oceny z zaliczen

IP: *.wolow.sdi.tpnet.pl 20.01.05, 18:45
jestem na 1 roku i to moja pierwsza sesja/zaliczenia....Powiedzcie, jak
podchodzicie do ocen na studiach ??? Zalezy wam na 4 czy po prostu dajecie
index z usmiechem na twarzy do wpisania 3,0 tudziez 3,5 ??? nie wiem jak mam
postepowac, cieszyc sie z trojek czy tez "zaliczac" cos dodatkowo (jesli mam
mozliwosc) na 4? czy na studiach te wysokie oceny sa nadal takie wazne ???
    • Gość: Tawananna* Re: oceny z zaliczen IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.05, 19:11
      Ja preferowałabym zasadę złotego środka :).

      Generalnie zależy mi na ocenach, właściwie zresztą nie tyle na ocenach, co
      raczej na wiedzy, która się za nimi kryje (a przynajmniej mam taką
      nadzieję :)). Byłoby mi głupio (przed sobą, zresztą także przed wykładowcą),
      gdybym z mojego priorytetowego, ulubionego przedmiotu zdała ledwo-ledwo na
      słabe 3. (I nie chodzi tu o ocenę! Po prostu chciałabym zaprezentować się na
      egzaminie tak, jak mnie na to stać.) Ale jeśli jakiś przedmiot mnie nie
      interesuje, zależy mi głównie na tym, by go zaliczyć i mieć za sobą. Czas
      wyrosnąć z liceum i przestać walczyć o same piątki :D. Zwłaszcza, że na
      studiach o dobre oceny jest zwykle trudniej i u egzaminatora-postrachu całego
      roku trójka cieszy bardziej niż jakakolwiek ocena w liceum :). W związku z
      powyższym nie mam zwyczaju przejmować się wynikiem zaliczenia, gdy jest już po
      nim. Inną sprawą jest to, czy o czwórki w ogóle się starać - ja wychodzę z
      założenia, że skoro jestem na tych studiach z pasji, a mam możliwość zaliczenia
      czegoś dodatkowo na 4, to dlaczego nie? W końcu nie chodzi mi o to, żeby zdobyć
      to mgr przed nazwiskiem jak najmniejszym wysiłkiem.

      Czyli - oceny tak, ale w granicach zdrowego rozsądku.

      Inną sprawą jest znaczenie ocen np. przy ubieganiu się o wyjazd na stypendium
      zagraniczne czy przyjęcie na studia doktoranckie. Nawet na takiego Socratesa-
      Erasmusa trudno wyjechać ze słabą średnią, jeśli jest sporo chętnych na
      wydziale.

      I pozostaje oczywiście jeszcze kwestia stypendium naukowego, które na studiach
      przyznawane jest automatycznie od jakiejś określonej średniej i które wielu
      osobom pomaga utrzymać się w mieście (i jest dodatkową motywacją do nauki ;)).
      • Gość: Pallo Re: oceny z zaliczen IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 20.01.05, 19:32
        No i jeszcze kwestia sredniej ze studiow, ktora to srednia ma wplyw na ocene
        koncowa na dyplomie;-)
        • Gość: Tawananna* Re: oceny z zaliczen IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.05, 19:59
          > No i jeszcze kwestia sredniej ze studiow, ktora to srednia ma wplyw na ocene
          > koncowa na dyplomie;-)

          Chciałam to napisać, w ostatniej chwili wykasowałam z postu. Bo tak sobie
          myślę: jeśli komuś nie zależy, by mieć czwórkę z zaliczenia, to na ocenie z
          dyplomu jako takiej chyba też mu nie zależy. Szukałam więc praktycznych
          zastosowań ocen :). Pracodawcy, jak na razie, raczej na ocenę z dyplomu nie
          patrzą, w związku z czym pozostaje chyba tylko kwestia stypendiów i "kariery"
          naukowej ;).
          • Gość: Pallo Re: oceny z zaliczen IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 20.01.05, 23:50
            Generalnie masz racje. Ale samopoczucie jest chyba niedobre zaraz po odebraniu
            dyplomu. Wszyscy krewni i znajomi krolika chca go ogladac a tam np.
            dostateczny! A przeciez wujek Jozek mial bardzo dobry a ciocia Hela dobry plus!
            Ale rzeczywiście z czasem dyskusje milkna i nikt juz nie pamieta, co sie mialo
            na dyplomie.
            Ale uwaga, kadrowa zaglada i omawia to z psiapsiolkami;-)
    • Gość: Celsus Re: oceny z zaliczen IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.05, 19:40
      Bij sie o każdą ocenę. Im wyzsza tym lepiej. Jak tego nie zrobisz to na 85%
      będziesz tego załować za 5 lat.
      ten co wystawia oceny
      • Gość: Richelieu* Re: oceny z zaliczen IP: 195.117.90.* 20.01.05, 20:12
        co to znaczy bij się o ocenę. Był kolos, napisał na 3, koniec kropka. Chce
        poprawić? Przynajmniej połowa chciałaby, więc wyróżnianie jednego byłoby czystą
        niesprawiedliwością.
        Bicie się o ocenę kończy się wraz z oddaniem kartki, a ustnych nie lubię, bo
        można się wtedy zasugerować, że jeden ma gadane i pięknie opowiada byleco, a
        drugi ma kołek zamiast języka, choć ma dużo do powiedzenia.

        Jako robin chut nigdy ie mogłam ścierpieć lizusów, którzy żebrali o ocenę
        wykorzystując fakt, że pan X lubi krótkie spódniczki,a pani Y ma znane
        wszystkim określone fiksum-dyrdum
        • Gość: Tawananna* Re: oceny z zaliczen IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.05, 22:11
          > Bicie się o ocenę kończy się wraz z oddaniem kartki, a ustnych nie lubię, bo
          > można się wtedy zasugerować, że jeden ma gadane i pięknie opowiada byleco, a
          > drugi ma kołek zamiast języka, choć ma dużo do powiedzenia.

          Heh, tu Taw z krainy, gdzie jakieś 90% kolokwiów i egzaminów odbywa się
          ustnie... ;)

          > Jako robin chut nigdy ie mogłam ścierpieć lizusów, którzy żebrali o ocenę
          > wykorzystując fakt, że pan X lubi krótkie spódniczki,a pani Y ma znane
          > wszystkim określone fiksum-dyrdum

          Tu już nawet nie chodzi moim zdaniem o krótkie spódniczki i wykorzystywanie
          znanych fiksum-dyrdum... Samo żebranie o ocenę to jakiś koszmar. Pamiętam
          zdziwienie, kiedy koleżanka opowiadała mi, jak egzaminujący pomylił się przy
          wpisywaniu oceny do indeksu (4 zamiast 5) i dziewczyna, która zdawała (bo na
          egzamin wchodziło się dwójkami), zaproponowała wykładowcy, żeby w takim razie
          nie zmieniał oceny... (i zaprezentowała serię błagalnych spojrzeń) Potem zaś
          poprosiła mą koleżankę, żeby nie rozgłaszała sprawy (czyli jednak czuła, że coś
          nie tak było). Nie wyobrażam sobie, żebym miała żebrać o zmianę oceny,
          zwłaszcza z 3 na 4 czy 4 na 5 (bo błagania o zaliczenie jeszcze mogę jakoś
          zrozumieć). Szczytem mojego błagania była prośba o dodatkowe pytanie (które,
          rzecz jasna, może pomóc albo do końca pogrążyć odpytywanego).

          Od razu przypomina mi się podstawówka, lekcja chemii i głos koleżanki z
          klasy: "Proszę pani, niech pani da Agnieszce tę piątkę, bo będzie jej
          smutno"...
      • jk Re: oceny z zaliczen 20.01.05, 21:26
        85%? i 5 lat?
        dlaczego akurat taki procent i tyle lat? :>
        • czesiekkk Re: oceny z zaliczen 20.01.05, 22:46
          Trochę to przypomina szkołę podstawową i płakanie żeby pani postawiła mi
          piątkę.Z drugiej strony jeżeli ktoś liczy na stypendium naukowe lub chce zostać
          na uczelnii to średnia odgrywa duża rolę.
    • klymenystra Re: oceny z zaliczen 21.01.05, 06:28
      czy oceny z zaliczen tez sa w sredniej?
      • jk Re: oceny z zaliczen 21.01.05, 09:24
        zazwyczja do sredniej licza sie oceny z wykladow i z cwiczen, z ktorych nie ma wykladow, wiec tak - czasem oceny z zaliczen licza sie od sredniej :)
        • klymenystra Re: oceny z zaliczen 21.01.05, 16:40
          dzieki :) czyli z tych cwiczen nie bedzie sie liczyc, bo jest wyklad i egzamin.
          a w sumie szkoda- udalo mi sie dostac 5+ na 5-stopniowa skale ocen :D
    • iberka Re: oceny z zaliczen 21.01.05, 10:04
      oj ja nie byłabym zadowolona z 3.Mam coprawda jedno 3,5 ale to już nie mam siły
      poprawiać.rzesta na 4-5 i bardzo sie cieszę.
      iza
    • Gość: Aga Re: oceny z zaliczen IP: 193.0.68.* 21.01.05, 11:32
      Podobnie jak Taw - jeśli coś mnie nie interesuje (a nie oszukujmy się, nawet na
      wymarzonych studiach jest trochę takich przedmiotów), wystarcza mi trója. jesli
      coś lubię, dbam o to, by dostać coś lepszego - po prostu bardziej się
      przykładam do nauki, nie liczę na to, że ktoś mi później pozwoli poprawiać
      egzamin (choć dwa razy się zdarzyło). Lubie dostawać 5, ale to nie podstawówka,
      nie muszę mieć średniej 5,0 - wolę być dobra z tego, co mnie rzeczywiście
      fascynuje.
    • eirenne Re: oceny z zaliczen 21.01.05, 12:14
      Trója trójce nierówna... Pamietam na pierwszym roku egzamin z fizyki... Czułam
      sieę głąbem, ale chciałam zdać dla cudownej pani profesor. I zdałam na 3 za
      pierwszym podejściem, co było dla mnie cudem absolutnym :-DDD Przy wpisywaniu
      ocen do indeksu (miałam z nią też ćwiczenia) miałam tak szczęśliwą minę, że
      dostałam pół oceny więcej z ćwiczeń "za zaliczenie za pierwszym razem". A
      dlaczego to tak wspominam? Bo to był przełom, dzięki temu uwierzyłam w swoje
      możliwości i ukochałam polibudę:-))) Gdyby nie ta trója i talent pedagogiczny
      pani profesor, byłabym chyba bardzo nieszczęśliwą osobą... Teraz dostaję nawet
      piątki, ale to już nie to szczęście (bo już wiem, że mnie stać na nie).
      Może ktoś zna- chodzi mi o panią profesor Starygę z PŁ.
      • Gość: Tawananna* Re: oceny z zaliczen IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.01.05, 13:25
        > Trója trójce nierówna...

        Bo w ogóle ocena ocenie nierówna. Spora część czwórek jest dla mnie więcej
        warta niż piątki - bo wiem, ile musiałam włożyć pracy w przygotowania do
        egzaminu czy zaliczenia, wiem, czy materiał był trudny czy łatwy, jak bardzo
        wymagający jest egzaminator itd.

        Twoja historia z egzaminem z fizyki przypomina mi pewną sytuację z mojego
        życia, z zamierzchłych czasów zwanych podstawówką :). Pamiętam, jak po zmianie
        szkoły, w ósmej klasie, z pierwszego sprawdzianu z fizyki dostałam słabe trzy.
        A potem było pytanie nauczycielki, czy ktoś jest zainteresowany udziałem w
        olimpiadzie z fizyki... Kiedy zgłosiłam się, nie wyśmiała mnie, w ogóle nie
        skrytykowała mojego pomysłu. Znalazła dla mnie czas i przekonała się (i
        częściowo pewnie też mnie:)), że stać mnie na dużo więcej niż tę trójkę.

        Dobrze, że na każdym etapie edukacji można spotkać takich ludzi...
    • Gość: Celsus do młodych gniewnych IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.01.05, 16:00
      Po pierwsze, do średniej ze studiów liczy się każdą ocenę w indeksie. Jeżeli z
      ćwiczeń wystawiana jest ocena - to ją równiez należy brac pod uwagę. Zeby było
      inaczej musi być to wyrażnie zapisane w rgulaminie uczelni.Nie spotkałem
      takiego (ale jest to mozliwe - trzeba czytać regulaminy).
      Po drugie, jeśli piszę żeby się bić, czy walczyć o ocene to przciez nie chodzi
      mi oto, żeby ładna Kasia zakładała na kolokwium mini, albo żeby ktoś prosił
      egzaminującego o lepszą ocenę. Chyba jeszcze nie przestawiliście się po liceum.
      Chodziło mi oto żeby nie odpuszczać jakiegoś kolokwium tylko dla tego że to
      jest kolokwium a nie egzamin - tylko porządnie się nauczyć.
      Ze smutkiem stwierdzam, że wielu studentów nie rozumie że studia to inny rodzaj
      nauki niz np. liceum. Na studiach się studiuje a nie uczy.
      Po trzecie, "...dlaczego taki procent i tyle lat?" (to zresztą najrozsądniejsza
      wypowiedź w tym wątku) - ano dla tego, że 5 lat trwaja studia magisterskie
      prawnicze, które skończyłem; a żałowac będziesz jak ukończysz studia. A
      procent ? po prostu zakładam że te pozostałe osoby studiują niepotrzebnie
      chociaz same jeszcze o tym nie wiedzą (innymi słowy dyplom nie będzie im w
      życiu przeszkadzał). To moja subiektywna ocena wynikajaca z tzw. doświadczenia
      życiowego.
      Po czwarte i chyba najważniejsze: jak wspomniałem ocena z ćwiczeń ma wpływ na
      ostateczną ocenę ze studiów (z wyjątkiem jw). Z kolei ocena z całości studiów
      ma wpływ na wiele sytuacji np. studia zagraniczne, praca na uczelni,
      zatrudnienie w dobrej firmie i wiele innych (i nie pisz TEW że twoja kolezanka
      dostała prace w super firmie chociaż miała średnia 3,01).
      To wszystko co napisałem to oczywiście teoria, którą nalezy rozumieć jako
      konieczność dażenia do idealnego modelu w celu poprawienia sobie jakości zycia
      w przyszłości. Wyjątki są zawasze.
      Miło się z Wami gawędzi. Też kiedyś nie zważałem na oceny. Pa
      • mayessa Re: do młodych gniewnych 21.01.05, 22:40
        Ja raczej staralam sie o dobre oceny-raz ze do dyplomu a dwa do stypendium,
        które caly czas mam. Ale to nie za wszelka cene.Jak sie trafi wykladowca-
        postrach to nawet 3 cieszy.
      • Gość: Tawananna* Re: do młodych gniewnych IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.01.05, 03:14
        > Miło się z Wami gawędzi. Też kiedyś nie zważałem na oceny

        Chwileczkę. Przejrzałam jeszcze raz cały wątek i jakoś nie mam wrażenia,
        że "nie zważamy na oceny". Wydawało mi się, że dostatecznie jasno przedstawiłam
        moją opinię, jeśli jednak nie, powtórzę.

        1. Oceny są ważne (dla mnie samej i dla korzyści zewnętrznych - stypendium itd.)
        2. Jeśli mam możliwość zdobycia lepszej oceny, staram się to zrobić.
        3. Jeśli mi się nie uda, nie rozpamiętuję tego - nie muszę mieć ze wszystkiego
        piątek.
        4. Mam nieco inne podejście do przedmiotów, które mnie pasjonują, i tych, które
        zaliczam dlatego, że są w minimum programowym.
        5. Wyrastanie z liceum rozumiem jako zrozumienie, że uczymy się dla siebie, nie
        zaś dla ocen, które przekłada się między innymi na świadomą rezygnację z "bicia
        się" o średnią 5,0.
        6. Oceny, nawet równe, mają różną wartość - zła mogę być na siebie wtedy, gdy
        dostanę słabszą niż ta, na jaką mnie stać. Z drugiej strony największą
        satysfakcję przynoszą najtrudniejsze zaliczenia/egzaminy.

        > Po drugie, jeśli piszę żeby się bić, czy walczyć o ocene to przciez nie
        chodzi
        > mi oto, żeby ładna Kasia zakładała na kolokwium mini, albo żeby ktoś prosił
        > egzaminującego o lepszą ocenę. Chyba jeszcze nie przestawiliście się po
        liceum.

        Hmm, ja myślę, że to kwestia zwrotu użytego przez Ciebie - "bić się o ocenę" -
        który ma dość negatywne konotacje i wyraźnie sugeruje jakiegoś przeciwnika, z
        którym się bijemy, jak i działanie za wszelką cenę ("walczyć o ocenę" odbieram
        już inaczej).

        > Po trzecie, "...dlaczego taki procent i tyle lat?" (to zresztą
        najrozsądniejsza
        > wypowiedź w tym wątku) - ano dla tego, że 5 lat trwaja studia magisterskie
        > prawnicze, które skończyłem; a żałowac będziesz jak ukończysz studia. A
        > procent ?

        To zamiast rzucać arbitralnymi liczbami lepiej byłoby od razu zaznaczyć, jakich
        studiów i jakiej sytuacji one dotyczą. Też mnie te 85% zaintrygowało...

        po prostu zakładam że te pozostałe osoby studiują niepotrzebnie
        > chociaz same jeszcze o tym nie wiedzą (innymi słowy dyplom nie będzie im w
        > życiu przeszkadzał). To moja subiektywna ocena

        To sytuacja na prawie jest tak tragiczna?:) Czas na moją subiektywną opinię:
        uważasz, że 85% osób studiuje niepotrzebnie? Od jakiej średniej nie trzeba
        żałować pięciu lat studiów? Dlaczego, skoro studia mają być nam niepotrzebne,
        mamy przejmować się ocenami?

        Przepraszam, tamten fragment Twojej wypowiedzi jest wciąż dla mnie niejasny.
        Początkowo starałam się doszukać w nim jakiejś ironii, teraz poddaję się i
        czekam na wytłumaczenie :).

        > (i nie pisz TEW że twoja kolezanka
        > dostała prace w super firmie chociaż miała średnia 3,01).

        Zastanawiałam się długo nad tym, czy ten fragment jest skierowany do mnie, czy
        nie, i czym jest tajemnicze TEW... ale mniejsza o to. Nie napiszę, że moja
        koleżanka dostała pracę w superfirmie chociaż miała średnią 3,01 - taka
        demagogia nie jest w moim stylu. Z moich obserwacji wynika, że ocena na
        dyplomie magisterskim nie jest dla pracodawcy rzeczą pierwszorzędną - bardziej
        patrzy już na to, jaką uczelnię się kończyło, i zazwyczaj ma świadomość, że ta
        sama średnia na różnych uczelniach może mieć różną wartość. Nie mówię przez to,
        że ocena jest zupełnie nieistotna (i przypuszczam, że średnia 3,01 może budzić
        w pracodawcy wątpliwości), ale nie sądzę, by różnica między 4,0 a 4,5 była dla
        niego szczególnie znacząca.

        > Po pierwsze, do średniej ze studiów liczy się każdą ocenę w indeksie. Jeżeli
        z ćwiczeń wystawiana jest ocena - to ją równiez należy brac pod uwagę. Zeby
        było inaczej musi być to wyrażnie zapisane w rgulaminie uczelni.Nie spotkałem
        takiego (ale jest to mozliwe - trzeba czytać regulaminy).

        Wbrew pozorom, taka sytuacja nie jest rzadkością - tak jest np. na UAM w
        Poznaniu.

        "Ostateczny wynik studiów określa suma uzyskana przez dodanie:
        a/ na studiach magisterskich
        - 1/2 oceny średniej wyników egzaminów wskazanych przez radę wydziału,
        - 1/4 oceny pracy magisterskiej,
        - 1/4 oceny egzaminu magisterskiego,"

        Pozdrowienia,
        Tawananna
        • Gość: anna Z Re: do młodych gniewnych IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.01.05, 12:40
          Boszszsze! Tawi, czy Ty nigdy nie śpisz? Podziwiam Cię,że o tej godzinie możesz
          tak dużo i z sensem napisać.
          • Gość: Tawananna* Re: do młodych gniewnych IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 22.01.05, 18:53
            > Boszszsze! Tawi, czy Ty nigdy nie śpisz?

            Od czasu do czasu jednak mi się zdarza :). Najlepiej jednak chyba myślę
            nocami ;).

            > Podziwiam Cię,że o tej godzinie możesz
            > tak dużo i z sensem napisać.

            Dzięki :).
        • Gość: Celsus Re: do młodych gniewnych IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.01.05, 14:27
          ... też podziwiam TAW (TEW to była oczywiście pomyłka pisarska) za zdolność
          sensownego pisania o trzeciej w nocy, ale do rzeczy.
          Ja też przejrzałem wątek i jednak mam wrażenie, że część osób przechodzi często
          do porządku dziennego nad każdą oceną jaką dostanie (przy okazji - "przechodzić
          do porządku dziennego", "bić się o", "walczyć o" na potrzby tego watku uznaję
          za wyrażenia równoznaczne gdyż jest rzeczą oczywistą, iz na uczelni nikt w
          rzeczywistości o ocenę się nie bije ani o nią nie walczy, ani nad tą ocena nie
          przechodzi; to sa przenośnie i parabole). Dlaczego tak myśle? ano dlatego, że
          nawet w Twoim przypadku - deklarujesz, że oceny są ważne - rozróżniasz
          przedmioty na których zależy Ci bardziej (tam ocena jest ważniejsza) lub mniej
          (tam ocena jest mniej ważna). Czyli generalnie na ocenach Ci nie zależy,
          natomiast zalezy Ci na dobrej znajomości wybranych przedmiotów (głównie tych,
          które Cię pasjonują). Nie chcę strugać ważniaka, ani przypisywac komuś kogo nie
          znam mniejszej wartości od tej na jaką zasługuje, ale muszę napisac jedno
          zdanie: żaden student nie jest w stanie określić jaki przedmiot jest ważny,
          potrzebny, najdurniejszy i jakikolwiek inny na studiach a jaki nie. Żeby to
          wiedzieć trzeba najpierw ukończyc studia, a później zająć się jakimś
          zagadnieniem naukowy przez parę lat. Dlatego twierdzenie przez studenta,
          że "mam inne podejście do przedmiotów, które są w minimum programowym" to
          przejaw złego myślenia. Bardzo złego (dlatego tak mnie denerwuje
          wątek "najdurniejszy przedmiot").
          Wyrastanie z liceum nie nalezy rozumieć w ten sposób, że na studiach uczymy sie
          dla siebie, a w liceum dla ocen. To nie tak. I na studiach i w liceum uczymy
          się dla siebie a nie dla sąsiadów czy rodziców. Chodzi o to, że w liceum się
          uczymy (nauczyciele uczą uczniów), natomiast na studiach s t u d i u j e m y
          tzn. sami szukamy książek, materiałów, sami decydujemy o wyborze przedmiotów
          fakultatywnych itp. wykładowca tylko przedstawia wykład i choć może to zrobić
          lepiej lub gorzej to jednak nie uczy lecz raczej pokazuje czego masz się
          nauczyć.
          Odnośnie liczb; tak właśnie oceniam sytuację na studiach prawniczych. Moim
          zdaniem 85% studentów tych studiów studije ten kierunek niepotrzebnie. Już
          wyjaśniam, tylko jedno zastrzezenie: mam na myśli racjonalność podejmowania
          takiego a nie innego kierunku studiów, a nie to że ktoś w ogóle studiuje prawo,
          gdyż z tego akurat cieszę się bardzo i uważam, że studentów prawa powinno byc
          więcej. Sprzeczność? - tylko pozorna. Na Twojej uczelni, UAM - którą uznaję w
          dziedzinie nauki prawa za najlepszą w Polsce, w jedym z poprzednich lat było
          (tzn. obroniło pracę magisterską) około 1000 studentów. Z tej liczby 17 zostało
          adwokatami, 28 radcami, 4 sędziami, 10 prokuratorami, a ok. 50 dostało pracę w
          działach prawnych różnych instytucji. 1 został tramwajarzem (naprawdę).
          Pozostali praktycznie nie maja szans wykonywac zawodu prawniczego N I G D Y.
          To jeden aspekt tego zagadnienia (chyba przyznasz że przedstawiony
          obiektywnie), a teraz drugi (to już moja subiektywna ocena).
          Otóż według mnie właśnie 85% studentów prawa nie ma czegoś takiego co można
          określić mianem powołania, smykałki, zamiłowania itp. Studiują albo dlatego że
          prawo jest cool, albo dlatego że prawnik zarabia dużo pieniędzy, albo dla
          rodziców albo z wielu innych powodów, ale nie dlatego że chcą pomóc innym, albo
          zeby w Polsce (czy w gdziekolwiek indziej) żyło się lepiej. Skutek jest taki,
          że biedak zdaje egzamin z logiki na 5 (bo nauczył się na pamięć wszystkiego
          czego można się nauczyć), a poźniej przychodzi do mojej kolezanki (oczywiście
          nie wiedział że to moja kolezanka) żeby ta napisała mu CV. Jeśli student II
          roku prawa nie umie napisać CV to moim zdaniem niepotrzebnie studiuje.
          Zgadzam się z Tobą, że na innych kierunkach te proporcje mogą wyglądac inaczej,
          i bardzo bym chciał żeby wyglądały inaczej.
          Jeśli chodzi o regulaminy i średnią to chyba jednak UAM należy do tej mniej
          licznej grupy, ale jak napisałem - trzeba po prostu czytac regulaminy.
          Pozdrowienia
          • Gość: Tawananna* Re: do młodych gniewnych IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 22.01.05, 18:50
            Najpierw chciałam podziękować Ci za miłą i sensowną dyskusję, to jednak
            rzadkość, zazwyczaj na którymś etapie kończy się na wyzwiskach ;).

            > Ja też przejrzałem wątek i jednak mam wrażenie, że część osób przechodzi
            > często
            > do porządku dziennego nad każdą oceną jaką dostanie

            O, i chyba już wiem, w którym punkcie się nie zgadzamy :). Wychodzę z
            założenia, że żalenie się, martwienie i załamywanie post factum, gdy już nie ma
            możliwości poprawiania oceny, zwyczajnie nie ma sensu - lepiej przejść z tym do
            porządku dziennego i po prostu przygotować się lepiej do następnego zaliczenia.
            Moja postawa nie wynika natomiast z faktu, że zła ocena mnie nie obchodzi.

            > ano dlatego, że
            > nawet w Twoim przypadku - deklarujesz, że oceny są ważne - rozróżniasz
            > przedmioty na których zależy Ci bardziej (tam ocena jest ważniejsza) lub
            > mniej
            > (tam ocena jest mniej ważna). Czyli generalnie na ocenach Ci nie zależy,
            > natomiast zalezy Ci na dobrej znajomości wybranych przedmiotów (głównie tych,
            > które Cię pasjonują).

            A które podejście jest Twoim zdaniem słuszniejsze?

            Ja uczę się więc przede wszystkim dla wiedzy. A, ponieważ oceny są pewnym
            odzwierciedleniem wiedzy, jaką posiadam (lub nie:)), to i na ocenach mi
            zależy...
            Masz rację, że nie zależy mi natomiast na ocenach jako takich. Nie wiem, czy to
            słuszna postawa, czy nie - takie podejście wpoili mi rodzice, zawsze
            podkreślający, że oceny są sprawą drugorzędną. W moim odczuciu właściwie od
            zawsze walka o oceny miała jakąś negatywną konotację. Wydawało mi się dziwne i
            śmieszne np. ciągłe szacowanie średnich (i liczenie, z czego trzeba by jeszcze
            dostać piątkę czy szóstkę, żeby za rok dostać pasek). A zaznaczam, że miałam
            zawsze dobre oceny, podstawówkę skończyłam z najwyższą średnią w szkole, w
            liceum zdałam najlepiej maturę itd. - przytaczam te fakty naturalnie nie po to,
            żeby się pochwalić (taa, ładny szpan ocenami z podstawówki ;)), ale by pokazać,
            że mówienie o drugorzędności ocen nie miało być formą usprawiedliwienia moich
            niepowodzeń.

            Dodam jeszcze optymistycznie, że większość przedmiotów na studiach mnie
            pasjonuje :).

            > Nie chcę strugać ważniaka, ani przypisywac komuś kogo nie
            > znam mniejszej wartości od tej na jaką zasługuje, ale muszę napisac jedno
            > zdanie: żaden student nie jest w stanie określić jaki przedmiot jest ważny,
            > potrzebny, najdurniejszy i jakikolwiek inny na studiach a jaki nie. Żeby to
            > wiedzieć trzeba najpierw ukończyc studia, a później zająć się jakimś
            > zagadnieniem naukowy przez parę lat. Dlatego twierdzenie przez studenta,
            > że "mam inne podejście do przedmiotów, które są w minimum programowym" to
            > przejaw złego myślenia. Bardzo złego (dlatego tak mnie denerwuje
            > wątek "najdurniejszy przedmiot").

            Na początku od razu sprostuję jedną moją wypowiedź - jednak godzina pisania
            postu zrobiła swoje i wypadł mi jeden ważny wyraz, zmieniając dość wydźwięk
            całości: "Mam nieco inne podejście do przedmiotów, które mnie pasjonują, i
            tych, które zaliczam TYLKO dlatego, że są w minimum programowym."
            Teraz możesz zinterpretować moją wypowiedź na nowo - i zgodzić się ze mną lub
            nie :).

            Powróćmy jednak do przytoczonego cytatu z Twojej polemiki.

            Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że żaden student nie jest w stanie określić,
            który przedmiot na studiach jest nieważny. Co więcej, obawiam się, że po
            ukończeniu studiów i zajęciu się jakimś zagadnieniem naukowym przez parę lat
            można by wręcz dojść do wniosku, że połowa materiału poznanego na studiach jest
            zbędna - tak mogłoby być na polonistyce; przyszłemu badaczowi Mickiewicza
            znajomość gramatyki SCS raczej się nie przyda.

            Staram się podchodzić do moich studiów możliwie rozsądnie, w związku z czym nie
            napiszę np., że znajomość literatury staropolskiej jest dla polonisty zbędna,
            jakkolwiek pasjonatką średniowiecznej pieśni religijnej polskiej raczej już nie
            zostanę. Uważam jednak, że jakieś prawo do krytycznego stosunku mam. Jest np.
            przedmiot, na zaliczenie którego trzeba opanować obszerną listę różnych
            słowników - informacje o nazwiskach redaktorów, miejscu i dacie wydania itd.
            Typowe zakuć, zdać, zapomnieć. Moim zdaniem, bez sensu. Na szczęście
            przedmiotów, które uważam za niepotrzebne, nie ma wiele. Jeśli ktoś tak
            podchodzi do sporej części zajęć na studiach, prawdopodobnie źle wybrał
            kierunek.

            > Wyrastanie z liceum nie nalezy rozumieć w ten sposób, że na studiach uczymy
            > sie
            > dla siebie, a w liceum dla ocen. To nie tak. I na studiach i w liceum uczymy
            > się dla siebie a nie dla sąsiadów czy rodziców. Chodzi o to, że w liceum się
            > uczymy (nauczyciele uczą uczniów), natomiast na studiach s t u d i u j e m y
            > tzn. sami szukamy książek, materiałów, sami decydujemy o wyborze przedmiotów
            > fakultatywnych itp. wykładowca tylko przedstawia wykład i choć może to zrobić
            > lepiej lub gorzej to jednak nie uczy lecz raczej pokazuje czego masz się
            > nauczyć.

            Ładne. I idealistyczne. Po pierwsze, wiele osób nawet na studiach nie uczy się
            dla siebie. Najwyżej dla mgr przed nazwiskiem. (Oczywiście, jest jeszcze
            kwestia tego, jak zdefiniujemy "uczenie się dla siebie"). Po drugie, nie
            rozgraniczałabym tak ostro uczenia i studiowania. Myślę, że w liceum - jeśli
            tylko mamy szczęście do nauczyciela - pojawia się to, co nazywasz studiowaniem.
            Z drugiej strony, i na studiach jest różnie. Są zajęcia, na których zaledwie
            sygnalizuje się zagadnienia, a prawdziwa praca czeka studenta dopiero w domu
            (czy w bibliotece:)). Zdawałam też egzaminy, gdzie obowiązywał właściwie tylko
            materiał omówiony na wykładach. Ogromną rolę odgrywała tu specyfika przedmiotu.

            > Na Twojej uczelni, UAM - którą uznaję w
            > dziedzinie nauki prawa za najlepszą w Polsce, w jedym z poprzednich lat było
            > (tzn. obroniło pracę magisterską) około 1000 studentów. Z tej liczby 17
            > zostało
            > adwokatami, 28 radcami, 4 sędziami, 10 prokuratorami, a ok. 50 dostało pracę
            > w
            > działach prawnych różnych instytucji. 1 został tramwajarzem (naprawdę).
            > Pozostali praktycznie nie maja szans wykonywac zawodu prawniczego N I G D Y.
            > To jeden aspekt tego zagadnienia (chyba przyznasz że przedstawiony
            > obiektywnie), a teraz drugi (to już moja subiektywna ocena).
            > Otóż według mnie właśnie 85% studentów prawa nie ma czegoś takiego co można
            > określić mianem powołania, smykałki, zamiłowania itp. Studiują albo dlatego
            > że
            > prawo jest cool, albo dlatego że prawnik zarabia dużo pieniędzy, albo dla
            > rodziców albo z wielu innych powodów, ale nie dlatego że chcą pomóc innym,
            > albo
            > zeby w Polsce (czy w gdziekolwiek indziej) żyło się lepiej.

            I tu mam pytanie, a nawet kilka pytań :). Po pierwsze - czy ci, którzy mają
            powołanie, smykałkę, zamiłowanie to ci, którzy obecnie wykonują zawód prawnika?
            Mam nadzieję... Po drugie, czy gdyby 100% studentów prawa miało to "coś",
            mieliby szansę dostać pracę w zawodzie?

            Przeraża mnie fakt, że młodzi zdolni ludzie, którzy faktycznie mają powołanie,
            nie znajdują pracy - bo po prostu jej nie ma. Na dzienną polonistykę UAM
            przyjmuje się co roku 200 osób (+ osoby na filmoznawstwie i wiedzy o teatrze
            oraz zaoczni)... Studia stają się coraz powszechniejsze. Z radością na coraz
            wyższe wskaźniki powołuje się Ministerstwo. Czy cena, jaką się płaci za tę
            masowość, nie jest wysoka...?

            > Jeśli student II
            > roku prawa nie umie napisać CV to moim zdaniem niepotrzebnie studiuje.

            Zgadzam się absolutnie. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że dotyczy to nie
            tylko przyszłych prawników :).

            > Jeśli chodzi o regulaminy i średnią to chyba jednak UAM należy do tej mniej
            > licznej grupy, ale jak napisałem - trzeba po prostu czytac regulaminy.

            Nie wiem. Trzeba by zaanali
            • Gość: Tawananna* c.d. IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 22.01.05, 18:52
              Ucięło mi końcówkę:

              Nie wiem. Trzeba by zaanalizować regulaminy jakiejś większej próbki uczelni.
              Ale teraz może lepiej zrozumiesz moją motywację do nauki listy słowników ;) (na
              zal.)

              Pozdrowienia!

              Tawananna
            • Gość: Celsus do Taw IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.01.05, 21:33
              W zasadzie zgadzam się ze wszystkim co napisałaś, a zwłaszcza ze wstępem.
              Jednak muszę zwrócić Ci uwagę, że chyba oboje poszliśmy troszkę za daleko -
              popatrz na pierwszy post tego wątku: nea jest na pierwszym roku i nie wie co ma
              robić (zauwaz że nie pyta czy ma np. kogoś prosic o lepszą ocenę).
              Oczywiście że nie ma co płakac po nocach za 3 z logiki jeśli już do tego
              doszło, a w ogóle nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby poprawiac komuś ocenę juz
              uzyskaną (chyba żeby dac taką szanse wszystkim studentom, ale to przecież nie
              ma sensu).
              O kompetencjach studentów do oceny ważności itp. przedmiotu na danym kierunku
              zdania nie zmienię, chociaż musze sprecyzować, iż opieram się na własnym
              doświadczeniu zdobytym tylko na studiach prawniczych. Jestem pewien całkowicie
              że na tych studiach nie ma przedmiotów zbędnych, a nawet więcej, niektóre
              przedmioty fakultatywne powinny być obowiązkowe, a niektóre obowiazkowe powinny
              mieć większą ilośc godzin. Co do innych kierunków np. polonistyka, z
              oczywistych względów wypowiadać autorytatywnie się nie mogę; mogę natomiast
              założyć, że wybitni profesorowie w danej dziedzinie wiedzą co robią. Na
              przykładzie prawa mogę Ci powiedzieć, że np. tak wielokrotnie wymieniany w
              innym wątku jako najdurniejszy przedmiot "wstęp do prawoznawstwa" jest po
              pierwsze tzw. przedmiotem selektywnym tzn. jego celem jest wstępne sprawdzenie
              czy student jest w stanie przyswoić sobie trudniejsze przedmioty, a po drugie,
              jeżeli ktoś nie nauczy sie "wstępu" na pierwszym semestrze to nie będzie
              wiedział co się domiego mówi na drugim, trzecim i kilku następnych. To jest
              przykład oczywisty. A teraz przykład mniej oczywisty: "teoria prawa" - tego
              przedmiotu nie rozumie ok. 90 procent studentów i tyleż samo prawników. I smiem
              twierdzić, że dlatego poziom naszego sądownictwa i adwokatury jest jaki jest -
              ale oni "niewiedzą że niewiedzą". Tak więc sądzę, że nawet najlepszy student po
              prostu nie ma J E S Z C Z E kompetencji do formułowania takich ocen.
              Nie zrozumiałaś do końca, albo źle wytłumaczyłem kwestię różnicy pomiędzy
              uczeniem się i studiowaniem. Ta różnica sprowadza się w zasadzie tylko do
              kwesti technicznych, a nie ideologicznych , że tak powiem górnolotnie (ale nic
              innego nie przychodzi mi na myśl) i polega na tym, że nauka to tylko
              wykonywanie poleceń nauczyciela, a studiowanie to praca samodzielna (w dużym
              uproszczeniu z braku miejsca). Dopiero konsekwencją tego są zachowania ucznia,
              studenta, nauczyciela i wykładowcy (widzisz jakie są różnice nawet w nazwach?
              uczeń - nauczyciel, student - wykładowca).
              Z niewyobrażalnie wielkim smutkiem i podobnej wielkości obrzydzeniem pragnę Cię
              poinformować, iż niestety zawód prawnika wykonują w Polsce ludzie, którzy mają
              tzw. układy, najczęściej rodzinne - oczywiście niektórzy z nich są dobrymi
              prawnikami i maja to co określam mianem powołania. Dalej, gdyby z podanej
              przeze mnie wcześniej liczby, 100% takie powołamie miało, to i tak pracę w
              zawodzie dostałoby tylu, ilu wymieniłem wcześniej. I to nie dlatego, że pracy
              nie ma. Praca jest, i jest jej coraz więcej. Z raportu Urzędu Ochrony
              Konkurencji i Konsumentów (oficjalny dokument - wejdź na stronkę i poszukaj)
              wynika, że ilość spraw śądowych zwiększyła się o 70%, a ilość prawników wzrosła
              o niecałe 3% przy czym zakłada się systematyczny wzrost ilości spraw sądowych.
              Te anomalie to kwestia polityczna, związana głównie z monopolem korporacji
              prawniczych. W przygotowaniu jest nowa ustawa o zawodach prawniczych. Jeszcze a
              propos wstępu: kiedy kończą się argumenty zaczynają się wyzwiska - wtedy
              wychodzę bo szkoda mi czasu.
              Idę spać bo jestem raczej porannym zwierzątkiem; co nie znaczy, że nie czekam
              na kolejny ciekawy wątek.
              Pozdrowienia
              • eirenne Re: do Taw 22.01.05, 22:22
                > O kompetencjach studentów do oceny ważności itp. przedmiotu na danym kierunku
                > zdania nie zmienię, chociaż musze sprecyzować, iż opieram się na własnym
                > doświadczeniu zdobytym tylko na studiach prawniczych. Jestem pewien całkowicie
                > że na tych studiach nie ma przedmiotów zbędnych, a nawet więcej, niektóre
                > przedmioty fakultatywne powinny być obowiązkowe, a niektóre obowiazkowe powinny
                >
                > mieć większą ilośc godzin. Co do innych kierunków np. polonistyka, z
                > oczywistych względów wypowiadać autorytatywnie się nie mogę; mogę natomiast
                > założyć, że wybitni profesorowie w danej dziedzinie wiedzą co robią


                Jeśli chodzi o mój kierunek, zgadzam się z Toba w 100 procentach. Bo właściwie,
                co tak naprawdę może wiedzieć taki nieopierzony kurczak, jakim jest
                dwudziestoparolatek, o swojej dziedzinie- jeśli wcześniej po prostu nigdy się
                nią nie zajmował na poważnie... :) Rany, ile razy zarzekałam się, że coś NA
                PEWNO nigdy mi się nie przyda... a potem cholernie mi tej wiedzy brakowało...
                ile razy z kolegami z roku dyskutowaliśmy nad "bezsensownym dokładaniem do
                programu" tych wszystkich przedmiotów ogólnych, typu fizyka, chemia... "Powinni
                nam dać zamiast tego przedmioty ściśle związane z zawodem..."- gadaliśmy i
                pękaliśmy z dumy, jacy to jesteśmy mądrzy, mądrzejsi od samego rektora;-DDD Cóż,
                już w przyszłym roku niektórzy (w tym ja hehe) umilkli zawstydzeni, gdy
                dostaliśmy w końcu przedmioty specjalistyczne... gdzie bez podstaw fizy i chemii
                nie było czego szukać...
                Jestem za tym, żeby jednak zaufać tym, co program układają, jednak znają się na
                rzeczy:-DDD
              • Gość: Tawananna* Re: do Taw IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 22.01.05, 22:22
                > W zasadzie zgadzam się ze wszystkim co napisałaś, a zwłaszcza
                > ze wstępem.

                To znaczy, że dyskusja zmierza chyba we właściwym kierunku - powoli dochodzimy
                do jakiegoś kompromisu ;)

                > Jednak muszę zwrócić Ci uwagę, że chyba oboje poszliśmy > troszkę za daleko -
                > popatrz na pierwszy post tego wątku

                Może. Ale, z drugiej strony, przecież my już nie próbujemy odpowiedzieć na
                pierwszy post - raczej posłużył on jako inspirację do dyskusji na temat, ale
                inny ;).

                > Jestem pewien całkowicie
                > że na tych studiach nie ma przedmiotów zbędnych, a nawet
                > więcej, niektóre
                > przedmioty fakultatywne powinny być obowiązkowe, a niektóre
                > obowiazkowe powinny
                > mieć większą ilośc godzin.

                Nie śmiem polemizować, kompletnie nie znam się na prawie :). Z drugiej strony,
                skoro dany kierunek funkcjonuje na różnych uczelniach z różnym programem,
                pewnie oznacza to, że nie wszystkie przedmioty są absolutnie niezbędne
                (pozostaje pytanie, czy i które z nich są nieprzydatne).

                > Co do innych kierunków np. polonistyka, z
                > oczywistych względów wypowiadać autorytatywnie się nie
                > mogę; mogę natomiast założyć, że wybitni profesorowie w danej > dziedzinie
                wiedzą co robią. (...). Tak więc sądzę, że nawet
                > najlepszy student po prostu nie ma J E S Z C Z E kompetencji
                > do formułowania takich ocen.

                No to pogadamy za parę lat - powiem Ci, czy mi się ta moja
                cudowna "bibliografia i leksykografia" przydała :). Obawiam się, że choćby z
                racji metody 3xZ, która w wypadku tego przedmiotu znajduje świetnie
                zastosowanie, raczej tak się nie stanie. Na dowód mały przykładzik: przedmiot
                jest normalnie na pierwszym roku, ja robię go na drugim (i jakoś sobie bez
                niego radziłam, ale nie o to chodzi) - gdy w ubiegłym roku, już w drugim
                semestrze - czyli po zaliczeniu z BiL - na zupełnie innych zajęciach byliśmy
                zapytani o słowniki, okazało się, że jestem jedyną osobą w grupie, która jest w
                stanie wymienić ileś słowników języka polskiego wraz z tytułami i redaktorami.
                Mimo, że tylko ja na na zajęcia z BiL nie chodziłam.

                Poza tym mamy na pierwszym roku jeszcze "Nauki pomocnicze", gdzie poznajemy
                najważniejsze pojęcia dotyczące książki, piśmiennictwa itd., typy bibliografii,
                metody sporządzania przypisów itd. Myślę, że spokojnie NP by wystarczyły. Ale,
                oczywiście, to MOJA opinia :), na dodatek nie poparta żadnym tytułem
                naukowym :).

                > Nie zrozumiałaś do końca, albo źle wytłumaczyłem kwestię
                > różnicy pomiędzy
                > uczeniem się i studiowaniem. Ta różnica sprowadza się w
                > zasadzie tylko do
                > kwesti technicznych, a nie ideologicznych , że tak powiem
                > górnolotnie (ale nic
                > innego nie przychodzi mi na myśl) i polega na tym, że nauka to
                > tylko wykonywanie poleceń nauczyciela, a studiowanie to praca
                > samodzielna (w dużym
                > uproszczeniu z braku miejsca).

                Hmm, obawiam się, że rozumując w ten sposób można by dojść do smutnego wniosku,
                że większość studentów uczy się, a nie studiuje. Myślę, że na studiach nadal
                dominują polecenia wykładowcy, co najwyżej wyrażane w sposób bardziej ogólny.
                Wyczuwam chyba już, o co Ci chodzi, ale cały czas różnica rysuje się przede mną
                dość mgliście.

                > Dopiero konsekwencją tego są zachowania ucznia,
                > studenta, nauczyciela i wykładowcy (widzisz jakie są różnice
                > nawet w nazwach?
                > uczeń - nauczyciel, student - wykładowca).

                Nie jestem jakąś szczególną zwolenniczką relatywizmu językowego :). Ponadto np.
                na gruncie języka angielskiego studentem zostaje się chyba trochę wcześniej:).

                Smutnie brzmią Twoje opinie na temat sytuacji prawników. Nic więcej na ten
                temat nie napiszę, bo sprawa mi dość odległa i nie mam wystarczająco dużej
                wiedzy na ten temat...

                > Jeszcze a
                > propos wstępu: kiedy kończą się argumenty zaczynają się
                > wyzwiska - wtedy
                > wychodzę bo szkoda mi czasu.

                Ja też. Tylko jakoś tak przykro i dziwnie czasem mi się robi, gdy dyskutuje się
                z jakąś osobą przez dłuższy czas i, wydawałoby się, na poziomie, a potem nagle -
                surprise! - dyskutantowi kończą się argumenty i puszczają nerwy. To już wolę,
                jak nie ma nic poza wyzwiskami - przynajmniej od razu można taką osobę
                zignorować.

                > Idę spać bo jestem raczej porannym zwierzątkiem

                Ha! I tu się różnimy :) Dobranoc :)
                • Gość: Celsus Re: do Taw IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.01.05, 13:09
                  Dlaczego myślisz że puściły mi nerwy? nie rozumiem.
                  Dyskusja jak to dyskusja i chyba jednak nie zmierza we właściwym kierunku co
                  nie oznacza, że mi się nie podoba (właściwy kierunek to byłby taki, który
                  prowadziłby wprost do odpowiedzi na pytania nei - ale jeszcze raz powtarzam, to
                  kwestia formalna i nasza dyskusja bardzo mi się podoba).
                  Wbrew pozorom na każdej uczelni na wydz. prawa są takie same przedmioty. O
                  różnicach nie może być mowy !!!!! Skad Ci to przyszło do głowy? Przedmioty na
                  kazdej uczelni są podzielone na dwie podstawowe grupy: kanon i fakultet. Faktem
                  jest, że na niektórych uczelniach są dodatkowe przedmioty. Ale po pierwsze są
                  to przedmioty dodatkowe, a po drugie wykładane o b o k normalnego toku
                  studiów, "poza konkursem", że tak powiem np. szkoła prawa francuskiego na UJ,
                  której tak mi brak albo studia europejski przy Jean Monnet na UAM i US.
                  Twój smutny, a mój n i e o p i s a n i e smutny wniosek, ze większość
                  studentów się uczy zamiast studiowac jest moim zdaniem trafny. Niestety.
                  Ostatnia część mojej wypowiedzi została przez ciebie zrozumian zupełnie
                  o d w r o t n i e niż chciałem. Może źle się wyraziłem. Chciałem dać do
                  zrozumienia, że rozmawiam z Tobą z przyjemnością, a uzywanie wyzwisk i "innych
                  takich nie-argumentów" powoduje, że kończę rozmowę (czego przeczież nie
                  zrobiłem). Czyli, że podzielam Twoją opinię. A spać mi się po prostu zachciało
                  i już (już tego więcej nie napiszę - słowo). Ja jestem tak głupio urządzony, że
                  w tygodniu nie chce mi się wstawac do pracy, a w niedziele i święta wstaję ok.
                  6 rano bo do południa przychodza mi do głowy najlepsze (wg mnie ) pomysły.
                  Nie obrażaj się, bo nie ma o co.
                  Jesli chodzi o Twoje zaliczenia i egz. z BiL i innych przedmiotów to z jednej
                  strony gratuluję, ale z drugiej chciałbym zwrócić Ci uwagę, że jest to o wiele
                  istotniejsze niż moze Ci sie wydawać. Moim zdaniem na te przedmioty, z którymi
                  najlepiej Ci idzie powinnas zwrócoć szczególną uwagę w takim sensie, że któryś
                  z nich powinien w jakiś sposób byc związany z Twoją pracą po ukońzceniu studiów.
                  Już się obudziłem :-)
                  Pozdrowienia.
                  • Gość: Tawananna* Re: do Taw IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 23.01.05, 13:25
                    > Dlaczego myślisz że puściły mi nerwy? nie rozumiem.

                    Momencik. Teraz to zupełnie się zapętliliśmy :). To nie było w żaden sposób
                    odnośnie Ciebie. Opisałam sytuację, jaka często zdarza się na forum, chcąc w
                    ten sposób pokazać, jak bardzo cieszy mnie dyskusja, która toczy się w zupełnie
                    innej atmosferze :).

                    > Wbrew pozorom na każdej uczelni na wydz. prawa są takie
                    > same przedmioty. O
                    > różnicach nie może być mowy !!!!! Skad Ci to przyszło do głowy?

                    Hmm, no właśnie nie wiem;), chyba dlatego, że nie znam sytuacji na prawie. Na
                    polonistyce jest zupełnie inaczej, programy studiów różnią się dość znacznie.
                    To, co na jednej uczelni jest w minimum programowym, gdzie indziej jest
                    nauczane tylko jako fakultet, różnią się liczby godzin, kolejność wprowadzania
                    przedmiotów, listy lektur... Jest jakieś absolutne minimum ustalone odgórnie
                    przez Ministerstwo (ktoś może wie, gdzie można takie minima znaleźć?), a reszta
                    to fantazja własna wykładowców na danej uczelni ;). I, co powtórzę, nie chodzi
                    tu o przedmioty dodatkowe, pozakursowe, wykładane obok normalnego toku studiów.

                    > Twój smutny, a mój n i e o p i s a n i e smutny wniosek, ze
                    > większość
                    > studentów się uczy zamiast studiowac jest moim zdaniem
                    > trafny. Niestety

                    Nic dodać, nic ująć :/

                    >Ostatnia część mojej wypowiedzi została przez ciebie
                    > zrozumian zupełnie
                    > o d w r o t n i e niż chciałem. Może źle się wyraziłem. Chciałem
                    > dać do
                    > zrozumienia, że rozmawiam z Tobą z przyjemnością, a uzywanie
                    > wyzwisk i "innych
                    > takich nie-argumentów" powoduje, że kończę rozmowę (czego
                    > przeczież nie
                    > zrobiłem).

                    Hmm, dokładnie tak Cię zrozumiałam :). I dodałam tylko, że najbardziej jest mi
                    smutno, kiedy dopiero po dłuższej dyskusji ktoś przechodzi do wywisk - co
                    powoduje, że kończę rozmowę (czego przecież nie zrobiłam).

                    I w żadnym miejscu się nie obraziłam, bo niby o co?:)

                    > Jesli chodzi o Twoje zaliczenia i egz. z BiL i innych
                    > przedmiotów to z jednej
                    > strony gratuluję, ale z drugiej chciałbym zwrócić Ci uwagę, że
                    > jest to o wiele
                    > istotniejsze niż moze Ci sie wydawać.

                    A w tym miejscu nie rozumiem, co jest istotniejsze? Przedmioty, które uważam za
                    nieistotne?

                    > Moim zdaniem na te przedmioty, z którymi
                    > najlepiej Ci idzie powinnas zwrócoć szczególną uwagę w takim
                    > sensie, że któryś
                    > z nich powinien w jakiś sposób byc związany z Twoją pracą po
                    > ukońzceniu studiów.

                    I tak też staram się robić (choć czasami można się zastanawiać, jaka praca
                    wiąże się z tym, co mnie najbardziej interesuje :)).
                    • Gość: Celsus Re: do Taw IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.01.05, 17:25
                      No to wszystko ok.
                      Chciałem tylko zwrócić Ci uwagę na to, żebyś Ty zwróciła większą uwagę na te
                      przedmioty, z którymi dobrze Ci idzie (a nie żebyś "spoczęła na laurach" że
                      jest z nimi tak łatwo). Ale skoro tak właśnie robisz to świetnie. Jeśli chodzi
                      o programy to chyba trzeba patrzeć na stronach MEN.
                      Pozdrowienia
Pełna wersja