego obrazu w swoim sercu. że się wypaliła. Jestem starym facetem,
ale proszę Was o opinię. Co zrobić. Czy są szanse?
Obwiniam siebie, ale żal mi żze ona tak łatwo odpuszcza. Nie chce
spróbować psychologa, poradni.
Obserwuj wątek
    • burza4 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 13:00
      myślę, że ona przez te 10 lat wielokrotnie próbowała coś naprawić
      między wami - tylko ty tego nie widziałeś i nie słyszałeś. Niestety -
      to nie ona przekreśliła 10 lat w dwa miesiące - a ty je
      przekreślałeś codziennie od niepamiętnych czasów. Nie wierzę, że
      nigdy nie podejmowała próby rozmowy, że nie mówiła ci co ją boli.

      Ona nie podjęła tej decyzji w 5 minut, musiało być jej bardzo źle,
      skoro zwróciła się do innego. Czy masz szansę? nie wiem, skoro ona
      nie chce próbować, to na siłę nic nie wywalczysz.
    • krolowazla Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 13:18
      To nie tak, że nagle coś kobiecie się odmieniło i chce być z innym. Ty musisz
      odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ona padła w ramiona innego. Doskonale
      rozumiem twoją zonę, mój m. też mówił, ze nic mu nie mówiłam , ze jest źle, że
      jest zaskoczony decyzją o rozwodzie. Kompletna bzdura. Powtarzałam mu wiele
      razy, z ejest mi źle, że nie akceptuje, tego, ze ja i córa nie jesteśmy
      najwazniejsze. Ja też sie wypaliłam.
      Radzę przemysl wszystko dokładnie, napewno znajdziesz odpowiedx dlaczego tak sie
      stało. A potem próbuj ratować, jeśli jest szansa.
      • to.ja.kas Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:25
        Odwracamy sytuacje:
        Mąż po 10 - 15 latach małżeństwa poznaje inną kobietę i po dwóch
        miesiącach zwierza sie żonie "kochanie byłas zła, odchodzę, nie
        kocham Cie, jestem szczesliwy z nowa kobietą"

        I co radzicie?
        Jak widać są zdrady i zdrady...te usprawiedliwione i mniej.
        A tyle sie naczytałam, ze zdrady nic nie usprawiedliwia i najpierw
        rozwód jak facetowi zle a dopiero potem pocieszycielka.
        W druga stronę to nie działa?
        • z_mazur Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:30
          Dzięki Kasiu, że to napisałaś. Panie chyba trochę się zapędziły.
          Jednak jak to wyraźnie widać, punkt widzenia zależy od punktu
          siedzenia. smile))

          Gdyby nie to, że dla autora ta sprawa to dramat, to napisałbym, że
          wątek mnie rozbawił.
          • krolowazla Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:41
            A ja myślę, ze to zależy od sytuacji.

            Małżeństwo to mąż i żona. Jeśli jest tylko żona ... lub tylko mąż - bo drugiej
            stronie nie chce się bawić w małżeństwo, to zdrada ze strony walczącej, która w
            pewnym momencie nie miała już siły, jest "mniejszym złem". Bo skoro ty mnie nie
            chciałeś, to sobie znajdę kogoś , kto mnie chciał będzie, a że wyszło przed
            rozwodem, to trudno.
            Ja myślę, ze płeć tu nie ma nic do rzeczy. Ale to tylko moje zdanie.
            • to.ja.kas Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:45
              Czyli rozumiem, ze jak napisze na RiCD facet "jestem jeszcze z zoną,
              ale 2 miesiace temu poznałem super kobiete, chce odejsc tylko nie
              wiem jak? A żona to zła kobieta. Zabieram dziecko i daje dyla" to
              napiszemy....rozumiemy cię, dawaj dyla , szczescia zyczymy????
              Jak napisze to co napisał Stefan kobieta to powiemy...no cóz
              zasłuzyłas sobie widocznie.

              Jestem kobieta ale wszelka hipokryzja działa na mnie jak płachta na
              byka.
              A ktos mi tu wyrzucał, ze byłam kochanka...no ale w sumie zona
              mojego M to podobno niedobra była....
              • krolowazla Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 14:04
                Obserwując dookoła, to co się dzieje, czytając to forum i z własnego
                doświadczenia wiem - ze najlepiej nie patrzeć na związek jak na kobietę i
                mężczyznę. Dla mnie kobieta była kiedyś zawsze tą strona pokrzywdzoną, a facet
                brutalem. Ale odkąd nauczyłam się , że jest strona dobra i zła, ta która walczy
                i ta która rujnuje, łatwiej mi wszystko analizować.
                u stefanabatorego coś sie psuło od dłuższego czasu, sam to nawet zauwazył, ale
                nie robił (chyba) nic zeby to ratować. Dopiero jak żona znalazła kogoś, to chce
                to naprawiać. Nie wiem czy kobieta dawała znaki, że się wali, ale sygnały być
                raczej musiały. Ja ją rozumeim - potrzebowała uczucia, wsparcia, mąz pewnie nie
                okazywał jej zainteresowania.
                dokładnie tak samo bym myslała, gdyby kobiete i mężczyzne zamienic rolami.
                Kobieta wie, ze mąz ma kochankę, a okazuje się, ze własnie ona miała go gdzieś,
                facet cierpiał, ratował , od żony zero odzewu, to dalczego nie miałby znaleźć
                sobie kogoś kto go zaakceptuje i poświęci uwagę.

                najlepiej zapomnieć, ze jest kobieta i mężczyzna, to są osoby - wtedy łatwiej
                rozgryźć zdradę. I znaleźć winnego. Bo nie zawsze ten , kto skacze w bok.
                • to.ja.kas Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 14:05
                  Wiesz ile mój M tłumaczył swojej Żonie by się zmieniła, bo sobie
                  ngrabi i może odejść? Z 10 lat. I odszedł. Ale był ten zły bo
                  zostawił ja dla innej.
                  Ale sama przyznasz 10 lat pustego gadania usprawiedliwia zdradę,
                  prawda?????
                  • krolowazla Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 14:15
                    jeśli przez zdradę jedna strona będzie szczęśliwa to tak. Trudno ubrac w słowa,
                    to o czym myślę.
                    Generalnie zdrada ot tak sobie - bo mam taka zachcianke, chce spróbowac nowości
                    - jest feee
                    Zdrada, z braku uczucia, bo sie coś wypaliło, bo jest źle i nijak nie można sie
                    dogadać z drugą stroną, bo ona tego nie chce i po wielu próbach nic nie
                    wychodzi, to co innego.
                    Każdy zasługuje na szczęście.
                    jak pisałam wcześniej - gdy nie patrzy sie na płeć to łatwiej przeanalizować.
        • drugiezycie Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:38
          Zdrada generalnie jest zła. Czy przez kobietę czy mezczyznę.
          Różnica zapewne polega na tym, że m (na ogół) łatwiej przychodzi.I łatwiej mu
          przychodzi w takiej syt decyzja o odejściu.
          Sądzę, że kobieta rzadko kiedy podejmuje decyzję o rozbiciu rodziny pochopnie.Na
          ogół jest to efekt wielkiej krzywdy, głębokich przemyśleń i wielu prób
          naprawiania związku.
          Tak więc różnica polega na łatwości podjęcia decyzji o zdradzie, odejściu i
          związaniu się z kimś innym(oczywiście znów na ogółsmile).

          • to.ja.kas Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:41
            Bzdura.
            Totalna bzdura.
            A jesli kobiety odchodzą rzadziej to dlatego, ze za winklem sponsor
            nie czeka.
            Albo zdrada jest zła i należałoby Stefanowi poradzic JAK ma
            zawalczyc o rodzinę, ewentualnie jak WYGRAC rozwód z winy zony, albo
            zdrada facetów jes fuj a kobiet to usprawiedliwione działanie mające
            uszczesliwic ją, męża, kochanka, dzieci i cała rodzinę.
            • drugiezycie Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:57
              Ja się nie odnosiłam do wpisu Stefana, tylko Twojego.
              A Stefan, jeśli tak czuje to może i powinien walczyc o rozwód z winy ż.Bo zdrada
              jest faktem. Tylko, że zdrada sama w sobie, co było tu poruszane, nie zawsze
              jest powodem orzeczenia winy (nie pamietam w jakim wątku, ale ktoś tak pisał).I
              coś mi sie widzi, po wpisie Stefana, że takim super małżonkiem nie był. Więc
              prawdopodobne orzeczenie, po szarpaninie w sądzie winy obustronnej.
              A z tym sponsorem, to trochę przesadzasz. Nie rób z kobiet sprzedajnych dz..
              • to.ja.kas Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 14:04
                Gdybym robiła z kobiety sprzedajne dz, sama musiałabym się za taka
                uważać.
                Wnioskuję po tym co widze i czytam, ze kobietom trudniej zyc samym.
                Post "dzis mąz mnie sotawił, czy ja jeszcze ogos spotkam?"...tak to
                mniej wiecej idzie w masie watków jakie czytam na forach. Kulturoa
                wykształciła w kobietach jakies takie głupie poczucie , ze przez
                faceta jest niczym.
                Poza tym niestety w naszymkraju kobiety SĄ dyskryminowane zawodowo,
                finansowo i na każdym innym kroku wiec nie dziwne, ze nie są chetne
                zabrac dziecie pod pache i isc w nieznane. Zupełnie co innego jak na
                horyzoncie jest inny dobry miś....taki jak znalazł się u żony
                Stefana.

                Ale albo jest złota zasada "najpierw rozwód jak mi źle, potem
                pocieszyciel/ka"....albo nie.
                Wbrew pozorom ja również uważam, ze pocieszyciel/ka czasem trafi na
                taki okres, ze staje sie katalizatorem i gwozdziem do
                trumny....norma.
                Ale nie mierzymy dwoma różnymi miarami i nie roznicujmy ze wzgledu
                na płeć.

                Jestem daleka od obwiniania żony Stefana bo nie znam jego ani jej.
                Ja uwazam, ze trafia sie czasem grom z jasnego nieba...i nie ma
                bata...serce nie sługa.
                Ale nie pieprzmy kobitom co innego i facetom co innego.

                A zdrada jest wystarczającym powodem dla rozwodu z orzeczeniem winy
                zony Stefana.
                Jednak zycze mu by kobieta opamietała sie , zazyła czegos na
                wstrzymanie i nie fundowała dziecku wyprowadzki do obcego faceta po
                kilku miesiacach znajomosci. Bo co ja spotka - pies ją ganiał, ale
                co zafunduje córce tego nie wiadomo.
              • z_mazur Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 14:10
                >I coś mi sie widzi, po wpisie Stefana, że takim super małżonkiem
                nie był.

                A gdyby żona napisała, mąż mnie zdradził, chce odejść, też
                skwitowałabyś: "Ale coś widzi mi się, że taką super żonką to ty nie
                byłaś".? smile))
                • drugiezycie Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 14:23
                  >Mam trudny charakter, typ który
                  dużo wymaga od siebie i ludzi wokół. Częściej wskazuje błędy niż
                  chwali. Nie sądziłem jednak że wrzód nabrzmiewa, myślałem że mamy po
                  prostu utarczki jak każda rodzina.

                  Stefan sam zauważa (i tu pokłon), że coś z jego strony było nie halo.
                  I w żonie coś pękło. Ale oczywiście (bo zaraz na mnie naskoczycie a nie mam
                  czasu pisać) nie popieram zdrady jako rozwiązania problemów małżeńskich i nie
                  bronię żony w żadnym wypadku. Sądzę tylko, że problemy w ich małżeństwie musiały
                  być poważniejsze, szkoda, że wcześniej Stefan je trochę zlekceważył.
                  • to.ja.kas Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 14:27
                    No szkoda. Ale facet nie prosił o rady jak zmienic przeszłosc tylko
                    co robic teraz i w przyszlosci by zone odzyskac.
                    Wiec pisanie mu "gosciu byłes cienkim mężem" jest z lekka
                    niedelikatne.
                    Kobiecie w takiej sytuacji nikomu do głowy by nie strzeliło na dzien
                    dobry tak napisac....a jakby strzeliło to by zaraz dostał paternoster
                    • drugiezycie Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 15:14
                      No może mam chwilowo z lekka wypaczone nastawianie do mężczyzn (nie mylić z
                      hipokryzją).
                      Co do odzyskania ż, dostał, sądzę dobre wskazówki.Osobiście nie bardzo wierzę w
                      odzyskiwanie (ale może to dlatego, że u mnie nie wypaliło).
                      Z drugiej strony, szacunek dla Stefana, że dostrzegł swoje błedy-bo to nie jest
                      częste.I ogólnie skrytykowałam żonę za zdradę. Czym jeszcze mogłam Stefana dotknąć?
                      Swoją drogą ciekawe, że On nie pisze, że go uraziłam. Stefan, jeśli tak się
                      stało to sorry- rozumiem co czujesz, bo ja też z "tych zdradzonych"
        • wojtekp67 Re: Halo, halo Drogie Panie 26.05.08, 13:41
          hehehe... solidarnosć jajników ...smile tak jej było źle , ze biedactwo
          musiała kochanka znależć smile
          a wracjaąc do meritum sprawy.
          Wyglada na to , ze na chwile obecną masz pozamiatane. Zonie jawi sie
          nowe szczesliwe zycie u boku nowego m.
          Jesteś wielki, ze potrafisz wybaczyć, widzisz błedy jakie popełniłes
          i chcesz ratowac.
          Problem w tym że scenariusz to zona ma już dopracowany. Czy to
          zauroczenie czy miłosć, tego sie dowiesz za pare lat.
          Muisz zastanowić sie czego chcesz.
          Z mojego doświadczenia odradzam ponizanie sie, proszenie,
          pokazywanie rozpaczy. Ja sie rozkleiłem w I-szej faziei błagałem,
          groziłem, prosiłem etc.bez sensu. Naraziłem sie tylko na drwiny. Tym
          nic nie osiagniesz. Ona juz emocjonalnie pewnie jest gdzie indziej.
          Pokaz jej spokój, chec kompromisu i... zdecydowanie. Ten nowy w
          skarpetkach i pilotem w ręku też straci na atrakcyjnosci.
          Pozostaje kwestia majatku i dziecka. Tu wazne sprawy. Ja
          powiedziałem ex, chesz odejsć z rodziny to ok, ale rodzina czyli ja
          i syn zostajemy, ty mozesz isć. Wybrała , bo przecież serce, miłość,
          kochanek... Mineło troche czasu i kochanka nie ma, miłosci nie
          ma.... I zapewniam Cie , ze szcześliwa teraz nie jest.
          To są wybory życiowe.
          • marek_gazeta Niestety, to fakty 26.05.08, 17:34
            Współczuję. Jeśli ją rzeczywiście kochasz, czeka Cię kilka ciężkich miesięcy.

            Ale do rzeczy. Zgadzam się z wypowiadającymi się w wątku facetami - nie proś, nie błagaj i nie poniżaj się. Dostaniesz tylko kopa, a kobieta upewni się, że robi słusznie opuszczając mięczaka. Kobiety potrafią być okrutne, kiedy czują przewagę psychiczną, walą wtedy w miękkie bez litości. Na razie nie masz szans. Małżeństwo, miłość - wszystko można uratować, jeśli __obie_ strony tego chcą. W pojedynkę nie dasz rady, nie ma takiej możliwości.

            Możesz jej powiedzieć, że ją kochasz, ale to wszystko. Nie utrudniaj, nie rób na złość ("nie dam rozwodu" itp.), oczywiście nie daj się też zrobić w konia, np. przy ewentualnym podziale majątku. Warto się zastanowić, dlaczego małżeństwo się rozpadło, i popracować nad sobą - ale trzeba wiedzieć, nad czym. Na razie pewnie za wszystko winisz siebie, a prawda może być o wiele bardziej złożona. Potrzebny jest dystans, czego Ci brakuje, może chłodna ocena bezstronnych przyjaciół.

            Nie trać nadziei, ale nie żyj jak nakręcony, wypatrując bezustannie, czy nie puka do drzwi. To nie ma sensu i wykańcza psychicznie.
    • z_mazur Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 13:42
      Napiszę Ci to brutalnie, jak facet facetowi.
      Kobiety nie przekonasz słowami. Więc w tym konkretnie momencie nie
      jesteś w stanie nic zrobić. Odzyskać kobietę można tylko w jeden
      sposób, który określę lekko ironicznie: "nie próbuj jej odzyskiwać".
      Zajmij się sobą po prostu i zanalizuj przyczyny dla których żona
      chce od Ciebie odejść. Zastanów się spokojnie co mógłbyś zrobić,
      żeby te przyczyny ustały i czy jesteś w stanie zmienić się w tym
      zakresie na stałe. Jeśli nie, to od razu sobie odpuść, jeśli tak, to
      zacznij się zmieniać, to Ci się przyda niezależnie od tego czy ją
      odzyskasz, czy nie.

      Etap zauroczenia jest bardzo intensywny, ale krótkotrwały. W tym
      momencie nie jesteś jej w stanie racjonalnie przekonać, ale za parę
      miesięcy pierwsze uniesienie przeminie i Ty jeśli w tym czasie
      wykonasz odpowiednią pracę, będziesz być może, mógł "powalczyć" o
      nią.
        • z_mazur Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 14:01
          A czy ja napisałem coś innego?
          Jeśli kobieta tylko chce odejść, to być może jakieś starania o jej
          zatrzymanie miałyby sens (chociaż też uważam, że niespecjalnie).
          Jednak w momencie gdy jest inny mężczyzna, to takie zachowania u
          faceta wywołują tylko irytację, bo zwiększają tylko w kobiecie
          poczucie winy i wyrzuty sumienia.

          Więc autor niech się skupi na sobie i pracy nad sobą.
    • madalenka25 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 14:20
      jakbym czytała swojego eks męża - 9 lat prosiłam, groziłam,
      płakałam, tupałam nogami, unosiłam się honorem, błagałam - totalna
      karuzela - do decyzji o rozwodzie dojrzewałam 2 lata - a w ciągu
      miesiąca "przemeblowałam" swoje życie całkowicie i nie ukrywam, że
      pomógł mi w tym mój dzisiejszy partner

      dziś po 4 latach które minęły od rozwodu w jednej z rozmów mój
      eksmąż przyznał, że dopiero zrozumiał że przegapił moment krytyczny
      i gdyby wtedy był mniej zapatrzony w siebie to pewnie do dziś
      bylibyśmy razem - i wie czemu odeszłam i czym mnie zauroczył inny i
      jeśli będzie mu dane mieć znów rodzinę to już nigdy nie będzie takim
      dupkiem - miło było słyszeć i miło mieć świadomość że w końcu
      wytrzeźwiał i parę spraw zrozumiał smile
    • clio11 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 14:41
      Szanse są zawsze. Piszesz, że rozmawiałeś z jednym kolegą... Mam
      nadzieję, że to przyjazna dusza. Jeśli mogę Ci coś doradzić-nie
      zwierzaj się większej ilości osób. Mój Ex wtajemniczył w nasze
      problemy wszystkich naszych znajomych, całą swoją rodzinę, moją
      rodzinę i chyba ze dwa zakony Franciszkanów.
      Dla kobiety to średnio przekonywujące, że ktoś chce coś naprawić,
      stosując społeczną presję.
      Nie wiem, jaka jest Twoja sytuacja, ale z tego co tu wyczytałam-
      cierpisz biedaku...
      Nie zatrzymuj jej, związek na siłę mija się z celem.
      Pracuj nad sobą i swoimi relacjami z nią. Nie graj przed nią, ale
      naprawdę staraj się zmienić. Nie dla niej, tylko dla siebie, skoro
      zdajesz sobie sprawę ze swoich wad.
      Być może kiedyś Twoja żona dojdzie do wniosku, że zrobiła błąd. Być
      może, jeśli duma jej na to pozwoli-będzie chciała wrócić.
      Tylko...czy Ty tego będziesz chciał za jakiś czas?



      • kochanek10 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 15:11
        nie prawda, że szanse są zawsze, ja nie widze szansy na powrot,
        pomimo że nikogo nie mam. To we mnie zbieralo sie przez 15 lat, jak
        u kolegi zony, wreszcie, ktoregos dnia wszystko peklo, dwa tygodnie
        zbieralem sie aby jej powiedziec ze to juz koniec, w koncu
        powiedzialem. Po tej informacji myslała, że blefuje (jak to ona
        niejednokrotnie robila, wymuszajac rozne sprawy i decyzje), po dwoch
        tygodniach zrozumiala, że to jednak nie byl blef, i zaczela
        rozpaczliwą walkę o uratowanie związku, tylko że tak na prawde nie
        bylo juz czego ratowac...
        Tak to chyba jest, moment zwrotny zostal przespany i teraz kierunek
        jest tylko jeden, ja boję sie przyszlosci, tego co bedzie, ale wiem
        ze nie wroce juz do osoby ktorą przestalem kochac, malo tego, teraz
        zadaje sobie pytanie czy ja ja kiedys kochalem? jesli tak to kiedy i
        nie moge znalesc w pamieci tych chwil, widze tylko tylko te zle.
        W takich sprawach nikt nie jest bez winy, a na sile nikogo sie nie
        da zatrzymac, jak juz to na krotko i niestety nie da sie kochac za
        dwoje. Przykro mi kolego, ale ja w pelni rozumiem Twoja zone (moja
        zona pewnie dobrze rozumie Ciebie).
        • clio11 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 19:21
          I tu jest kot pogrzebanysmile
          Jedna strona uważa, że są szanse, druga-że ich nie ma.

          A ja napiszę w ten sposób-kiedy zdecydowałam się odejść, gdyby mój
          Ex postapił ze mną jak dżentelmen, mogłoby być jeszcze różnie.
          Myślę, że być może próbowalibyśmy jeszcze raz coś posklejać.
          Być może...

          Tymczasem straszenie i zaszczuwanie swojego wieloletniego partnera
          jest najgorszą metodą naprawiania związku. Myślę, że we mnie
          definitywnie własnie wtedy wypaliła się cała resztka ciepłych uczuć.
          Nie przez lata, choc bywało róznie, często bardzo nieciekawie.

          Gość, postawiony w sytuacji "co ja teraz powiem ludziom" okazał się
          niestety malutkim, myślącym tylko o własnej opinii człowieczkiem.

          Więc zachowaj swoją godność.
          Bądź dżentelmenem.
          Tylko faceci z klasą potrafią się rozstawać tak, by kiedyś nie
          wspominano ich z niesmakiem.

          Już wczesniej pisałam-nie zatrzymasz na siłę kobiety, która chce
          odejść. Nie przekreślaj tego, co kiedyś było dobre. Warto w byłym
          partnerze mieć życzliwą duszę.

          • aron95 Czarne jest czarne , nie będzie białym 26.05.08, 20:21
            Na dzień dzisiejszy nic nie zrobisz , decyzje zapadły i nie przeszkadzaj , niech
            idzie , zawalcz jedynie o dziecko .
            Ona kochanka Ty dzieciaka .
            Nie szukaj winy w sobie, to Cię tylko w dołek zaprowadzi .
            Ona zdradziła , ona odchodzi , ona jest winna .
            Czarne jest czarne i nigdy nie będzie białe jak co niektóre próbują
            Ci tu powiedzieć . Rozpacz , poczucie straty , gorycz porażki w tych dniach
            mogą Ci porządnie namieszać . Staraj się zachować spokój .
            Czy chcesz z nią jeszcze być? dziś chcesz , ale to pytanie zadaj sobie za pół
            roku . Nie na teraz to pytanie .

            Dwa lata temu (prawie) idealnie to samo mogłem napisać co Ty .

          • burza4 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 21:24
            clio11 napisała:

            > A ja napiszę w ten sposób-kiedy zdecydowałam się odejść, gdyby mój
            > Ex postapił ze mną jak dżentelmen, mogłoby być jeszcze różnie.
            > Myślę, że być może próbowalibyśmy jeszcze raz coś posklejać.
            > Być może...

            a ja uważam, że decyzję o odejściu powinno się podejmować dopiero
            wtedy, kiedy mimo prób, zmiany, starań - mamy przekonanie, że nawet
            gdyby ten facet/ta kobieta nagle stał/a się aniołem - i tak nic już
            doń nie czujemy.

            Facet z jednej strony się kaja, ale z drugiej - nie do końca dociera
            do niego jak mocno przyczynił się do tej sytuacji, bo nadal się
            dziwi jak ona mogła w 2 miesiące przekreślić 10 lat. A taka analiza
            jest konieczna, nawet nie po to, żeby babrać się w poczuciu winy,
            ale po to żeby wyciągnąć konstruktywne wnioski i nauczkę na
            przyszłość. To zaprocentuje, choć niekoniecznie w tym związku.
    • scriptus Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 19:57
      Powiem Ci tyle, przez lata walczyłem. Próbowałem spełnic "wymagania"
      mojej żony. Przeszło mi, złamało się we mnie.

      Obecnie, sprawa rozwodowa w toku, odpuściłem, odechciało mi się, mam
      święty spokój. Nie bawie się w spełnianie żadnych zachcianek,
      przeciwnie, to ja określiłem, jakie mam wymagania. Właściwie to te
      wymagania dotycza wyłącznie roli mojej żony w stosunku do dziecka.
      Moje zainteresowania nią, jako osobą wygasły. Nielojalna żona jest
      nic nie warta. Jeszcze niedawno byłem gotów wybaczyć jej wszystko.
      Obecnie, nie mam po co wybaczać, po prostu juz na pewno nie zaufam i
      się nie zaangażuję w nic, co jest z nią związane. Kredyt zaufania
      wygasł, został przeniesiony do złych kredytów i wpisany w straty.

      Czy miało sens walczyć? Miało, choć to nic nie zmieniło.
      Przynajmniej mam czyste sumienie i wiem, że niczego nie zaniedbałem.
    • akacjax Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 19:59
      Po pierwsze nie wiadomo jak dalece trudnym mężem byłeś. Czasem zaistnieć mogły
      takie zdarzenia, że można się dziwić, że kobieta jeszcze nie odeszła. Jak było u
      Ciebie(ale z punktu odczuć żony) nie wiemy za wiele.
      Większość z nas radziłaby walkę o związek-jak pisał z_mazur-czynami. Ale musisz
      przyjąć pewne założenie, że może jesteś na najlepszej drodze do rozwodu. I warto
      zadbać o siebie i relacje z dzieckiem mając i to na uwadze.
      Wbrew temu, co tu pisano zdrada nie jest wystarczajacym powodem do orzekania
      winy, nawet do rozwodu. Ale to zależy od kontrargumentacji.
      • stefanbatory45 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 21:11
        No właśnie usiadłem do komputera.
        Dzień mamuśki - działo się dzisiaj - przedstawienia w przedszkolu,
        spacer, lody. Mała przeszczęśliwa. Ja też uśmiech od ucha do ucha, a
        w gardle kołek.
        Dziękuję Wam za wszystkie posty. Absolutnie nikt mnie nie obraził
        (jak pisaliście) i wszystko co napisaliście daje mi do myślenia.
        Po krótce.
        Najgorszym mężem nie mogłem być, ale wiem że dałem dupy nie raz. W
        dużej mierze dopadło nas to co masę innych małżeństw. Robota,
        zalatanie, mało czasu dla siebie. Teraz wiem że wystarczyłoby
        niewiele. Przytulenie, parę słów, te kwiatki raz na jakiś czas.
        Były z jej strony komunikaty mniej i bardziej konkretne. Myślałem że
        są efektem pojedynczych, konkretnych konfliktowych spraw. Ale tu
        chodziło o całokształt.
        W sumie nei obwiniam jej za zdradę. Tak jak ktoś mądrze napisał,
        gdyby poszła z drugim dla radochy seksu na dwa tygodnie to inaczej
        bym zareagował. Tutaj była sama, potrzebowała ciepła i znalazła.

        Nie zamierzam walczyć wszystkimi środkami, wytaczać dział, orzekać
        winy. Ale nie wiem też co z moim skarbem największym - córą. Jeśli
        rzeczywiście dojdzie do ostatecznego rozwiązania - być może będę
        musiał o nią walczyć. ALe czy jest sens? Zależy mi na spokojnym
        rozwiązaniu ze względu na córkę właśnie. Bitwa o dziecko skończy się
        wyrokiem, przyznaniem opieki jednemu z rodziców i wizytami u
        drugiego. Jeśli mielibyśmy rozstać się bez orzeczenia winy, sądzę że
        spokojnie dogadamy się tak żeby spędzała czas z kim i ile będzie
        chciała. Kur... dwa domy, dwa pokoiki dziecięce. Nie mogę jak sobie
        to uświadomię znów mam mega doła! I jakiś gość będzie jej czytał
        bajkę na dobranoc!!!

        Czytając o różnicach w podejściu do tematu przez m i k - Facet
        dłużej robi sobie nadzieję, kobieta szybciej podejmuje tą ostateczną
        decyzję. Szczególnie jeśli jest ten drugi który kreuje w jej oczach
        idyllę po rozwodzie.
        Nie chcę myśleć na razie o rozwodzie. Skupiam się nad obecną
        sytuacją. Odrzucam i nigdy nawet mi przez myśl nie przeszo żeby
        stosować zastraszanie, groźby. Nie chcę też kłaść się i odkrywać
        brzuch jak przestraszony psiak mimo że moje serce i psycha mówi mi
        że to zadziała. Pracuję nad sobą, będę dżentelmenem, ale nie
        odpuszczę bo obie kocham naprawdę bardzo mocno. Będę mozolnie
        udowadniał że jest jeszcze szansa bo ja kurczę wiem że jest.

        Będę tu do Was zaglądał codziennie. Napiszę o porażkach albo
        sukcesach. Mam nadzieję że o tych drugich smile
        Dzięki za czas. Każde słowo od Was jest ważne.
        • akacjax Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 21:41
          Dla uścislenia: orzekanie winy lub nie nijak ma się do opieki nad dzieckiem, a meganijak do ustalenia kontaktów.
          Najwięcej zależy od ugody, dobrej woli, chęci i możliwości mieszkalno-komunikacyjnych.
          Wiekszość "odstawionych na bok" ojców znika mocno z życia dziecka, mimo wcześniejszych deklaracji. Wielką estymą darzymy na forum tych, którzy się nie poddali stereotypom, jest tu sporo takich panów, mają doświadczenię w realizacji kontaktów(i niekontaktów) z dzieckiem.
        • z_mazur Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 21:55
          Ok, to jak już tak trochę szerzej nakreśliłeś obraz (w mojej ocenie niestety dosyć standardowy), to powiem Ci czego absolutnie nie powinieneś robić, a co robić i to co najmniej przez kilka tygodni (a raczej nawet miesięcy), chociaż obawiam się, że i tak się nie zastosujesz do mojej rady (czego później najprawdopodobniej będziesz żałował).

          Jak to już ktoś napisał wcześniej, zero proszenia, zero rozmów na temat jej uczuć, zero przekonywania od jakiejś "drugiej szansy". Skup się na sobie. Zastanów się, kim był facet (znaczy się Ty), w którym zakochała się Twoja żona. Odszukaj w sobie tego faceta.
          Najprawdopodobniej był to uroczy niezależny mężczyzna, z jakimiś pasjami i prowadzący niezależne ciekawe życie. Gotowy udzielić wsparcia, bo posiadający dużo wewnętrznych zasobów, na bazie których był w stanie go udzielać. Powalcz o powrót tego faceta, to jedyna skuteczna metoda by odzyskać żonę i jej uczucia.
        • a.b1 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 11:41
          wiesz...miałam Ci napisać po kiego diabła chcesz ratować coś co nie
          ma sensu...
          ja jestesm bezdzietna dlatego moje podejście do związku jest troche
          egoistyczne i jak czytam Twoje posty to widzę Twoją wielką miłość do
          córki i do jej matki, walcz o ten związek, każdą metodą
          nie będę Ci tu komunałów pisać o kinie, kwiatach i uśmiechaniu się,
          bo tak naprawdę to Ty i Ona najlepiej wiecie czego było mało gdzie
          były doły i co wymaga naprawy
          ja sugetuje tylko jedno, poproś ją o ostatnie wakacje, 2 tygodnie,
          zrób tak żeby urodziło sie w niej pełno wątpliwości co do tamtego
          faceta...ja wiem, że to granie na uczuciach, w miłości i na wojnie
          wszystko dozwolone
          życze Wam megakryzysu po którym wyjdziecie odnowieni i szcześliwi na
          nowym etapie Waszego wspólnego życia
          PS
          nie wszystkie historie z tego forum kończą się rozwodem, więc
          statystycznie masz duże szanse wink
    • nangaparbat3 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 21:58
      Wiesz, Stefan, czego czlowiek - każdy - najbardziej potrzebuje? Akceptacji. A
      Ty, jak sam piszesz, meżem byleś oceniajacym - i wyglada na to, że dosc surowo.
      Jak czytałam Twoj pierwszy post pomyślalam, że musialeś okropnie zranic swoją
      żonę. Że zdrada tak naprawdę ma niewielkie znaczenie - ze znaczenie ma to, jak
      było przez te 10 lat.
      NA oko - żona jest pewnie bardzo delikatna (jak corka), a Ty dominujacy. TAk
      bylo u moich rodzicow - ale mój dominujacy ojciec wciaż zapewniał zonę o swojej
      miłości, zachwycie, o tym, ze jest jedyna i wyjatkowa. Miał trudny (bardzo)
      charakter, dochodziło do awantur, ale - często i bez powodu przytulał i calowal,
      powtarzał, jaka jest piękna, nawet kiedy była juz starą kobietą. I robił to nie
      dlatego, ze wiedzial, że "tak trzeba" - po prostu sam z siebie czul taka
      potrzebę. A ona go kochała razem z jego trudnym charakterem i dominacja, i zdrzł
      sie im bojgu wyrazac złosc, i wsciekłosc, ale pod spodem zawsze była akceptacja.

      Piszesz, Stefan, ze "wymagasz duzo od siebie i ludzi wokół". Pewnie jestes
      jakims szefem. Ale zona - ani córka - nie potrzebuja szefa - w domu.
      Wiesz co bym Ci radziła? Żebys troche mniej od siebie wymagał, usmiechnał sie do
      siebie, pogłaskał po glowie tego malego chlopca, ktory gdzies tam w srodku tkwi
      i ukrywa sie pod maską odpowiedzialnego, wymagajacego, wskazujacego ludziom - i
      sobie - błedy, oszczędnego w pochwałach faceta.
      Bo szkoda zycia, jest i zbyt piekne, i zbyt krotkie.
      Nie sadzę, zeby to odmieniło decyzje zony - ale Tobie bedzie łatwiej, a jak
      Tobie, to i córce, i zonie - czy nawet byłej zonie, jeśli sie rozejdziecie.
      Tak sobie myslę, ze te błedy, ktore wskazywałeś ludziom, to pewnie pierdoły. Nie
      warte zachodu, ani nawet mysli. A my czesto skupiamy sie na nich i gubimy cos
      nieskończenie wazniejszego.
      Moze to tylko moje fantazje, nadinterpretacje - ale tak myślę: odejscie zony to
      dla Ciebie szansa na nowe spojrzenie, paradoksalnie - na szcześliwsze zycie.
      RAdy? Zawsze radzę rozstawac się z minimum wrogosci, zwlaszcza wtedy, kiedy są
      dzieci. Mozesz żądac orzeczenia winy żony - to moze Tobie ułatwic rozstanie,
      corce - nie.

      ----
      • ferro2 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 22:13
        Stefan, ja calkowicie rozumiem Twoja zone, bylam w podobnej
        sytuacji, odeszlam, nie moglam sie dusic w zwiazku z facetem , ktory
        byl tyranem , nie rozumial moich i dziecka potrzeb, faceta egoiste,
        to byl horror. Kiedys kobiety nie mialy prawa upominac sie o swoje,
        teraz jest inacczej, byc moze to co robiles w swoej rodzinie
        wyniosles z domu rodzinnego?? byc moze Twoja matka na wszystko
        przymykala oczy, ale jak widac Twoja zona chciala zyc inaczej i ma
        ku temu pelne prawo.
        • z_mazur Boszz, a mówi się, że kobiety to takie delikatne i 26.05.08, 22:49
          ...wrażliwe istoty.

          Moje Panie, a może by tak przychamować?

          Ferro, facet napisał osobie dosyć samokrytycznie, że wymaga od siebie i od innych, a Ty robisz z niego tyrana i despotę. Bardzo to delikatne i subtelne.

          To mniej więcej tak jakbym ja do kobiety, która tu się pojawia bo mąż od niej odchodzi bo ma romans, i która pisze, że rozumie, że trochę się zaniedbała po ciąży, napisał:
          "nie dziwię się Twojemu mężowi, też odszedłem od swojej żony, zapuszczonym po ciąży tłuściochu, biegającym po mieszkaniu w obleśnym szlafroku, która w ogóle nie rozumiała, że działa na mnie odrażająco, może Twoja matka też się tak zachowywała i wyniosłaś to z domu, nie dziwię się Twojemu mężowi, że chciał żyć inaczej i miał ku temu pełne prawo."

          A może jednak by to była z mojej strony nadinterpretacja i nietakt...?
          • ferro2 Re: Boszz, a mówi się, że kobiety to takie delika 26.05.08, 23:33
            z_mazur napisał:

            > ...wrażliwe istoty.
            >
            > Moje Panie, a może by tak przychamować?
            >
            > Ferro, facet napisał osobie dosyć samokrytycznie, że wymaga od
            siebie i od inny
            > ch, a Ty robisz z niego tyrana i despotę. Bardzo to delikatne i
            subtelne.
            >
            > To mniej więcej tak jakbym ja do kobiety, która tu się pojawia bo
            mąż od niej o
            > dchodzi bo ma romans, i która pisze, że rozumie, że trochę się
            zaniedbała po ci
            > ąży, napisał:
            > "nie dziwię się Twojemu mężowi, też odszedłem od swojej żony,
            zapuszczonym po c
            > iąży tłuściochu, biegającym po mieszkaniu w obleśnym szlafroku,
            która w ogóle n
            > ie rozumiała, że działa na mnie odrażająco, może Twoja matka też
            się tak zachow
            > ywała i wyniosłaś to z domu, nie dziwię się Twojemu mężowi, że
            chciał żyć inacz
            > ej i miał ku temu pełne prawo."
            >
            > A może jednak by to była z mojej strony nadinterpretacja i
            nietakt...?
            >
            >
            > ja wcale nie nazwalam go tyranem, to akurat bylo o moim mezu, ale
            gdyby byl calkiem w porzadku, byloby inaczej, sam sie przyznal, ze
            ma nie za dobry charakter, co na mnie sie tak wydzierasz ???? kazdy
            ma prawo tutaj napisac na co ma ochote!!!!
      • julka1800 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 22:34
        nangaparbat3 napisała:

        "Piszesz, Stefan, ze "wymagasz duzo od siebie i ludzi wokół". Pewnie
        jestes jakims szefem. Ale zona - ani córka - nie potrzebuja szefa -
        w domu. Wiesz co bym Ci radziła? Żebys troche mniej od siebie
        wymagał, usmiechnał sie do siebie, pogłaskał po glowie tego malego
        chlopca, ktory gdzies tam w srodku tkwi i ukrywa sie pod maską
        odpowiedzialnego, wymagajacego, wskazujacego ludziom - i sobie -
        błedy, oszczędnego w pochwałach faceta."

        Wiesz Nango jak trudnego zadania wymagasz od czlowieka, ktory cale
        zycie byl tak wychowywany? Ktoremu stawiano wysoko poprzeczke i od
        ktorego duzo wymagano, tym samym uczac go ze nalezy tyle samo
        wymagac od innych. Ze pokazanie slabosci, ludzkich odruchow
        to "porazka"?
        Stanac przed samym soba i z usmiechem poglaskac sie po glowce? to
        juz wydaje sie karkolomne zadanie.
      • stefanbatory45 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 11:02
        Wiem, wiem. Mój/nasz problem polega na tym że ja tez potrzebuję
        bliskości, dotyku. Nie mogliśmy znaleźć języka bo powstał między
        nami mur z nagromadzonych drobnych spraw. Tak mi się wydaje.
        Myślałem że daję jej silnego faceta. Nie byłem tyranem, ale byłem
        zbyt zimny często wbrew sobie.
        Na pewno nei będę wprowadzał żadnych rozwiązań na siłę, nie
        potrzebuję sądowego orzeczenia czyjejś winy. Muszę poukładać sobie
        to w głowie żeby nei zwariować. Winne są obie strony. Narazie
        obwiniam jednak przede wszystkim siebie.
        Jesli doszłoby do rozwodu zrobię to w jak najmniej bolesny sposób
        dla córeczki.
        • ladyhawke12 Stefan 27.05.08, 11:06
          Jesli bedziesz potrzebowal sie wygadac, lub porady, to pisz na priv
          Bardzo zadko zdaza sie tak trzezwe podejscie do tematu, zwlaszcza tagiego ktory nas dotyczy bezposrednio.

          ladyhawke@interia.pl
          • mary171 Re: Stefan 27.05.08, 11:14
            naparwde to zradkość aby kogoś (bez względu kobieta czy mężczyzna)
            było stać na taką samokrytykę. Aż zaczyna się zastanawiać czy nie za
            dużo winy na siebie bierzesz. Będzie dobrze, a jak nie będziecie się
            z żoną kłócić to córeczka nie będzie mocno cierpiała. Pozdrawiam
            serdecznie.
            • stefanbatory45 Re: Stefan 27.05.08, 11:19
              Właśnie dlatego (przynajmniej teraz) mam takie nastawienie aby po
              pierwsze niedoprowadzić do rozstania, a jesli do tego dojdzie, pójść
              na wszelkie ugody wyłącznie dla dobra córeczki.
              • to.ja.kas Re: Stefan 27.05.08, 11:23
                Stefan gratuluję podejścia do sprawy. Ale pójscie na wszelkie ugody
                nie jeszt dobrym rozwiązaniem. Ustepstwa i pozwolenie na wszystko
                czasem wyrzadza wielką krzywdę
        • nangaparbat3 Nie obwiniaj 27.05.08, 15:46
          ani zony, ani siebie. Piszesz o zonie dobrze, mimo ze zdradziła i chce odejsc -
          wiec widac zasługuje na to, by dobrze o niej myslec. O Tobie też inaczej sie nie
          da, sądząc po tym, co piszesz.
          Kiedy rozstawalismy się z mezem myślalam o nas, ze na nie wyszło, mimo ze sie
          staralismy. w ogóle wierzę, ze ludzie sie starają na tyle, na ile są w stanie -
          i często mimo to im nie wychodzi.
          Od czego zalezy, jak bardzo moga się strac? Nie wiem i dlatego nie jestem za
          szukaniem winnych.
          Co do ewentualnego rozwodu - jestem głeboko przekonana, ze najlepiej jest, kiedy
          oboje małzonkowie uznaja rozwód za wspolne zadanie, które trzeba najlepiej jak
          to mozliwe (=najmniej jak się da raniac dziecko)razem rozwiazac.
          Mnie sie zdaje, że sobie poradzisz - jeśli bedzie trzeba, bo racje mają ci, co
          piszą, ze nie wiadomo.
    • julka1800 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 22:28
      Wszystko zeby nie dopuscic do rozwodu miales szanse robic przez te
      minione 10 lat. Teraz rozstanie (nie rozwod) wydaje sie byc
      nieuniknione.
      Jesli jeszcze istnieje miedzy wami uczucie, pozwol zonie odsunac
      sie, odejsc, niech napawa sie zauroczonym facetem. Ale badz w
      poblizu, zawsze pomocny, gdyby nieoczekiwanie tego potrzebowala. I
      nie marnuj czasu w tym okresie, zajmij sie soba (ale slogan!), ale
      tak po mesku.
    • tricolour Nie wyczytałem w Twoich postach... 26.05.08, 22:54
      ... że jesteś apodyktycznym draniem i despotą, od którego nawet karaluchy
      spieprzają z trwogą.

      Chcę zwrócić Twoją uwagę na zdanie Pań z forum, które z faktu, że żona odchodzi
      (po KILKU miesiącach znajomości) łatwo wnioskują, że to Ty popchnąłeś żonę do
      desperacji i wręcz ucieczki. Tymczasem sensowne wydaje się przypisanie
      inicjatywy do odchodzącego, a nie pozostawianego.

      Mają rację ci, którzy radzą, byś zajął się sobą. Nie ma nic gorszego niż facet
      robiący za podnóżek. Spokojnie przedstaw żonie realny scenariusz rozwodu,
      podziału majątku i zaczyniania nowego życia u boku mało znanego faceta, który
      też jakąś przeszłość ma. Jaką?

      Na kobiety działają silnie sprawy materialne, alimenty (skoro żona odchodzi, to
      niech dziecko zostawi pod Twoją opieką i płaci alimenty) i wszelkie
      niedogodności związane z urządzaniem sobie życia na nowo.

      I na sam koniec: rozwód + pozostałe sprawy to kwestia roku. W tym czasie
      niejeden kochanek daje dyla, gdy zaczynają się kłopoty i rzecz jest wysoce
      niepewna.
      • wojtekp67 Re: Nie wyczytałem w Twoich postach... 26.05.08, 23:28
        Cześc szanownych Pan podnosi kwestie jaki to facet musial by zły
        skoro kobieta odeszła. Rozumiem , ze działa to w druga strone
        równiez -czyli w tysiacach spraw, gdzie odchodza faceci to te ich
        żony były takie zle i okropne? ,,,smile
        Mialem podobna sytuacje, też inny facet okazał sie czynnikiem
        przyspieszajacym. Tylko jesli kobiecie było zle to dlaczego nie
        usiadła wieczorkiem z meżem z buteleczka wina i nie opowiedizala
        jaka to jest nieszcześliwa. Czy moze bardziej radykalne zwrócenie
        uwagi na problemy jak np. wyprowadzka itp. Ja o to mialem żal. o
        brak informacji. Faceci to proste urzadzenia - trzeba im jasno
        wyjasnic sprawe. smile)
        Tu prawdopodbnie doszlo do klasycznej wymiany modelu.
        Na początek od kochanka i zony bym wymagał szacunku. a reszta... ,
        moze Ci ooda dziecko za mieszkanie, kase itp. musisz sobie
        przemyslec , oczywiście to juz są rozwiazania jak nie ma co ratowac.
        pzdr
      • stefanbatory45 Re: Nie wyczytałem w Twoich postach... 27.05.08, 11:26
        Dzień ryku w łazience mam za sobą smile
        Teraz duszę po kątach tak żeby nikt nei widział.
        Facet jest młodszy, nie miał poważnych związków, nie zapewni spokoju
        materialnego, mieszkanie na kredyt.
        Przedstawiałem żonie czysty i klarowny scenariusz, tłumaczyłem jak
        sorry ale pewnie zrozumiecie "chorej" osobie. Tak zadurzonej że nei
        mogącej realnie myśleć o przyszłości.
        Nie pomaga. Wszystko ustalone. Bedzie fantastycznie. Z nim i z małą.
        Ja oczywiście zawsze mam kontakt kiedy chcę.

        Najgorsze jest to że przypomina mi że jestem fantastyczny, dobry,
        mądry. Ale że się wypaliła. Że pokochała go strasznie mocno... Nie
        chcę się wybielać bo znacie moje podejście do własnej osoby w tym
        wszystkim.
    • chalsia Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 26.05.08, 23:42
      jest jeden aspekt sprawy, o którym pisał do tej pory tylko Aron - mianowicie -
      co z córką?
      Wyprowadzka mamy z córką by od razu zamieszkać wspólnie z matki facetem to nie
      jest dla dziecka dobra rzecz. Samo rozstanie rodziców to olbrzymia zmiana i
      potrzeba czasu by dziecko się z nią oswoiło. A jednoczesnie wprowadzenie nowego
      faceta w jej życie to po prostu za dużo na raz.
      Tak więc z punktu widzenia dobra dziecka byłoby lepiej, gdyby mogło ono zostać z
      ojcem.
      Znam z forum (innego) tylko jeden przypadek, gdy matka z dzieckiem odchodząc do
      kochanka od męża, zrobiła to sensownie dla dziecka. Mianowicie zamieszkała z
      córką osobno, przez jakiś czas nadal spotykała się z kochankiem "po kryjomu" i
      chyba dopiero po pół roku zaczęła go stopniowo wprowadzać w życie dziecka i
      dopiero za kolejne kilka miesięcy zamieszkali razem. Przez ten czas ojciec
      dziecka cały czas miał z nim bardzo częsty (kilka razy w tygodniu) kontakt.
      Dziecko było ciut młodsze niż autora wątku.

      Więc jesli Batory jest skłonny (z dowolnych powodów) by córka pozostała z mamą,
      to warto by może było żonę przekonać do takiego stopniowego wprowadzania zmian.
    • franklin76 do stefanbatory!!! 26.05.08, 23:43
      Absolutnie nie zgadzam się z tym, że kobiety łatwo podejmują decyzję
      o rozwodzie!
      Ja walczyłam o małżeństwo długo, i miałabym pewnie jeszcze siłę do
      walki gdyby nie to że mój mąż wyjechał dwa lata temu za granicę bez
      mojej zgody i rozpoczął tam nowe życie. Mimo tego że niedawno
      urodziła się nam druga córka nadal jest tam i dokładnie miesiąc temu
      dowiedziałam się że spotkał miłość na całe życie tam...
      Domaga się rozwodu bez orzekania winy ale ja nie mam zamiaru się
      zgadzać na jego warunki.
      Zdaję sobie sprawę że nie ma o co walczyć już, mąż tak od dwóch lat
      porzucał mnie na raty a ja jak to zwykle bywa jako żona dowiedziałam
      się o "drugim życiu" ostatnia...
      Nie pyta o dzieci tylko właśnie zamierza przyjechać na jeden dzień i
      nie chce powiedzieć po co. Domyślam się że z gotowym do złożenia
      pozwem.
      Nie myślę o tym żeby go odzyskać, będę walczyć o spokój dla dzieci.
      Owszem zamierzam zaciągnąć męża do poradni ale po to by rozmawiać z
      nim przy świadkach i osobach postronnych.
    • sagaretia Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 00:39
      Jedno jest pewne -jeśli to zauroczenie i chęć odmiany,
      to to co czuje żona do tego mężczyzny może minąć.
      Niestety może to być nie jutro nie za kilka tygodni ,ale nawet
      rok ,dwa....
      Mojemu byłemu mężowi chyba właśnie mija choć tamto to miała być
      miłość „jak dwie połówki jabłka” i juz na zawsze (zbliżają się dwa
      lata od naszego rozstania,dzwoni częściej do dziecka ,także do mnie –
      wspomina o powrocie do Polski-od 4 lat pracuje i mieszka za granicą,
      …dziś przysłał życzenia mojej mamie co trochę ją zdezorientowało ,
      mnie jeszcze bardziej)
      Ale w naszym przypadku jest juz za późno bo nie jesteśmy już mężem i
      żoną ,a w nowym związku ma dziecko.
      Czasem żeby dostrzec miłość trzeba od niej odpocząć,wręcz uciec.
      Szkoda ,że stale kochamy za późno...zbyt późno to do nas dociera.
      Ty sam musisz wiedzieć jak silnym uczuciem dażyła Cię żona dawniej.
      Na jakich fundamentach powstał Wasz związek i czy jest szansa ,że
      wciąż drzemią w niej (teraz jakby uśpione ,zdeptane )zalążki tego
      uczucia.
      Może jednak warto zawalczyć ?
      Stefanie bądź dalej kochającym i opiekuńczym ojcem (zaskocz żonę
      zainteresowaniem i troską względem dziecka,choćbyś miał być natrętny
      a momętami nawet "śmieszny" ),dla nas matek dziecko to najczulszy
      punkt.
      Żonie daj wyimaginowane poczucie swobody,rób dalej dobrą minę do
      złej gry...bądź jednak czujny i w pobliżu.
      Zauroczenie to silne uczucie i trudno z nim walczyć,
      bo to trochę jak taka wycieczka w super podróż (pracujemy,jesteśmy
      zmęczeni,znurzeni i nagle trafia się super oferta).
      Więc w pośpiechu pakujemy walizkę i pędzimy spragnieni wrażeń i
      nowych doznań...
      Folder wróży super przygodę i pełen komfort.
      Jednak na miejscu może się okazać ,że nie jest tak różowo,albo
      pogoda nie dopisze,albo co gorsza ta reklama była zwykłą fikcją .
      Jeśli więc w domu został i czeka na nas ktoś ważny ....to zatęsknimy
      i wykupimy bilet powrotny.
      I takiego biletu życzę Twojej żonie smile


      "Jeśli kochasz coś -zostaw to.
      Jeśli wróci -jest Twoje.
      Jeśli nie zechce - nigdy Twoim nie było "
      • stefanbatory45 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 11:31
        Bardzo mądrze piszesz.
        Nie zaskoczę na pewno żony opieką nad dzieckiem bo zęsto powtarzała
        że jestem bardzo dobrym ojcem. Pracuję nad naszymi relacjami, nad
        moją postawą. Nie mogę postawić wszystkiego na głowie bo nawet dla
        mnei wyglądałoby to sztucznie - na wymuszone. Ale chcę tego, zmian i
        powoli, małymi krokami. Na spokojnie.
        Persen forte, nei działa już smile

        Wziąłem wolne w robocie. Przedszkola zamknięte. Idę z małą na dwór.
        Odezwę się wieczorem.
      • aron95 sagaretto 28.05.08, 12:49
        Ładnie piszesz , trudno się z Tobą nie zgodzić .
        Uczepię sie tylko jednego stwierdzenia - " dla nas matek dziecko to najczulszy
        punkt "
        W świecie ssaków sa samice które potrafią zagryść swoje młode
        a ludzie to tez ssaki .


        sagaretia - co to oznacza ?
        • sagaretia Re: sagaretto 29.05.08, 01:25
          To pytanie wywołało uśmiech na mojej buzi aronie smile

          Sagaretia to rodzaj drzewka bonsai.
          Chyba jestem takim drzewkiem,każdy z nas po trochu jest taką lub
          inną roślinką smile
          Rozwijamy się,rośniemy,piękniejemy czasem nawet zakwitamy ....
          pod warunkiem ,że jesteśmy otaczani odpowiednią troską i czułością .
          Wystarczy ,że zabraknie jakiegos czynnika więdniemy,chorujemy....a
          kiedy brakuje wszystkiego....wtedy nawet obumieramy.
          Ale jest szansa na powrót do życia ...smile
          Potrzeba tylko naświetlania(miłością),
          zraszania(czułością),przycinania(troską),nawożenia(radością),
          no i trzeba też z taką roślinką rozmawiać,rozmawiać ,
          rozmawiać i to koniecznie wink)
          A wtedy jest szansa ,że taka schorowana ,zasuszona już prawie
          miernotka odrodzi się silniejsza,jeszcze piękniejsza ....
          i kto wie,może nawet wyda owoc?smile

          Z góry przepraszam wszystkie obecne tu roślinki
          za ten botaniczny wykład smile
          • aron95 Re: sagaretto 29.05.08, 16:05
            Naświetlić Cie nie potrafię , zrosić delikatnie mogę ,przyciąć tylko lekko ,
            nawieźć postarać się mogę
            rozmawiać hm rozmawiać - to se ne da (powiedziałby czech )
            popis - możemy uprawiać
    • a.niech.to Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 08:28
      stefanbatory45 napisał:

      > CHcę walczyć i ją
      > odzyskać. Chcę pracować nad sobą i naszym małżeństwem z
      > profesjonalistami. Ona mówi że już podjęła decyzję. Ja ją kocham.
      > Ryczymy obydwoje, ale ona jest nieugięta. Mówi że nie może zmienić
      > mojego obrazu w swoim sercu. że się wypaliła.
      Ty możesz zburzyć, a co najmniej rozchwiać swój negatywny obraz w
      oczach żony. Próbuj wykorzystać każdą okazję, aby ją obdarować tym,
      czego jej brakowało. Sam wiesz najlepiej, jakie dobrać zachowania,
      bo *nie o słowa tu chodzi*. Jeśli będzie to pożegnalny prezent -
      trudno.
      Czas nie jest Twoim sprzymierzeńcem. Jeśli odejdzie, może się
      jeszcze utwierdzić w swojej decyzji, zyskawszy porównanie: z Tobą -
      bez Ciebie.
      • ladyhawke12 Stefan 27.05.08, 08:47
        Trudno jest zmienić siebie w jednej chwili, trudno nagle sprawic zmienic swoje wymagania, nie tylko od innych ale od siebie tez. Bardzo cieżka praca, do wykonania oczywiscie. Nie staniesz sie nagle tzw. cieplym czlowiekiem jesli do tej pory taki nie byles, oczywiscie mozesz nagle zaczac czule sie przytulac, dawac prezenty, ale nie bedziesz to Ty. Czy powiedziala ci czego najbardziej jej brakowalao, czy wykrzyczala ze jestes taki a taki, jesli wykrzyczala to jeszcze sa emocje, jeszcze mozna pomalutku sprobowac i terapia rodzinna choc ja strasznie nie lubie wszelkiego rodzaju psychologow, to wiem ze innym pomagaja. jesli powiedziala to spokojnie to ma to juz wszystko poukladane i przemyslane, wlasciwie walka przegrana. Nie oceniam ciebie ani jej, czasami oczekiwania jednej osoby rozmijaja sie z oczekiwaniami drugiej, czasami to co bierzemy za delikatnosc lub sile, jest w zupelnosci czyms innym po ilus tam latach malzenstwa. Ona nie rozmawiala o tym co jest nie tak, ty tez nie rozmawialaes, ludzie w malzenstwie zapominaja nagle o drugiej ososbie, o tym ze warto czasem zachowac sie jak nastolatek i isc na randke, olewajac sprzatanie, isc do kina, zamiast kolejnych zakupow w markecie, czy na spacer w zimowy wieczor, zamiast siedziec przed telewizorem, porozmawiac o czyms innym niz codzienne zycie. Sprobuj walcz nie napisze ze trzymam kciuki, bo to nic nie da, wole przekazac ci cieplo ktore mam w sobie, moze rozgrzeje, moze podda pomysly, a moze pomoze pogodzic sie z tym co jest nieuniknione.
        • a.niech.to Re: Stefan 27.05.08, 09:01
          ladyhawke12 napisała:

          > Trudno jest zmienić siebie w jednej chwili, trudno nagle sprawic
          zmienic swoje
          > wymagania, nie tylko od innych ale od siebie tez. Bardzo cieżka
          praca, do wykon
          > ania oczywiscie. Nie staniesz sie nagle tzw. cieplym czlowiekiem
          jesli do tej
          > pory taki nie byles, oczywiscie mozesz nagle zaczac czule sie
          przytulac, dawac
          > prezenty, ale nie bedziesz to Ty.
          Zabawa w przebierańca odniosłaby efekt odwrotny od pożądanego.
          Myślałam o rzeczach łatwiejszych, choć trudno je konkretnie
          wskazywać na podstawie zarysowanej na Forum sytuacji, do tego
          przecież jednostronnie. Okazanie zainteresowania i akceptacji dla
          uczuć ż, szacunek, rezygnacja z nadmiernego krytycyzmu, a może nawet
          odsunięcie siebie na drugi plan? Jasne wyrażenie własnych uczuć? Nie
          są one przecież opatrzone znakiem + czy -. Sądzę, że tak mogłyby
          wyglądać działania doraźne.
          • bozenadwa Re: Stefan 27.05.08, 15:15
            Witaj Stefanie!! przeczytalam dopiero wczoraj pozno Twoj watek.nie
            wiedzialam co Ci odpisac ,przypomniala mi sie moja sytuacja zprzed
            20 lat.Moj m ,mogl wtedy ,zatrzymac na starcie wszystko.Zanim
            cololwiek zaczelam .Nie zrobil tego ,na dodatek tzw. meska ambicja
            nakazywalo mu natychmiast mnie zdradzac ,i niszczyc ,dla mnie
            wystarczyloby wtedy aby mi powiedzial ,ze mnie kocha i chcialby
            colkolwiek zmienic.Praktycznie zupelnie inaczej niz u Ciebie.Podoba
            mi sie Twoje spojrzenie, .Wiem ,ze jest Ci ciezko, a mimo tego
            zachowujesz przytomnosc umyslu.Tak trudno jest doradzic ,co masz
            zrobic ,bo to sa naprawde trudne sprawy.Dla mnie
            najwazniejsze .Milosc ,malzenstwo.Natomiast to ,co pisze aniechto
            jest mi bliskie i,przemawia do mnie.W zasadzie nie wiadomo ,jak
            postapi Twoja zona.Nie ma zlotego srodka,Mysle ,ze Mazur tez ma
            troche racji ,abys walczyl o dziecko.Nie da sie przewidziec,jesli
            tak zrobisz ,to stanie sie to lub tamto,,Moj znajomy mieszkajacy w
            Niemczech ,walczyl o dzieci,nie pozwolil zonie zabrac je do innego
            domu ,i innego mezczyzny.Bylo tam duzo roznych przeczyc Moze tez
            myslal ,ze ja zatrzyma .a po za tym ,nie chcial ,sie zgodzic na
            rozwod na to ,ze inny mezczyzna bedzie wychowywal jego dzieci..Ona
            odeszla bez dzieci ,On zapewnil im i sobie opieke
            psychologa ,gosposie,i swoja obecnosc jako ojca.!Po chyba 5 latach
            ona wrocila ,dzieci szczesliwe.Nie wiem jak on jej przebaczyl jak
            zyja ,Ale sa razem.To jest tylko jeden przypadek.Nie wiem jak Twoja
            zona,nie wiadomo ,na ile ma dosc ,lub na ile ,ma zawrocone w
            glowie.lub na ile nie chce poprostu ,z Toba byc.Ale wazne moim
            zdaniem teraz jest to, aby Ona WIEDZIALA ,ze ja kochasz.Aby ona
            Wiedziala ,ze jestes w stanie ,naprawde zmienic cos ,co Jej
            absolutnie przeszkadza ,i to tez nie moze byc tak ,ze Ty calkowicie
            zmienisz swoja osobowosc,Bo TY to Ty.CZytalam kiedys ksiazke MILOSC
            WYMAGA STANOWCZOSCI,a byla zadedykowana kobietom ,ktorych mezowie
            znalezli nowe partnerki ,rady byly ,takie jak napisal
            Mazur.Absolutnie sie z nimi zgadzam,.Z tym ze , nie generalizuje,ale
            z reguly ,kobiety w momenie gdy dowiaduja sie ,ze ich mezczyzna chce
            je opuscic, popelniaja wlasnie postawowy blad ,staja sie proszace i
            narzucajace sie ,A to, niestety odnosi odwrotny skutek ,Nie
            wiem ,jak w przypadku Twojej zony ,jesli zachowsz postawe
            obojetna.Czy uda Ci sie ja zatrzymac ,mysle ,ze nie.A z drugiej
            strony napewno, nie mozna stosowac postawy proszacej.Bo to ,ani
            Tobie a ni jej ,nie pomoze ,Zreszta z tego co piszesz ,nie masz
            najmniejszego zamiaru tak postepowac.Stefanie ,jesli ja kochasz i
            bedziesz w stanie jej wybaczyc to walcz ,ale walcz po mesku ,Cieplo
            ale po mesku,Na pewno WAZNE tez jest to ,aby Ona przestala odbierac
            Cie jako tyrana czy despote.Wislocka radzila
            przeczekac ,przeczekac.Pozdrawiam i zycze Ci duzo sily i madrych
            wlasciwych decyzji.
    • sbelatka Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 16:52
      Czy można pzrekreślic 10 wspólnych lat? Po kilku miesiącach?
      Niestey WIEM, ze mozna nawet 18...
      Mozliwe, ze nie powinnam pisac żeby nie odbierac Ci nadziei. Ale ja
      tez probowalam, walczylam, chcialam wybaczyc, naprawiac...razem
      płakalismy, razem schudlismy po wiele kilogramów.
      I on sobie odszedl - i ja mysle, ze to zauroczenie, ktore minie...
      Jedyna róznica to taka, ze nie zabral dzieci bom ja matka...

      ale wiesz co? Ja walczylam i dzisiaj ciesze sie, ze to robilam. To
      byl czas, ktory dal mi czas na "oswojenie"...
      Dzis już nie boli... No, może trochę... to pewnie takie
      bóle "fantomowe"...
      Życze powodzenia.
      I bez względu na to co ja napisalam i co napisali inni - jesli
      chcesz i uważąsz, ze warto - to walcz! O swoja rodzinę.
      Powodzenia!
    • young_and_bored Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 21:50
      >ALe czy jest sens? Zależy mi na spokojnym
      >rozwiązaniu ze względu na córkę właśnie. Bitwa o dziecko skończy
      >się wyrokiem, przyznaniem opieki jednemu z rodziców i wizytami u
      >drugiego.

      Brak bitwy skończy się podobnie.


      >Będę mozolnie
      >udowadniał że jest jeszcze szansa bo ja kurczę wiem że jest.

      Próbuj, jasne, to normalna reakcja faceta w Twojej sytuacji. Tylko
      jeśli kiepsko będzie szło, to postaraj się zbyt długo nie rozkminiać
      swoich błędów. Z tego co piszesz to żona już zdążyła pogodzić się z
      rozstaniem, związała się z kimś, snują wspólne plany na przyszłość.
      Ty tkwisz w tym małżeństwie po uszy, a ona emocjonalnie poszła do
      przodu i ma nad Tobą przewagę.
      Jeśli przejrzysz pobieżnie to forum, to dojdziesz do wniosku, że
      ludzie którzy tu pytają jak się rozwieść są zazwyczaj dość mocno
      określeni i umotywowani w swoim zamyśle. Zdaj sobie sprawę, że Twoja
      żona jest w tym momencie właśnie taką osobą zainteresowaną w
      technicznych aspektach rozwodu.
      • aron95 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 23:11
        young_and_bored napisał:

        Zdaj sobie sprawę, że Twoja
        > żona jest w tym momencie właśnie taką osobą zainteresowaną w
        > technicznych aspektach rozwodu.

        Pójdę dalej, wszystko doskonale mają zaplanowane z gościem .
        Jest dobrze przygotowania na każde pytanie , zarzut , argument .
        Możesz przekonywac itp a wszystko to będzie jak groch o ścianę
        Żadnych złudzeń na chwilę obecną .
        Nie spodziewałeś się tego po Twojej żonie , hm..
        To nie jest już Twoja kobieta stefanie !!
        • mary171 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 27.05.08, 23:40
          Oj nie musisz tak ostro. Moim zdaniem do takich wniosków, że to nie twoja
          kobieta, nie twój mężczyzna każdy musi sam dojść. MI nikt nie wytłumaczył tego.
          Dopiero gdy drugi raz dowiedziałam sie o zdradzie z tą samą osobą. Bolało, ale
          nagle doznałam olśnienia - to nie jest facet którego pokochałam. Ale droga do
          tego ciernista była.
    • jp66-2 Stefan... 28.05.08, 00:22
      A może spróbuj najprostszej i znanej od dawna metody..... skuj facetowi
      konkretnie mordę - żona zobaczy żeś prawdziwy facet i może się znowu zakocha...
    • leptis ... 28.05.08, 05:49
      biegam i myślę...szarpię się..i znowu biegam...

      Ona z pewnością była nie dokochana...bądź dla Niej takim
      rycerzykiem...jak ja..NA ODLEGŁOŚĆ...może z czasem...

      Między nami jest różnica...ja MOGĘ, nic nie muszę...a TY jesteś pod
      ścianą..i MUSISZ coś zmienić..
      ..strasznie Ci współczuję, wiesz..

      Hej Niteczko smile))Uważaj na Siebie smile)
      • stefanbatory45 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 28.05.08, 10:02
        Nie chodzę do pracy. Rano robię małej śniadanie, odprowadzam do
        przedszkola. Żona jedzie sama lub ja ją wioze (pracujemy w tej samej
        firmie).
        Minęło dopiero kilka dni od dnia pierwszej rozmowy. Zapełniam go
        sam. Siedzę tutaj. Łażę po mieście. Dzisiaj psycholog. Może rozmowa
        z kolegą. Na dzień matki byliśmy w przedszkolu. Kupiłem kwiaty, jak
        powiedziałem "dla najpiękniejszej mamy na świecie".
        Popołudnie. Zabieram małą z przedszkola. Jesteśmy wszyscy w domu.
        Wczoraj razem w trójkę rysowaliśmy i wycinaliśmy.
        Kilka wieczorów rozmawialiśmy. Wczoraj była z nim na kolacji...
        Wróciła późno.
        Ogólnie wymieniamy zwykłe zdania w normalnym tonie.
        Jak powiedziała przy jednej rozmowie. Dała mi czas na adaptację
        myśli który ona ma już za sobą. Potem mamy "rozmawiac o konkretach".

        Dziwnie to teraz wygląda. Bardzo. Ja chyba bardziej nie wiem jak się
        zachowywać niż ona. Ona ma wsparcie w nim. Mają wspólny plan. Ja się
        trochę motam.
        Przede mną rozmowa z psychologiem (ona nei wie że idę). Chcę jeszcze
        porozmawiać z inną bliską osobą.
        • z_mazur Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 28.05.08, 10:23
          Po pierwsze znajdź sobie jakąś aktywność. Nie baw się w opiekunkę do
          dziecka w momencie kiedy ona wychodzi na spotkanie z tym drugim
          facetem. Nie chodzi o robienie złośliwości, ale o zachowanie się jak
          facet: "chcesz się z nim spotykać ok, ale jesteś też matką, nie będę
          się zajmował NASZYM dzieckiem po to by ułatwiać, jego matce
          rozbijanie rodziny". Wracając do aktywności, koniecznie zacznij
          robić coś co oderwie Twoje myśli popołudniami i wieczorem kiedy
          musiałbyś być z żoną. Unikaj na razie jej towarzystwa. Wychodź z
          domu. Zacznij wieczorami chodzić na siłownię, basen, spotkaj się ze
          znajomymi. Daj swojej żonie przestrzeń, ale nie ułatwiaj jej życia.

          Skup się na sobie, codziennie popołudniu wymyśl i zrób coś DLA
          SIEBIE, coś co Tobie ma sprawić przyjemność. Weź córkę ze sobą do
          kina, na spacer, ale nie przesadzaj, rób to dlatego, że to lubisz, a
          nie dlatego, żeby nagle pokazać jakim jesteś idealnym ojcem. Bądź
          odrobinę egoistyczny. To paradoksalnie najlepsze sposoby, żeby
          zmienić sposób postrzegania Cię przez żonę. Ale nie to powinno być
          priorytetem, nie robisz tego wszystkiego dla niej, tylko dla siebie.
          Musisz znaleźć w sobie tego fajnego faceta, którym pewnie jesteś,
          żeby móc patrzeć w lustro uśmiechając się do siebie na
          zasadzie: "lubię tego gościa po drugiej stronie, bo to fajny facet".
          Gdy uda Ci się doprowadzić do takiej sytuacji, żona sama zechce do
          Ciebie wrócić, a jak nie zechce, to pewnie będziesz miał to w
          nosie. smile))
        • chalsia Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 28.05.08, 13:38
          stefanbatory45 napisał:

          > Nie chodzę do pracy. Rano robię małej śniadanie, odprowadzam do
          > przedszkola. Żona jedzie sama lub ja ją wioze (pracujemy w tej samej
          > firmie).
          > Minęło dopiero kilka dni od dnia pierwszej rozmowy. Zapełniam go
          > sam. Siedzę tutaj. Łażę po mieście. Dzisiaj psycholog. Może rozmowa
          > z kolegą. Na dzień matki byliśmy w przedszkolu. Kupiłem kwiaty, jak
          > powiedziałem "dla najpiękniejszej mamy na świecie".
          > Popołudnie. Zabieram małą z przedszkola. Jesteśmy wszyscy w domu.
          > Wczoraj razem w trójkę rysowaliśmy i wycinaliśmy.
          > Kilka wieczorów rozmawialiśmy. Wczoraj była z nim na kolacji...
          > Wróciła późno.
          > Ogólnie wymieniamy zwykłe zdania w normalnym tonie.
          > Jak powiedziała przy jednej rozmowie. Dała mi czas na adaptację
          > myśli który ona ma już za sobą. Potem mamy "rozmawiac o konkretach".
          >
          > Dziwnie to teraz wygląda. Bardzo. Ja chyba bardziej nie wiem jak się
          > zachowywać niż ona. Ona ma wsparcie w nim. Mają wspólny plan. Ja się
          > trochę motam.
          > Przede mną rozmowa z psychologiem (ona nei wie że idę). Chcę jeszcze
          > porozmawiać z inną bliską osobą.

          współczuję takiej sytuacji - tego pozoru i hipokryzji poniekąd.

          Bo zyjecie jakby było normalnie, a normalnie już nie jest.

          W moim rozstaniu eks obwieścił mi swoją decyzję w dniu x, że odchodzi i od razu
          zapowiedział, że za tydzień się wyprowadzi i od dnia x zaczął spać osobno, nie
          było wspólnych obiadków, kolacyjek itp. Choć było to bolesne ale tez i jakieś
          takie własnie normalniejsze.
          I to co działo się przez kilka miesięcy przed jego decyzja było własnie takie
          bolesne bo niby bylismy razem w wielu sytuacjach a jednak całkowicie osobno.
        • akacjax Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 28.05.08, 17:10
          Napisałeś jak teraz wygląda codziennoś, a jak wyglądąła dawniej?
          Czy był ten wspólny czas?

          Gdy do psychologa zgłąsza się małżeństwo zapytaniem o sznasę na odnowienie realcji pierwsze pytanie powinno być o finanse-czy w tym temacie się dogadują. Jeżeli absolutnie nie-to takiego małżeństwa ponoć na 100% nie można uratować.
          A jak Ty odpowiedziałbyś na to pytanie? A jak żona?
          • stefanbatory45 Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 28.05.08, 18:32
            Byłem u terapeuty sam, żona nei chce ze mną iść.
            Nie mogę zrozumieć dlaczego.

            W temacie pieniędzy nigdy nei było sporów.
            Konkretny podział. Ja rachunki, auto, mieszkanie ogólnie, plus nagłe
            sprawy. Żona sprawunki w sklepie czyli to co do lodówki i łazienki.
            Starałem się dorabiać. Jak jej brakowało pod koniec miesiąca.
            Dawałem bez szemrania. Szemrałem jak domyślałem sie że coś jest nie
            tak.
            • young_and_bored Re: wszystko żeby nie dopuścić do rozwodu - pomóż 28.05.08, 19:38
              stefanbatory45 napisał:

              > Byłem u terapeuty sam, żona nei chce ze mną iść.
              > Nie mogę zrozumieć dlaczego.

              To proste - ona nie chce niczego weryfikować, nie chce też
              przyznawać osobom trzecim że ma kochanka.
              Jeśli w sądzie pójdzie na ostro, to pytanie padnie teraz na bank ze
              strony jej adwokata: "Czy korzysta/ł Pan z pomocy psychologa ?"
      • plujeczka Re: musztarda po obiedzie 28.05.08, 13:20
        wybacz szczerość ale jak na mój gust to wszystko " musztarda po
        obiedzie".Czytając zamieszczone posty od roku ( fakt ,że z doskoku i
        powierzchownie z braku czasu) spotkałam bodajże 3 wątki
        optymistyczne ,że ON ,ONA wrócili do siebie i próbują na nowo
        układać swoje ralacje sam przyznasz ,ze jak na imponujacą liczbę
        postów( kilka tysiecy)szczęsliwe zakończenia są rzadkością ale moze
        i TY dołączysz do tego szacownego grona czego Ci zyczę.Kurne
        walczący facet o kobietę?...e to rzadkość, zjawa jakaś czy coś?
        • z_mazur Re: musztarda po obiedzie 28.05.08, 13:29
          No to nie do końca tak, większość tych których partnerzy się
          rozmyślili w kwestii rozwodu, po prostu tu nie pisze.

          Gdzieś czytałem dane, że trochę ponad 20% par po separacji schodzi
          się z sobą. Inna sprawa, co się dzieje potem, ale powrót do siebie
          małżonków nie jest aż taką rzadką sprawą (chociaż duża część tych
          par po powrocie i tak po jakimś czasie rozchodzi się znowu)
          • stefanbatory45 Re: musztarda po obiedzie 28.05.08, 13:58
            Hm, i właśnie tego sie trzymam jak mój pies kija!
            Byłem u terapeutki. Pierwsze spotkanie z którego nic nei mogło
            wyniknąć, ale dziwnie tak wywlec wszystko i poryczeć trochę obcej
            osobie w twarz.
            Pomogło, ale na krótko.
            Dziś kolejny raz usłyszałem żebym sobie nei robił nadziei...
            • z_mazur Re: musztarda po obiedzie 28.05.08, 14:46
              > Dziś kolejny raz usłyszałem żebym sobie nei robił nadziei...

              A od kogo to usłyszałeś? Od żony?
              A po cholerę z nią rozmawiasz o nadziejach?

              Nadziei sobie nie rób. Pozytywne jest to, że działania które
              podejmiesz dla odzyskania jej o ile będą właściwe (skupienie się na
              sobie i zadbanie o siebie, ale broń boże nie proszenie przekonywanie
              itp.) nawet jeśli nie zadziałają, to będą dla Ciebie korzystne w
              ogólnym rozrachunku. Dlatego zacznij to robić. Trzymam kciuki.

              Dobrze, że poszedłeś do terapeutki, to krok we właściwym kierunku. smile
              • zuza145 Re: musztarda po obiedzie 28.05.08, 15:04
                Ano taka prawda- rób to, na co masz wpływ- a wpływ masz na SWOJE
                ŻYCIE i SWOJE DECYZJE.
                Mazur ma rację- w ostatecznym rozrachunku- cokolwiek sie nie stanie-
                będziesz mógł żyć z podniesioną głową- że zrobiłeś co mogłeś ( nie
                mylić z miotaniem się bezsensownym- bo miotanie- to nie jest
                działanie).
            • julka1800 Re: musztarda po obiedzie 29.05.08, 12:19
              stefanbatory45 napisał:

              "Dziś kolejny raz usłyszałem żebym sobie nei robił nadziei..."

              Ty masz z nia nie rozmawiac o tym (!).
              Napisalam wczesniej, nie gadanie tylko DZIALANIE z Twojej strony.
            • kasper254 Re: musztarda po obiedzie 29.05.08, 12:41
              Jesteś w okresie, w którym ja byłem przez około dwóch lat.
              Brałem na siebie wszystkie, prawdziwe, domniemywane i utajone winy
              małżeństwa. Przygarbiony, zrozpaczony, płaczący, zbierałem dalsze
              razy. Teraz wiem, że słaby i podły człowiek zaczyna górować nad
              silniejszym, gdy ten ostatni upadnie, albo się potknie; to
              dostateczna legitymizacja, aby go popchnąć w przepaść.
              Potraktuj swoją jeszcze żonę, jak kogoś, kto przyszedł w
              ciemności i chce podpalić twój dom, zniszczyć ciebie i dziecko. Ktoś
              taki nie zasługuje na litość, na współczucie, na żadne przyjazne
              uczucia. Ona zdradziła ciebie i twoje dziecko. Za iluzję szczęścia
              wyparła się was. Jest suką. Kogoś takiego nie prosi się o nic - o
              nadzieję, o spotkania z terapeutą itd. (przeszedłem to).Nic nie
              tłumaczy twoje żony; nawet ta wyświechtana, dumnie na razie
              powiewająca flaga potrzeby indywidualnego szczęścia, miłości itd.
              Twoja żona stała się wrogiem znacznie wcześniej. Nie miałeś
              kobiety, podobnie jak ja, ale nie widziałeś tego, podobnie jak -
              byliśny zabiegani w codziennej krzątaninie, w myśleniu o przyszłości
              rodziny. Ale to tylko bzdurne tłumaczenie na użytek "dzisiaj",
              kamuflaż. Twoja żona,jak wiele innych, chciały mieć więcej, nie
              dając nic w zamian. Gdy zrozumiesz, że żyłeś pod jednym dachem z
              wrogiem - to będzie pierwszy krok we właściwym kierunku.
              Olej psychologów. Cóż ci może powiedzieć ktoś, wysłuchujący
              kolejnej "historyjki" po kilku godzinach? Przeszedłem - i kilku
              innych specjalistów. Możęsz maz kogoś bliskiego; biegaj, pływaj,
              czytaj, idż na yogę... Zabijaj czas, który jeszcze musisz znieść -
              wspólny czas z draniem. Dobrze, że to stało się teraz. Wyobraż
              sobie, że jesteście w przystani życia, gdy oczekujesz opieki na
              starość...
              I twoje dziecko. Tak, to jest problem. W tej perspektywie
              zawalił mi się świat. Przeżyłem. Żle, że twój wróg będzie pamięcią
              rodziny. Żle, że szubrawiec (kto porządny rozbijałby rodzinę?)
              będzie kształtował twoje dzieko. Można to obejść, ale trudno mi o
              tym pisać, bo jesteś w dole. Rozumiem i ogromnie ci współczuję. Nie
              chciałbym przeżyć powtórnie trzech ostatnich lat.
              • akacjax ileż goryczy 30.05.08, 12:07
                Mijają dwa lata, a Ty nadal kipisz złością i agresją.
                Wiem, to przypadek może wcale nierzadki.
                Mężczyźnie zdecydowanie trudniej zaakceptować zdradę fizyczną niż kobiecie. Natomiast kobieta ma kłopot z zaakceptowaniem zdrady emocjonalnej. Często nawet przymyka oko na kochankę męża dopóki nie spada ilość dostarczanych zasobów.
                To biologia każe tak, a nie inaczej postepować.
                To jest metoda na odchowanie potomstwa.

                Nie zgodze się z Twoim zdaniem:
                Twoja żona,jak wiele innych, chciały mieć więcej, nie
                > dając nic w zamian.

                W zamian dostawałeś: po pierwsze maksymalną pewność, że potomstwo jest Twoje, seks, na pewno i opiekę, ale tej zdajesz się nawet nie zauważać.

                Nie akceptujesz pomocy jakiej może udzielić Ci specjalista, myślisz, że odreagowanie złości w postaci zajęć fizyczbych wystarczy-a chyba to za mało, skoro mija czas, a Ty nadal kipisz. Wydajesz się być wręcz niebezpieczny, bo szukasz dowodów na to-że wszystkie kobiety to suki.
                • z_mazur Re: ileż goryczy 30.05.08, 12:13
                  Ja już się w postach Kaspra dawno pogubiłem. Gdy pojawiają się tu
                  kobiety walczące o małżeństwo, to krytykuje wszystkie sugestie, że
                  być może ta walka nie ma sensu i że może warto jednak zacząć myśleć
                  o rozstaniu. Wszystkie osoby które piszą w tym duchu, to
                  relatywiści, nie szanujący nadrzędnej wartości jaką jest rodzina.

                  Po przeczytataniu tego postu zbaraniałem. Gdzie apele o utrzymanie
                  rodziny? Gdzie zagrzewanie Stefana do walki o nią?
                  • akacjax Re: ileż goryczy 30.05.08, 12:47
                    Rodzina jest nadrzędna gdy obie strony tak uważają-czyli pochodzą z tego samego(podobnego) środowiska.
                    Jeżeli ta nadrzędność nie istnieje-co można czasem uświadomić sobie po czasie...bywa trudniej.
                • kasper254 Re: ileż goryczy 30.05.08, 17:07
                  We mnie nie ma ani złości,ani agresji. Opadłem na twardy grunt
                  racjonalności i emocji. Trzeba było trzech lat. Nie chciałbym, aby
                  autor postu się łudził, żył nadzieją. Wyczytałem w jego słowach, że
                  żona dużo wcześniej układała sobie na boku życie. Dlatego nie
                  potrzeba mi uzupełniających sekwecji zdarzeń, jak wywodził kiedyś
                  tri odnośnie moich wynurzeń. Mogę stworzyć w miarę racjonalną
                  wersję odnośnie komentowanego postu. Nie ma więc racji mazur,
                  mówiąc, że zachowuję się "inaczej". Tam, gdzie jest cień szansy,
                  należy walczyć o rodzinę, małżeństwo. W tej sprawie go nie ma.
                  Lepiej wiedzieć o tym teraz, niż póżniej. Moja była żona podjęła
                  decyzję dużo wcześniej, gdy nasze młodszee dziecko, w tej całej
                  okołorozwodowej sytuacji było u psychiatry. Mimo tego i mimo mojego
                  załamania, mimo innych jeszcze klęsk, których stała się zwiastunem -
                  nie cofnęła się o krok.
                  Znałem kobiety, które miały kochanow przez długie lata. Gdy
                  jednak trzeba było wybierać, wybierały rodzinę. Suką jest dla mnie
                  ta kobieta, która dla siebie tylko, mimo wszystko, po trupach,
                  rozbija rodzinę ( a więc - jak widzisz - nie każda kobieta jest wg
                  mnie suką). Szubrawcem jest facet, który niszczy dobro innych ludzi.
                  I tyle To w miarę najstarszy kodeks moralny, wywiedziony z prawa
                  natury. Biel, niezależnie od odcieni, jest bielą, a czerń czernią.
                  Byłoby dobrze, gdybyś nie kradła, akacjax, nie dlatego, że jest to
                  zabronione, ale dlatego, że krzywdzi to innego człowieka. Dając
                  wywód o biologii- tracisz coś innego, cenniejszego.
                  I o pomocy psychologicznej raz jeszcze. Nie akceptuję jej w
                  opisanej sytuacji, tak, jak nie sprawdziła się ona u mnie. Spotkania
                  w gabinetach specjalistów sprowadzały się po pewnym czasie do
                  zabijania czasu; były obojętne - dla dwóch stron. Więcej pomogli mi
                  życzliwi ludzie, dlatego, że byli ze mną, że dali mi serce.
                  Mylisz się, że jestem niebezpieczny. Ja tylko przejrzałem.
                  Gdybym ci opisał, co robię, jak żyję, nie uwierzyłabyś, że można żyć
                  w takiej harmonii ze światem, z ludżmi.

                  • bozenadwa Re: ileż goryczy 30.05.08, 19:03
                    Kacper... Przykro bylo przeczytac takie posty.Ty jej poprostu nie
                    przebaczyles.I teraz niestety bije to w Ciebie,a na pewno i w wasze
                    dzieci,Piszesz ,ze zyjez w harmonii.A tyle w Tobie zlosci,byc moze i
                    nienawisci,Zniszczysz sam siebie,i wasze dzieci,to jest
                    nieuniknionejak nie popracujesz nad wybaczeniem jej.Ona juz rozbila
                    wasza rodzine,a ty podjales dalsza destrukcje,,Tez Cie odbieram
                    jakos inaczej,Wczesniej bilo od Ciebie nadzeja na przyszlosc ,i
                    miloscia,do malej coreczki.Jesli nie pozbedziesz sie tej
                    destrukcji,mozesz zniszczyc teraz Ty swoja nowa rodzine,jesli chodzi
                    o Stefana ,nie wolno Ci tak pewnie porownywac jego zony do Twojej
                    eks.Kazdy czlowiek jest inny ,kazda sytuacja jest inna,stefan
                    poszedl na terapie,uwazam ,ze bardzo dobrze,Obojetnie jak sie u
                    niego zakonczy ,bedzie mu latwiej zrozumiec samego siebie.Ja
                    zmienilam kilku terapeutow ,ale podstawa na ktorej sie oparlam byla
                    jakas tam moja wiara w milosiernego Boga.Kacper,zycze Ci z calego
                    serca ,spokoju ,zrozumienia istoty zycia,i WYBACZENIA.Bo bez tego
                    bedziesz przegrany,Pozdrawiam Cie bardzo serdecznie i zmartwiles
                    mnie.Bozena
                  • akacjax Re: ileż goryczy 30.05.08, 23:29
                    Tobie się wydaje, że nie ma w Tobie agresji. To, co nazywasz: " Opadłem na twardy grunt
                    > racjonalności i emocji."
                    to dlamnie zwykłe stłumienie emocji.
                    Niestety czytam Twój post i czuję narastający niepokój. Ja ufam swojej intuicji. Oczywiście możesz inteligentnie wszystko zracjonalizować. Ale trudno ukryć emocje pisząc, rysując, mówiąc, no i niemówiąc-czyli niewerbalnie.

                    To tyle, jeżeli chodzi o mój odbiór Twojego postu.
                    Jeżeli zaś o ocenę cienia szansy chodzi-kiedy nie ma wg Ciebie ani cienia?

                    • kasper254 Re: ileż goryczy 31.05.08, 23:59
                      1.Jeśli piszę, że nie ma we mnie agresji, wrogości, frustracji itp. -
                      to tak jest. Nie próbujcie; ty, akacjax i nango uzurpowac sobie
                      prawa do głębszej wiedzy o mnie, niż moja o sobie. Stefan prosi o
                      pomoc, więc ja odpowiadam mu poprzez siebie, poprzez swoje
                      przeżycia. A jakże inaczej optymalnie uczy się człowiek, poznaje
                      świat, jak nie przez analogię? Mówię Stefanowi wprost: nie rób tak,
                      bo uważam, że to żle, bo ja tak robiłem i przyniosło to odwrotne do
                      zamierzonych skutki. Nie pomogło w niczym. Teraz wiem, że na cios
                      należy odpowiedzieć ciosem (ale to nie znaczy: zdradzaj, nienawidż
                      itd.). I mówię mu także: unikaj moich błędów, bo będziesz cierpiał.
                      Nie mówię mu: "nakazane jest, abyś..." On sam wybierze. Mówię tylko
                      i podkreślam mocno: chciałbym, abyś nie cierpiał, jak ja, abyś nie
                      żył w złudzeniach ponad to, co niezbędne. I następne
                      2. wiąże się z twoim pytaniem, akacjax, kiedy nie ma cienia szansy?
                      Gdy partner konsekwentnie utrzymuje, że na swojej nowej drodze nie
                      ma już mnie, to znaczy, że nie ma tego "cienia". Nie oznacza to, że
                      nie należy przyjąć partnera, gdyby wrócił (ja akurat juz teraz nie
                      mogę i nie chcę, ale przez ponad rok żyłem tym, skamlałem o to-
                      słaby, wierzący, chwiejny).
                      3. Nie wiem, po co dezawuujesz moje rozważania, mazur, przez wtręty
                      typu: :cosik. Możesz to robić, ale po co? Nie znasz mnie w ogóle. W
                      sposób prostacki, tak myślę (przepraszam, jeśli cię
                      obraziłem),wchodzisz z buciorami w mój - jeszcze żywy - ból.
                      Przecież to oczywiste, że nie żyję w harmonii z moją byłą żonę, ale
                      długo - dla dzieci, dla rodziny chciałem normalności. I wierz mi;
                      nie skrzywdziłem jej, zrobiłem wszystko, co chciała, usuwałem
                      wszelkie preszkody, jakie stały na jej drodze. I nie dlatego
                      (pytanie nangi), że zdradziłem żonę. Nie. Nie mógłbym jej zdradzić,
                      bo zbyt brakowało mi zawsze rodziny. Pisałem kiedy: wychowałem się w
                      slamsach, życia nmie miałem usłanego różami itd.
                      4. Jeśli piszę, że żyję w harmonii, to tak jest. Nie umiem być
                      cyniczny i nie jestem wielbładem. Moja była żona nie jest już w moim
                      świecie, ale nie żywię do niej nieprzyjaznych uczuć. Żal mi jej. Z
                      takim potwornym ciężarem musi iść przez życie. Więc, jak wiedzisz,
                      Bożenko, mylisz się. Ale masz prawo - jesteś bardzo dobra.
                      • z_mazur Re: ileż goryczy 01.06.08, 00:12
                        A nie sądzisz, że odnoszenie swojej jednostkowej sytuacji na ogół, to lekka uzurpacja? Piszesz o tym jakbyć głosił prawa, a nie własne opienie. A gorycz związana z rozpadem Twojego małżeństwa do tej pory się z Ciebie wylewa, w każdym poście kierowanym do kobiet, które kierują się innymi wartościami niż Ty. Dla mnie to wygląda jakby to pisanie o harmonii to były Twoje pobożne życzenia. Gdzie akceptacja innych poglądów, wyborów życiowych innych ludzi? Jak dla mnie w Twoich postach absolutnie tego nie ma. Pod powłoką gładkich i wzniosłych słów, czuć albo cynizm, albo niechęć.
                      • bozenadwa Re: ileż goryczy 01.06.08, 00:40
                        Nie chcialam Cie zranic Kacper.Jesli tak to przepraszam.Nie mniej
                        nadal uwazam ,ze kazda sytuacja jest inna ,i zycie Stefana ,nie musi
                        sie tak potoczyc jak Twoje.Pozdrawiam Cie serdecznie i zycze
                        wszystkiego dobrego.
                      • nangaparbat3 Re: ileż goryczy 02.06.08, 00:07

                        > 1.Jeśli piszę, że nie ma we mnie agresji, wrogości, frustracji itp. -
                        > to tak jest. Nie próbujcie; ty, akacjax i nango uzurpowac sobie
                        > prawa do głębszej wiedzy o mnie, niż moja o sobie.

                        Jasne, KAsper. Ty jesteś siłą spokoju (wewnetrznego) i mistrzem duchowej
                        harmonii. Na dowód tego nazywasz żonę Stefana "suką".

                        Moja wiedza o Tobie wywodzi sie tylko i wyłacznie z tego, co sam piszesz. Do
                        pewnego stopnia, przefiltrowana przez moje emocje i osobowośc, jest subiektywna.
                        Ale pewne słowa zostały wypowiedziane przez Ciebie jasno i dobitnie, stoją tu -
                        czarne na białym :

                        >>Potraktuj swoją jeszcze żonę, jak kogoś, kto przyszedł w
                        >>ciemności i chce podpalić twój dom, zniszczyć ciebie i dziecko. Ktoś
                        >>taki nie zasługuje na litość, na współczucie, na żadne przyjazne
                        >>uczucia. Ona zdradziła ciebie i twoje dziecko. Za iluzję szczęścia
                        >>>wyparła się was. Jest suką.

                        Tu nie trzeba zadnej głebokiej wiedzy - tu jest powiedziane wprost.
                  • nangaparbat3 Re: ileż goryczy 30.05.08, 23:55
                    > Gdybym ci opisał, co robię, jak żyję, nie uwierzyłabyś, że można żyć
                    > w takiej harmonii ze światem, z ludżmi.
                    >

                    Ja tez bym nie uwierzyła. Biel jest bielą, czerń czernią, a wściekłośc i agresja
                    wsciekłoscią i agresją.
                    • z_mazur Re: ileż goryczy 31.05.08, 00:53
                      > > Gdybym ci opisał, co robię, jak żyję, nie uwierzyłabyś, że można żyć
                      > > w takiej harmonii ze światem, z ludżmi.
                      > >
                      >
                      > Ja tez bym nie uwierzyła. Biel jest bielą, czerń czernią, a wściekłośc i agresja
                      > wsciekłoscią i agresją.

                      A mnie się jeszcze tak lekko ironicznie pomyślało: Czy ta "harmonia z ludźmi" obejmuje też byłą żonę? Cosik mi się wydaje, że chyba nie... smile
                      • akacjax Re: ileż goryczy 31.05.08, 08:52
                        I więcej, dopóki nie będzie akceptacji zaistniałej sytuacji -czyli pogodzenia się z nią-to ten ciężar będzie przygniatał. Nawet gdyby udawać przed sobą i całym światem-że jest mi dobrze.

                        uprawianie sportu-to dostarczanie sobie dodatkowej porcji endorfinsmile
                        • zielona_ropucha Re: ileż goryczy 31.05.08, 09:01
                          No ale jak to zaakceptować skoro kłóci się to ze wszystkim,co dla
                          nas ważne? Pogodzic się z tym,że z moich wartości ktoś najbliższy
                          zrobił szambo,jak to zrobić?
                          Mam ten sam problem,ja chyba nie potrafię wybaczyć.Wydawało mi
                          się,że rozumiem,ale jednak nie,bo jak przeczytałam post Kacpra to
                          poczułam się tak ,jakbym to ja pisała,niestety,tak to
                          wygląda,kiełkująca nienawiść z bezradności.
                          • z_mazur Re: ileż goryczy 31.05.08, 09:16
                            Zdać sobie sprawę, że po pierwsze to nie jest już od jakiegoś czasu ktoś najbliższy. Po drugie, że Twoje wartości niekoniecznie musiały być wartościami tego kogoś (nawet jeśli wcześniej były, to mogło się to zmienić). Po trzecie, że ten ktoś niekoniecznie zrobił to po to by Cię zranić. Po czwarte że wybaczenie temu komuś jest potrzebne Tobie a nie jemu.
                            • zielona_ropucha Re: ileż goryczy 31.05.08, 10:01
                              Moje wartości są takie jak
                              wiekszości:prawda,szczerość ,zaufanie,RODZINA...nie jestem jakaś
                              strasznie i do przesady świeta,ale człowiek w życiu musi mieć
                              zasady,inaczej jest tylko bezwolnym człekokształtnym
                              zwierzęciem.Czasami wydaje mi się,że takie oczywiste sprawy jak
                              wybaczanie wcale oczywistymi nie są,bo jak wybaczyć dla siebie,skoro
                              czuję wyraźnie,że takich rzeczy po prostu się nie da wybaczyć.Cięzko
                              jest być doskonałym,doskonały był Jezus,On potrafił wybaczać,ja
                              jestem tylko zwykłym,słabym człowiekiem,starałam się ale nie
                              potrafię,pewnie to pomaga,no więc nie umiem sobie pomóc w ten sposób.
                              To tak jakby zlekceważyć wszystkie swoje przekonania...wybaczyłbyś
                              komuś,kto skrzywdził Twoje dziecko?
                              • z_mazur Re: ileż goryczy 31.05.08, 10:50
                                Była tu kiedyś taka dyskusja:

                                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=64784533&v=2&s=0
                                Problem wybaczania wraca cyklicznie na tym forum i nie dziwi mnie to, bo to jedna z najważniejszych kwestii w naszych sytuacjach.

                                Jeśli chcesz możemy o tym podyskutować, ale może w nowym wątku bo ten robi się bardzo nieczytelny.
                            • nangaparbat3 Re: ileż goryczy 31.05.08, 10:21
                              MNie się zdaje, że to okropnie ważne: ludzie najczęściej nas ranią robiac coś,
                              co wcale ranic nas nie miało, po prostu nie wzieto nas pod uwagę. To też
                              okropne, ale jednak troche mniej.
                              Moze zreszta nie mniej, teraz już sama nie wiem -
                          • akacjax Re: ileż goryczy 31.05.08, 12:22
                            zielona_ropucha napisała:
                            > No ale jak to zaakceptować skoro kłóci się to ze wszystkim,co dla
                            > nas ważne? Pogodzic się z tym,że z moich wartości ktoś najbliższy
                            > zrobił szambo,jak to zrobić?

                            Na takiej samej zasadzie jak godzimy się z czasem ze śmiercią bliskich.
                            Co do wybaczenia-to bardzo trudne, nie umiem wybaczyć gdy ciągle jest ten sam "atak". Gdyby ustał-na pewno wybaczenie pomogłoby mi.
                        • tricolour Akceptacja to nie jest pogodzenie się. 31.05.08, 09:09
                          Można pogodzić się ze stratą, a nigdy nie zaakceptować czyjegoś
                          zachowania. Tak jest w przypadku np. kradzieży, na którą w żadnym
                          wypadku nie ma zgody, ale po pewnym czasie materialna (i nie tylko)
                          strata przestaje boleć.

                          Nie wyczuwam w poście Kacpra żadnym emocji poza cynicznym realizmem.
                          Cynizm nie jest niczym złym, bo oznacza własnie kontakt z
                          rzeczywistoscią.
                          • to.ja.kas Re: Akceptacja to nie jest pogodzenie się. 31.05.08, 09:36
                            Nie wybaczyłam mojemu eks mężowi bo takich rzeczy wybaczyć nie
                            potrafię i nie chce. Zasłużył na moją niechęć czy wręcz nienawiść.
                            Nie przeszkadza mi to w tej chwili być bardzo szczesliwym
                            człowiekiem zyjącym w zgodzie ze sobą i z osobami bliskimi,
                            czerpiącym radość z tego co wokół mnie się dzieje.

                            Przebaczenie komuś jest chwalebne, ale nie jest potrzebne do tego by
                            samemu byc szczesliwym. I wcale nie przeszkadza zyc w harmonii.
                            Mnie moje małżeństwo nauczyło bardzo wiele....o wybaczaniu
                            tez....min. to, ze czasem wybaczenie robi wielką krzywdę,
                            olbrzymią...i niczego nie uczy.
                                • z_mazur Re: Akceptacja to nie jest pogodzenie się. 31.05.08, 11:12
                                  A i mi potem ktoś zarzuci, że ze zblazowania zakładam jakieś dziwne wątki. smile

                                  Uważam po prostu, że bez wybaczenia komuś da się żyć i nawet być szczęśliwym, ale wybaczenie zawsze jest dla nas dobre i warto wybaczyć, choćby po to, żeby jeszcze lepiej żyć i być jeszcze szczęśliwszym. smile))
                                  • nangaparbat3 Re: Akceptacja to nie jest pogodzenie się. 31.05.08, 11:21
                                    z_mazur napisał:

                                    > A i mi potem ktoś zarzuci, że ze zblazowania zakładam jakieś dziwne wątki. smile
                                    >
                                    > Uważam po prostu, że bez wybaczenia komuś da się żyć i nawet być szczęśliwym, a
                                    > le wybaczenie zawsze jest dla nas dobre i warto wybaczyć, choćby po to, żeby je
                                    > szcze lepiej żyć i być jeszcze szczęśliwszym. smile))
                                    >

                                    Im szczęśliwszym (ą) sie jest, tym łatwiej wybaczycsmile)))
                                    • bozenadwa Re: Akceptacja to nie jest pogodzenie się. 31.05.08, 11:33
                                      To sie zazebia,jesli wybaczymy ,to stajemy sie
                                      szczesliwsi ,szczesliwy czlowiek Latwiej wybacza?? Moze tez ,bo nie
                                      chcemy zepsuc sobie wlasnej szczesliwosci ,Sztuka WTBACZENIA jest
                                      zrobic to bezinteresownie,ze swiadomoscia egzystencji zycia.I to
                                      dopiero czyni nas wolnymi od uraz i co za tym idzie szczesliwymi.Nie
                                      wierze w to ,ze mozna byc prawdziwie szczeliwym,jesli nosi sie w
                                      sercu zadre,Ta szczesliwosc jakas taka zatruta ,Zreguly dzialamy
                                      jakimis schematami myslowymi,Mozna sobie nawet wmowic ,ze jestem
                                      szczesliwym,ale predzej czy pozniej ta trucizna i tak z nas wyjdzie.
                                      • nangaparbat3 Re: Akceptacja to nie jest pogodzenie się. 31.05.08, 11:45
                                        To jest kolejne bledne koło, choc moze "błedne" jest tu kiepskim okreslenie,
                                        moze raczej - kolejna spirala?
                                        Czuje sie szczęśliwa, spełniona, wiec dziele sie tym ze światem, z innymi
                                        ludźmi, więc wybaczam, wiec sprzyja to memu poczuciu szczescia - i tak dalej.
                                        Ale kiedy czuje się nieszczęsliwa, wybaczyc jest niezmiernie trudno - naprawdę
                                        wybaczyc - moze to zreszta niemozliwe - więc noszę żale i urazy w sobie, a przez
                                        to czuje sie jeszcze nieszczęsliwsza.
                                        Jak przerwac taka spirale? Nie bardzo wiem - na pewno przerywa ja prawdziwa,
                                        głeboka wiara, ale wiara jest laską, dana bez zasługi -
                      • nangaparbat3 Re: ileż goryczy 31.05.08, 10:18
                        z_mazur napisał:

                        > > > Gdybym ci opisał, co robię, jak żyję, nie uwierzyłabyś, że można ży
                        > ć
                        > > > w takiej harmonii ze światem, z ludżmi.
                        > > >
                        > >
                        > > Ja tez bym nie uwierzyła. Biel jest bielą, czerń czernią, a wściekłośc i
                        > agresja
                        > > wsciekłoscią i agresją.
                        >
                        > A mnie się jeszcze tak lekko ironicznie pomyślało: Czy ta "harmonia z ludźmi" o
                        > bejmuje też byłą żonę? Cosik mi się wydaje, że chyba nie... smile
                        >
                        >
                        Bardzo wazną rzecz napisała Bozena: ze jesli nie zrobi sie porządku z tą zloscia
                        i agresja do byłej, zniszczy ona i obecny zwiazek.
                        To jest dla mnie temat na osobny watek, tak istotny.
              • nangaparbat3 Kasper, muszę zapytac 31.05.08, 10:25
                Bo ja mam w głowie cos takiego, ze Twoja wojna z żoną, a potem ex, zaczęła się
                od Twojej zdrady, której ex nie umiała, nie chciała wybaczyc.
                Czy to tak bylo, czy mnie sie pokręciło zupełnie?
                Pytam serio, bo sie pogubiłam.