imilla
27.06.08, 23:39
Dzisiaj odbyła się moja rozprawa rozwodowa,mąż wniósł pozew o rozwód
bez orzekania o winie i było bez orzekania o winie. Nie chciałam
prać swoich brudów publicznie, wielu rzeczy nie powiedziałam. I
wiecie co, wcale nie czuję się dobrze, w sumie powinnam, rozstaliśmy
się jakby nie było "z klasą". Tylko czemu jest we mnie tyle żalu,
jestem zupełnie rozbita i czuję się tak okropnie? To normalny stan
po każdej rozprawie, czy może jestem wredną małpą, która lepiej by
się poczuła gdyby ją ktoś w sądzie pożałował i dokopał eksowi jak na
to zasłużył? Sędzina widziała, że pod płaszczykiem odmienianej przez
byłego przez wszystkie przypadki niezgodności charakterów było coś
więcej (była zdrada, kłamstwa i jeszcze parę innych rzeczy), ale nie
mogła przecież wnieść o orzekanie za mnie, a ja grzecznie wzięłam
udział w tej całej farsie. Mam żal do siebie, że to zrobiłam, do
eksa, że skwapliwie to wykorzystał i naiwniaczka znów zrobiła to
czego sobie życzył, nie cierpię go za to,że nie potrafił nawet podać
sensownego powodu, dla którego nie miał ochoty ze mną dłużej być i z
tą swoją spokojną gębą mówi mi, że trzeba dalej żyć zaraz po
spuszczeniu kilkunastu lat mojgo życia w klozecie i chyba do całego
świata, nie wiem o co.