capsire
11.10.08, 03:31
Witam. Bardzo proszę o pomoc a właściwie o podpowiedzi, czy mój tok
myślenia jest w miarę poprawny czy też tkwię w błędzie.
Chodzi o to, że moja dość bliska znajoma chce się rozwieść. W
związku z tym udała się po poradę do adwokata poleconego
jako "specjalista od rozwodów". Ale z tego co widzę, on trochę
namieszał jej w głowie. Znajoma jest dość zdesperowana, nie chce
(co jej doradzałam) poszperać sobie w necie, poczytać choćby to
forum (sorry za choćby

).
Pokrótce sprawa wygląda tak:
Małżeństwo bezdzietne, trzydzieści kilka lat po ślubie.
Mąż od czasu do czasu ma romans - żona o tym się dowiaduje prędzej
czy później, najczęściej od niego samego, gdyż on nie wytrzymuje i
sam jej na ten temat papla. No cóż, ten typ tak ma.
Tak jak pamiętam romansów większych w ich wspólnym życiu było 4
może 5. O pojedynczych zdradach (o ile takie były) nic nie wiem.
W końcu żona mówi, że ma dość - nie wytrzymuje już tej
dwulicowości, tej fałszywej atmosfery, udawania przed rodziną i
znajomymi, że wszystko jest ok. No bo nie jest ok.
Chce złożyć pozew ale najpierw ustalić z mężem, że jest to jego
wina - że ona wniesie o rozwód z jego wyłącznej winy i on ma się na
to zgodzić a sąd tylko tę zgodę przyklepie. Majątek (duże
mieszkanie, drugie - obecnie wynajmowane, dwa samochody, jakieś
fundusze, oszczędności itp) na pół oraz alimenty na siebie. No i tu
lekko się zdziwiłam ,kiedy usłyszałam opinię adwokata.
Żona zarabia w tej chwili - powiedzmy 3 tys.
Mąż dajmy na to 7 tys.
Dodajemy 3 + 7 wychodzi 10. Dzielimy na pół, mamy 5. No i z prostej
tej artymetyki wyszło, że mąż ma płacić żonie (tzn już ex żonie) co
miesiąc 2 tys, żeby jej wyrównać to, że po rozwodzie będzie w
gorszej sytuacji finansowej niż w czasie małżeństwa.
Jako że od czasu do czasu czytałam sobie to forum, zaczęłam grzebać
tu i ówdzie, bo jakoś nie przypominam sobie, żebym natknęła się
kiedykolwiek na wzmiankę o takim "automacie".
Dlatego podejrzewam, że ten adwokat trochę wprowadza ją w błąd,
chyba że ona go źle zrozumiała (na razie rozmawiała tylko raz, ma
się zastanowić i przyjść, kiedy coś zdecyduje).
Oczytana na forum podpowiedziałam jej, że z orzekaniem winy nie
musi być tak różowo. Mąż przecież nawet już w trakcie procesu może
uznać, że nie jest wyłącznie winny i wtedy zaczną się schody. Poza
tym on pewnie też weźmie sobie adwokata i ten będzie się starał,
żeby klientowi nie stała się "krzywda". A jak zdążyłam się
zorientować, wystarczy, żeby sąd dopatrzył się choćby małego ułamka
winy za rozpad małżeństwa u żony różnież, to jej kalkulacje co do
alimentów biorą w łeb.
A co do tej winy.... jego jest niewątpliwa. Jednak z drugiej strony
(ja nie siedziałam u nich pod łóżkiem ale z kilku wypowiedzi mogę
tak wnioskować) akt odmawiania współżycia przez całe lata może
pewnie mieć znaczenie.... Wiele lat temu jej króciutki romans ze
wspólnym znajomym... ona twierdzi, że tak naprawdę nic nie było ale
żona wzmiankowanego uważa inaczej i sądzę, że chętnie by się na ten
temat wypowiedziała, bo nie lubią się jakoś od tamtego czasu. Można
z tego spokojnie zrobić magiel.
Reasumując - ja naprawdę uważam, że wina jej męża jest
przeważająca. Ale boję się, że ona da się wpuścić w to orzekanie
winy i ocknie się z ręką w nocniku. Mówiłam jej (ktoś tu na forum
tak ładnie określił), że i tak wszyscy w koło wiedzą, że to jego
wina, że brak orzekania nie oznacza, ze on jest niewinny, tylko że
sąd tego nie ustalał. No bo jak on uzna, że wcale mu się ta
historia ze współfinansowaniem potem już exżony nie opłaca, to ona
straci tylko czas, newry i pieniądze a może nie zyskać wiele.
Bo coś mi się wydaje, że "zysk" w postaci wyrównania 50/50 trochę
przysłonił jej perspektywę.
Pozdrawiam wszystkich