Wieeelka weekendowa pustka w życiu...

13.09.08, 00:20
W piątkowy wieczór zazwyczaj mamy tzw. Małżeńskie weekendy…
Zazwyczaj…

A co robią wtedy Ci którzy są albo przed, albo w trakcie, albo po złożeniu pozwu?

Ja jestem po…
Dokładnie dwa miesiące. I co? I nic. Wielkie NIC!!!
Czasami jest tak źle, ale tak, że myślimy, że złożenie pozwu, czyli kilku
kartek zapisanego papieru coś da. Tak myślimy. I czekamy. Czekamy. Czekamy...
Tylko na co?

Na co czekamy?
Że nagle coś się zmieni? Że niebo się rozjaśni, że ciemne chmury wiatr rozpędzi?
Nic z tego.
Tak myśli tylko ta strona, która jeszcze na coś liczy. Ma nadzieję.
Ale Gucio! Jedno wielkie Gucio!
Ten pozew to krzyk rozpaczy. Wielkiej, ciężkiej, dzikiej i krwawej. Rozpaczy
serca i duszy.
Rozpaczy ciała. Rozpaczy myśli, które ciążą biednej głowie. Ciążą pękniętemu
sercu.
Podstawą do tego był brak komunikacji.
Tylko tyle i aż tyle.
Byłam z tym człowiekiem 23 lata i 5 miesięcy.
Byłam z Nim blisko 8550 dni.
Tylko kto, z kim był bliżej?
On był mi bliższy, czy ja byłam bliższa jemu. Nie wiem.
Kilka tysięcy z tych dni i tych nocy spędziłam samotnie. On zapewne też.
A byliśmy na wyciągnięcie ręki. Kilka tysięcy razy zasypiałam w bólu,
samotnie,płacząc…
A był tuż obok.
Ileż to razy - tysiące, zapewne – rozmawiałam z Nim? Ale na niby. Na sucho. W
myślach.
Nigdy nie miał ochoty. Ani czasu. Wyśmiewał. Wyszydzał.
Zdziwił się, gdy Go zdradziłam. Rozpaczał. Wył, jak dziki zwierz.
I co z tego?
Odpokutowałam zdradę. Bardzo. Wiedziałam, że to złe…
Ale jak mi było dobrze. Jak czułam się ładna, miła, mądra, inteligentna…
Facet był brzydki, gruby, nie ciekawy, ale ja byłam dla Niego wszystkim.
Był dla mnie miły, dobry, czuły. Był mną zainteresowany. Słuchał mnie.
Komunikował się ze mną.
Ja dla Niego rozkwitłam…
To było wieki temu.
Mąż zrobił dokładnie to samo.
Jeden Do Jednego.
Zrobiłam rachunek sumienia. Żałowałam za grzechy. Właściwie do dziś żałuję.
Żałuję, że wtedy nie odeszłam.
O jak bardzo żałuję.
P o „tym” świat już był inny…
Wszystko dzielę na „przed”, i „po tym”, co się stało.
Teraz jestem NIKIM. Dla niego.
Nie chce mnie od dawna. Od dawna zwalcza mnie jak może.
Nie miał odwagi odejść.
Nie ma odwagi zostać.
Nie miał odwagi otworzyć listu z sądu.
Miał odwagę mnie po tym pobić. Miał odwagę mnie zwyzywać.
Nazywa mnie POCZWARĄ.
Do sprawy pierwszej, i zapewne ostatniej zostało 50 dni …
Maleńka kropelka w moim życiu…
Czy ostatnia ?




    • mada921 Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 01:57
      to bardzo smutne ...
    • sbelatka Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 07:21
      dziewczyno, która lubisz porto... no to smutne jest co napisalas..

      ale wiesz co.. tam juz jest ukryta sznasa a to, ze znowu
      rozkwitniesz, ze bedziesz dla kogos najwazniejsza..smile moze nie
      dzis i nie jutro... ale pojutzre, za tydzien lub rok...

      wiem, te chwile przed... nie wiadomo co dalej.. rachunki sumienia..
      pytania dlaczego.. kto winien...

      te chwile w trakcie.. nie wiadomo co dalej.. rachunki sumeinie..
      pytania dlaczego.. kto winien...

      te chwile po... nie wiadomo co dalej.. rachunki sumienia.. pytania
      dlaczego.. kto winien... i w koncu nowe swiatelka... najpierw
      niesmiale.. potem jasniejsze...a z czasem spokoj lub szczęscie...a
      nawet spokoj I szczęscie...

      slusznie czynisz odchodząc - jeżeli jest j"eden do jednego" to stało
      sie "wyrównanie" )wierze w tą teorię... I jeśli mimo tego nic sie
      nie udalo odbudowac to czas Wam w drogę osobno... mimo, ze boli...
      mimo, ze Ci żal, ze nie wiesz co dalej...

      tego, ze Cie pobil nawet nie skomentuje... bo nie wiem jak... Bo
      mnie sie WYDAJE, ze sam ten fakt odberałby mi szanse raz na zawsze
      bycia z jakims człowiekiem.. Ale nie wiem ... Bo na szcęscie to dla
      mnie tylko teoria

      a boląca dusza goi sie dłużej niz siniaki na ciele... więc dwa
      miesiące to zbyt malo na cokolwiek.. szczegolnie przed...kropką..

      trymam kciuki
      pisz
      pisanie pomaga...
      wiem
      bo "w tym czasie" napisalam miliony słow... do siebie.. do ludzi...
      do exa...

      • lubie_porto Sobota też samotna... 13.09.08, 08:59
        Kiedyś mój mąż powiedział:
        „kobiety nie wiedzą, czego właściwie chcą”, plączą się według Niego po życiu po
        omacku.

        Teraz ma opcję, że łapią męża na dzieci i duże alimenty…

        „Myślą, że jak złożą pozew, to coś to da!”

        „Że coś tym gestem osiągną…”

        Rzeczywiście coś w tym jest! Jakaś męska logika…

        Zazwyczaj osoba o podwyższonym poziomie uczuć szuka pociechy chociażby w takich
        miejscach jak to.

        Tu nie ma tych „drugich” ze związku. Tu są tylko Ci, którzy uczucia mają na
        wyższym od tamtych poziomie.

        To tutaj są osoby, którym pęka serce z żalu, które chcą przynajmniej w sieci być
        wysłuchane, przeczytane, zrozumiane…

        Wracając do sedna. Rzeczywiście. Na coś liczyłam…
        Liczyłam, że:
        1. Zapyta: dlaczego?
        2. Powie: może spróbujmy to naprawić.
        3. Stwierdzi: czy nie szkoda Ci tych wszystkich wspólnych lat?

        A tu nic. Cisza. Jakby nic się nie stało.

        To jest chore.

        Ale tak został nauczony.
        To się wynosi z domu, z własnej najbliższej rodziny.
        To jest nauczka dla wstępujących w nowe związki.
        Teraz, kiedy wchodzi w lata swoich rodziców, totalnie bierze z nich przykład.

        Cisza. Nie ma rozmów. Nie ma problemów.

        Proste. Prawda? Jak drut...

        Udajemy – bo ja też – że nic właściwie się nie stało!
        Ot, kawałek papieru czeka sobie na słowne potwierdzenie i przytaknięcie…

        On nie ma zamiaru iść do sądu. Bo po co?
        Jeszcze nie daj Boże ktoś zechce nas godzić?

        Mój mąż jest gatunkiem zwykłego tchórza.
        Zapewne takich jest wielu. Przedstawicieli tego gatunku. Siedzą, i czekają na
        rozwój sytuacji.

        Mój taki jest od zawsze…
        Typ bierno-agresywny. Cicho siedzi i czeka na rozwój sytuacji. Atakuje
        znienacka. Kiedy nikt nie widzi.
        Sam nigdy nie ryzykuje.

        Po co ?

        Właściwie to on pragnie tego rozwodu. Myśli, że mu będzie lepiej. Uważa mnie za
        swoją największą porażkę. Za kłodę, która mu spadła pod nogi. Za kulę, która mu
        przy nich ciągle wisi.

        Właściwie to już sam fakt, że istnieję jest dla niego makabrą.

        Nie wiem kiedy to się zaczęło.
        To powolne oblepianie się pleśnią.
        Plamka tu. Plamka tam. Gdzieś od środka.

        Rozpaczliwie próbowałam to zeskrobywać. Wycinać. Jakoś doprowadzać do użytku.

        Jak widać na darmo.

        Żal mi mojego życia. Ale nie tego, co było. Tak już nigdy nie będzie.

        Żal mi tego, czego nie zrobiłam. A mogłam wiele.

        Żal mi tych nieprzegadanych nocy.

        „Nieprzekochanych” weekendów.
        Nieobejrzanych wspólnie filmów.
        Niewysłuchanych koncertów.

        Żal mi, że nie byłam mu na tyle bliska, aby mógł to wszystko ze mną z radością
        robić.

        Być może, dlatego On nie robi teraz nic, aby przynajmniej udawać, że próbuje
        jeszcze coś zrobić. Coś naprawić.

        Widać czeka.

        Że jak zwykle coś samo spadnie mu z nieba. Albo jak zwykle przyniosę mu na tacy.

        Myśli, że sam fakt, że nie będę już jego żoną otworzy mu furtę do wolności.

        Że będzie piękny, młody i bogaty…
        Że życie dla niego zacznie się na nowo…
        Że kupi sobie sportowy samochód…
        Że młode piękne dziewczyny same będą pchały mu się do łóżka...

        Marzyciel!

        A mi jest żal.
        Zwyczajnie żal.
        Że nijak nie ma na mnie miejsca w tych jego marzeniach…





        • tricolour Twój mąż, to Twój wybór... 13.09.08, 10:05
          ... jakość życia, to wspólna decyzja.

          "Mój mąż jest gatunkiem zwykłego tchórza. Zapewne takich jest wielu.
          Przedstawicieli tego gatunku. Siedzą, i czekają na rozwój sytuacji. Mój taki
          jest od zawsze…" - zabrzmi brutalnie: widziały gały, co brały. Albo inaczej: był
          czas przywyknąć przecie.

          Decyzje mają zawsze konsekwencje.
          • sbelatka Re: Twój mąż, to Twój wybór... 13.09.08, 10:25
            dziewczyno, która lubisz porto... w zasadzie to nie ma co za bardzo
            patrzec do tyłu.. skupiac sie na tym.. załowac tego czego sie nie
            zrobiło ..czy zrobiło..
            żałowac tego co bylo dobre .. i złe...

            bo to i tak NICZEGO nie zmieni...

            no,może jedynie po to żeby wyprawić temu wszytskiemu ładny pogrzebsmile
            postawic pomik, zaplic świczkę i położycc kwiaty..
            może od czasu do czasu pzrychodzic i znowu zapalic świeczkę.. z
            coraz mniejszym.. a może tylk krócej trwającym żalem.. nad tym
            grobem..

            ale wiesz jak to jest z pof=grzebami.. wracamy.. najpierw przejęci..
            smutni
            a potem.. wracamy do życia..i choc PAMIETAMY.. to żyjemy dalej..

            jest miejsce na nowy smiech
            na nowe łzy
            na nowe spory
            na nowe zachywty nad pięknem świata
            jest miejsce na WSZYSTKo

            będzie tez miejce i czas na nowych ludzi w naszym życiu
            ale narazie w twoim życiu - w moim zreszta tez.. jest poki co czas i
            miejsce ma samotne soboty.. i to jest dobre smile

            wiesz, pzrypomina mi sie w takich razach jak Twoj mądrośc giełdowa
            bankrutuja na giełdzie ci, ktorzy gdy zaczynaja ponosic stary nie
            wycofuja sie z parkietu.. tylko czekaja az odrobia straty... a
            straty sa coraz wieksze i wieksze...
            i wtedy gdy W KONCU sa gotowi odejśc - sa juz bankrutami...

            wierze, ze Ty jeszcze zdołasz wiele uratować - więc mysl o tym co
            sie dzieje jak o zapobieganiu dalszym stratom...
            stracie kolejnych dni i nocy - gdy jestes samotna
            gdy czujesz sie smaotna
            gdy zasypisz z płaczem...

        • lonely27 Re: Sobota też samotna... 13.09.08, 13:12
          Strasznie ciężko się pogodzić z tym, że już z kimś nam nie po
          drodze.
          Ale wierz mi, da się z tym wszystkim poukładać. Chociaż boli, dusi w
          środku i łzy same wypływają z oczu.
          Lepiej samej budować swój świat, i mieć nad wszystkim kontrole,
          wolną wolę i przeświadczenie, że wszystko zależy tylko od Ciebie.
          Pamiętaj - druga osoba nie da Ci szcześcia. Bo jak ktoś coś daje, to
          i może zabrać.
          Musisz papatrzec w przyszłosc przez przyzmat przeszłości. Dałabyś
          radę tak długo?
          Ludzie całe życie szukają i sami nie wiedzą czego.. Jak mają miłość,
          osobę, którą kochają, to chcą czegoś nowego.

          A marzenia. .. Marzenia miej już swoje..
    • minaapll Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 10:18
      Jak zaczęłam czytać pomyślałam.....przecież to o mnie. Co prawda, ja nie
      zdradziłam, a może trzeba było? U mnie małżeństwo skończy się 28
      października...to za 46 dni. Byliśmy małżeństwem 23 lata, 8 miesięcy i 13 dni.
      Pomału zaczynam sobie wyobrażać życie bez Niego. Jeszcze mam Jego numer w
      swojej komórce....ale pewnie go wkrótce wykasuje, przecież i tak do siebie nie
      dzwonimy. Jeszcze mi zostało trochę Jego zdjęć i rzeczy, których już raczej nie
      odbierze. Na rozprawie zobaczymy się raczej po raz ostatni. Nie wiem tylko, jak
      długo jeszcze zamierza mieszkać w mojej głowie i sercu.
      • sbelatka Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 10:30
        będzie mieszkał dokładnie tak długo - jak długo mu nie "wypowiesz"...

        i napisze to co i tak pewnie ktos w końcu do was napisze -
        zacznijcie od pisanie Jego, Niego, Onego czy jak tam - z baaardzo
        małej lietry..

        to znaki zewnetrzne, symbole... warto zacząc chocby od takiej zmiany
        w postzreganiu Waszych przszłych exów..exów oczekujących..
        no własnie = nie ma dobrego okreslenia na ludzi po złożeniu pozwu a
        przed rozwodem..
    • nangaparbat3 Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 16:31
      >>>Byłam z tym człowiekiem 23 lata i 5 miesięcy.
      Byłam z Nim blisko 8550 dni.


      Jakos myślałam, ze dwadziescia parę lat to o wiele więcej dni.
      Nie chcialabym sie spieszyc, a nagle poczulam, jakby mnie poganiano.
      Trzeba mi sie otrząsnąc, konieczniewink
    • cynta Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 17:01
      To jest nas tutaj wiecej, tych dlugodystansowych... u mnie to 24
      lata, 1 miesiac i 4 dni.. Ja niestety mam go na miejscu caly czas:
      mamy uklad w ktorym on opiekuje sie mala przez pare godzin po jej
      szkole co oznacza ze widzimy sie codziennie. Facet cierpi, wie ze
      zawalil wszystko od poczatku do konca i jest mi go zal ale juz go
      nie kocham i czuje sie niebotycznie wyzwolona wlasnie teraz.
      Doskwiera samotnosc ta wewnetrzna, ta od przytulenia i... ale coz
      Jak to gdzies wyczytalam w internecie: nakupowalam ciuchow, obrabiam
      sobie sznupke, biore ciezsze odwazniki w gymie, i mysle zeby isc
      prosto z podniesiona glowa, tyle moge zrobic... a i rozmawiam z
      innymi, tutaj i gdzie indziej, wiele dobrych konceptow uslyszalam:
      np. jeden rozwodnik (kolega w pracy) powiedzial mi ze on nie chce
      nikogo ratowac, nie chce zeby kobieta go potrzebowala na ratunek,
      chce zeby ona byla soba, byla i on tez byl i zeby sobie byli
      razem... cos w tym jest. Musimy sie ustanowic, ugruntowac, BYC kims
      a reszta sama przyjdzie....chyba.... taka mam nadzieje..... :o))))
      • nangaparbat3 Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 17:27
        Chyba powinnam wybrac sie do terapeuty.
        Wy tu co do dnia, a ja nawet nie pamietam, w ktorym roku sie wyprowadzil, ani w
        ktorym byl rozwod. Zimą był, chyba w lutym. Acha, doliczyłam sie, bo Next byla w
        ciązy, a dziecko ma cztery lata.
        A małżeństwem bylismy prawie 9 lat. Juz wiem - 8 lat i 10 miesiecy. czyli przez
        siedem lat bylismy szczęśliwi - przynajmniej ja byłamwink
        • sbelatka Re: Wieeelka weekendowa pustka w życiu... 13.09.08, 17:33
          eee tam .. zaraz do terapeuty.... ja sie rozwiodlam 17 .. a może 18
          lat po slubie...
          ale tak dokładnie to nigdy nie wiem nawet ile mam lat, ile lat temu
          zaczęlam pracowac, ile lat temu wyszlam za mąz...

          tak z grubsza wiem... czemu nie.. Bardziej szczegółowa wiedza nigdy
          nie wydawala mi sie potrzebna
          • burczybrzuszek Sobotni wieczór z forum... 13.09.08, 21:07
            Na moim zakręcie zaświeciło światełko...

            Łyknęłam różową pigułkę, i świat wydał się piękniejszy...

            Może tam, za zakrętem czeka mnie lepsza, prostsza droga ?

            Bez ostrych życiowych zakrętów, bez bolesnych wybojów ?

            Może rzeczywiście znajdę Swoje Zielone Światło do Nowego Lepszego Życia ?

            Trzymam za Nas Życiowych Zakrętowiczów kciuki !

            I za siebie jeszcze bardziej!

            Raz będę samolubna, a co !

Pełna wersja