no_beso_sapos
27.09.11, 14:22
Witam,
Zakładam wątek, który prawdopodobnie bardziej nadawał by się zakładki 'wyżalnia' albo ew. 'praca', ale tu może bardziej się przyda, również jako przestroga dla młodych, którzy właśnie wybierają się na studia. Zapraszam do komentowania również kolegów filologów, będę "dźwięczna" za wszystkie konstruktywne rady i uwagi...
Otóż, problem taki jak w topicu. Skończyłam filologię angielską... no i rok po obronie jestem absolutnie zatrwożona totalnym brakiem perspektyw na zdobycie w miarę porządnej (umowa!...) i w miarę dobrze płatnej (2.000 wzywż, tak wiem, szalona jestem) pracy. Jest zwyczajnie fatalnie. Studiuję jeszcze drugi kierunek (filologię romańską - si! ale o tym dalej) i pracuję w malutkiej firmie na pół etatu, ale to zajęcie dorywcze, nisko płatne, na umowę-zlecenie, bez żadnych widoków na dalszy rozwój - praca do końca drugich studiów i tyle. Dotychczas zakładałam naiwnie, że po studiach zostanę po prostu tłumaczem - stąd też wziął się pomysł na szlifowanie drugiego języka, bo sam angielski to jak wiadomo "za mało" i „wszyscy dzisiaj znają po dwa języki” (ahaa, widzę to na co dzień u siebie w pracy, gdzie telefon po angielsku wywołuje dziki popłoch, ale to tylko taka tycia dygresja). Naczytawszy się różnych mądrych branżowych forów z wypowiedziami zawodowców, dochodzi do mnie, że rynek tłumaczeń jest wyjątkowo trudny, zamknięty i bardzo już nasycony. Znalezienie na nim miejsca dla siebie i wyrobienie sobie jakiejś siatki klientów TRWA, tymczasem zdobycie kwalifikacji (podyplomówka, egz. na przysięgłego itd.) kosztuje, i to nie lada pieniądze. Nie chodzi mi zreszta nawet o kasę którą trzeba zainwestować, bo to logiczne - coś za coś; ale o fakt, że nawet one nie dają jako takiej gwarancji przyszłej finansowej stabilizacji… Dlatego z dość sporym rozgoryczeniem stwierdzam, że tłumacz dzisiaj to chyba jednak zawód dla ludzi, którzy mają zaplecze finansowe, mogą w siebie spokojnie inwestować, nie muszą się przejmować utrzymaniem w przerwach między okresami zatrudnienia, spłacać kredytów studenckich, martwić o umowę o pracę (albo raczej jej brak…) itd... która to reguła zresztą zdążyła się już potwierdzić wśród moich znajomych z anglistyki. Jeszcze do niedawna myślałam, że studia podyplomowe z tłumaczeń to dla mnie "must", a w tej chwili zastanawiam się, czy w ogóle mają sens, zważywszy że od dawna jestem „on my own” i boję się, że utopię w nie wszystkie swoje oszczędności, a na koniec i tak zostanę bez pracy:/ W związku z powyższym po wielu długich, dogłębnych i bolesnych przemyśleniach, jakiś czas temu schowałam dumę do kieszenie i zaczęłam szukać pracy w szkołach. Chociaż nigdy jakoś specjalnie nie chciałam uczyć, to nie uważałam jak wielu moich kolegów, że nauczyciel to okropny, poniżający zawód, w którym trzeba "użerać się z bachorami" (powtarza to co drugi student filologii). Lubię pracę z ludźmi i zawsze lubiłam dawać „korki”, ale to, co tak naprawdę w uczeniu mi przeszkadza to… zarobki – bo perspektywa zarabiania 2.000, może 2.500 zł po 10 czy 20 latach pracy, jest dla mnie jednak trochę przerażająca. Bez wparcia rodziców/męża, można zapomnieć o luksusach takich jak własne mieszkanie - a ja zawsze chciałam być niezależna finansowo i to był mój priorytet:( Niemniej jednak zaczęłam szukać pracy w szkołach wiosnę, bo na razie lepsze to niż nic… i co? I ZONK! Nada, null, ani jednej odpowiedzi, zero odzewu, jeden telefon ze szkoły językowej (si!!). Czyli wychodzi na to, że nawet mój plan najbardziej "awaryjny" okazuje się lipą…
Znacie ten cytat z „Chicago” o świecie, który układa się w jedno wielkie „nie”? Otóż tak się teraz czuję. Na studiach było tyle perspektyw: będę tłumaczyć (aha, good luck...), jak nie to uczyć (tylko gdzie?), może pójdę na studia doktoranckie (dobrze, że ta fanaberia przynajmniej szybko wywietrzała mi z głowy!) albo najchętniej tłumaczyć książki (..a potem ogryzać kit z okien, w międzyczasie dziękując opatrzności, że jakieś wydawnictwo w ogóle odpowiedziało na maila z CV). Wiem, że teoretycznie mogę szukać pracy w jakichś firmach (podobno angliści sprawdzają się w HRze?), ale chwilowo jestem tak zdołowana, że wydaje mi się, że ktokolwiek widząc w CV „filologia” po prostu wrzuci je do kosza. Są jeszcze posady asystenckie itd., ale to wiem już niestety czym pachnie – marne zarobki, praca mało rozwojowa, a wachlarz obowiązków – od tłumaczenia umów prawnych po umawianie szefa do dentysty... Nie mam ambicji bez granic, ale zwyczajnie zastanawiam się co dalej? Anglistka ewidentnie była kierunkiem „prestiżowym” i „rozwojowym” 20 lat temu, kiedy mało kto znał angielski… I po co było się tak spinać i stresować, że ten kierunek albo żaden? Czy filolodzy w Polandii mają jeszcze w ogóle jakieś widoki na pracę? Czy lepiej spakować plecaczek i próbować czegokolwiek za granicą? Bo zaczyna mi się wydawać, że to jedyna opcja dla mnie, żeby jakoś żyć…