czy to naprawde moja wina?

10.07.09, 09:27
Witam jestem tu nowa ,jak nie trudno zgadnac jestem tu z jednego
powodu..wkrtotce czeka mnie rozwod..problem w tym ze ja tak naprawde
go nie chce..kocham meza ,mamy dzieci...
ale zaczne od popczatku...
maz zlozyl sprawe o rozwod..dlaczego?no wlasnie powiedzial ze ma
dosc moich humorow ,ze od zawsze bylo miedzy nami zle i on juz nie
chce tego naprawiac...ale czy tylko ja widze ze bylo inaczej?
pomozcie mi to ocenic..
przez pierwsze 5 lat malzenstwa bylo super..mielismy troche
probl;emow glownie finansowych ale kto ich nie ma..maz mial dobra
prace ja wychowywalam dzieci..jakies 3 lata temu maz zmienil
prace ,praca byl;a strasznie stresujaca co odbijalo sie na nim a
jego zachowanie na nas..chodzil ciagle zly,naburmuszony,ciagle
wybywal z domu..staralam sie mu pomoc jak moglam..stwirdzilam ze
skoro mu w pracy tal zle to niech szuka innej,siedzialam i szukalam
ofert pracy...troche to jednak trwalo ale znalazl dobra dobrze
platna ,prace...nasze zycie seksulane w czasie tych problemow nie
istanialo co zreszta mi zarzucil ze nie okazywalam mu zbyt wiele
czulosci..ale jak mozna okazywac czulosc komus kto ciagle jest na
ciebie zly..zrestza czy okazywanie uczucia dla mezczyzn sprowadza
sie tylko do jednego..dla mnie to nie tylko seks,.to drobne rzcezy
na ktore sklada sie zycie..to to ze dbasz o druga osobe,martwisz sie
o nia ,pomagasz w rozwiazywaniu problemow..itd,on jesnak uwaza
inaczej..owszem mialam czasmi humory jak to on nazwal..ale ja tez
nie jestem z kamienia..bylam ciagle zaniedbywana,nigdy nie liczyl
sie z moim zdaniem,podejmowal decyzje beze mnie ktore okazywaly sie
nitrafione i tak w kolko...jak tu wiec byc ciagle milym i
usmiechnietym...ale problem w tym ze wydaje mi sie ze gdyby udalo
nam sie podjsc rzeczowo do pewnych sprawac ,gdyby on zrozumil swoje
bledy ichcial poromawiac moze udaloby sie cos uratowac..ale on mowi
ze to moja wina i nie chce juz niczego ratowac..co o tym myslicie?
    • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 09:39
      Taaa... Kolejny, biedny misio smile
      I kolejna 'kochająca za bardzo' kobieta.
      Ty mu szukałaś pracy??? To on sam czytać biedny nie umie? Oczywiście
      ironizuję. A tak naprawdę to przez to samo przechodziłam.
      Najlepsza rzecz jaką teraz możesz zrobić to skupić się na
      uszczęsliwianiu siebie a nie męża i np. poszukać SOBIE dobrej pracy.

      A skoro misio taki biedny a Ty wszystkiemu winna to tak mi coś
      śmierdzi inną kobietą w jego życiu.
      Niestety, ale faceci w swoim zachowaniu gdy w grę wchodzi inna
      kobieta są niemal identyczni.
      I najważniejsze - nie daj się wbić w poczucie winy.
      • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 09:43
        Tak wyobraz sobie ze ja mu szukalam pracy i to ja mu ja znalazlam..
        masz racje nie powinnam sie wpedzic w poczucie winy ale jak tu tego
        nie robic skoro ktos ci mowi ze wina lezy po twojej stronie to
        zaczynasz sie zastanawiac ze moze jednak zrobilas cos nie tak..
        masz racje moze to ze bylam dla niego zbyt wyrozumiala ,sprawilo ze
        niczego nie docenial..juz sama nie wiem
        • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 09:49
          Byłaś za dobra. To Twoja jedyna wina.
          Wyciągnij z tego dla siebie wnioski na przyszłość by nigdy więcej
          takiego błędu nie popełnić.

          Na to by nie wpędzić się w poczucie winy jest tylko jeden sposób -
          absolutna blokada na wszystko co on mówi. Tak jakbyś nie słyszała -
          jednym uchem wpada, drugim wypada smile
          Wybacz, ale facet któremu żona szuka pracy to skończony palant jest
          i jako takiego jego zdanie na Twój temat nie powinno mieć dla Ciebie
          żadnego znaczenia. Niech sobie gada do woli. Niech się pluje i za
          własne problemy obwinia Ciebie i kogo tylko chce, ale Ty tego nie
          bierz do siebie.
          • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 09:55
            wiem ze masz racje al i ta trudno tak poprostu sie wylaczyc..
            wiesz problem tez w tym ze gdy dzieci byly mniejsze to ja nie
            pracowalam..zreszta nie bylo jak i on tez tego nie chcial..potem gdy
            poszly do przedszkola zalapalam sie na 3 lata na umowe na
            zastepstwo..w tym czasie pomagala mi ciocia ..nietety miala wylew i
            teraz zupelnie nie ma mi kto pomoc..a on zarzuca mi ze nie poszlam
            do pracy ,uwierz chetnie bym to zrobila ale co z dzecmi..szkola jest
            czynna do 16 a co potem..o ile znajde prace w tych godzinach ,a
            jesli nie...jego praca polega na ciaglych wyjazdach wiec nie mam co
            na niego liczyc..nie wiem juz co robic ,naprawde jestem w dolku..
            • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 10:20
              Luiza, ja mam troje dzieci i nikt nigdy w ich wychowywaniu mi nie
              pomagał. Nawet dziadkowie.
              Zawsze znajdzie się jakiś sposób, trzeba tylko chcieć i trochę
              pomyśleć.
              Zresztą teraz już nawet nie masz innego wyjścia. Za chwilę się
              rozwodzisz i zostaniesz sama z dziećmi. W 100% odpowiedzialna za
              siebie i za dzieci. I im szybciej to zrozumiesz tym lepiej dla
              Ciebie.
              • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 10:32
                Mola ale jak sobie poradzilas?w jakim wieku masz dzieci..moja 1
                pojdzie do 1 klasy drugie do 3...
                • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 10:47
                  Moje dzieci teraz już są duże (syn 17 lat, córy 15 i 12), ale gdy
                  były małe też ze strony męża nie miałam zbyt dużej pomocy przy tzw.
                  logistyce związnej z wychowaniem dzieci.
                  A jak sobie radziłam? Oj, to temat na bardzo długą rozmowę smile W
                  każdym razie nie stosowałam stereotypowych rozwiązań, tylko swoje
                  własne autorskie wink Np. poszłam do pracy a dziećmi zajmowała się
                  opiekunka. Przez pierwszy rok pracy całą pensję oddawałam opiekunce,
                  ale pracowałam bo wiedziałam, że zawsze tak nie będzie. Pracowałam
                  na swoją niezalezność smile
                  • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:13
                    opiekunka ..nie wiem nigdy nie wyobrazalam sobie ze moglabym
                    powierzyc opieke obcej osobie...ale moze nie bede miala wyjsciacrying
                    • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:34
                      Grunt to znaleźć dobrą opiekunkę, czyli taką, którą dzieci polubią i
                      która będzie lubiła Twoje dzieci.
                      Twoje dzieci są już duże, więc krzywdy nie dadzą sobie zrobić.
                      Może jakaś sąsiadka na emeryturze, ale jeszcze żwawa?
                      Ja tak właśnie znalazłam. Kochana kobieta. Nie zajmuje się moimi
                      dziećmi już kilka lat a one cały czas o niej pamiętają i z kwiatkiem
                      na imieniny obowiązkowo do niej chadzają do dzisiaj smile
                      • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:44
                        Fajnie ze tak ci sie udalo..ja nie mam takich sasiadek..wlasciwie
                        nawet moich sasiadow dobrze nie znam..mieszkam tutaj jakies 4
                        lata..ale mieszkaja tu same osoby w wieku mojej mamy wiec,z nikim
                        nie nawiazalalm blizszych kontaktow..niektorych sasiadow nie znam
                        nawet z widzenia ,wiec takie rozwiazanie nie wchodzi w gre..
                        moze jakaks opiekunka..nie wiem sama ,bede musiaala o tym
                        pomyslec...zobaczymy...ale i tak strach mnie nie opuszcza...boje sie
                        czy znajde prace...nie mam doswiadczenia dlugo nie pracowalam a
                        takich na rynku pracy nie potrzebuja..kiedys studiowalam ale
                        przerwalam studia jak dzieci byly male ,teraz zaluje ale juz nie ma
                        odwrotu..crying
                        • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:50
                          Jakaś praca zawsze się znajdzie. Skoro znalazłaś mężowi to
                          znajdziesz też sobie smile
                          A jak znajdziesz pracę to na studia zawsze możesz wrócić. To jeszcze
                          nic straconego.
                          Jeśli chodzi o opiekunkę to może zacznij po prostu obserwować
                          sąsiadki czy któraś już nie opiekuje się jakimś dzieckiem. Ja też
                          swoich sąsiadów nie znałam tylko właśnie zaobserwowałam tą panią,
                          gdy zajmowała się innym dzieckiem.
                          Zacznij obserwować i pytać.
                          To normalne, że się boisz, ale nie pozwól by ten strach Cię
                          sparaliżował.
                          • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:58
                            Nie jesli chodzo studia to sparwa starcona..na kirunku na ktorym
                            sdudiowalam nie ma studiow zaocznych..kiedy byly ale teraz
                            zlikwodawali ze wzgledu ze nie bylo chetnych..a na dzienne jestem za
                            stara ..jelsi chodzi o sasiadki to sa to raczej kobiety
                            pracujace,jest kilka struszek ale juz bardzo starych ,niktore wcale
                            nie wychodza z domu...takzle lipa..jesli chodzi o prace meza to mu
                            znalazlam bo to nie bylo trudne ona ma dobry fach w reku ,ciagle sie
                            rozwija i tak naprawde to byla tylko kwestia czasu...a ja nie mam
                            ani doswiadczenia ani wyksztalcenia...sad
                            • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:05
                              Luiza, ja to mam wrażenie, że Ty się zafiksowałaś na 'nie'.
                              Dziewczyno, przeczytaj cały wątek od początku i wszystkie swoje
                              wypowiedzi, ale czytając pomyśl sobie, że luiz-a15 to jakaś obca
                              kobieta, której nie znasz. Może gdy sama na siebie spojrzysz z boku
                              to zauważysz, że niemiłosiernie narzekasz i sama sobie tworzysz
                              problemy. A na to lekarstwa nie ma. Dopóki sama tego nie zrozumiesz,
                              choćbysmy dwoili i troili się na tym forum nie będziemy w stanie Ci
                              pomóc.

                              P.S.
                              Na studia nigdy nie jest za późno i wcale nie musisz studiować tego
                              samego kierunku, który kiedyś zaczęłaś.
                              • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:07
                                Wiesz ze spodziewalam sie ze cos takiego napiszesz..naprwde bo sama
                                wiem ze tak jest ...masz calkowita racje..a moze poprostu boje sie
                                stawic czola problemom i dlatego szukam wymowek...masz calkowita
                                raceje...ale nie da sie tego tak na pstrykniecie palcem odwrocic i
                                sposobu myslenia i pomyslu na zycie..
                                • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:09
                                  Moz e za czas jakis pojawie sie na tym forum i powiem ze jednak
                                  dalam rade..ale jeszcze nie teraz..teraz wydaje mi sie ze sobie nie
                                  poradzecrying
                                  • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:43
                                    Luiza, poradzisz sobie na pewno. I jak dla mnie na 100% kiedyś
                                    wejdziesz na to forum i napiszesz 'Jest fajnie, ze wszystkim sobie
                                    poradziłam. Jestem szczęśliwa.'
                                    Na pewno tak będzie bo taka jest kolej rzeczy.
                                    • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:46
                                      moze tak tylko kiedy to bedzie?cryingdziekuje jednak za wsparcie ...milo
                                      pogadac z kims kto wie co mowiwinkpozdrawiam
                                • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:53
                                  wiesz tylko ja musze pozegnac sie nie tylkoz czlowiekiem..mielismy
                                  jeszcze do niedawna wspolne plany ,w kocu wychodzlismy na prosta
                                  chcialismy kupic wieksze mieszkanie na ktore tyle lat czekalam ,i
                                  teraz musze sie z tym pozegnac..a to nie jest latwe..ale wiem ze
                                  moje problemy sa pewnie niczym z problemami innych dlatego postaram
                                  sie juz tak nad soba nie uzalacwink
                                  • mola1971 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 13:21
                                    Luiza, każdy/a z nas na tym forum musiał się z takimi właśnie
                                    planami pożegnać smile
                                    I to jest trudniejsze niż pożegnanie z tą drugą osobą. Bo trzeba
                                    najpierw przed samym sobą przyznać się do porażki. Bo rozwód sam
                                    sobie jest życiową porażką. Ale... jest też początkiem drogi do
                                    nowego, bardzo często lepszego życia. I tego się trzymaj smile
                                    • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 13:32
                                      mam nadzieje ze masz racje.smile
                        • morekac Re: czy to naprawde moja wina? 14.07.09, 15:15
                          za czarno widzisz... dzieci ze szkoły może odbierać sąsiadka, rodzic
                          kolegów/koleżanek, kartkę możesz na kościele powiesić, że opiekunki
                          szukasz. Poza tym tata może odbierać dzieci.
          • postolek mola1971 10.07.09, 10:11
            dziękuję Ci Mola1971 za słowa: <<Wybacz, ale facet któremu żona
            szuka pracy to skończony palant jest >>
            Otworzyłaś mi oczy smile.
            Ja też szukałam swojemu ,,biednemu misiowi" pracy i nie myślałam, że
            to źle świadczy o facecie. Fakt, jakoś nie wyobrażam sobie tego w
            odwrotną stronę tzn.: on szuka dla mnie....Czułabym się wtedy, jak
            ostatnia pierdoła.
            Powiem Wam dziewczyny na pocieszenie, że mój ,,biedny misio" nawet
            mi zrobił awanturę, że dzwonią do niego w sprawie pracy w
            niestosownym momencie!!! A wiedział przecież, że szukam mu czegoś
            lżejszego, bliżej domu i za lepsze pieniądze.
            • mola1971 Re: mola1971 10.07.09, 10:27
              Mi też kiedyś ktoś otworzył oczy smile
              Pod koniec mojego małżeństwa mój mąż stracił pracę (przez własną
              zresztą głupotę) i wtedy ja rozmawiając z kimś powiedziałam, że MAM
              problem bo mój mąż stracił pracę. Na co ten ktoś powiedział do mnie -
              'No jak to TY masz problem? Przecież to on stracił pracę i to jest
              JEGO problem a nie twój'. I to mi otworzyło oczy smile
              Wprawdzie potem miałam jeszcze pomysły by mu szukać pracy, ale
              właśnie dzięki innym ludziom zrozumiałam, że to droga donikąd. A
              misio zamiast szukać pracy spokojnie siedział sobie w Necie na
              stronach dla dorosłych, grał w siecie a portale związane z
              poszukiwaniem pracy omijał szerokim łukiem smile No i któregoś dnia
              twardo postawiłam granicę i misio nie mógł tego znieść. Nie mógł
              znieść tego, że baba mu się zepsuła i zaczęła wymagać by wreszcie
              dorósł, więc strzelił focha i wziął i się wyprowadził z domu smile
              • postolek Re: mola1971 10.07.09, 16:01
                no mój też stracił pracę i całymi dniami siedział na sex czatach,
                pozakładał kilkanaście profilki na portalach erotycznych a na
                dodatek moije intymnie zdjęcia umieściła na hard porno sad(( W noc
                porzed naszym ślubem siedział na portalu i wymienial się fotkami i
                numerem telefonu z jakąś panną.
                Od roku się rozwodzę. Dobrze, że są w naszym otoczeniu potrafiące
                czasem popatrzeć na naszą sytuację z boku i powiedzieć coś mądrego,
                z czego mu potrafimy wyciągnąć wnioski smile
                Dziękuję!
      • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 13.07.09, 11:05
    • kicia031 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 10:15
      Stawiam dolary przeciwko orzechom, ze nosisz poroze. zakrzatnij sie,
      by sie dowiedziec, czy cie nie zdradza, bedziesz miala argument
      przetargowy w reku.
      • dorata351 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 10:32
        Ja też jestem przekonana, że za tym stoi inna pani. Wygląda na to,
        że oni tacy biedni, niewinni, pokrzywdzeni przez te złe żony, a tak
        naprawdę zabawiają się na boku. Najlepsze jest to, zer nawt jak sie
        takiego gagatka złapie na innej pani to on bedzie temu zaprzeczał.
        Panowie gdzie wasza męskość, poczucie honoru i odwaga. Nie daj się
        wciągnąć w poczucie winy. Jakąś tam winę ponosi każdy, ale nad
        wszystkim mozna popracować jeśli tylko są chęci po obu stronach.
        • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 10:36
          wiecie co ..jesli chodzi o inna kobiete to nie wydaje mi sie zeby
          byla..jestem tego raczej pewna..dlaczego zbyt duzo by tluimaczyc...
          ale macie w jednym racje w calym tym malzenstwie zatraqcilam gdzies
          siebie myslac ciagle o jego problemach ,humorach itd...zaniedbalam
          sie ach co to duzo gadac pewnie wiecie to same..ale tak trudno
          rozpoczac nowy etap..boje sioe i samotnosci i problemow ktore sie
          pojawia..uzaleznil mnie od siebie i ciezko mi bedzie teraz to
          dowrocic..ale dziekuje wszystkim za dobre rady..
          • dorata351 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:04
            A kto się w takiej sytuacji nie boi, chyba tylko głupiec jaikiś. Ja
            tez jestem przerażona, ale takie jest życie, trzeba iść do przodu i
            nie rozpamietywać, zacząć życ dla siebie, a nie na złość jemu.
            • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:11
              Ja to wszystko wiem i rozumiem...ale uczucia trudno oszukac..
              boje sie tego jak to powiedziec znajomym ,rodzinie ,dzieciom..boje
              sie czy znajde prace,jak poradze sobie sama z obowiazkami i z
              monoistwem innych problemow..boje sie w koncu samotnosci..i to nie
              tylko tej z braku mezczyzny tylko czy nadal bede potrafila spotykac
              sie ze znajomymi ktorzy zyja w szczesliwych zwiazkach..
              zreszta wszystkiego nie da sie wypisac czego jeszcze sie boje..nie
              jestem osoba p[rzbojowa..jestem raczej skryta i trudno mis ei przed
              kims otworzyc..zawsze raczej sama radzilam sobie z problemiami
              dlatego nikt z moich bliskich nie wie ze cos jest nie tak,..zreszta
              nie chcialam ich martwic..a teraz bede musiala stawic temu
              czola..tylko jak to zrobic..?
              • ani.chybi Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 21:43
                Skutecznie niweluje lęki wyjście im naprzeciw. Boisz się powiedzieć,
                więc jak najszybciej powiedz, itd.
                • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 11.07.09, 09:08
                  w koncu i tak bede musiala..ale jak narazie wole odsunac to w
                  czasiewink
          • barbasia01 jesteś pewna? 10.07.09, 13:16
            Ja tez byłam, a facet już się z nią pokazuje, zaledwie miesiąc temu
            się wyprowadził, nie było zadnych dla mnie podstaw by mu nie
            wierzyć, prawie zadnych. Wmawia Ci wine, bo jego panienka pokazuje
            mu jaka ty byłas niedobra zona, i wierzysz mu we wszyskim, no bo jak
            przeciez on jest niewinny. dopiero jak się wyprowadzi i zaczniesz
            zyc bez niego otworzysz szeroko oczy. u mnie tak bylo.
            • luiz-a15 Re: jesteś pewna? 10.07.09, 13:20
              wiesz co pewnosci miec nigdy nie mozna...ale zalozmy ze nie ma
              nikogo..bo zwalanie winy na jakas domniemana kobiete ktora moze jest
              a moze nie ma chyba nie ma sensu..wiec jak zaqkladam ze jej nie ma...
              • tricolour Drobna korekta... 10.07.09, 13:22
                ... jeśli ma kobietę, to winy nie można zwalać na kobietę tylko na
                faceta, który ma kochankę.
                • luiz-a15 Re: Drobna korekta... 10.07.09, 13:29
                  tak tak zgadzam sie z tym..ale brbasia napisala ze "ona" mu wmawia
                  jaka to ja jestesm zla zona...dlatego napisalam o zwalaniu winy na
                  nia..
                  • tricolour Barbasia tego nie słyszała... 10.07.09, 13:34
                    ... a nawet gdyby słyszała, to ta kobieta (o ile istnieje) może
                    robić, co chce. Nie wiążą jej żadne śluby i przysięgi z Tobą. Może
                    nawet nie wiedzieć o Twoim istnieniu lub być okłamana przez Twojego
                    męża, żeś zołza i trzeba wiać.

                    Jeśli jest jakaś kobieta, to winę ponosi Twój mąż związany slubem z
                    Tobą.
                    • luiz-a15 Re: Barbasia tego nie słyszała... 10.07.09, 13:39
                      Masz racje ale chodzi mi o to ze bez sensy jest zakladanie ze to
                      wina jakies kobiety o ktorej naewet nie wiemy ze istnieje.ale nie
                      rozwazamy na tym watku tego czy winny jest maj maz bo ma
                      kobiete ..ja zakladam ze nie i niech tak bedzie..raczej staram sie
                      zroumiec czy moje postepowanie moglo byc przyczyna rozpadu naszego
                      zwiazku..
                      • tricolour A owszem, owszem... 10.07.09, 13:42
                        ..."staralam sie mu pomoc jak moglam..stwirdzilam ze skoro mu w
                        pracy tal zle to niech szuka innej,siedzialam i szukalam ofert
                        pracy" - na przykład takim zachowaniem zdegradowałas się z roli
                        partnera do roli służącej i intendentki.
                        • luiz-a15 Re: A owszem, owszem... 10.07.09, 13:44
                          wlasnie zastanawiam sie czy tak nie bylo...pewnie masz racje..ale z
                          drugiej strony czy to zle ze gdy sie kocha chce sie pomoc gdy jest
                          problem..nie mowie ze on pracy nie szukal bo szukal..jednak mial
                          malo czasu bo siedzial caly dzien w pracy ..wiec staralm sie
                          poprostu mu pomoc..
        • chalsia Re: czy to naprawde moja wina? 11.07.09, 01:35
          > naprawdę zabawiają się na boku. Najlepsze jest to, zer nawt jak sie
          > takiego gagatka złapie na innej pani to on bedzie temu zaprzeczał.

          Klasyka tchórzostwa.
          He he, przypomniało mi się - kiedys (w samej końcówce związku, dziecko miało ze
          3-4 miesiace) znalazłam u eksa prezerwatywy (nie nasze) to usłyszałam, że
          wszystko zepsułam (no fakt ;-D ) i że wszystko to moja wina, a także, że on
          absolutnie nikogo nie ma na boku.
          • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 11.07.09, 09:10
            chalsia napisała:

            > > naprawdę zabawiają się na boku. Najlepsze jest to, zer nawt jak
            sie
            > > takiego gagatka złapie na innej pani to on bedzie temu
            zaprzeczał.
            >
            >Tak zawsze moze powiedziec ze bylo ciemno i ze myslal ze to tysmile
    • plujeczka Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:14
      pewnie ,ze twoja wina bo po 1-wybrałąś sobie takiego faceta a nie innego
      po 2 bo z nim dzieci a nie powinnaś fundować takiego ojca----pocieszę Cię
      ja niestety też byłam "taka madra" jak ty--teraz pora abyś pomysłała o
      sobie i dzieciach płacza nad" rozlanym mlekiem" nic nie pomoże i prosze
      nie obwiniaj sie nawet gdybyś codziennie "gnała" do magla wyprasowac Panu
      skarpetki, nawet gdybyś gotowała wyszukane potrawy i podstawiała pod nos
      to i tak...byłabyś winna.Dlatego też miej w nosie wine i zyj tak jak
      lubisz i jak chcesz dyktando meżusia się kończy.Pewnie ,że ssamodzielnośc
      na wszystkich płaszczyznach jest trudna ale nikt nie mówił ,mże bedzie
      lekko.I wiecej woary w siebie na mój gust nic Ci "nie dolega"
      • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 11:18
        czesc plujeczko..spodobal misie twoj tekst o skarpetkach...usmialam
        siesmileale o tym jezscze nie pomyslalam ,kurcze ale moze jeszcze tego
        dla niego nie zrobilam i w tym problemsmile?
        a tak powaznie ,zaczac zyc na wlasny rachunek...to poczatek nowej
        drogi...na pewno nie latwej..czasami mysle sobie ze dobzre ze to
        stalo sie teraz mam dopiero 33 lata nie jestem chyba jeszcze za stara
        na szukanie pracy...bo co by bylo gdyby do tego doszlo gdybym miala
        z 50 lat..w takim wieku szanse na znalezienie pracy sa bliskie zeru..
        moze wiec to jakis plus tej sytuacji...ale z drugiej strony dzieci
        bylyby juz odchowane...no sama nie wiem co lepsze..
        • plujeczka Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:12
          teraz odkryj ę przed Tobą Amerykę...dzieci rosną i nawet się nie obejrzysz
          jak będziesz szykowała 18 urodziny.Pewnie każdy by chciał mieć
          normalna,kochajacą się rodzinę ale....nie zawsze się to udaje ,jak sama
          widzisz jest nas tysiące na tym forum a o ilu jeszcze nie wiemy.Pogłaszcze
          Cię po główce i powiem dobra byłaś i kochana dziewczyna a teraz pora
          mysleć EGOISTYCZNIE o sobie i o dzieciach oczywiście i do
          dzieła...wyprzedź go w dziłaniach to da ci lepszą pozycję w sądzie.
          • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 10.07.09, 12:16
            wiesz co plujeczko ale w sadzie ja nawet walczyc nie musze..on
            zagwarantowal nam w pozwie ze bedzie oplacal nam mieszkanie ,placil
            alimenty ,i zapewni nam bezpieczenstwo finansowe..bedzie tez w miare
            mozliwosci spotykal sie z dziecmi..wiem ze dotrzyma slowa...ale ja
            tez wiem ze musze sie od niego uniezaleznic zeby zaczac od nowa
            zyc...wiem to ale zupelnie nie wiem jak sie do tego zabrac..
            • tricolour No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 13:14
              ... to nic z tego nie wynika.

              Gwarancja jest wtedy gdy jest wyraźnie napisane co będzie, gdy
              przestanie opłacać mieszkanie i zapewniać bezpieczeństwo finansowe.
              O alimentach nie ma co gadać, bo na nie są przepisy, a za
              niepłacenie grozi nawet kryminał.

              Co będzie gdy przestanie opłacać mieszkanie i zapewniać
              bezpieczeństwo finansowe, gdy cały cięża utrzymania spadnie na
              Ciebie? Teraz - w obliczu procesu - można obiecać wszystko tym
              bardziej, że obietnica nie ma znaczenia.
              • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 13:16
                wiem to i dlatego wiem ze musze sie usamodzielnic i uniezaleznic od
                niego...na pewno nie bede czekala z zalozonymi rekoma czy bedzie
                dotrzymywal obietnicy czynie..
                • adela38 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 14:11
                  Jak ci to zagwarantowal to nie bedzie mu problemem wziecie winy na siebie w
                  sadzie i poproszenie sadu by to co ci zagwarantowal znalazlo sie jako orzeczenie
                  o alimentach na ciebie(!) i dzieci.
                  I wtedy mozecie sie rozwiesc na jednej sprawie i nie drzec kotow, co bedzie z
                  korzyscia dla was obu i dla dzieci.Jednoczesnie taki rozwod pozwoli jemu
                  zauwazyc, ze masz klase i nie dasz sie dolowac.Jesli go nadal bedziesz kochac
                  byc moze on jeszcze to z czasem doceni i byc moze zechce powrotu...
                  Z tego co opisals pierwsze co mi przyszlo na mysl, to to, ze jest jakas druga.
                  Ale nawet jesli, to jesli go kochasz to zachowaj klase, z klasa wydoj go tak by
                  owa druga nie czula sie komfortowo i dbaj by nie zniknal z zycia dzieci.Wierz
                  mi, ze tej drugiej nie bedzie fajnie gdy on bedzie duzo z dziecmi i bedzie
                  ciebie znaczaco finansowal...Zaczna sie stresy, prewtensje, klotnie i szybko
                  okaze sie ze ten drugi trawnik nie jest zielenszy, a moze nawet czaja sie w nim
                  osty i pokrzywy..
                  Teraz masz okazje go wydoic, bo najwyrazniej on chce ie ykupic na wolnosc, wiec
                  kuj zelazo puki gorace.Jazdy w sadzie moga spowodowac tylko ze on zacznie lepiej
                  liczyc, a zlosc i nienawisc bedzie ranic ciebie i dzieci najwiecej, zas on tylko
                  sie utwierdzi ze ma racje zostawiajac ciebie...
                  • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 14:25
                    nie zamierzam drzec kotow w sadzie,,,..chce miec to juz za soba..
                    naprawde mam powody zeby twierzdic ze nie ma zadnej drugiej ale nie
                    chce o tym piosac bo musialabyum podac zbyt wiele szczeglowo z
                    zycia..a wole pozostac anonimowa...zoabzcymy co bedzie jak dojedzie
                    do rozprawy..
                    • haalszka Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 17:52
                      dobrze ze myslisz o tym co moze byc w sadzie.....
                      i oby twoj maz okazal sie slownym czlowiekiem, bo jesli nie to cala milosc o
                      ktorej teraz piszesz przejdzie ci w oka mngneniu......
                      Niestety ale tak bywa i powiem ci ze prawda jest przyslowie ze od milosci do
                      nienawisci jest tylko krok.
                      Pamietaj zadbaj o swoje i dzieci finansowe bezpieczenstwo, to co mozesz
                      wywalczyc przy okazji rozwodu nigdy juz nie bedzie porownuwalne z niczym.
                      Teraz to ty jestes ofiara pozniej juz strona...
                      Idz do adwokata chociaz po porade co dalej robic jak postepowac...
                      Bardzo sie zapierasz ze on nikogo nie ma, ale nic nie bedzie cie kosztowalo
                      sprawdzenie tego, aby pozniej w razie walki w sadzie miec konkretny argument.
                      Zadbaj o to bo tym samym dbasz o siebie i dzieci.
                      I nie patrz na niego juz jak na meza a czlowieka obcego to ulatwi ci podjecie
                      walki gdy okolicznosci beda tego wymagaly.
                      Pewnie czujesz ze twoj swiat runal i ziemia sie rozstapila, dlatego tymabrdziej
                      zadbaj o swoje interesy.
                      wiem ze brzmi to strasznie ale lepiej dmuchac na zimno....... moze sie okazac w
                      trakcie procesu ze to np ty mialas kochanka i tuzin swiadkow bedzie to
                      przysiegac przed sadem.....
                      • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:12
                        Powiem tak i moze to zabrzmi dziwnie my nadal mieszkamy ze soba bo
                        narazie nie ma innego wyjscia ,normalnie ze soba rozmawiamy
                        spedzamy razem czas ,teraz ma urlop wiec cale dnie siedzi w domu
                        albo nas gdzies zabiera..wiem ze to dziwne i dla mnie tym bardziej i
                        tym bardziej jestesm zagubiona...czasami mam wrazenie ze on chce
                        tego rozwodu ale mysli ze bedzie tak jak jest ale z taka roznica ze
                        ja nic nie bede od niego wymagala...dziwne to wszystko i poplatane..
                        sama nic z tego nie rozumim..ale jakby nie patrzec to papiery sa juz
                        w sadzie i nie ma odwrotu..glupia sytuacja prawda?mysle ze gdyby
                        mial kochanke to mialby teraz mnostwo czasu zeby z nia spedzac a on
                        nic tylko dom ,ewentualnie jakis wypadzik za miasto...
                        • zmeczona100 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:30
                          luiz-a15 napisała:

                          > czasami mam wrazenie ze on chce
                          > tego rozwodu ale mysli ze bedzie tak jak jest ale z taka roznica ze
                          > ja nic nie bede od niego wymagala...

                          No i tu trafiłaś w 10! Przecież Ty nie masz pracy,więc nigdzie się
                          nie wyprowadzisz. A on bedzie Ci płacił alimenty i traktował Cie jak
                          tanią siłę roboczą (w brudzie siedzieć nie bedziesz, bo masz małe
                          dzieci, obiad ugotujesz, bo dzieci jeść muszą itp.). Wcale by mnie
                          nie zdziwiło, gdyby z czasem przyprowadzał sobie do mieszkania tę
                          kobietę...

                          dziwne to wszystko i poplatane..
                          > mysle ze gdyby
                          > mial kochanke to mialby teraz mnostwo czasu zeby z nia spedzac a on
                          > nic tylko dom ,ewentualnie jakis wypadzik za miasto...

                          Może kochanka ma męża, dzieci i jest z nimi na urlopie?
                          Słuchaj, faceci z natury są zbyt leniwi, by bez powodu (tj. innej
                          kobiety) składac pozew o rozwód i narażać się na wysiłek w
                          organizowaniu sobie samodzielnego zycia.
                          Ja też jeszcze rok temu dałabym sobie rękę obciąć, że mój prawie ex
                          nie ma nikogo na boku (bo taki zapracowany, tylko na pracy skupiony)
                          mimo, że pół roku wczesniej przyłapałam go na odwiedzaniu portali
                          randkowych (a od kiedy tam zaglądał, to pojęcia nie mam...)


                          • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:38
                            nigdy nie mow nigdy jak to mowia i ja tez nie powiem ale nawet jesli
                            jest jakaks kobieta to raczej do domu jej nie przyprowadzi chociaz
                            ze wzgledu na dzieci...nie wydaje mi sie jednak zeby tak
                            bylo...wiecie on cale zycie spelnial swoje zachcianki wszystkie cuda
                            tevhniki nie wazne czy nas na to stac bylo czy nie ,ile ja sie
                            nagadalam on nie rozumial ze sa perwne priorytety finanasowe rowniez
                            i mysle ze mozliwe zo o to mu chodzi zeby mogl spelniac je nadal ale
                            juz bez mojego marudzenia ...naprawde mama podstway zeby tak sadzic..
                            • zmeczona100 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:40
                              Tak też może być. W końcu "pracuje, więc sobie moze pozwolic".
                              Mężczyźni dojrzewają do 3.r..z- potem tylko rosną.
                              • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:41
                                kurcze to lipa bo moj juz po 30-stce jest wiec juz nie dojrzejesad
                                w takim razie nie mam co sie juz ludzic ze cos sie zmienisad
                                • zmeczona100 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:44
                                  Przepraszam, ale niby dlaczego i z jakiego powodu miałby się zmieniać??
                                  On nie ma potrzeby, bo inaczej dawno temu zachowywałby sie inaczej.
                                  Dorosłego faceta już się nie wychowa- to jest zadanie rodziców, a nie
                                  żon.
                                  • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:44
                                    wlasnie ,,masz racje..niestety wzorce z domu wyniosl rowniez zlecrying
                                    • zmeczona100 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:49
                                      Nie usprawiedliwiaj go tymi wzorcami. Ślepy nie jest, zyje wśród ludzi,
                                      więc miał niejedną okazję, by zobaczyć, jak to "działa" u innych. Tylko
                                      takie zmiany wymagają wysiłku, a tacy jak on wolą go kierować w inne
                                      strony. Dla chcącego nie ma nic trudnego. Chęci tu sa kluczowe.
                                      • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 19:53
                                        wlasnie tak mi sie wydaje ze on poprostu idzie na
                                        latwizne...najlepiej zeby bylo tak jak jest ale do tego wszystkiego
                                        zeby nie musial sie starac i mogl robic co chce ..to by bylo idealne
                                        dla niego rozwiazanie...
                                        • haalszka Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 20:45
                                          Wiesz ja ci wspolczuje....
                                          moze to i fajne zachowanie z jego strony ze nie trzasnal drzwiami i nie poszedl
                                          w sina dal...
                                          ale...
                                          podstawowe ale, on cie dreczy tym psychicznie. Jak mozna zlozyc wniosek o rozwod
                                          a pozniej spedzac czas z zona ogranizujac wyjazy......
                                          no albo rybki albo akwarium....
                                          Moze masz racje nie ma nikogo /choc radze to sprawdzic/, moze znudzilas mu sie
                                          ty, wiecznie obecna, pomocna taka dobra zona. Moze jemu jest potrzebny kop w
                                          doope??? moze zostaw go na weekend samego z dziecmi i wyjedz gdzies sama,
                                          odreaguj, odpocznij...
                                          Najgorsze co mozna czlowiekowi zafundowac to hustwake emocjonalna...

                                          • iskia75 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 20:57
                                            tak dokladnie tak jest ,czuje sie potwornie zmeczona pslychicznie ta
                                            cala sytuacja...czuje totalnie otumaniona...chcialabym zeby juz cos
                                            sie wyjasnilo czy to w jedna czy w druga strone...ale on uwaza ze
                                            przeciez mozemy miec ze soba poprawne kontakty...jakby nic sie nie
                                            zmienilo..
                                            • ania7718 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 21:28
                                              Też przeżywałam taki szok,ale to mija, u mnie coraz lepiej.Czas to
                                              lekarstwo i z czasem człowiek się otrząśnie
                                        • lena575 Re: No, to skoro zagwarantował... 10.07.09, 21:46
                                          A wiesz, jakoś mnie to nie dziwi.
                                          Gdybym miała faceta zajmującego się domem i w końcu sporymi już
                                          dziećmi, niańczyłby to wszystko, odprowadzał do przedszkola i
                                          szkoły, siedział w domu i zajmował się tym czym stołówka i gosposia
                                          a ja miałabym być za to odpowiedzialna finansowo i jeszcze być
                                          ograniczana to .. wolałabym rozwód.Przynajmniej do mojej części kasy
                                          nikt by się nie doczepiał.
                                          Moim zdaniem obie strony powinny pracować i mieć prawo do jakiejś
                                          części swoich zarobków. Inaczej człowiek może się udusić.
                                          Może twój facet nie potrafi ci powiedzieć byś znalazła sobie pracę
                                          inaczej niż przez pozew rozwodowy. Może już próbował i jest to
                                          ostatecznośc.
                                          Znamy tylko twoją wersję tego małżeństwa.
                                          • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 11.07.09, 08:53
                                            Lena ...po pierwsze nigdy nie byl ograniczany...naprawde ma duzo
                                            swobody..nigdy go nie ograniczalam i nie rozliczalam z kazdej
                                            zlotowki...ale sa pewne priorytety ,,powiedz czy gdybys miala kupic
                                            dzieciom butu to kupilabys sobie nowy telewizor?ten przyklad nie
                                            dotyczy konkretej sytuacji u mnie ale jest to przyklad jak bylo u
                                            nas w domu...najpierw on potem cala reszta..poza tym nie pracuje
                                            zawodowo ale mam swoje dochody ,udzielam korepetycji w domu..jednak
                                            nigdy z tych pieniedzy nic nie mialam bo szly w pierwszej kolejnosci
                                            na dom..ja rozumiem ze jesli zostaja jakies pieniadze to mozna
                                            zaszalec i spelnic jakaks swoja zwariowana zachcianke ale nie
                                            kosztem rodziny..jesli chodzzi o prace to nie zupelnie tak jest bo
                                            na poczatku on nie chcial zebym do pracy szla..jednak ja bardzo
                                            chcialam i jak trafila sie okazja to pracowalalm.ostatnio jednak
                                            sytuacja sie troche skomplikowala ..nie oznacza to ze ja sie od
                                            pracy wymiguje ,wrecz przeciwnie bardzo chetnie do niej pojde jak
                                            tylko pewne sprawy sie uporzadkuja..a po trzecie to bylaby wielka
                                            bzdura i swiadczyloby o mzezczyznie zeby zostawial rodzine tylko
                                            dlatego ze zona nie pracuje..jakis absurd
                                          • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 11.07.09, 09:06
                                            Poza tym Lena wydaje mi sie ze w sytuacji gdy oboje pracuja rowniez
                                            obowiazki domowe powinny byc na pol podzielone,niestety u nas tak
                                            nie bylo...wiec to troche nie fair prawda?
                                            • haalszka Re: No, to skoro zagwarantował... 11.07.09, 09:17
                                              wiesz powiem ci szczerze ze ciezko jest byc jednym zywicielem rodziny.. nawet
                                              jesli kiedys on sie na to zgodzil teraz moze zaczelo mu to przeszkadzac i moze
                                              jakos nieudolnie ci to sygnalizowal albo nic nie mowil a frustracja w nim rosla.
                                              Moze spojrz na temat od tej strony?
                                              Ja jestem sama z dzieckiem, mam alimenty ale wiem ze jestem zdana sama na
                                              siebie... i to musialam kiedys przetrawic, teraz juz mi to tak nie przeszkadza
                                              ale kiedys mialam obawy w sobie co bedzie jak strace prace...
                                              • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 11.07.09, 09:20
                                                Ja to doskonale rozumiem...przeciez ja nigdy sie od pracy nie
                                                migalam..dorabialam jak pisalam do domowego bodzetu ,wczesniej przez
                                                3 l;ata pracowalam,zawsze cos tam bylo..po drugie nie uwazasz ze
                                                gdyby to byl jedyny powod to owiele prosciej jest powiedziec to
                                                wprost ,a tak co rozwiedziemy sie ja do pracy pojde on swoj cel
                                                osiognie ale rodzine straci..uwazam ze gra nie warta swieczki..
                                            • lena575 Re: No, to skoro zagwarantował... 12.07.09, 17:10
                                              Gdybyż to było takie proste, że jedna osoba mówi drugiej o co jej
                                              chodzi i dochodzą do porozumienia i żyją długo i szczęśliwie to nie
                                              byłoby rozwodów. Niestety,njaczęsciej dorosłego człowieka już się
                                              nie a "wychować" i co wyniósł z domu lub nie to ma albo nie, jaki ma
                                              charakter to ma. Można mu jak grochem o ścianę by np. liczył się z
                                              drugą stroną, był bardziej empatyczny, wspierający, by czuł się
                                              odpowiedzialny a tu ... nic.
                                              Obawiam się,ze twój mąż (jak piszesz całkiem nieźle zarabiający)
                                              widzi jak jego pieniądze znikają i czego by w życiu nie zarobił to
                                              wpadnie w worek bez dna. Może rozmów przeprowadził z tobą wiele albo
                                              próbował. Znamy tylko twoją wersję.
                                              No i nie licz na to,ze facet najpierw zacznie organizować ci życie w
                                              domu a potem ty zaczniesz mysleć o podjęciu pracy. Szukasz pracy,
                                              znajdujesz, siadacie i ustalacie nowe reguły w domu.
                                              • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 12.07.09, 18:01
                                                lena nie jestes czasami moim mezem?winkjuz drugi raz podczas twojej
                                                wypowiedzi przyszlo mi na mysl ze tak wlasnie napisalby moj mazwink
                                              • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 12.07.09, 18:07
                                                No zgadza sie ze nie da sie obiektywnie ocenic sytuacji gdy zna sie
                                                tylko jedna wersje wydarzen..jesli chodzi o romowe to on sam nie wie
                                                czego chce raz chce zebym poszla do pracy za chwile mowi ze
                                                nie...ale ja i tak chce wiec nie sadze zeby to byl problem..jesli
                                                chodzi o worek bez dna ..hmm to sa u nas 2 worki jeden moj i dzieci
                                                a drugi jego i wydaje mi sie ze ten jego jest"bardziej"bez dna niz
                                                ten naszwinkpozdrwaiam
                                                • lena575 Re: No, to skoro zagwarantował... 12.07.09, 21:50
                                                  Jesli twój mąż mówi to co ja, to być moze gołym okiem widać problem
                                                  którego nie chcesz dostrzec.
                                                  Przegadywanie się który worek jest ważniejszy będzie uprawnione
                                                  jeśli do tego worka będziesz wkładała swoją część a nie tylko brała
                                                  i np. planowała zmianę mieskzania na większe.
                                                  Jako kobieta nie wyobrażam sobie sytuacji,ze w małżeństwie realizuję
                                                  sie wyłącznie jako część tego związku i moje pieniądze wtapiają w
                                                  dom bez możliwości realizowania swoich zainteresowań. Chyba bym się
                                                  udusiła. A przeżyłam już taki konflikt z mężem. On starał się mieć
                                                  decydujący wpływ na określanie priorytetów w naszych wydatkach.
                                                  Skończyło się to tym,że wzięłam połowę pieniędzy na jeden z
                                                  priorytetów wg męża a wydałam na priorytety wg mnie (a były to spore
                                                  pieniądze). Gdyby mąż nie zmienił postępowania to rozdzielilibyśmy
                                                  wspólne konto. Ludzi zmieniać trzeba aktywnie, zwykle zaczynać od
                                                  zaminy swojego postępwoania a nie czekać aż samo się jakoś ułoży.
                                                  Pewnie uważałaś,że niech tam sobie mąż gada ... a on przeszedł do
                                                  czynów.
                                                  Na tym forum widzę jak kobiety głaskają się po głowach i na
                                                  podstawie jednego wpisu rozżalonej kobiety w trakcie rozwodu piszą
                                                  jej "jaka ty jesteś za dobra!!!", "łobuz nic nie rozumie!!!!" i
                                                  bawią się w domorosłych pseudopsychologów.
                                                  A tu prawie każdy człowiek (pomijam przemoc i alkoholizm) ma swój
                                                  udział w tym jak się jego zwiążek ułożył lub nie ułożył.
                                                  • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 12.07.09, 22:03
                                                    Tak lena na pewno masz czesciowo racje .chociaz taa cala historia ma
                                                    drugie glebsze dno o ktorym nie bardzo mam ochote pisac ,wiec
                                                    problem nie jest jeden..ale jesli chodzi o te wydatki ,to ja nie mam
                                                    nic przeciwko realizacji swoich marzen jesli jest z czego je
                                                    srealizowac a nie realizowac je a potem myslec jak za to zaplacic a
                                                    tak u nas bylo...zreszta w sumie pewnie ja mam swoje racje a on
                                                    mialby swoje ,problem w tym ze my nie umiemy ze soba tak szczerze
                                                    porozmawiac i chyba w tym tkwi problem..sad
                                                  • lena575 Re: No, to skoro zagwarantował... 13.07.09, 16:56
                                                    Każda historia tutaj na pewno ma drugie dno, nic nie dzieje się
                                                    nagle.
                                                    I czasem nie chodzi o to,że ludzie nie potrafią szczerze rozmawiać,
                                                    czasem nawej gdyby porozmawiali to i tak jak grochem o ścianę ...
                                                    czasem ludzie po prostu idą w innym kierunku, są niedopasowani, są z
                                                    innych bajek. Gdyby chociaż obydwoje byli zainteresowani inną bajką
                                                    niż swoja to jakoś doszliby do porozumienia, starali się zrozumieć.
                                                    Czasem dla tych chcęci warto coś razem robić. Ale czasem nie ma nic.
                                          • zmeczona100 Re: No, to skoro zagwarantował... 13.07.09, 17:46
                                            lena575 napisała:

                                            > Moim zdaniem obie strony powinny pracować i mieć prawo do jakiejś
                                            > części swoich zarobków. Inaczej człowiek może się udusić.
                                            > Może twój facet nie potrafi ci powiedzieć byś znalazła sobie pracę
                                            > inaczej niż przez pozew rozwodowy. Może już próbował i jest to
                                            > ostatecznośc.

                                            Zaraz, zaraz! Przecież praca w domu, wychowywanie dzieci, zajmowanie
                                            się domem itp jest zrównana z pracą zawodową!
                                            Co nie znaczy, że kobieta nie powinna pracować zarobkowo- oj, własnie
                                            powinna. Nie chodzi tu tylko o to, że będzie się czuła lepiej
                                            wychodząc z domu, ale przede wszystkim- lepiej będzie się czuł jej
                                            mąż wink Jasne, że chodzi o to, by tak to rozegrać taktycznie, aby
                                            kobieta nie ucierpiała, czyli nie doszły jej kolejne obowiązki, a mąż
                                            wiódł tylko spokojny pracowo- wypoczynkowy tryb życia.
                                            Moja znajoma wróciła do pracy, kiedy jedno dziecko miało 3 lata (więc
                                            nadawało się do żłobka), a drugie miało niecały rok. Oboje ustalili,
                                            że starsza idzie do żłoba, a dla młodszej znajoma szuka opiekunki;
                                            pozostałe obowiązki- wszystkie, które do tej pory wypełniała znajoma
                                            (zakupy, sprzątanie, przygotowywanie posiłków)- będą wykonywać
                                            solidarnie- jeden tydzień ona, inny- on. W ramach eksperymentu- po
                                            miesiącu; później mieli się zastanowić, co dalej. Problemy pojawiły
                                            się już na starcie- w tygodniu męskim wink No bo trudno było
                                            przygotować małą do żłobka, jedzonko, pieluchy, zabawki etc. dla
                                            młodszej, potem odwieźć do żłobka, a po pracy odebrać mała i zrobić
                                            zakupy, a w domu przygotować wszystko, co do tej pory robiła żona wink
                                            Po miesiącu znajoma zaproponowała, że skoro jest ciężko, to ma
                                            pomysł, ale jaki- nie zdradzi wink W każdym razie ma jej zaufać, a za
                                            miesiąc znowu zrobią podsumowanie i postanowią, co dalej wink

                                            Do pracy wyjeżdżał mąż jako pierwszy i jako ostatni z niej wracał. A
                                            w domu wszystko było, jak za dawnych czasów- posprzątane, ugotowane,
                                            zrobione zakupy, nawet na śniadanie na następny dzień gotowe sałatki
                                            itp. No i promieniująca, wypoczęta żona! Normalnie- życie jak w
                                            Madrycie smile Mężowi bardzo się to spodobało- i był na TAK na dalsze
                                            miesiące smile Pod koniec miesiąca żona wystawiła rachunki smile Oprócz
                                            opiekunki do najmłodszej, była jeszcze pani, która robiła zakupy,
                                            przygotowywała posiłki i sprzątała, a w międzyczasie odprowadzała i
                                            przyprowadzała starszą z i do żłobka smile Do tego rachunek na ciuchy-
                                            potrzebne do pracy, no i za swoje zarobione pieniądze wink Jej
                                            miesięczna pensja pokrywała koszty wynajęcia opiekunki i gosposi wink
                                            Mąż nie był zachwycony, bo nie tak sobie to wyobrazał. Ale, że nie
                                            wyobrażał sobie też powtórki z męskich tygodni, więc wyjścia nie miał
                                            wink Było to jakieś 4 lata temu i trwa nadal wink

                                            Przynajmniej do mojej części kasy
                                            > nikt by się nie doczepiał.

                                            Moje, twoje- po ślubie jest "wspólne, nasze" smile

                                            • luiz-a15 Re: No, to skoro zagwarantował... 13.07.09, 21:48
                                              No wiec wlasnie tez myslalam ze jest nasze ale moze zle
                                              myslalam...juz sama nie wiem...szczerze mowiac juz nic nie wiem i
                                              mam totalny metlik..crying
    • luiz-a15 Re: czy to naprawde moja wina? 13.07.09, 22:41
      Najgorsze jest w tym to ze nie mam na nic sily ,wiem ze kadego dnia
      musze wstac zajac sie dziecmi itd ale jak znalezc w sobie sile ..jak
      to zrobic?tez przez to zapewne przechodzlyscie ,i jak znalazlyscie
      ta sile w sobie????????
      • shamsa Re: czy to naprawde moja wina? 13.07.09, 23:37
        letko nie jest, wiadomo. ciężko jest jeszcze długo potem, bez wzgledu na to czy
        zostałas opuszczona, czy sama odeszłaś.

        najbardziej ciąży strach, co to będzie. żadne słowa nie pomogą. musisz po prostu
        działać, zorganizować sobie nowe życie małymi krokami, uwierzyć w siebie. bo
        zawsze jakoś jest. pomaga rodzina, przyjaciele. każdy napewno staje na nogi, a
        wielu znajduje szczęście nawet większe niż przedtem. najtrudniej jest w to
        uwierzyc na poczatku, stąd skup sie na działaniu, nie na wierze. bo w dole w
        jakim jesteś nie widać specjalnie wiele pozytywnego.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja