bystry_panczysz
26.11.06, 19:18
Plac zabaw, rozmowa trzech uroczych, ubranych w różowe krynolinki,
pięciolatek: – Ja będę królewną – rzuca pierwsza. – A nie, k…, bo ja – mówi
druga. – O nie, k…, ja zostanę królewną – ucina „dyskusję” trzecia. Szokujące?
To dobrze, bo przebywający na placu zabaw dorośli po prostu się zaśmiali.
Z językiem obscenicznym, brutalnym, brudnym wręcz, stykamy się na co dzień. W
tramwaju, gdy naburmuszony pan Kazio, motorniczy, posyła „wiązankę”
opieszałemu pieszemu, w szkołach (moja łacinniczka, podczas lekcji, doskonale
łączyła łacinę klasyczną z podwórkową…

, w filmie (cytaty z „Psów”
Pasikowskiego, nie wiedzieć czemu, łatwo zapadają w pamięć), w sztuce
(wyznacznikiem odpowiedniego poziomu „alternatywności” musi być choćby jeden
bluzg w tekście). O kulturze języka prasy i mediów elektronicznych (a
konkretniej braku kultury), można mówić długo. Tak jak i o języku naszych
polityków, którzy powinni świecić językowym przykładem, a rumienią się co
najwyżej ich słuchacze. Groteskową wyliczankę zakończmy truizmem: z
polszczyzną nie dzieje się najlepiej. Bluzg nie tylko jest wszędzie, ale co
gorsza… powszednieje. Przestaje razić, niepostrzeżenie staje się nasz własny,
swojski, normalny. I nawet kiedy podczas spowiedzi mówimy: „używałem brzydkich
wyrazów”, to brzmi to jakoś tak infantylnie, sztubacko i nieszkodliwie. I
prawie nie ma „mocnego postanowienia poprawy”.
Kto pobrudził język? Wyrazy obsceniczne istniały zawsze – w każdej kulturze i
w każdym czasie. I nie oszukujmy się, będą istniały nadal. Pół biedy, gdy
używane sporadycznie – „wyrwało mi się, byłem zdenerwowany”, pół biedy, gdy
przez tych, którzy używają zazwyczaj języka bardziej wysublimowanego. Gorzej
gdy, tak jak we współczesnej Polsce, bluzg wkrada się w każdy zakamarek
naszego życia. A wyeliminować go trudno, bo przyczyn wulgaryzacji polszczyzny
jest wiele. I jedna poważniejsza od drugiej.
Na współczesny język polski duży wpływ miała nasza historia: przetrzebienie
inteligencji w latach wojny i tuż po niej, powstanie nowomowy – języka
zakłamanego, sztywnego, używanego w sytuacjach oficjalnych z jednej strony, a
upowszechnienie polszczyzny potocznej – w sytuacjach nieoficjalnych, z
drugiej. Wydarzenia 1989 r. doprowadziły do demokratyzacji życia w Polsce, a
co za tym idzie, do demokratyzacji kultury i języka. Zniesienie cenzury
sprawiło, że każdy mógł mówić, co chciał i jak chciał. A jak wiadomo, nie
każdy chciał i umiał mówić poprawnie. A ponieważ do mediów, które zaczęły
odgrywać coraz ważniejszą rolę, przyszli młodzi – często niedouczeni lub
operujący językiem ulicy, ich język stał się obowiązującym wzorcem.
Polszczyzna potoczna, którą posługiwaliśmy się w sytuacjach nieoficjalnych,
weszła na salony.
– Pojawili się nowi idole, nowe elity – mówi prof. Włodzimierz Gruszczyński,
językoznawca z UW. – Ich język, poprzez media, zaczął docierać do nas
wszystkich. I stał się po prostu modny. A jak wiadomo, to właśnie media są dla
dużej części społeczeństwa swoistym wzorem. Kiedy w 1974 r. przeciętny Polak
siedział przed szklanym ekranem 2 godziny dziennie, to już 1995 r. – 4 godziny
dziennie. Według niektórych badaczy, w 1996 r. statystyczny Polak oglądał
telewizję już 5 godzin dziennie, a w święta nawet 7–8 godzin. Czy mamy zatem
czas (i chęci) na obcowanie z pięknym, eleganckim językiem?
"Gość Niedzielny"