Poddaję się, nie daję rady...przegrałam...

25.11.08, 11:09
Wiele już przeszłam. Kilku ludzi zawiodło pokładane w nich
nadzieje, klika podłych rzeczy mnie spotkało... Nigdy nie sądziłam
jednak, że w majestacie prawa, od najbliższego mi i naszemu dziecku
człowieka spotka mnie taka podłośc, takie zachowanie, tak wstrętna,
obrzydliwa, takie pomowienia....

Była dziś druga sprawa rozwodowa. O rozwod wniosł mąż. On ma
adwokata, ja - nie , nie stać mnie. Dziś wypowiadali się biegli z
Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno - Konsultacyjnego, którzy we
wrzesniu badali mnie, męza i Kubusia. Orzekli oni, że rozwod nie
jest możliwy ze względu na dobro dziecka. Pogorszy bowiem jesgo
sytuację ekonomiczną, uczuciową, warunki opiekuncze i może skutkować
zaburzeniami rozwoju.
Dziś adwokat uzdrowił moje dziecko... Diagnozowałam Kubę - jak wielu
z Was, pod kątem różnych chorób, zanim stwierdziliśmy, że to jednak
autyzm. Już to było podejrzane: matka dziecku wymyślała choroby.
Diagnozę mamy ze Scolara: autyzm. Wiadomo, że byłam nią przerażona.
Chciałam drugiej diagnozy, a może w Scolarze się pomylili?
Pojechaliśmy do Instytutu na Sobieskiego gdzie diagnoza brzmi
tak: "Brak objawów w pełni spełniających kryteria diagnostyczne
autyzmu. Diagnoza: obserwacja w kierunku całościowych zaburzeń
rozwoju i zaburzeń mowy. Potem okazało się, że jest miejsce w
Synapsis: diagnoza : autyzm w fazie poprawy. w między czasie
orzeczenie o niepełnosprawności, wszystkie punkty na tak. Potem
wizyta w Prodeste , diagnoza funkcjonalna ujawniła istotne
zaburzenia charakterystyczne dla autyzmu ( schematyzm w zabawach,
stereotypie, mowa charakterystyczna dla autyzmu, zaburzenia
sensoryczne ) Diagnozę z Synapsis i z Prodeste przedstawilam w RODK.
Dziś biegła stwierdziła, że mieli pełną dokumentację medyczną
wskazującą na autyzm. Potwierdziła, że choroba dziecka w dużej
mierze przyczyniła się do opinii sprzeciwiajacej się rozowdowi, bo
jest to sytuacja szczególna, a dziecko chore wymaga większej opieki
itd. Zapytałam ją, czy dokumentacja jest wiarygodna, potwierdziła,
że Synapsis jest wiodącą , uznaną placowką. Na to adwokat męza
domagał się żaświadczenia z Insytutu Psychiatrii. Powiedział, że
placowka ta nie stwierdziła a u dziecka autyzmu ( nie, stwierdziła
całościowe zaburzenia rozwoju uncertain ) zatem domaga się dokumentacji z
tej placowki, bo ja ją zataiłam. Pytam go więc, i sedzinę, czy
dokumentacja z synapsis, scolaru , orzeczenie o niepełnosprawności,
diagnoza z Prodeste to co, śmiecie, do tego niewiarygodne?
Powiedział że " ja już wiem, jak z ta diagnozą było" , że w innym
ośrodku zrobiłam awanturę żeby stwierdzili chorobę dziecka... Pytam,
jaką awanturę, powiedział, że wszystko jest w aktach... Sędzina ( na
litość Boską... ) przychyliła się do tego wniosku, Instytut ma
dostarczyć dokumenty... Adwokat męża przez całą rozprawę łapał się
za glowę, wygłosił nawet komentarz: I to tak funkcjonuje to
małżeństwo! " Sedzina była bardzo stronnicza, mecenasa pytała, czy
chce coś powiedzieć, czy ma jakieś wnioski, mnie w zasadzie nie
dopuszczala do głosu, przerywała mi...
Jak wychodziliśmy powiedziałam temu mecenasowi że jest bydlakiem i
świnią. Mąż przez całą rozprawę nie odezwał się ani jednym słowem.
Uzdrowili mi dziecko, zrobili ze mnie potwora usiłującego nie wiem,
zniszczyć własne dziecko, wmowić mu i wszystrkim chorobę... szłam i
ryczałam, ja nie wiem, dlaczego, za co? Malo mam? Dziecko jednak,
mimo starań sądu i sędziny chore, mało obowiazków, przykrości,
stresów, pracy, trzeba mi jeszcze dokopać dodatkowo??
    • dorata351 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 11:14
      Bardzo mocno życzę Ci rozwiazania Twoich problemów. Nic na to nie
      poradzimy , że ludzie którym ufałyśmy nas zawiedli. I to takie
      bolesne, że nigdy nie spodziewałybyśmy się tego. Trzymaj się . Jeśli
      moze pomóc takie duchowe wsparcie, to ja Cię wspieram najmocniej jak
      potrafię. Dasz radę.
    • kasper254 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 11:35
      Nie przegrałaś. Idąc do sądu popełniłaś istotne błędy, ale one są do
      naprawienia.
      W sytuacji, o której opowiadasz, rozwód nie jest mozliwy i na
      pewno nie nastąpi, choćby sprawy twojego męża broniło kilku
      adwokatów.
      Przede wszystkim opanuj nerwy. A do tego nie potrzeba ci
      adwokata, który weżmie ciężkie pieniądze i nie zrobi nic więcej, niż
      ty sama. To, że sędzina przychyliła się do wniosku adwokata, to
      normalne i nie sądż, że to jakieś stronnicze "zagranie". Po prostu
      wniosek był tak oczywisty, iż musiała go przyjąć, gdyż w przeciwnym
      przypadku naraziłaby się na m.in. zarzut braku obiektywizmu,
      pomijając już obrazę prawa.
      Jeśli pytała tylko mecenasa, to dlatego m.in., że: 1 - śpieszyło
      się jej, ma też inne sprawy, które ją gonią, czekają inne sprawy
      itd. (nie wyciągaj też z tego wniosku, że jest stronnicza. Ma już
      ukształtowany obraz sprawy i co oni (twój mąż i "mecenas" nie
      powiedzieliby nic więcej -wie, co dalej robić); 2. ty swoja
      postawą, długimi opisami, emocjonalnością - przedłużasz sprawę, nie
      odpowiadasz konkretnie, nie umiesz formułować krótkich wniosków,
      pytań itd. Dlatego, jak sądzisz, przerywa ci, ale po prostu trudno
      nawet zaprotokołować twoje "wielosłowie"(bez urazy).
      Nikt ci nie dokopuje, a twój mąż jest, nie ulega wątpliwości
      bydlakiem. Adwokatowi się nie dziw, dostaje pieniądze. Myślę, że
      nie jest zbyt lotny, albo zabiegany, lub - co gorsze - zbyt butny -
      i myśli, że sprawę ma już w kieszeni, bo nie robi za wiele.
      Co dalej? Sprawę masz wygraną, tzn, dziecko ma ją wygraną. I tak
      trzymaj. Najważniejsze, na drugi raz przygotuj się merytorycznie: 1.
      sięgnij po orzecznictwo Sądu Najwyższego, gdyż były sprawy podobne
      do twojej, wygrane przez takie osoby, jak ty. Odnotuj je (nr, data,
      krótka sentencja) i zgłoś je na rozprawie; 2. przygotuj wniosek
      dowodowy o dopuszczenie opinii biegłych, wobec istnienia dwóch
      wzajemnie sprzecznych opinii.
      I najważzniejsze, gdyby nawet sędzina prostowała cię, goniła, nie
      pozwól. Nie pozwój. Jej tego nie wolno. Żądaj zaprotokołowania tego,
      co mówisz, nawet protestów wobec jej postawy. Ale grzecznie,
      spokojnie, w sposób wyważony. Staraj się zadawać pytania, dot.
      choroby dziecka, mężowi.
      Na rozprawie - pamiętaj - ty jesteś najważniejsza. Graj wg swoich
      reguł, wg tego, co piszę. Sędzia jest tylko zrbitrem. Nic więcej. I
      nie płacz.
      • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 11:58
        Rozprawa trwała 10 min. Przewidziany czas rozprawy: 1 godzina.
        Aędzina zapytała tylko mecenasa, czy ma pytania do biegłych, adwokat
        stwiedził, że nie do każdego z osobna, wystarczy mu jeden. Nikt mnie
        nie zapytał, czy może ja mam pytania do innego biegłego ( bo
        odpowiadała tylko jedna, psycholog, a nikt nie przesłuchiwał
        psychiatry )
        Opis jest tu: dla jasności sprawy. Byłam jasna, rzeczowa i
        konkretna. Zapytałam np. czy wg biegłej ośrodek Synapsis jest
        wiarygodną placówką. zapytałam, czy w sytuacji, gdy nie pracuję i
        zostanę sama z dzieckiem pogorszy się jego sytuacja materialna.
        Zapytałam, czy jeśli mąż się wyprowadzi, ulegnie osłabieniu więź
        emocjonalna syna z ojcem. Zapytałam, jakie skutki w rozwoju dla
        dziecka może nieść wyprowadzka ojca. Miałam te pytania na kartce.
        Natomiast nie rozumiem "swobodnej oceny dowodów" sedziny. Skoro wg
        biegłej był komplet dokumentow pozwalający uznać chorobę dziecka. To
        po co czwarta opinia?
        Adwokat oskarzyl mnie przy sędzinie o wymuszenie w innej placowce
        awanturą diagnozy autyzmu - co walnęło we mnie nie jako w pozwaną,
        prawie ex żonę lecz w jako matkę. Poczułam się wyjątkowo podle. Nie
        wiem i nie uzskałam odpowiedzi, skąd adwokat ma takie ( zresztą
        kretyńskie ) wiadomości.
        zarzut obiektywizmu ( rzy dokumenty przeciw jednemu 0 to ja mogę
        postawić...
        jak pisałam, Instutut diagnozując syna autyzmu w "czystej " postaci
        nie stwierdził, ale miał wątpliwości co do zdrowia i kazał dalej
        diagnozować w tym kierunku. Nie wiem, po co im taki dokument? Co on
        zmienia?

        Nie, że na Ciebie naskakuję. Wręcz przeciwnie. Jak przeczytałam ten
        post, jakoś mi się jaśniej i spokojniej zrobilo....
        Wymacz, jeszcze przeżywam, sprawa była niespełna 3 godziny temu.

        Dziękuję.
        • chalsia Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 12:50
          > Adwokat oskarzyl mnie przy sędzinie o wymuszenie w innej placowce
          > awanturą diagnozy autyzmu - co walnęło we mnie nie jako w
          pozwaną,
          > prawie ex żonę lecz w jako matkę. Poczułam się wyjątkowo podle.
          Nie
          > wiem i nie uzskałam odpowiedzi, skąd adwokat ma takie ( zresztą
          > kretyńskie ) wiadomości.

          on to robi specjalnie po to, by Cię wybić z rytmu, skonfudować itp
          byś straciła refleks i zimną krew.
          Jak Ci znowu wyskoczy z czymś takim to zadaj mu pytanie czy celem
          takiej wypowiedzi jest sprawie na sądzie wrażenia o Twojej
          niewiarygodności i czy jest w stanie udowodnić to co Ci zarzuca. I
          każ zaprotokołować swoje pytania i jego odpowiedź.
          • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 12:55
            Ja się o to zapytałam, bardzo zresztą grzecznie, czy moze
            powiedzieć, o czym mowi. A on na to, że to jest w aktach. Ja na to,
            że nic nie wiem, sedzina jakby tego nie słyszała i przerwała mi, że
            nie na temat mowię.
            • chalsia Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 12:58
              > powiedzieć, o czym mowi. A on na to, że to jest w aktach. Ja na
              to,
              > że nic nie wiem,

              zła Twoja odpowiedź. Prawidłowa powinna być - proszę wskazać numer
              karty akt.
              • chalsia Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 12:59
                > zła Twoja odpowiedź. Prawidłowa powinna być - proszę wskazać
                numer
                > karty akt.

                oraz poprosić by pokazał gdzie tam jest napisane, że coś wymusiłas
                płaczem
                • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 13:10
                  Teraz to już popił wodą, ale na przyszłość będę mądra. Zresztą
                  jestem tak ograniczona w tych sprawach, że nawet nie wiedziałam, że
                  istnieje możliwość takiego pytania. Podejrzewam, że facet jeszcze
                  nie raz z czymś takim wyskoczy. W sumie obrał dobra taktykę:
                  wyprowadzić mnie z równowagi. To chyba nie trudne w takiej sytuacji
                  w większości przypadków. nastepnym razem bardziej się postaram.

                  Dziękuję.
                  • chalsia Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 13:28
                    > jestem tak ograniczona w tych sprawach, że nawet nie wiedziałam,
                    że
                    > istnieje możliwość takiego pytania.

                    możesz robić dokładnie to samo co adwokat - jesteś przedstawicielem
                    siebie samej smile)
                    • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 13:45
                      Moje pytania na obu rozprawach były blokowane przez panią sędzię.
                      Adwokatowi wolno robić ( ocywiście w imieniu swojego klienta )
                      osobiste wycieczki mnie nie. Nie wiem, co ona w nim widzi, mnie się
                      on nie podoba ;p
                    • kasper254 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 13:50
                      W ogóle nie przygotowałaś się do rozprawy. Rozumiem to jednak. Nie
                      wiedziałaś, że będziesz miała do czynienia z tym, co się stało z
                      udziałem twojego męża. Ja wiele lat stykałem się z procedurą sądową -
                      głównie karną, ale i tak postawa mojej żony i jej adwokata na
                      rozprawie o dalsze 200 zł. miesięcznie, gdy miała już kilka tysięcy,
                      przerosły wszystko, co widziałem dotąd.I jestem tak dużo starszy od
                      ciebie. Do następnej rundy przygotuj się. Nie musiz brać adwokata,
                      sama wygrasz. Przeważnie adwokaci nie douczają się, nie dlatego, że
                      sa głupi, tylko nie mają konkurencji, jak w innych państwach, stąd
                      idą na łatwiznę. Adwokat twojego męża - po tym, co piszesz -taki
                      jest. Nie wyciąga innych ważnych rzeczy, a sięga tylko po utarte
                      schematy i kruczki, jak robiono 20 lat temu.
                      Żądaj zaprotokołowania każdego twojego pytania, bądż spokojna,
                      odnoś się do akt sprawy (karta, z dnia itd.). Ale najważniejsze
                      szukaj w orzeczeniach SN, dot. spraw rodzinnych: hasło: "dobro
                      dziecka", naruszenie "zasad współżycia społecznego" i inne podobne
                      odesłania i klauzule. Ponadto możesz, z użyciem tych haseł - kluczy
                      pokopać w książkach z prawa rodzinnego. Także w glosach do wyroków.I
                      to wystarczy. Adwokat, gdybyś nawet go wzięła, i tak za ciebie tego
                      nie zrobi, bo mu się nie chce, ma dużo spraw, jest bogaty
                      itd.Pamiętaj: sędzina może oprzeć się w wyroku tylko zgodnie z tym,
                      co znajdziesz. Jeśli ty tego nie zrobisz,adwokat będzie uparcie
                      podważał tylko opinię co do zdrowia dziecka, bo orzeczeniach SN nie
                      ma nic innego, co by mu pomogło. Uwierz mi - wiem to. Nie ma wprost
                      normy, regulującej stan faktyczny, którzy opisujesz. I dlatego
                      wszystko zależy od twojej pracy - poszukiwań.
                      • ladyhawke12 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 14:05
                        mam pytanie, jak bedziesz funkcjonowac w zwiazku w ktorym nie ma juz nic, bo sparaw jest rozwodowa, i maz zlozyl pozew.
                        Jak w takim bezuczuciowym zwiazku bedzie czulo sie dziecko, napewno nie bedzie bezpieczne emocjonalnie.
                        Moze zamiast targac sie z mezem o to zeby nie dostal rozwodu, postarac sie zabezpieczyc byt dziecku, czyli wlasciwe alimenty, spokoj i bezpieczenstwo to dla twojego dziecka jest najwazniesze, a nie wasze targanie sie.
                        Maz przez to napewno nie zrezygnuje ze ty przedstawisz kolejne opinie, i nie bedzie zapewnial stabilizacji psychicznej dziecku.
                        • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 15:11
                          Bo nie będę miała gdzie mieszkać po rozwodzie? Bo teraz mam za co
                          jeść, mam ciszę i spokoj w wielkim mieszkaniu?

                          Bo lepszy diabeł nieznany niż znany? Bo boję się życia w strachu,
                          niepewności jutra, nie wiem, jak zapewnię dziecku byt materialny,
                          czy się nie uwsteczni i czy uda mi się zastąpić mu ojca?

                          Bo jestem tylko człowiekiem i nie radzę sobie?

                          Bo ta droga - niezgadzania się i kwestionowania wydaje mi się
                          właściwsza niż zgoda na rozwód bez orzekania o winie, niż zgoda na
                          dziejącą się niesprawiedliwość?

                          Nie musisz rozumieć moich racji. Ale są jedyne, jakie mam.
                          • akacjax Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 19:37
                            > Bo ta droga - niezgadzania się i kwestionowania wydaje mi się
                            > właściwsza niż zgoda na rozwód bez orzekania o winie, niż zgoda na
                            > dziejącą się niesprawiedliwość?

                            W takiej sytuacji może słuszne byłoby orzekanie winy m. Oczywiście adwokat
                            konieczny, ale jeżeli sąd orzeknie winę m. to będzie on zobowiązany zwrócić za
                            Twojego adwokata.

                            Czy masz pewność, że brak rozwodu będzie służył dziecku? Skąd pewność, że ojciec
                            będzie brał udział wg Twojego wyobrażenia w rodzinnym życiu?
                            A może ojcu tak zalezy na rozwodzie, że zgodzi się bez protestów na takie
                            orzeczenie?
                            • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 26.11.08, 10:23
                              Moje przekonanie o udziale ojca po rozwodzie jest takie, że dość
                              czybko zniknie z mojego ( co zrozumiałe ) i dziecka ( co już takie
                              zrozumiałe nie jest ) życia.

                              Na rozwód z orzekaniem o winie mąż się nie zgadza - tj. zgadza, o
                              ile wina nie będzie tylko jego.

                              Mam za to pewność, że rozwód dziecku służył nie będzie...
                              • chalsia Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 26.11.08, 10:42
                                > Moje przekonanie o udziale ojca po rozwodzie jest takie, że dość
                                > czybko zniknie z mojego ( co zrozumiałe ) i dziecka ( co już
                                takie
                                > zrozumiałe nie jest ) życia.
                                >

                                > Mam za to pewność, że rozwód dziecku służył nie będzie...

                                a to niby w jaki sposób niebędzie mu służył, skoro jego skutki (w
                                posatci nieobecności ojca w domu/życiu dziecka) będą identyczne ????
                                • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 26.11.08, 13:16
                                  Prawdę mówiąc , nie bardzo rozumiem...


                                  To moze tak: tata dziecka, o ile nie kwestionuje choroby dziecka i
                                  terapii, jest tatą ( nie mżezm ) dobrym. Wydaje mi się, że związanym
                                  z synem ( ale ponieważ okazuje się, że mało go znam, to może mi się
                                  tylko tak wydaje) a syn jest bardzo związany z ojcem. Tatę syn ma co
                                  dzień. Mają swoje utarte schematy zachowań i rytuały ( np. syn myje
                                  zęby tylko z tatą i nie będzie mył ich z nikim innym - ja wiem, że
                                  ludziom nie znajacym specyfiki autyzmu to się wydaje banalne, ale
                                  banalne nie jest ). Tata po pracy znajduje czas dla dziecka ( pal
                                  szcześć, że często polega to na tym, że syn zsystuje ojcu przy
                                  graniu na kompie, dziecku to odpowiada ). Tata zmotywowany wychodzi
                                  z dzieckiem na spacery.

                                  Tata z dala od dziecka ( przykład : pobyt u rodziny, 100 km, dalej,
                                  tata przez całe tygodnie nie pofatygował się do dziecka, nie
                                  dzwonił, odbywało się to tak, że my w przypływie desperacji
                                  dzwoniliśmy do ojca przypominając mu o telefonie do syna ) Ztąd
                                  winosek, że tata po rozwodzie i wyprowadzce nie będzie miał takiego
                                  kontaktu z dzieckiem jaki ma teraz. Wniosek z tego: własnie nie
                                  wiadomo, jak ten brak kontaktu i tęsknota dziecka za ojcem wyłynie
                                  na samo dziecko.
                                  • chalsia Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 26.11.08, 13:26
                                    > kontaktu z dzieckiem jaki ma teraz. Wniosek z tego: własnie nie
                                    > wiadomo, jak ten brak kontaktu i tęsknota dziecka za ojcem
                                    wyłynie
                                    > na samo dziecko.

                                    no ale Ty chyba dalej nie rozumiesz - brak rzowodu nie jest żadną
                                    gwarancją, że mąż będzie nadal z Wami mieszkał
                                    • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 26.11.08, 13:32
                                      Ależ rozumiem!

                                      Jak napisałam w innym poście wtedy sytuacja będzie inna i będę
                                      postępować inaczej...
                      • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 25.11.08, 15:08
                        dziękuję.

                        Wydawało mi się, że przygotowałam się do tej sprawy uncertain
                        Przewertowałam google pod kątem " sprzeczność rozwodu z dobrem
                        dziecka" co do "zasad wspłzycia spol." to owszem, samo hasło
                        znalazłam, ale nic sensownego, co by mi pomogło.
                        dzięki, ze adwokat męza może coś jeszcze wyciągnąc ważnego ;p Jak
                        wiesz co, to może mi podowiedz co może, będę mądrzejsza na
                        przyszłość.

                        Dziękuję, mimo że piszesz tak... jak adwokat ( chciałabym móc tak
                        rzeczowo podchodzić do sprawy a nie emocjonalnie ) to jakoś mi z tym
                        lepiej i łatwiej. Jeszcze raz dziękuję.
    • nangaparbat3 wybacz, agnieszko, 25.11.08, 20:25
      ale mam te same wątpliwoci co Lady i Akacja.
      A nawet gorzej - w sytuacji, kiedy choroba dziecka ma byc elementem wiążącym
      Twoje malzeństwo, Twoja niezgoda na rozwod moze hamowac zdrowienie synka. To
      moze sie dziac zupełnie niezaleznie od Twojej swiadomej woli, a nawet wbrew niej
      - jednak takie niebezpieczeństwo jak najbardziej istnieje.
      Dla dobra dziecka bezwzglednie powinnas korzystac z pomocy psychologa.
      • chalsia Re: wybacz, agnieszko, 25.11.08, 22:01
        > ale mam te same wątpliwoci co Lady i Akacja.

        ja nie mam wątpliwości - mam pewność - na siłę męża nie zatrzyma -
        będzie chciał "pójśc" to pójdzie.
        Czyli jaki efekt nie udzielenia rozowdu będzie?
        ano taki:
        - facet nie będzie mieszkał z rodziną
        - jesli nie będzie chciał, to z dzieckiem kontaktu nie będzie
        utrzymywał
        - alimentów nie będzie płacił (bo nie będą zasądzone)
        - autorka wątku tez kasy nie dostanie żadnej na życie
        - autorka wątku będzie mieszkała tam gdzie mieszka z dzieckiem.

        Zeby dostać poieniądze na utrzymanie siebie i dziecka znów będzie
        musiała wystąpic na drogę sądową o pokrywanie kosztów utrzymania
        przez męża (zakładając, ze opiekując się autystykiem pracy podjąć
        nie może).

        A co by było gdyby uzyskała rozwód z orzeczeniem winy męża:
        = alimenty na siebie (bardzo prawdopodobne z racji konieczności
        opieki nad dzieckiem autystycznym)
        - alimenty na dziecko
        - nadal mogłaby mieszkać tam, gdzie mieszka
      • agnieszkatk Re: wybacz, agnieszko, 26.11.08, 09:57
        Wybacz, ale wydaje mi się że jednak sama lepiej wiem, co jest
        najlepsze dla mojego dziecka.

        Proszę, oszczędź sobie teksty pod tytułem: Powinnaś ...
        bezwzględnie... dla dobra dziecka. Nie dosć, że trafiasz niecelnie
        to jeszcze dobijająco. Nie znasz ani mnie, ani realiów, ani
        warunków, w jakich żyje. Potrafisz bezbłędnie ocenić sytuację z
        teraz i tutaj, porównać ją z sytuacją jaka będzie po rozwodzie ( ja
        nie potrafię, bo zwyczajnie nie mam o niej pojęcia ) i stwierdzić z
        całą mocą i odpowiedzialnością, że ta niepewna przyszłość będzie
        lepsza od tego, co jest teraz?
        Zresztą Twoej mniemanie stoi w ewidentnej sprzeczności nie tylko z
        moim ( moze faktycznie błędnym ) tokiem rozumowania. Ale to nie
        tylko moje stanowisko, ale i kilku doswiadczonych terapeutów, pod
        opieką których dziecko jest od dwóch lat.

        Dla dobra dziecka to co najwyżej mój mąż powinien korzystać z pomocy
        całego sztabu psychologów. ;p

        Zresztą na jakiej podstawie wniosek że sama, bez względu na dziecko,
        bo ono akurat w tym przypadku nie ma nic do rzeczy, nie korzystam z
        pomocy psychologa dla mojego własnego wygodnictwa i poczucia
        bezpieczeństwa?
        Wyobraź sobie, że korzystam. 70 zł za godzinę. Raz w miesiacu mam
        darmowego. Mąż odmówił chodzenia do niego. Chociaż mógł - ze mną. Za
        darmo. Sędzina nie podyktowała tego do akt.
        • chalsia Re: wybacz, agnieszko, 26.11.08, 10:40
          > Wyobraź sobie, że korzystam. 70 zł za godzinę. Raz w miesiacu mam
          > darmowego. Mąż odmówił chodzenia do niego. Chociaż mógł - ze mną.
          Za
          > darmo. Sędzina nie podyktowała tego do akt.

          to sie pisze do sądu pismo - wniosek o uzupełnienie do protokołu
          rozprawy i tam to podaje, co sąd nie zaprotokołował. Nawet jak sąd
          wniosek o uzupełnienie protokołu odrzuci, to Twoj wniosek zostaje w
          aktach, co może miec niebagatelne znaczenie w przypadku apelacji.
        • chalsia Re: wybacz, agnieszko, 26.11.08, 10:44
          > warunków, w jakich żyje. Potrafisz bezbłędnie ocenić sytuację z
          > teraz i tutaj, porównać ją z sytuacją jaka będzie po rozwodzie (
          ja
          > nie potrafię, bo zwyczajnie nie mam o niej pojęcia )

          no własnie - taka między nami tutaj różnica, że Ty nie masz pojęcia
          jak to jest po rozowodzie, a my własnie mamy i to Ci chcemy
          wytłumaczyć
    • misbaskerwill jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 00:07
      Mój syn również mial zdiagnozowany autyzm w czasie rozwodu.
      Żona mnie zdradzała, więc, mimo to, rozwiodłem się.
      Minęły prawie dwa lata, stan dziecka znacząco się poprawił.
      Stan matki również zaczyna się poprawiać. Dlaczego uważam, ze to ona
      ma problemy? Musiałabyś użyć wyszukiwarki i poczytać moje dawne
      posty.
      Może odnajdziesz w nich wlasne zachowanie... dla dobra swojego i
      dziecka, staraj się zbudować fundamenty nowego, stabilnego życia.
      A z tego, ze Instytut zdiagnozował 'tylko' całościowe zaburzenia, a
      niekoniecznie autyzm, powinnas sie cieszyć. Prawdę mówiąc, w
      obecnych czasach nie ma różnicy między jednym a drugim - autyzm jest
      bardzo szerokim pojęciem, podzbiorem c.z.r., i pokrywa się w
      większości z nimi.
      Tym bardziej krzywdzące jest podejście adwokata, ale za to mu płacą,
      nie za uczciwość lub rzetelność.
      Rozumiem też podejście jeszcze-męża, sam długo miałem wątpliwości co
      do choroby 'odkrytej' dopiero w trakcie rozwodu z faktycznej winy
      żony.
      Musisz też oddzielić to, co dzieje się w sądzie od realnych faktów -
      po wielu walkach stwierdzam z przekonaniem, że nie mają one z sobą
      nic wspólnego, niestety.
      • agnieszkatk Re: jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 10:11
        Moj syn nie ma zdiagnozowanego autyzmu w czasie rozwodu, tylko ponad
        dwa lata wcześniej, gdy nic nie wskazywało na to, że będę się
        rozwodzić.
        Stan mojego dziecka też się poprawia z miesiaca na miesiąc. Co nie
        zmienia faktu, że cały czas ma autyzm. Istnieje prawdopodobieństwo -
        fakt, nie pewnośc tylko prawdopodobieństwo - ze po rozwodzie, po
        zmianie miejsca zamieszkania połączonego z jednoczesną utratą
        codziennych spotkań z ojcem ( a mogę w ciemno prognozować , że
        kontakty te będą rzadkie ) że dziecku się pogorszy. Co prawda, nie
        wierze w to, co powiedziała wczoraj biegła, że może przestać mowić ,
        ale...

        Widzisz, ja nie zdradzam swojego męza, dlatego m.in. nie będę się
        porównywać z Twoją żoną, także nie zdrada jest powodem rozwodu.

        Co do "całościowych zaburzeń rowoju" to nie bardzo wiem, z czego mam
        się cieszyć. Dla mnie to w zasadzie to samo,co autyzm, tylko inaczej
        nazwane, więc radość żadna, za to większy problem z tłumaczeniem, co
        to jest. O autyzmie, mimo że to rzadka choroba, ludzie coś tam
        jednak wiedzą. O c.z.r. - nic. Sądzą, że to faktycznie jakoś
        lekarski wynalazek co by wytłumaczyć nieudolność wychowawczą
        rodziców ;p

        Podejscia męza NIE ROZUMIEM i proszę, doczytaj, że mąz o chorobie
        dziecka wie od ponad dwóch lat, był na przekazaniu diagnozy w IPiN ,
        był także w Scolarze , pamietam, że sam pierwszy zwrocił uwagę na
        to, że dziecko układa samochody w rzędy ( co dla mnie wtedy nie było
        jakimś ostrzegawczym symptomem ). On chowa głowę w piasek, wygodniej
        mu nie wierzyć, udawać, że nie ma problemu niż walczyć z chorobą.
        Czy wiesz, że on przez te wszystkie lata ani razu nie pojechał z
        synem na jakiekolwiek zajęcia? Nawet do logopedy ( ktora nota bebe
        widzi w synu wszystkie typowe zaburzenia autystyczne związane z
        mową ). Łatwiej jest nie pojechać, nie porozmawiać, nie bać się, nie
        walczyc, tylko kwestionować. Łatwiej jest robić i w sądzie i w życiu
        z matki potwora, która nie wiadomo dla jakich poronionych celów
        usiłuje skrzywdzić własne dziecko i przypisuje mu chorobę....
        Dlatego nie da się oddzielić tego, co się dzieje w sądzie od życia.
        Wczoraj dostałam od męza smsa: "Nie grasz czysto! Wymyśliłaś sobie
        autyzm".

        Budować stabilizację... Na czym? na braku pracy, mieszkania,
        chorobie dziecka, braku oparcia? Zresztą my - ja i jeszcze maż, na
        pewno sobie poradzimy. Za to, ze wkopaliśmy się w małżeństwo i
        rodzicielstwo bez przygotowania i odpowiedzialności, bez
        umiejętnosci wspólpracy, zapłaci w zasadzie tylko nasze dziecko. Bo
        my na pewno damy sobie radę.

        • ladyhawke12 Agnieszka 26.11.08, 10:49
          Nie ma co sie unosić, raczej wypadało by jednak sie zastanowić, bo wydaje mi sie ,że owszem może i rozumujesz i myślisz, ale nic z tego nie wynika, poza twoim zacietrzewieniem. Na sprawe nalezy zawsze spojzec z roznych stron, i ta szanse daje forum, do tego wszyscy tu obecni, nie chca ci dokopac, ale patrza na odleglosc, i widza calosc ty widzisz z bliska wycinek. Wiem nie jestesmy w twojej sytacji, ale bywalismy w podobnych, i wiele jest tu ludzi ktorzy mieli podobne przejscia, np super przyklad bierdoneczka, matka 3 dzieciakow, w tym niepelnosprawne. Piszesz ze wy z mezem sobie poradzicie, watpie, bo ty juz sobie nie radzisz, i nie chcesz przyjac tego do wiadomosci.
          I jeszcze na koniec napisze to co napisala chalasia, moze nie powinna dodawac ze napewno, ale bardzo prawdopodobne jest to ze sie obudzisz ktoregos ranka sama, bez pomocy, bez meza, i co z tego ze nie bedziesz rozwiedziona, jak bedziesz musiala radzic sobie sama, malzenstwo zostanie tylko na papierze, a ty bedziesz musiala nakarmic dzieciaka,moze warto jednak pomyslec ze taki scenariousz moze byc twoim udialem, owszem nie musi, ale moze warto pomyslec o samodzielnosci, o pracy np takiej ktora mozesz wziasc do domku, i byc jednoczesnie z dzieckiem i pracowac.
          • agnieszkatk Re: Agnieszka 26.11.08, 12:54
            Czy ja się unoszę... no, może trochę smile

            Widzisz, ja zakładam, ze inni widzą własnie wycinek, a ja jednak
            całość. I przy tej wersji pozostanę. I nie uważam, że ktoś mi tu
            chce dokopać za całokształt, natomiast niekiedy jakieś uwagi
            wygłoszone ( wg mnie, a nie zakładam, że na pewno mam rację, to
            raczej odczucie ) autorytatywnym tonem są jednak błędne.

            Zakładam jednak, że mogę się tu czegoś dowiedzieć ( nie koniecznie
            w kwestiach formalno rozwodowych ) - stąd moja obecność tutaj.

            Prawdopodobnie masz rację, że któregoś dnia obudzę się bez męza.
            Prawdopodobnie nie masz racji, ze stanie się to przed rozwodem.
            Widzisz, tylko ze ja juz teraz ( wyłączając kwestię finansową , ale
            co do tej to zakładam, ze moja sytuacja materialna po rozwodzie
            będzie zupełnie inna i oparta na innych "źrodłach" dochodu niz
            teraz ) jestem sama i radzę sobie sama.

            Nie wiem, na jakiej podstawie założenie, że sobie nie poradzę. A
            tego, ze sobie nie radzę ( fakt, nie radzę sobie z samą sprawą
            rozwodową ) nie prztyjmuję do wiadomości bo uważam.... że sama ze
            sobą sobie radzę smile

            Co do pracy- to nie myślę, nie wiążę z nią planow przynajmniej na
            najbliższą przyszłość i nie będę podejmować tego wątku. Jak
            pisałam : nie udało mi się połączyć jednego z drugim, jak przejdę na
            świadczenie pielęgnacyjne to rownież wykluczy możliwość pracy
            zarobkowej. ( Co nie zmienia faktu, że nie zakładam i nie chcę całe
            życie siedzieć w domu bez pracy ).
        • chalsia Re: jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 10:49
          > zmienia faktu, że cały czas ma autyzm. Istnieje
          prawdopodobieństwo -
          > fakt, nie pewnośc tylko prawdopodobieństwo - ze po rozwodzie, po
          > zmianie miejsca zamieszkania połączonego z jednoczesną utratą
          > codziennych spotkań z ojcem ( a mogę w ciemno prognozować , że
          > kontakty te będą rzadkie ) że dziecku się pogorszy.

          zważywszy na podejście ojca, dorywcze kontakty ojca z dzieckiem
          będą miały miejsce bez względu na to, czy dostaniecie rozwód czy
          nie.

          Natomiast skąd masz pewnośc, że będziesz się musiała wyprowadzić???
          Sąd w wyroku rozowdowym, na Twój wniosek, może ustalic zasady
          korzystania z mieszkania, zapewniając Tobie i dziecku w nim
          miejsce. To, że zostanie orzeczony Was zrozwód NIE OZNACZA, że
          stracisz z dzieckiem miejsce zamieszkania.

          Wyjasnij kwestię mieszkania - czyje ono jest.
          • agnieszkatk Re: jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 12:33
            Mieszkanie jest wynajęte. Nie będzie mnie na nie stać. W ogóle, na
            żadne mnie nie będie stać.
            • chalsia Re: jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 13:24
              agnieszkatk napisała:

              > Mieszkanie jest wynajęte. Nie będzie mnie na nie stać. W ogóle,
              na
              > żadne mnie nie będie stać.

              to prosze wyłuszcz tu teraz w jaki sposób będzie Cię stać na to
              mieszkanie pozostając w małżeństwie?? Skoro mąż CHCE się z Tobą
              rozstać,to do wyprowadzki papier rozowdowy nie jest mu potrzebny i
              zapewne wyprowadzi się nie czekając na formalności.
              Skąd i w jaki sposób chcesz uzyskać pieniądze od "papierowego" męża
              na mieszkanie oraz utrzymanie swoje i dziecka.
              • agnieszkatk Re: jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 13:31
                Moment. Na razie mąż mieszka i płaci. Nic nie wskazuje też na to,
                żeby miał się wyprowadzić przez orzeczeniem rozwodu.
                Fakt, "bazuję" na tym, co mam, ale, muszę zakładać jakąs stałą...
                Fakt drugi, przed męzem nie ujawniany: w wypadku jego wyprowadzki
                bez orzeczenia rozwodu ( a będzie to dla mnie sytuacja najgorsza z
                możliwych, bo zostaję bez niczego, także bez zasiłków, jakie
                przysługiwałyby mi jako samotnej matce )na pierwszej sprawie
                rozwodowej wnoszę o zabezpiczenie alimentów w kwocie jakiejś tam i
                rozwodzę się tak szybko, jak to możliwe.
                Swoja drogą czasem się dziwię, że jeszcze na to nie wpadł, bo
                owszem, taka sytuacja stawia mnie pod ścianą. Zakładam jednak, że
                trzyma go w domu zwykła przyzwoitość względem dziecka. Nie wiem, czy
                ojciec kocha syna. Jesli kocha, tę przyzwoitość nazwę inaczej.

                • chalsia Re: jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 13:41
                  > Fakt drugi, przed męzem nie ujawniany: w wypadku jego wyprowadzki
                  > bez orzeczenia rozwodu ( a będzie to dla mnie sytuacja najgorsza
                  z
                  > możliwych, bo zostaję bez niczego, także bez zasiłków, jakie
                  > przysługiwałyby mi jako samotnej matce )na pierwszej sprawie
                  > rozwodowej wnoszę o zabezpiczenie alimentów w kwocie jakiejś tam
                  i
                  > rozwodzę się tak szybko, jak to możliwe.

                  no więc wyobraź sobie jak to realnie wygląda:
                  - Teraz nie dostajecie rozwodu
                  - facet w związku z tym niedługo potem wyprowadza się (no bo nie ma
                  na co już czekać - teraz może po prostu czeka na ten "papier") i
                  zostawia Cię z zerem kasy, Ty nie masz własnych pieniędzy
                  - więc Ty ponownie składasz pozew o rozwód
                  - pominąwszy kwestię czy sąd w ogóle będzie chciał rozpatrywac
                  sprawę , to jest kwestia terminów - zanim to zabezpieczenie
                  dostaniesz, to może minąć trochę czasu.

                  skoro tak opisałaś swoje działania wobec jego wyprowadzki, to
                  równie dopbrze mozesz zrobić to TERAZ. A tak w ogóle to w tym
                  konkretnie poście wyszło, że dobro dziecka tak naprawdę w ogóle sie
                  nie liczy - chodzi tylko i wyłacznie o utrzymanie wygodnego status
                  quo (czyli dostępu do kasy męża).
                  • agnieszkatk Re: jestem po drugiej stronie... 26.11.08, 14:02
                    Ja Ci cos powiem: kasa meza jesli chodzi o mnie srednio mnie
                    interesuje. jesli chodzi o dziecko - interesuje i to bardzo. jesli
                    maz chce sie zredukowac do roli bankomatu - to trudno.

                    Masz racje: w przypadku wyprowadzki skladam pozew nie o rozwod a o
                    alimenty. To sa sprawy zalatwiane u nas w dwa tygodnie. Co do
                    sytuacji gdy maz sie wyprowadzi teraz, w trakcie trwania sprawy -
                    pomysl jak w innym poscie.

                    I wiesz co, stwierdzeniem ,ze dobro dziecka sie nie liczy to sie nie
                    popisalas.
        • tricolour Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych... 26.11.08, 10:55
          ... po to zreszą przyszłas na forum, bo samo "wypisanie się" nie
          zmieni Twojej sytuacji. Posłuchaj tych, co juz przeszli rozwody i
          wiedzą (wiedzą, bo Ty nie wiesz) co może spotkać. Nie musisz
          akecptować i brać do siebie rad, ale możesz posłuchać. To, co
          zrobisz, to zupełnie inna sprawa.

          Moim zdaniem robisz źle, bo marnujesz energię na półśrodki: ja bym
          żądął rozwodu z wyłącznej winy męża. To jest rozwiązanie dobre dla
          Ciebie i dziecka, a inne są tylko gorsze.

          Z braku rozwodu nie wynika fakt posiadania męża i ojca, a o wsparciu
          nawet nie ma co mysleć.
          • agnieszkatk Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 26.11.08, 12:43
            Mmmm...

            Doświadczenie innych ludzi jest ich dowsiadczeniem i nie zawsze ma
            zastosowanie w innej sytuacji, dotyczącej innego człowieka...

            Zastanawiałam się nad orzekaniem o winie. I wiem, ze szanse są małe
            bo:
            1. nie mam żadnych świadków, jedyną osobą zeznającą będzie moja mama
            ( mam postawić wychowaczynię z przedszkola żeby powiedziała, że mąż
            w zasadzie się tam nie pojawia i nie interesuej? i logopedę z
            poradnii, zeby powiedziała, że tatuś nie uczestniczy w
            rehabilitacji? I powiedzieć, że mąż nie chce finansować leczenie,
            bo kwestionuje chorobę dziecka? to jest jakaś przesłanka zawiniona? )
            2. Nie bardzo wiem, jaką "winę" mam mu udowodnić : nie ma u nas
            awantur, mąż po pracu przychodzi od razu do domu, nie pije, nie
            bije, zajmuje się dzieckiem w ramach swoich możliwości, wyjeżdzamy
            razem pod miasto i z dzieckiem, co ja mam mu udowodnić?
            3. Ja mu może i udowodnię zaniedbywanie rodziny a on powie, że
            jestem kłotliwa ( agrument trudny do obalenia, szczegolnie, że
            będzie zeznawał teść, nie pałający do mnie sypmatią ) - nawet jeśli
            moja "wina" będzie mniejsza to i tak sąd orzeknie winę nas obojga.

            Nie poczuwam się juz do posiadania męza, za to czy dziecko posiada
            ojca to już zupełnie inna kwestia...
            • ladyhawke12 Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 26.11.08, 12:55
              Jak jestes taka madra i z uporem maniaka starasz sie nie zauwazac ze brniesz w bagno, to czego oczekujesz od forumowiczow, ze bede sie uzalac nad toba, na to nie licz, wszyscy chcemy abys stanela na nogi, a nie szla w zaparte ze bez faceta to ty sama biedna zginiesz, i niech wszyscy placza nad twoim losem. Ocknij siem bo zycie nie jest takie, a nad czyjas glupota nikt nie bedzie plakal, i tak naprawde to wiesz ciebie i twoje chciejstawa mam gdzies szkoda mi dziecka, ktore ma tak niedojzalych i egoistycznnych rodzicow.
              • agnieszkatk Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 26.11.08, 13:06
                Moja droga, wszystkowiedząca proroczko...

                Jeśli to moje bagno to faktycznie trzymaj się z daleka bo jeszcze Ci
                się błoto do bucików przyklei...

                Jak będę chciała pogłaskania po głowce i popłakania nad moim losem
                to poproszę o to... Zresztą o ile czasem faktycznie potrzebuję (
                nawet wirtualnego ) przytulenia to na pewno nie potrzebuję płakania
                nade mną.

                Nie życzę sobie pod miom adresem komentarza że jestem " egosityczną
                i niedojzała" matką - akurat od mojej roli matki trzymaj się z
                daleka. Jestem na tym punkcie uczulona i dodatkowo uważam, że dla
                mojego dziecka jestem matką najlepszą na świecie.

                Generalnie Ciebie też mogłabym mieć gdzieś, szkoda mi jednak
                tyłka...

                Na zakończenie : czegoś tam oczekuję na tym forum. Na pewno nie
                inwektyw pod moim adresem.Oczekuję czasem konkretnej porady ( typu
                własnie, co konkretnie odpowiedzieć w konkretnej sytuacji ) czy
                spojrzenia własnie z innej strony. Ale spojrzenia konstruktywnego, a
                nie pełnego jadu i wywyższania się. I założenia, że ktoś tam wie
                lepiej niż ja, co jest dobre ( lepsze ) dla mojego dziecka, dla
                mnie. Może mi masz jakąś tam "mądrość" zyciową, nie neguję jej, nic
                mi do niej i do drogi, jaką wybrałaś. Nie oceniam jej. I tak samo
                nie chcę, żebyś oceniała moją. Oczywiście możesz mieć swoje zdanie.
                Oczywiście możesz je wygłosić. Oczywiście spokojnie je przeczytam.
                Oczywiście nie muszę myśleć tak, jak Ty i robić tego, co Ty byś
                zrobiła.
                • kecalik Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 26.11.08, 13:46
                  agnieszkatk rozumiem że zgodziłabys sie na rozwód z orzekanie o
                  winie, gdybyś miała mocne podstawy do tego w sądzie ale jak piszesz
                  nie masz ich, a gdyby tak spróbowac porozmawiac z mężem o
                  alternatywie: rozwód z orzekaniem o winie albo ciągła zaciekła walka
                  o brak rozwodu,apelacje, nie dawanie za wygraną moze on pierwszy by
                  skapitulował i zgodził sie. najważnieszą kwestią jest pokazanie
                  mężowi że synek naprawdę jest chory ,do póki on w to nie uwieży nie
                  będzie miał poczucia winy co do opuszczenia go( nie mówię tu o
                  Tobie bo to nie jest dla niego ważne skoro chce rozwodu)i nie bęzie
                  chciał się c na orzekanie o winie ...ja osobiście też skupiłabym
                  się na wyciągnięciu jak największych alimentów na siebie i dziecko..
                  nawet jeśli masz szansę na co najwyżej 600 zł zawsze mozesz co pół
                  roku składac o podwyższenie ich bo np własnie nie stac cie na to
                  samo mieszkanie co przed rozwodem
                  • agnieszkatk Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 26.11.08, 13:58
                    Myślę realnie: musze mieć 1000 zł alimentów. Dochodzi do tego prawie
                    800 zł w zasiłkach ( w poprzedniej pracy na etat : 960 zł netto i 8
                    godzin w pracy, co skutkowało komplikacjami w pracy, bo jak tu
                    chodzić na terapię, pol etatu ok, ale to zasilkow bedzie wiecej.

                    Szczerze mowiac, mam nadzieje, ze przrpychanka w sadzie zmusi do do
                    ustepstw...

                    Co do choroby dziecka: jestesmy w trakcie kolejnej diagnozy -
                    powtornej w Insytucie na Sobieskiego, zreszta zapisaam tam syna
                    sama, do osrodka, ktoremu maz "wierzy" I prosze go jak czlowieka,
                    zeby tez pojachal, zobaczyl, porozmawial. Ale nie, po co, on nie
                    jedzie. a potem powie ze awntura wymysilam diagnoze...
                • ladyhawke12 Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 27.11.08, 08:15
                  Czytaj ze zrozumieniem, bo jak narazie to czytasz, ale nie rozumiesz.
              • alinawk Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 26.11.08, 13:43
                > Jak jestes taka madra i z uporem maniaka starasz sie nie zauwazac
                ze brniesz w
                > bagno, to czego oczekujesz od forumowiczow, ze bede sie uzalac
                nad toba, na to
                > nie licz, wszyscy chcemy abys stanela na nogi, a nie szla w
                zaparte ze bez face
                > ta to ty sama biedna zginiesz, i niech wszyscy placza nad twoim
                losem. Ocknij s
                > iem bo zycie nie jest takie, a nad czyjas glupota nikt nie bedzie
                plakal, i tak
                > naprawde to wiesz ciebie i twoje chciejstawa mam gdzies szkoda mi
                dziecka, kt
                > ore ma tak niedojzalych i egoistycznnych rodzicow.

                uuuu, ale żeś pojechała...Agnieszka jest egoistyczna??? Dziewczyna
                pisze z sensem, spokojnie i mądrze, ja już bym się dawno wk.... jak
                by tak wszyscy po mnie zaczęli jeżdzić jak wy tu po niej.Dziewczyna
                ma świętą cierpliwość.
                Szczerze mówiąc ja bym na twoim miejscu, Agnieszko, chyba się juz
                załamała. Bez pracy, bez mieszkania, z chorym dzieckiem
                potrzebującym terapii. Kosztownej terapii, wiem bo tez jeżdżę do
                Prodeste. Wizyta raz na miesiąc w poradni kosztuje mnie ponad
                dwieście zł. A mężuś proponuje sześćset zł alimentów (czytałam Twój
                wątek na emamie). Wyobrażacie sobie życie za sześć stów
                miesięcznie? Bo ja sobie nie wyobrażam. Przecież sam wynajem
                mieszkania wraz z opłatami chyba wiecej wyniesie. A jedzenie? Mają
                żyć powietrzem??? Dziewczyna nie ma pracy - i może jej nie znależć
                w najbliższym czasie, nawet jak będzie bardzo chciała. Za co mają
                żyć???? Ja mieszkam w małym miasteczku i tu znależć jakąś lepiej
                płatną pracę bez znajomości to niemożliwe.
                Co ja bym Ci proponowała? Sama nie wiem. Myślę że ja bym zaczęła od
                adwokata, sama sobie chyba nie poradzisz. Moze skądś udało by ci
                się zdobyć pieniądze? Nie wiem, coś sprzedać, gdzieś pozyczyć, od
                znajomych/brata/ciotki/kuzynów? I walczyć o większe alimenty.
                A może terapia szokowa dla twojego męża? Spakuj walizki, poczekaj
                jak mąż wróci z pracy i powiedz że w obecnej sytuacji bez pracy,
                bez mieszkania, to ty nie jestes w stanie zapewnić dziecku
                utrzymania i wobec tego rezygnujesz z opieki nad dzieckiem i
                zostawiasz je z tatusiem. I wyjdź. Niech tatuś zorganizuje opiekę
                nad dzieckiem, zawiezie do przedszkola, przywiezie, ugotuje,
                zaopiekuje się po pracy... bo zdaje się że ojceiec z niego był
                zaden, jako że pracował po 14 godzin jak pisałaś na emamie i
                wszystko było na twojej głowie.

                • agnieszkatk Re: Posłuchaj słów luidzi bardziej doświadczonych 26.11.08, 14:17
                  Mam za daleko do Prodeste. Byam tam po diagnoze, bardzo mi sie
                  podobalo i uwazam, ze sa swietni, zazdroszcze mozlwiosci korzystania
                  z ich pomocy...

                  co do meza, przerabialismy juz mozliwosc takiego rozwiazania ze to
                  on bierze syna ale pomijajac fakt, ze ja go po porstu nie oddam, bo
                  nie wyobrazam sobie codziennego zycia bez niego to taki uklad sie
                  nie sprawdzi. Owszem, ja wtedy pojde do pracy, wroce do rodzinnego
                  domu ( taka mozliwosc mam, o ile wroce bez dziecka, pojde do pracy
                  za wieksze pieniadze i tez dam 600 zl alimentow ) syn bedzie z
                  ojcem... ale: ojca nie ma przez wiekszosc czasu. z przedszkola go
                  nie zabierze,wiec musialby wynajac opiekunke. de facto dziecko
                  bedzie wychowywalo przedszkole i obca osoba. na terapie z nim nie
                  pojedzie, bo uznaje ze jest zbedna. Zatem: stabilizacja materialna
                  zagwarantowana, rozwoj: nie.

                  On mi na papierze proponuje 400 zl, uwaza z adwokatem, ze sad
                  zasadzi 600... dla mneie to taka kwota ze mam i nie mam, licze na
                  mieszkanie jakis minimum 1000 zl, licze na zwolnienie z oplaty
                  stalej za przedszkole i reszte zycia z zasilkow docelowo z pracy,
                  ale to jak juz may pojdzie do szkoly i tyle terapii mial nie
                  bedzie.
    • agnieszkatk Tytułem myślenia co będzie... 26.11.08, 13:46
      Jestem gotowa "dać" męzowi rozwód. Co więcej: zakładam, że on go na
      pewno dostanie. Może nie w tej chwili, ale na pewno. Ani na tyle
      naiwna ani nieprzwidujaca nie jestem, żeby zakładać, że go na pewno
      nie dostanie.
      Rzecz w tym, że nie chcę wyjść z tego całkowicie przegrana ( pomijam
      kwestie związane z uczuciami itp ). Domagam się pewnej, powiedzmy,
      uczciwości ze strony przeciwnej. Chciałabym też ( wybaczam sobie tę
      małpią złośliwość ) żeby te odejście nie bylo dla niego takie
      proste, bezbolesne, oczywiste, Żeby nie miał przekonania, że jest
      panem sytuacji, robi co chce, i uznaje, ze najłatwiej jest po prostu
      się rozstać. ze jedynym sposobem na kłopoty jest uciec od nich.
      Wychodzę z tego związku przegrana ( na razie pomijam, że przegrani w
      zasadzie jesteśmy wszyscy )ale chcę, żeby to nie była pełna
      przegrana. Ze nie wywalczyłam z tego nic dla dziecka i siebie za to
      były już mąż ma pełną swobodę.
      Nie portafię męzowi wytłumaczyć, że po rozwodzie jego obowiazki
      względem rodziny nie zostaną nagle zerwane. Że będą inne - ale będą.
      Mąż zarabia przywoite pieniądze. Ok, moja propozycja była
      nastepująca : 1000 zł alimentów na dziecko ( podpisane jako ugoda
      notarialna do przeklepania w sądzie ) i nie uważam, że jest to kwota
      przerastajaca jego możliwości, wygórowana czy też nie mająca
      odzwierciedlania w potrzebach dziecka.
      Zgadzam się na rowzód bez orzekania o winie i bez alimentów na mnie
      ( co dla odmiany sopro osób uważa za błąd z mojej stroy, ale niech
      będzie ) i zadeklarowaną pomoc ( nie wiem, czy istnieje takie
      rozwiązanie prawne ) w znalezieniu lokum i przeprowadzce. Tylko że
      takie rozwiązanie jest też dla mojego męza nie do przyjęcia.
      Rozwiązanie orzekanie o winie - też nie. Rozwiązanie 800 zł na
      dziecko, 200 na mnie - też nie )
      Rozwiązanie : orzekanie bez winy i 400 zł na dziecko jest dla
      odmiany nie do przyjecia przeze mnie.
      • chalsia Re: Tytułem myślenia co będzie... 26.11.08, 13:55
        > Zgadzam się na rowzód bez orzekania o winie i bez alimentów na
        mnie
        > ( co dla odmiany sopro osób uważa za błąd z mojej stroy, ale
        niech
        > będzie )

        też uważam za bład


        > będzie ) i zadeklarowaną pomoc ( nie wiem, czy istnieje takie
        > rozwiązanie prawne ) w znalezieniu lokum i przeprowadzce.

        nie ma takiej konstrukcji prawnej ani gwaarancji na wykonanie tegoż


        > Rozwiązanie : orzekanie bez winy i 400 zł na dziecko jest dla
        > odmiany nie do przyjecia przeze mnie.

        zgadzam się.

        Co do orzekania o winie męża - potrzebny Ci dobry adwokat, to można
        przeprowadzić nawet jak facet nie zdradza, nie pije i nie bije. I
        tu akurat bardzo ważne jest, że mąż de facto wypina się na
        autusytyczne dziecko (o czym wie od lat 2)
        • agnieszkatk Re: Tytułem myślenia co będzie... 26.11.08, 14:09
          Chlasia, wybaczam Ci stwierdzenie o niemysleniu o dobru dziecka (
          zart ) bo uwazam, ze jednak nie masz racji....

          Co do tematu: walczenie o wygodne mieszkanie i zachowanie status
          quo - zle, walczenie o alinety na siebie - sensowne?

          Prawda jest taka, ze nie potrafimy wypracowac nawet kompromisu, o
          consensusie nie wspominajac.

          U adwokata bylam - nie mam, ale radzilam sie. uznal, ze wobec brakow
          materialu dowodowego nie udowodnie mezowi winy - i zgadzam sie z
          tym....

          Co do rozowdu: oczywiscie macie racje, oczywiscie powinnam zakonczyc
          ten chory uklad. Ale albo jeszcze nie jestem pod murem albo jeszcze
          nie jestem gotowa...

          Jeszcze jedno: wypinanie sie na chore dziecko ( kwestionowanie
          choroby, brak udziau w terapii, skapienie na nia srodkow ) - jest
          taka zawiniona przeslanka rozwodowa?
          • chalsia Re: Tytułem myślenia co będzie... 26.11.08, 14:37
            > Jeszcze jedno: wypinanie sie na chore dziecko ( kwestionowanie
            > choroby, brak udziau w terapii, skapienie na nia srodkow ) - jest
            > taka zawiniona przeslanka rozwodowa?

            może być.
            Dlatego potrzebny Ci dobry adwokat A jak zosatnie orzeczony rozwód
            z winy męża, to on będzie musiał zapłacić za Twojego adwokata (ale
            wedle stawek adwokackich a nie tyle ile rzeczywiście mu zapłaciłas)

            Przykład - zmiana wyznania żony a potem skłonienie przez nią dzieci
            do zmiany wyznania, rezygnacja z tradycyjnych świąt w domu,
            zerwanie przez te żonę kontaktów z dotychczasowymi znajomymi itp
            były podstawą do uznania ją za wyłącznie winną rozpady małżeństwa.
            Tez nie piła, nie biła, nie zdradzala.
            • chalsia Re: Tytułem myślenia co będzie... 26.11.08, 14:44
              poczytaj sobie te dwa orzeczenia SN (znajdziesz w necie):

              Wyrok SN - III CKN 1032/99
              Izba: Izba Cywilna
              Sygnatura: III CKN 1032/99
              Typ: Wyrok SN
              Opis: Orzecznictwo Sądu Najwyższego Izba Cywilna 2001/7-8/102
              Data wydania: 2000-05-10

              Wyrok SN - IV CK 609/03
              Izba: Izba Cywilna
              Sygnatura: IV CK 609/03
              Typ: Wyrok SN
              Opis: Orzecznictwo Sądu Najwyższego Izba Cywilna 2005/7-8/139
              Data wydania: 2004-08-25
              • agnieszkatk Re: Tytułem myślenia co będzie... 26.11.08, 14:52
                dziękuję
    • misbaskerwill dobro dziecka... 26.11.08, 21:25
      wiele osób napisało tu wiele mądrych porad, ja napiszę jescze raz,
      jako ojciec dziecka autystycznego, po dwóch latach walk w sądach o
      lepsze z maluchem kontakty...
      Napiszę w miarę sucho, ale spróbuj to odebrać w ten sposób - tak to
      widzi człowiek praktycznie bez emocji, przede wszystkim sąd.

      To dobro dziecka to tak naprawdę zwykły slogan, sądowi zależy, by
      jak najłatwiej odwalić robotę, ale na czymś opierać się musi...

      Jedno jest pewne - dobro dziecka autystycznego wymaga stabilnej
      sytuacji. Musisz mu ją zapewnić. Nie twierdzę, że rozwód coś takiego
      da, natomiast musisz być pewna, do czego dążysz - zwłaszcza w sensie
      sytuacji mieszkaniowej i materialnej. Jak pisała Chalsia - rozwód
      może zapewnić stabilność sytuacji materialnej, bo wtedy sąd
      pośrednio gwarantuje wypłacalność świadczeń (np. niepłacenie
      alimentów jest poważnym przestępstwem, za które grozi nawet
      więzienie).
      Możesz spróbować podpisać ugodę z exem ws. kontaktów z dzieckiem. To
      ważny punkt - kontakty te powinny być regularne i mieć ustaloną
      formę. Dziecko nie powinno być zaskakiwane.
      Na pewno walka o wydłużanie trwania fikcyjnego małżeństwa tej
      stabilności nie zapewni. Rozumiem, że na tym etapie dogadanie się z
      mężem graniczy z cudem, ale spróbuj właśnie dla dobra dziecka,
      ustalić jakieś proste zasady i pokazać jakoś mężowi, że nie jest
      Twoim celem uprzykrzanie mu życia a jedynie dobrobyt Waszej pociechy.
      • agnieszkatk Re: dobro dziecka... 27.11.08, 14:18
        Ja wiem, wiem, że masz rację i dobrze piszesz.


        Wiem też że sąd jak sąd - to tylko ludzie, sąd przychodzi do sądu do
        pracy a nie bawić się w terapię rodzinną.

        Jesteśmy dziś po wizycie w IPiN na Sobieskiego. Diagnoza ( na
        podstawie wywiadu, wizyty i załączonych dokumentów) : całościowe
        zaburzenia rozwoju ze wskazaniem na ZA bądz autyzm
        wysokofunkcjonujący. Psychiatra ( ukłon w stronę ) jak chłop krowie
        w szkodzie tłumaczyła męzowi że : - dziecko nie jest zdrowe - widać,
        że część zachowań jest wyuczonym efektem terapii , - wskazana jest
        dalsza, intensywna wszechstronna terapia. Mąż swoje. Ze dziecko jest
        zdrowe.

        Zaproponowałam mu ugodę ( już potem nie w Instytucie) : 1000 zł
        aliemtów, pomoc w znalezeniu mieszkania i przeprowadzce, ustalenie
        częstych wizyt ojca w zamian za rozwód na następnej rozprawie bez
        orzekania o winie i bez alimentów na mnie. Zalezy mi też na
        niemożliwości blokowania przez męza terapii czy jakiejs pomocy ( a
        często do wniosku potrzebne są dwa podpisy: jego i mój ) Efekt:
        żaden. Alimenty 600 zł, nieograniczone prawo wizyt ( przy czym
        zaznaczył, że nie będzie się z dzieckiem wcale spotykał, skoro
        psychiatra mu powiedziała, że źle robi negujac terapię ). Kompromisu
        nie osiągnęlismy.
        • tricolour Niepotrzebnie negocjujesz z draniem... 27.11.08, 18:06
          ... ale sama sie musisz o tym przekonać - wtedy zrozumiesz stanowisko osób,
          które dobrze Ci radzą.
        • akacjax Re: dobro dziecka... 30.11.08, 09:16
          Poczytałam wątek ten i Twoje Agnieszko posty w innym wątku. Czy ja dobrze
          zrozumiałam-Twój mąż odzywa się do Ciebie z użyciem przekleństw? Odjeżdża, a Ty
          wracasz pieszo...
          Odnoszę wrażenie, że takich "kwiatków" jest więcej. Do tego siła z jaka bronisz
          męża sugeruje, że mam rację, a Ciebie dotyczy przemoc psychiczna. A może i
          ekonomiczna-patrząc na kwoty sugerowanych alimentów na chore dziecko. Teraz na
          zdrowe dzieci sąd przyznają większe alimenty.

          Wytłumacz mi z czego będziesz żyć, za co zapłacisz wynajem mieszkania w
          sytuacji, gdy nie będziesz pracować-bo dziecko wymaga Twojej opieki, a Ty
          będziesz mieć 1000 zł od męża+zasiłki? Przecież to pieniądze dla dziecka, nie
          dla Ciebie. A poza tym, czy takie pieniądze wstarczą na utrzymanie w ogóle?

          Denerwuje Cię zapewne, to co piszemy, jak piszemy. To typowe i każdego z nas
          dotyczyło, gdy stanęliśmy w obliczu rozstań, sądów itp. A forumowi mędrcy
          powtarzali zgodnym głosem to samo. Jednak z upływem czasu widać, że choć każdy
          rozwód inny, to istnieją pewne schematy i niestety nie widać wyjątków od nich.

          I tak widać Twoją sytuację z boku. Mąż chce Cię zostawić z chorym dzieckiem, do
          tego bez zabezpieczenia, a od siebie dodam, że nie wierzę, że w tle nie ma innej
          kobiety.

          Zalezy mi też na
          > niemożliwości blokowania przez męza terapii czy jakiejs pomocy ( a
          > często do wniosku potrzebne są dwa podpisy: jego i mój )

          Ten efekt można osiągnąć tylko ograniczając prawa rodzicielskie ojca. Niestety.

          Innymi słowy-skoro męża posługuje się adwokatem, to i Tobie dobry adwokat by się
          przydał, bo sytuacja jest bardzo skomplikowana.
          A druga sprawa, że dobro dziecka, to nie tylko to, co widzisz na dziś, ale
          skutki jakie spaczone "dziś" wywoła w dziecku na przyszłość i na zawsze.
          • agnieszkatk Re: dobro dziecka... 30.11.08, 19:21
            Akacjax...

            Nigdy nie bronilam męza. Obwinaim go - fakt, o wiele rzeczy. Może
            bardziej o to, czego nie zrobił niż o to, co zrobił. Jak pisałam:
            bardzo długo znosiłam bardzo wiele dla dobra dziecka ( ? ), z
            niemożliwości zrobienia czegoś innego, dla zachowania "wygodnego
            status quo " i ze zwykłego strachu. Być może ( 0by na pewno )
            postawiona pod ścianą i faktem dokonanym znajdę w sobie dość siły,
            żeby poukładać to wszystko na nowo. Zresztą nie bardzo mam wybór - w
            tym wszystkim mniej chodzi o mnie, a o syna. I nie jest to żadne
            ustępstwo z mojej strony, żadna przegrana, poświęcięcenie.
            Nie myślę o przyszłym życiu. Nie wyobrażam sobie go. Wcale nie
            dlatego, że jestem glupia, ograniczona, uczepiona jeszcze męza czy
            też sytuacja, w jakiej jestem jest tak dobra i pewna, że nie wymaga
            zmian i nie zmieni się. Nie myślę o niej, bo to wielka niewiadoma.
            Niepewne jest wszystko, cała przyszłość. Nie ma żadnego aspektu,
            ktorego mogłabym się uchwycić z całą pewnością, nie ma żadnej
            stalej. Poza tym jestem zmęczona.
            Nie potrafię Ci wytłumaczyć, z czego będę żyć - szczególnie, że ten
            1000 zł to na razie tylko moje pobożne życzenie. Akurat świadczenie
            pielęgnacyjne będzie na mnie ;p daleko mi do minimalizmu, ale
            ostatecznie nie musze chodzić do fryzjera i nie musze jeść mięsa smile

            Czy denerwuje mnie, to co ktoś pisze... denerwuje mnie fakt, że
            łatwo mnie osądzić, stwiedzić, że to w zasadzie moja wina, ze
            złośliwą radością odczytać mnie na opak. Nie szukam rad, ktorych nie
            potrafię i nie mogę zastosować u siebie. Nie szukam głaskania po
            glowie i użalania się nade mną. Owszem: mam chwile zwątpienia. Są
            takie chwile, gdy wtulam głowę w poduszkę i albo wrzeszczę, albo
            ryczę. Tylko że zdaję sobie sprawę, że nie mogę sobie pozwolić na
            apatię i bierność. że tego, co muszę, nikt za mnie nie zrobi. Nie
            wybrałam sobie takiego życia: nie wybrałam chorego dziecka i nic nie
            pozwoliło mi przewidzieć, że moj partner nie sprosta zadaniu.
            Zostałam postawiona przed konkretnymi faktami. Zyję tak, jak umiem,
            staram się odnaleść w tej sutyacji też najlepiej, jak umiem.
            Przecież ja też, podobnie jak mój mąz, mogłabym dojśc do wnoisku, że
            nie daję rady więc zabieram swoje grabki i wynoszę się z tej
            piaskownicy. On może uciec od dziecka i odpowiedzialności za nie -
            dlaczego ja nie mogłabym? zatem: wymyśliłam sobie jakiś plan. Może
            niezbyt udany, może nietrafiony. Póki co jednak jedyny, na jaki mnie
            stać. I trzymam się go. Nie jestem naiwna: wiem, że maż rozwód
            dostanie. Ale mam nadzieję, że nie pójdzie mu tak prosto, że będzie
            miał nauczkę na przyszłośc, że nie można uciec bez ponoszenia
            konsekwencji. Ze ucieczka nie jest najlepszym i najmniej bolesnym
            rozwiązaniem. I że ten rozwod będzie jednak na moich warunkach.
            Co do schematow masz rację. Jednak bałwochwalczo uważam, że jak
            zwykle mam szczęscie i moj rozwód a raczej moja sytuacja jest raczej
            rzadko spotykana więc i w schemacie będą pewne wyjątki.

            I wierzę, że uda mi się bez adwokata bo z urzędu go nie dostałam,
            zaplacić nie mam za co , więc staram się o wszystko we własnym
            zakresie, zresztą z tego m.in. powodu moja obecność tutaj.

            Uwierz mi, myślę o sobie - to wg mnie i naturalne i zdrowe. Jednak
            przede wszystkim myslę o dziecku. dziecku, ktore widzę w tej chwili
            roześmiane aż nogi mu chodzą na kolanach u ojca uncertain ktore nie chciało
            oglądać ulubionej dobranocki z Kubusiem Puchatkiem bo akurat gra z
            tatą na komputerze. Nie wiem, zresztą chyba nikt nie jest w stanie
            przewidzieć, jak zareaguje na zmianę miejsca zamieszkania, na brak
            ojca w domu, na zachwiane poczucie bezpieczeństwa. Przypominam
            sobie, kiedy zdiagnozowali malemu autyzm. jak poszedl do żłobka.
            Miał trochę ponad dwa lata, trafiła się dla mnie praca. Uważałam, że
            to za wcześnie, że jeszcze nie pora... ale awantury w domu, ciągłe
            kłotnie o pieniądze, o to , że jestem pasożyt spowodowaly, że do
            pracy poszłam. Wtedy się zaczęło. Pogodne dziecko zmieniło się w
            żałosną kupkę nieszczęscia do wszystkich startujacą z pięściami.
            Ujawiniły się wszystkie typowe dla autyzmu zaburzenia. Potem
            poprawilo się, glownie dzięki niezwylke ciepłej, rodzinnej
            atmosferze w żłobku i staraniom "cioć". Poprawiło się na tyle, że
            pod koniec żłobka część zaburzeń minęła. Kolejna diagnoza brzmiała :
            brak objawów spełniających kryteria autyzmu. Ale potem przyszło
            przedszkole. Zmiana miejsca i osób. Pogorszenie. I diagnoza: autyzm.
            Po jakimś czasie znowu się poprawiło. Mamy diagnozę zespól
            Aspergera, wysokofunkcjonujący. I pewność, że jest to osiągnięte
            pracą , terapią i niezmiennością otoczenia. Mąz tego albo nie wie,
            albo nie chce wiedzieć, ale rozwodem ryzykujemy bardzo dużo.

            Co do kobiety to jej istnienia nie odkryłam. Komorka na stole
            zresztą często sama ją odbieram, komputrer niezahasłowany, brak
            póxniejszych powrotów do domu , w pracy sami faceci... Nie wiem,
            może. Może się zdziwię. Ale nadal uważam, że zwiewa od nas a nie do
            kogoś.
    • fistaszek764 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 29.11.08, 07:07
      Bardzo trudno będzie Ci wygrać tę sprawę bez adwokata. I wybacz ale
      jeśli potrawisz adwokatowi powiedzieć, że jest "bydlakiem i świnią"
      to sama kopiesz pod sobą dołki. I wcześniej czy później takie
      zachowania obrócą się przeciwko Tobie.
      • kasper254 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 29.11.08, 10:15
        Już Ci pisałem, Agnieszko, sprawę ta wygrasz bez adwokata.
        Wystarczy, że powołasz się na jedno z kilkunastu orzeczeń SN,
        powołujące się na m.in. "dobro dziecka", "chorobę", "potrzebę
        opieki". To, co powiedziałaś adwokatowi, nie ma najmniejszego
        znaczenia; on znacznie gorzej o sobie myśli, a więc twoje słowa
        mogły być jak - najbardziej komplementem.
        Z tego, co piszesz, widzac, że jesteś bardzo inteligentną osobą.
        Ni wygrasz sprawy z orzeczeniem winy męża - uwierz mi. W związku z
        tym nastepujące pytanie ma fundamentalne znmaczenie: czy w imię
        dziecka należy nie dać rozwodu? Kiedyś być - może dziecko cię spyta:
        mamo, mogłaś walczyc, wiedziałaś, jak był mi potrzebny i j a k m
        ó g ł być mi potrzebny. Po rozwodzie założył rodzinę, miał inne
        dzieko, swoje, i o mnie zupełnie zapomniał. Umożliwiłaś mu to.
        Jestem człowiekiem jesieni życia, zmęczonym i potarganym. Gdybym to
        ja miała wybierać - szedłbym drogą najmniejszego bólu dla dziecka,
        najmniejszych rozczarowań, bo cóz ono jest winne?
        • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 30.11.08, 19:32
          Mój mąz się dziś przyznał, że jego adwokat będzie wnosil o kolejną
          diagnoze w RODK. nie wiem, na jakiej podstawie bo przecież biegli z
          RODK i już się wypowiedzieli dodatkowo w sądzie i potwierdzili, ze
          opinię wydali na podstawie kompletu dokumentów. "zaległą" diagnozę
          dostarczę. dziwi mnie co prawda fakt, że mąż sam jej nie wyjął z
          szafki, ani że jesli nie mógl jej odszukać, to nie pojechal po
          kopię, ale zostawmy to... w każdym razie pewnie masz rację, sąd
          mając do wglądu trzy diagnozy ; autyzm i jedną : ZA ( spectrum
          autyzmu ) też będzie uważał, że biegli bazowali na komplecie
          dokumentów, ale mogę się mylić uncertain Nie wiem, na jakiej zasdzie
          adwokat męża wniesie o zmianę RODK i powtórną diagnozę.
          Doswiadczenie wskazuje, że zgodzi się na nią bo tak, bo inaczej
          zostanie posądzony o stronniczość.

          Co adwokata to nadęty bufon, raczej olał moje slowa. Mąz mnie co
          prawda oświecił, że mu adwokat powiedział, że w sądzie jest wszędzie
          monitoring i mikrofony i że to się nagralo, ale aż takiej obsesji
          wroga nie mam. Oczywiście miałeś rację z tą prowokacją - mąż mi dziś
          powiedzial ze adwokat zrobił to specjalnie, zeby pokazać jaka
          jestem"awanturna". Średnio się tym przejełam, bo i on mnie
          sprowokował mowiąc nieprawdę i nie wierzę, że przy siedmiu sprawach
          rozwodowych jednego dnia sąd będzie pamiętal,że "miała wyraz twarzy,
          jakbym chciała adwokata zabić" a mojego tekstu do adwokata sąd nie
          słyszal, zresztą żałuję, na chwilę mi pomoglo, a facetowi się nie
          należało. Należało się mężowi.

          dzięki za "inteligentą" po latach przekonywania mnie, że jestem zero
          intelektualne miło to uslyszeć. Ale może to nie inteligencja tylko
          sposob pisania ;p

          Jak będziesz w okolicy to piszę się z Tobą na herbatę smile
          • akacjax Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 30.11.08, 22:29
            Doskonale Cię rozumię. Różnica tkwi w tym, że jestem kilka kroków dalej i "widzę inaczej". Ja mam separację, być może to droga w stronę orzeczenia winy na kiedyś.

            . ale awantury w domu, ciągłe
            kłotnie o pieniądze, o to , że jestem pasożyt spowodowaly, że do
            pracy poszłam. Wtedy się zaczęło.

            dla mnie to przemoc i no comment

            To, co piszesz i odczytujesz po swojemu dla postronnych brzmi inaczej. Dla doświadczonych brzmi bardziej. Dziwne, ale tak jest.
            Kiedyś przyznasz rację tym, których teraz tu na forum nie rozumiałaś.
            Ja to już przerabiałamsmile
            Bo nam właśnie najbardziej zależy na dobru dziecka. I do tego z brutalnym życiem jesteśmy wybitnie oswojeni.

            • chalsia Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 30.11.08, 23:51
              > To, co piszesz i odczytujesz po swojemu dla postronnych brzmi inaczej. Dla dośw
              > iadczonych brzmi bardziej. Dziwne, ale tak jest.
              > Kiedyś przyznasz rację tym, których teraz tu na forum nie rozumiałaś.
              > Ja to już przerabiałamsmile
              > Bo nam właśnie najbardziej zależy na dobru dziecka. I do tego z brutalnym życie
              > m jesteśmy wybitnie oswojeni.

              Amen.
              Agnieszko, w zyciu NIE ma nic pewnego. Nawet siebie samego nie zawsze / nie
              każdy może być pewnien.
              • kasper254 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 02.12.08, 10:39
                Mam sporo pracy, więc i problemy ze śledzeniem wątku. Nie wiem, czy
                analizowałś orzeczenia, tym niemniej przyjmij parę uwag. Twoja
                sprawa opiera się głównie o art. 56 par 2 kodeksu rodzinnego. Norma
                w nim zawarta, skierowana do sądu, brzmi: "zakazane jest udzielić
                rozwodu, jeśli wskutek tego miałoby ucierpieć dobro twojego dziecka
                lub jeśli takie orzeczenie byłoby sprzeczne z z.w.s."
                Widzisz więc, jak bardzo ograniczone pole działania ma twoja
                sędzina. Może być nawet kochanką adwokata, "załatwiać" różne sprawy,
                ale i tak jest cholernie skrępowana w działaniu. Swobodna ocena
                dowodów, na którą się powołujesz, nie oznacza dowolności. Także to
                pole ocenne jest zawężone przez przyjęcie ewentualnego cierpienia
                twojego dziecka, dalsze zapadanie na zdrowiu, brak postępów w
                leczeniu itd. oraz przez wymienione z.w.s. Adwokat zdaje sobie z
                tego sprawę i wie, że nie wiele może. Natomiast ty możesz dużo.
                Wszystko jest w twoich rękach. Aby jeszcze mocniej ograniczyć pole
                działania sędziego, lub - ściślej - pole zaniechań jej i adwokata -
                musisz zrobić pewne rzeczy. Pamiętaj orzecznictwo SN jest po twojej
                strobnie, po stronie dobra twojego dziecka.
                Zawnioskuj o wezwanie na świadka swoja mamę, psychologa,
                terapeutę i wszystkich tych, którzy mogą poświadczyc pozytywny wpływ
                ojca na waszego syna,potwierdzić zbawienne dla syna rytuały, o
                których piszesz. Wezwij na przesłuchanie swojego męża, żeby odpytać
                go na okoliczności, czy i jak zachowuje się dziecko w jego
                obecności, cieszy się itd.. Ukierunkowuj odpowiednio przesłuchanie,
                aby ukazać właśnie te rytuały, radość, postępy potem w rehabilitacji.
                Wszystko musi zostać zaprotokołowane, a jeśli coś ucieknie,
                następnie wyślij pismo do sądu (poleconym) z podaniem tego,
                co "uciekło". w aktach musi zostać ślad. Prowadzę cię w kierunku
                wykazania ewent. winy. Nie uzyskasz jej, ale gdy mąż z adwokatem
                zostaną postawieni w narożniku, będą musieli zgodzić się na
                kompromis - to 1 000 zł., plus inne dla dziecka rzeczy. W
                przesłuchaniach uwydatniaj dobro dziecka, niepewność jutra,
                zagrożenie zdrowia itd.
                Adwokat idzie złą drogą. Gdyby faktycznie była druga opinia
                RODK, wystąp z wnioskiem o powołanie biegłych z Instytutu Ekspertyz
                Sądowych z Krakowa. To będzie decydujące.
                Rozgrywasz partię szachów. Zachowaj zimna krew, przygotuj
                krótkie pytania, wejdż, jeśli trzeba w zwarcie z adwokatem. Wykaż
                jego niekomptencję, zagubienie w aktach itd. Jeśli stwierdziłaś, że
                grasz o dobro dziecka, a ja tak uważam - to idż konsekwentnie. Dla
                niego. Są rzeczy stałe - dobro dziecka , uczciwość, miłość i innne
                wartości moralne. Nawet, gdyby cię dziecko opuściło, gdyby było
                kiedyś niewdzięczne - to i tak warto, bo jest pod twoja opieką.
                Trzymaj się.
                • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 03.12.08, 09:36
                  kasper254 napisał:

                  > Mam sporo pracy, więc i problemy ze śledzeniem wątku. Nie wiem, czy
                  > analizowałś orzeczenia, tym niemniej przyjmij parę uwag. Twoja
                  > sprawa opiera się głównie o art. 56 par 2 kodeksu rodzinnego. Norma
                  > w nim zawarta, skierowana do sądu, brzmi: "zakazane jest udzielić
                  > rozwodu, jeśli wskutek tego miałoby ucierpieć dobro twojego dziecka
                  > lub jeśli takie orzeczenie byłoby sprzeczne z z.w.s."

                  Orzeczenie ze sformułowaniem " zakazane jest" faktycznie znalazłam.

                  > Widzisz więc, jak bardzo ograniczone pole działania ma twoja
                  > sędzina. Może być nawet kochanką adwokata, "załatwiać" różne sprawy,
                  > ale i tak jest cholernie skrępowana w działaniu. Swobodna ocena
                  > dowodów, na którą się powołujesz, nie oznacza dowolności. Także to
                  > pole ocenne jest zawężone przez przyjęcie ewentualnego cierpienia
                  > twojego dziecka, dalsze zapadanie na zdrowiu, brak postępów w
                  > leczeniu itd. oraz przez wymienione z.w.s. Adwokat zdaje sobie z
                  > tego sprawę i wie, że nie wiele może.
                  Natomiast ty możesz dużo.
                  > Wszystko jest w twoich rękach. Aby jeszcze mocniej ograniczyć pole
                  > działania sędziego, lub - ściślej - pole zaniechań jej i adwokata -
                  > musisz zrobić pewne rzeczy. Pamiętaj orzecznictwo SN jest po twojej
                  > strobnie, po stronie dobra twojego dziecka.
                  > Zawnioskuj o wezwanie na świadka swoja mamę, psychologa,
                  > terapeutę i wszystkich tych, którzy mogą poświadczyc pozytywny wpływ
                  > ojca na waszego syna,potwierdzić zbawienne dla syna rytuały, o
                  > których piszesz.

                  na ile wiarygodna jest moja mama? Co do psychologa i innych, to jak mogą
                  potwierdzić ( bądź nie ) wpływ ojca na zdrowie dziecka, skoro tatuś nigdy nie
                  pojawił się na żadnym spotkaniu, ani razu nie był z synem na terapii. Sytuację
                  rodzinną znają ( o ile pamiętają, co mowię ) jedynie z moich opowieści.


                  Wezwij na przesłuchanie swojego męża, żeby odpytać
                  > go na okoliczności, czy i jak zachowuje się dziecko w jego
                  > obecności, cieszy się itd.. Ukierunkowuj odpowiednio przesłuchanie,
                  > aby ukazać właśnie te rytuały, radość, postępy potem w rehabilitacji.

                  A on powie, że wcale się nim nie zajmuje. Zresztą nie, moze i faktycznie powie,
                  żeby nie wyjść na potwora. Tylko tak ( bo się nie znam ) kiedy wnioskować o
                  takie przesłuchanie i na okoliczność czego? Rozumiem, że nastepna rozprawa
                  będzie albo koncem wszystkiego albo początkiem właściwej drogi rozwodowej: albo
                  sąd oddali wniosek ze względu na dobro dziecka albo stwierdzi, że dobro dziecka
                  nie ucierpi i przejdzie do meritum. Zatem powoływanie męża na świadka we własnej
                  sprawie wydaje mi się mijać z celem...


                  > Wszystko musi zostać zaprotokołowane, a jeśli coś ucieknie,
                  > następnie wyślij pismo do sądu (poleconym) z podaniem tego,
                  > co "uciekło". w aktach musi zostać ślad. Prowadzę cię w kierunku
                  > wykazania ewent. winy. Nie uzyskasz jej, ale gdy mąż z adwokatem
                  > zostaną postawieni w narożniku, będą musieli zgodzić się na
                  > kompromis - to 1 000 zł., plus inne dla dziecka rzeczy.

                  Mnie się wydaje, że niestety nie masz racji... Fakt, zdecydowałam, że rozwód
                  musi być z orzekaniem o winie. Wiem, wiem, że żadnych gwarancji wygranej nie
                  mam. Ale po dzisiejszej "wymianie zdań" jestem tak zła... Będę szła drogą
                  zaniedbywania rodziny, złego traktowania ( myślę, że jestem w stanie udowodnić
                  mu negatywny stosunek do mnie, jak jeszcze pracowałam w obecności mojej
                  współpracowniczki wyzywal mnie równo, zresztą ją też ) i nie dawania pieniędzy (
                  nie pracuję, ale nie z własnej woli i nie dla własnego " widzi mi się" , więc
                  "swoich " pieniędzy nie mam. Doszło do tego, że buty na zimę kupiła mi mama,
                  odkąd nie mam zasiłku nie jeżdżę z synem na płatną terapię - nie dla tego, że
                  męża nie stać tylko dlatego, że na nią nie chce dać, za to nowy telefon -
                  poprzedni, też nowy, za 1800 zł znudził się po 3 miesiącach - za 2400 zł jest.
                  70 zł na Integrację Sensoryczną nie ma, ale 340 zł za dobę w hotelu ( wypad
                  "wakacyjny " ) jest. Nie wiem, czy to dobra droga, ale jedyna. I oczywiście do
                  końce będę podkreślać krzywdę, jaką robi dziecku.

                  >W przesłuchaniach uwydatniaj dobro dziecka, niepewność jutra,
                  > zagrożenie zdrowia itd.

                  Wydaje mi się, ze tak robię od samego początku. zresztą to potwierdziła biegła.


                  > Adwokat idzie złą drogą. Gdyby faktycznie była druga opinia
                  > RODK, wystąp z wnioskiem o powołanie biegłych z Instytutu Ekspertyz
                  > Sądowych z Krakowa. To będzie decydujące.

                  Jedno jeszcze pytanie: a jaką drogą powinien pójść ten adwokat?


                  > Rozgrywasz partię szachów. Zachowaj zimna krew, przygotuj
                  > krótkie pytania, wejdż, jeśli trzeba w zwarcie z adwokatem. Wykaż
                  > jego niekomptencję, zagubienie w aktach itd.

                  To chyba już sama sędzina zauważyła ( w pozwie rozwodowym jest podana zła data
                  naszego ślubu, w innym piśmie adwokat powołuje się klika razy na stosunki
                  "dzieci" z ojcem - komentarz sędzi: tu akurat jest jedno dziecko. )

                  Jeśli stwierdziłaś, że
                  > grasz o dobro dziecka, a ja tak uważam - to idż konsekwentnie.

                  Nie, gram o zachowanie " wygodnego status quo" ;p


                  Dla
                  > niego. Są rzeczy stałe - dobro dziecka , uczciwość, miłość i innne
                  > wartości moralne. Nawet, gdyby cię dziecko opuściło, gdyby było
                  > kiedyś niewdzięczne - to i tak warto, bo jest pod twoja opieką.
                  > Trzymaj się.

                  Wiesz, ja przynajmniej na razie mam złe zdanie zarówno o moralności jak i o
                  miłości i odpowiedzialności... Kiedyś, miesiące temu, od "koleżanki" męża
                  usłyszałam, że jestem tak złą matką, że dziecko przeze mnie jest upośledzone i
                  ma autyzm ( widzę tu pewną niekonsekwencję, jak można mnie oskarżać o
                  spowodowanie czegoś, czego nie ma ) więc dziecko kiedyś mnie rzuci, wyprowadzi
                  się do tatusia a ja zostanę sama. nie przewiduję takiego rozwoju wypadków. Co
                  prawda, dziecko już teraz woli spędzać czas z tatą niż ze mną ( jeśli ma do
                  wyboru ) ale wynika to z tego, ze taty ma mało a ja jestem ciągle i tata nie
                  zmusza do powtarzania wierszyka i ćwiczenie głosek wink

                  IW jednym jeszcze masz rację : muszę nauczyć się mówić krotko i na temat a nie
                  od początku świata i z dygresjami. Do sądu mam karteczki z pytaniami czy
                  stwierdzeniami w punktach.

                  nie chcesz herbaty to proponuję kawę ;p

                  Pozdrawiam i dziękuję.
                  • kasper254 Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 05.12.08, 07:38
                    Dziękuje ci bardzo. Życie jest długie i nieprzewidywalne. Sądzę, że
                    możemy jeszcze kiedyś wypić i herbatę i kawę, chociaż kawę wolę, a
                    wręcz inaczej - uwielbiam; to mój jedyny "nałóg", gdyż nie palę
                    papierosów, nie piję alkoholu.
                    Co do sprawy. W komentowanym art.56 par 2 wyrażona norma ma
                    jeszcze mocniejszy charakter. Prawodawca krzyczy do
                    sędziego: "niedopuszczalne" to coś więcej niż "zakazane"; upomina,
                    przestrzega, wręcz grozi, gdyby ośmielił się dać rozwód w sytuacji
                    najmniejszych wątpliwości zagrożenia dobra dzieci.
                    Co do świadków, to mama jest tak samo wiarygodna jak i inni.
                    Potwierdzi np., jak wasze dziecko lubi wspólne chwile z ojcem, jak
                    potem jest radosne, ożywione, jak np. czuje się lepiej przez
                    następne godziny czy dni. To kwestia twoich pytań. Wszystkie one (do
                    niej) i innych swiadków, znajdą odzwierciedlenie w protokole. To ma
                    kolosalne znaczenie.
                    Co do męża. Twoje pytania ukażą go jako kogoś beztroskiego,
                    nieodpowiedzialnego, a przy tym mającego tak dobry wpływ na dziecko.
                    Wg mnie jest on złym człowiekiem, bo dobry nie opuści chorego
                    dziecka i dobrze opiekującej się nim, kochającej matki. To pokaż to
                    zło w protokole!
                    Pytasz, jaką drogą powinien iść adwokat? Ograniczyć się do
                    niezbędnego minimum umiejętnego przesłuchania świadków, w tym -
                    psychologów, a nie tworzyć możliwość powoływania superarbitra. Gdy
                    inna opinia bęzie inna od poprzedniej, sąd musi się zgodzić z twoim
                    wnioskiem o powołanie IES. Znam ten ośrodek - to solidna, wyjątkowa
                    jednostka. I tam - jestem tego pewien - wydadzą opinię pozytywną dla
                    ciebie i dziecka.
                    Wiem, że nie grasz (to mój pośpiech, szybka artykulacja myśli
                    itd.). Jesteś dzielnym, dobrym człowiekiem.
                    • jarkoni Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 06.12.08, 13:05
                      Agnieszko, zerkałem na Twój wątek już parę razy. Dziś przeczytałem całość dokładnie.
                      Cała Twoja sprawa mnie przerasta, nie ukrywam, i żadnej rady typu prawnego być
                      nie może.
                      Tylko jedno co przychodzi mi do głowy: SĄDY, czyli Pan Sędzia lub Pani Sędzina-
                      nie zawsze muszą być obiektywni i wydać sprawiedliwy wyrok. I nie są.Mimo, że z
                      zasady powinni, ale opierają się na danych , faktach po części, też na
                      przekonywujących adwokatach potrafiących manipulować tymiż faktami. Która strona
                      ma ich więcej i bardziej przekonujące, która ma bardziej szczwanego
                      adwokata-wygrywa.
                      Bo już czeka kolejna rozprawa dla sądu.
                      Przeżyłem - wiem.
                      Ale warto walczyć, taka rada poniewczasie(mówię o swoich doświadczeniach)
                      • agnieszkatk Re: Poddaję się, nie daję rady...przegrałam... 07.12.08, 10:22
                        Życie nauczyło mnie niewiary w instytucje państwowe. Zdaję sobie
                        sprawę z tego, że moja sprawa jest ważna tylko dla mnie, istotna,
                        warta zrozumienia i poświęcenia czasu. I wiem, że Sąd przychodzi do
                        sądu do pracy, a nie po to, żeby zagłębiać się w problemy innych
                        ludzi... Zresztą jaki "wynik" - wyrok nie będzie, wychodzę
                        przegrana.
                    • agnieszkatk kasper 07.12.08, 10:19
                      Masz pocztę na gazecie? Mogę napisać ?
    • mr.beef to nie może być prawda 07.12.08, 22:31
      Była dziś druga sprawa rozwodowa. O rozwod wniosł mąż. On ma
      adwokata, ja - nie , nie stać mnie. Dziś wypowiadali się biegli z
      Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno - Konsultacyjnego, którzy we
      wrzesniu badali mnie, męza i Kubusia. Orzekli oni, że rozwod nie
      jest możliwy ze względu na dobro dziecka. Pogorszy bowiem jesgo
      sytuację ekonomiczną, uczuciową, warunki opiekuncze i może skutkować
      zaburzeniami rozwoju.

      jaki dobrem kieruje się sąd? czekam na rozwód, nie mieszkamy razem, więc co szkodzi aby dać nam rozwód? nie rozumiem postępowania sądu w twoim przypadku...
      --
      Asia, mama dwóch kochanych brzdąców
      • agnieszkatk Re: to nie może być prawda 08.12.08, 13:33
        Po pierwsze: to jest prawda.
        Po drugie: mieszkamy razem.
        Po trzecie: nie rozumiem, czego nie rozumiesz.
        • kasper254 Re: to nie może być prawda 10.12.08, 11:22
          Co się dzieje? W czym mogę pomóc? Moje konto: kaspe254@gazeta.pl
Pełna wersja