Zmiany w szkolnictwie wyższym?

21.07.03, 18:35
Szanowni Państwo!
Rektor i Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego zapoczątkowali dyskusję w
temacie, który przez wiele lat był tabu. Chodzi o stan nauki i edukacji w
Polsce. Wymieniona w uchwale Senatu UJ praca nauczycieli akademickich na
kilku etatach, to tylko jeden z licznych symptomów choroby polskiej nauki i
edukacji. Inne, nie mniej ważne, to np. niski w stosunku do liczby
mieszkańców i instytucji naukowych udział polskich naukowców w nauce
światowej, spadający w zastraszającym tempie poziom nauczania na polskich
uczelniach, liczne przypadki nadawania stopni naukowych, szczególnie
obywatelom innych państw za prace niesamodzielne lub o niskim poziomie,
ujawniane coraz częściej plagiaty, a w edukacji przedziwne przenikanie
nauczania publicznego i komercyjnego. Przykłady można mnożyć. Niektóre
ujawnione przez ubiegłoroczną kontrolę NIK, choć szokujące, np. prowadzenie
ponad czterech tysięcy godzin dydaktycznych w roku, opieka jednego promotora
nad 180 dyplomantami, prowadzenie modnych kierunków bez specjalistów z
koniecznej dziedziny i wiele innych były przez krótki czas tematem dyskusji w
mediach w ubiegłym roku. Dobrze, że dyskusja taka jest podejmowana. Poważne
obawy o jej rezultaty budzi jednak jej czas. Zarówno w ubiegłym, jak i w tym
roku, jej początek przypada na druga połowę lipca, kiedy większość
zainteresowanych i kompetentnych jest na urlopach, często za granicą, i nie
ma ani ochoty, ani możliwości uczestniczenia w tej dyskusji. A jest o czym
rozmawiać. Kłopoty polskiej nauki i edukacji mają charakter zarówno systemowy
jak i społeczny. Te pierwsze, to fatalna, scentralizowana i nieprzejrzysta
struktura oraz archaiczne sposoby oceniania, te drugie to spowodowany
głownie, ale nie tylko, przez pogoń za pieniądzem upadek etosu nauki wśród
samych naukowców. Feudalne struktury nauki stanowią bardzo dobry grunt dla
przyśpieszania powszechnie znanych procesów demoralizacji ludzi poprzez
sprawowanie władzy, a nakładająca się na to przez pięćdziesiąt lat tzw.
moralność socjalistyczna zwiększyła tylko skuteczność procesu deprawacji
wielu liczących się w nauce środowisk. Dowodem na poparcie tej tezy jest
faktyczne milczenie środowiska naukowego w ważnych dla funkcjonowania nauki i
edukacji sprawach. Dyskusja wokół podnoszonych niekiedy zarzutów, jeśli jest,
ogranicza się do lokalnych przypadków, a i wtedy wygląda bardziej na próbę
ściemniania niż wyjaśniania lub zmiany czegokolwiek. Nagłaśniane od czasu do
czasu skandale sugerować mają, że winne są pojedyncze, zdeprawowane
jednostki, a system i jego prominenci są zdrowe. Wygląda to niekiedy na
szukanie kozłów ofiarnych albo zamykanie niewygodnym ludziom ust. O
zwyczajowych prezentach na uczelniach mówi się wszędzie, tylko nie
środowisku, którego to zjawisko dotyczy. Wszyscy wiedzą, że szkół
prowadzących modne kierunki jest więcej niż specjalistów z tych dziedzin, ale
nic z tego nie wynika. Nauka i edukacja mimo, że uznane za społecznie ważne,
odseparowały się skutecznie od społeczeństwa i stworzyły swoiste państwo w
państwie, rządzone własnymi prawami i mówiące hermetycznym, niezrozumiałym
dla reszty społeczeństwa językiem. W państwie demokratycznym sytuacja taka
jest na dłuższą metę nie do utrzymania, bo mimo wszystkie zapewnienia o
edukacji jako wartości samej w sobie ludzie oczekują od uczelni zwiększenia
ich szans na rynku pracy. Jest to dla nas szczególnie ważne w przededniu
wejścia do UE, bo nasze instytucje naukowe i edukacyjne skonfrontowani
zostaną z całkowicie odmiennymi od znanych im dziś wymaganiami. O pieniądze
trzeba będzie zabiegać, a rezultaty działalności rozliczać. I może się wtedy
okazać, ze nic już się nie da zrobić. Nie chcę udawać, że wiem co robić, ale
na pewno trzeba o tych sprawach mówić. Dobrze by było gdyby „Gazeta” podjęła
temat. Lato nie jest dobrym czasem na taką dyskusje, ale uchwała Senatu UJ i
naśladujące ją postanowienia senatów innych uczelni to okazja, która może się
nie powtórzyć. Ponadto taka letnia, luźna rozmowa może być dobrym wstępem do
szerszej debaty, którą „Gazeta” mogła by rozpocząć np. w październiku.
Wysyłam ten list do Redakcji „Gazety” z prośbą o opublikowanie i może
podjęcie tematu oraz na wszystkie lokalne fora dyskusyjne „Gazety Wyborczej”
i kilka innych forów. Napiszcie co myślicie o tej sprawie, może dotrze to do
tych, którzy decydują o nauce i edukacji.
    • independent-girl BARDZO DOBRY POMYSŁ 21.07.03, 21:01
      Popieram to co Pan zrobił, trzeba walczyć z tym co się dzieje, bo na tym
      cierpi przede wszystkim kształcąca się i podejmująca kształcenie wyższe
      młodzież, a chyba nie o to chodzi, żeby za parę lat większość posiadała
      dyplomy za wiedzę, której w rzeczywistości nie posiadają. W końcu przyszłość
      nasza - młodzieży - leży w rękach naszych nauczycieli, jeśli Oni nie
      przygotują nas dobrze to my nie będziemy w stanie później przygotować naszych
      dzieci.

      Pozdrawiam
      Kasia
    • ragazzopol Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? 21.07.03, 21:21
      Czy ma Pan więc jakieś konkretne propozycje zmian w szkolnictwie ?? Jeśli nie (bo takich nie widzę w Pana wypowiedzi !) uważam Pański wywód za nietrafiony i zupełnie pozbawiony argumentacji. Co chce pan osiągnąć ? Zwrócić na siebie uwagę ?? Naprawić świat ?? Powodzenia więc życzę.

      PS. Nie wiem, komu zarzuca Pan zło. Nie rozumiem, kto jest winien Pańskiej irytacji. A co do ustawy UJ, sądzę, że jest ona wielkim nieporozumieniem i zapowiada powolną agonię państwowego systemu edukacji w Polsce. Demokracja, proszę Pana, polega właśnie na tym, aby każdy obywatel miał równe szanse dostępu do nauki, wolność wyboru uczelni, możliwość uczęszczania na zajęcia cenionych profesorów, a Ci z kolei mają prawo łączenia etatów i pracy na kilku uczelniach jednocześnie. Zasłanianie się Senatu UJ troską o tradycję szkoły nic tu niestety (a może stety) nie da, a sama ustawa jest wręcz pogwałceniem praw, o których mowa wyżej. Radzę więc przemyśleć swoje rewolucyjne metody analizy faktów albo ... wziąć coś na uspokojenie.
      • Gość: fiuta Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? IP: *.rtk.net.pl 21.07.03, 21:42
        wolność wolnością, ale podatki płacimy, żeby profesorstwo
        rzetelnie kształciło nasze dzieci na uczelniach
        utrzymywanych przez podatników.
        przecież można się po prostu zwonić z pracy i przejść do
        uczelni prywatnej, prawda? profesorstwa uczciwość nie
        obowiązuje?
        • Gość: fifi Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? IP: w3cache.* / 192.168.0.* 21.07.03, 21:57
          Uczciwość nie polega na tym, żeby pracować na jednej uczelni i po latach
          wyrzeczeń nie móc utrzymać rodziny. Uczciwość profesorów polega na tym, żeby:
          1) dobrze wykładać;
          2) jasno precyzować wymagania pod adresem studentów i bezwzględnie je
          egzekwować;
          3) być dostępnym na konsultacjach;
          4) uczestniczyć w pracach rad instytutów i wydziałów;
          5) uprawiać naukę na wysokim poziomie;
          6) rzetelnie recenzować rozprawy doktorskie, habilitacyjne, publikacje itp.;
          7) doradzać studentom i doktorantom itd.

          Tego należy od profesorów wymagać, a nie tego by pracowali na jednym etacie.
          Uchwała Senatu UJ zabiera się do sprawy "etyki" od niewłaściwego końca.
          Profesorowie, jak wszyscy, podlegają ocenie okresowej. Ale może ona być tylko
          pozytywana albo negatywna. Nie ma miejsca na żadne odcienie. Nie ma lepszych
          ani gorszych profesorów. Po uchwale Senatu UJ jedynym kryterium oceny
          profesorów będzie liczba etatów, jakie zajmują, a nie żadne z 7 przeze mnie
          wymienionych.
        • ragazzopol Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? 21.07.03, 22:13
          Gość portalu: fiuta napisał(a):

          > wolność wolnością, ale podatki płacimy, żeby profesorstwo
          > rzetelnie kształciło nasze dzieci na uczelniach
          > utrzymywanych przez podatników.
          > przecież można się po prostu zwonić z pracy i przejść do
          > uczelni prywatnej, prawda? profesorstwa uczciwość nie
          > obowiązuje?

          Droga fiuto ! To niech Twoje dzieci uczą się należycie. Wówczas nie będziesz miała bezpodstawnych pretensji do osób trzecich. Zagoń swe potomstwo do książek, bo przecież komu, jak nie im ma zależeć na nauce ?? Profesorom ? Toż to kpina !! Jeśli studencikom nie chce się indywidualnie i z własnej woli zajrzeć do lektur, to nawet dyplom Oxford'u jest niewiele wart.
          Uczelnie utrzymywane przez podatników ? Owszem, teraz tak jest. Ale za 2-3 lata wszystkie uczelnie w każdym trybie będą płatne. A jeśli tak się nie stanie, to naprawdę wszyscy najlepsi wykładowcy przeniosą się na uczelnie prywatne. A to nawet dobrze będzie, bo państwowe już nic nie oferują swoim studentom oprócz nazwisk profesorów i nazwy uczelni, chociaż, niektóre to nawet tą ostatnią cechą nie mogą się pochwalić (patrz: Uniwersytet Szczeciński, Uniwersytet Białostocki, Uniwersytet Opolski i inne prowincjonalne zaścianki z Uniwersytetem Łódzkim włącznie).

          PS. Ludzie zacznijcie myśleć !! Chyba te upały Wam mózgi rozlasowały !!
          • Gość: Richelieu* Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? IP: *.localdomain / 192.168.0.* 21.07.03, 23:24
            ragazzopol napisał:

            > Uczelnie utrzymywane przez podatników ? Owszem, teraz tak jest. Ale za 2-3
            lata
            > wszystkie uczelnie w każdym trybie będą płatne. A jeśli tak się nie stanie,
            to
            > naprawdę wszyscy najlepsi wykładowcy przeniosą się na uczelnie prywatne.



            każdy wykładowca, który chce się piąć się musi
            mieć pierwszy etat w państwowej. Jak dotąd niewiarygodnym przywilejem
            nadanym
            prywatnej szkole jest uprawnienia jej do nadawania tytułu doktora.
            Zdaje się są
            dwie takie szkoły w Polsce. A co dalej? Wykładowcami, którzy mogą
            sobie dać
            spokój z państwową są wobec tego albo mało ambitni lub znający się na
            rzeczy
            nauczyciele lub profesorzy zwyczajni na emeryturze z brakiem życowej
            energii,
            którzy zwyczajnie nie mogą już dalej zajść bo osiągnęli już wszystkie
            szczeble,
            a z powodu braku energii nie mogą już tworzyć nauki, więc przenoszą
            się do
            prywatnej gdzie ani mózgu wysilać nie muszą ani nich już nie oczekuje
            od nich
            wielkich osiągnięć. Jeśli na 200 powiedzmy wykładowców jest jednym z
            10
            profesorów to nie dziwnym jest, że otacza go aura boskości i mądrości
            wszelakiej, a on nie dość, że skleroza, to jeszcze choroby wieku
            starczego i
            depresja przemijania i niespełnienia. Oto wykładowcy. A cała reszta,
            ta
            wspaniała musi mieć etat w szkole państwowej żeby się rozwijać, a nie
            utknąć na
            mówieniu rzeczy niemal ze szkoły średniej.





            • forward Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? 22.07.03, 09:11
              Moim zdaniem cała studia powinny mieć charakter zawodowy. Powinny uczyć zawodu
              i umożliwiać odbywanie kursów doskonalających np. z informatyki. Generalnie
              Polak powinien zdobywać swój pierwszy zawód w szkole ponadgimnazjalnej, czas
              skończyć z ogólnokształceniem, z uczeniem się nieprzydatnych rzeczy. Drugi
              zawód powinno zdobywać się właśnie na studiach, a jeżeli ktoś nie może lub nie
              chce studiować powinien go zdobyć w szkole policealnej. Szkolnictowo powino
              wyrabiać nawyk stałego uczenia nowych profesji i poznawania nowych technik i
              umiejętności, bo gospodarka i rozwój technologii jest nieubłagalny.
              Nie do przyjęcia są generalnie programy serwowane w ramach edukacji
              ogólnokształcącej, bo wiedzy ogólnej przeteoretyzowanej nie chcą pracodawcy.
              Czas zastąpić formułę wykładu tranigiem umiejętności.

              Forward
              • Gość: fifi Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? IP: w3cache.* / 192.168.0.* 22.07.03, 21:16
                forward napisał:

                > Moim zdaniem cała studia powinny mieć charakter zawodowy. Powinny uczyć
                zawodu

                Studia wyższe mają dać wyższe kwalifikacje, niż zawodowe. Mają przygotować
                kadry do uprawiania zawodów nowopowstających lub szybko zmieniających się.
                Wychować ludzi zdolnych do samokształcenia się przez resztę swojego życia. Do
                tego zaś studia filozofii są równie dobre, jeśli nie lepsze, jak informatyki.
                Nb. znam dużo filozofów, doszłych lub niedoszłych doktorów, którzy z dużym
                sukcesem pracują w informatyce.
                • Gość: Jeszcze zdrowy To jakaś paranoja IP: *.chello.pl 22.07.03, 22:56
                  Gość portalu: fifi napisał(a):

                  > Studia wyższe mają dać wyższe kwalifikacje, niż zawodowe.

                  Wyższe niż zawodowe polegają więc na tym, że zawodowych ma się tylko część, a
                  pozostałe są zupełnie niezwiązane z przyszłą pracą. Bardzo ciekawa koncepcja.
                  Szczególnie w zawodach technicznych należy przestać się interesować nowymi
                  technologiami które się rozwijają jak szalone, tylko studiować dzieła
                  filozofów.

                  > Do
                  > tego zaś studia filozofii są równie dobre, jeśli nie lepsze, jak informatyki.

                  Oczywiście, nie matura, czy dyplom magistra lub doktora informatyki lecz chęć
                  szczera zrobi z ciebie najlepszego informatyka. Mądre państwo powinno
                  zlikwidować studia informatyczne, a na to miejsce wprowadzić filozofię.
                  Młodzież będzie spędzała czas w bibliotekach studiując pożółkłe księgi klasyków
                  i rozważając zagadnienia: istoty i struktury bytu, źródeł, narzędzi i
                  prawomocności poznania, zasad wartościowania, sensu życia i sposobów jego
                  godnego prowadzenia, itp., zamiast tracić czas na pisanie programów. Bedzie to
                  dużo tańsze, bo do wykształcenia nowoczesnego informatyka komputery nie będą
                  potrzebne.

                  fifi idź do lekarza, naprawdę z tobą jest niedobrze...
                  • Gość: fifi Re: To jakaś paranoja IP: w3cache.* / 192.168.0.* 23.07.03, 00:51
                    Zbyt dosłownie potraktowałeś zastosowany przeze mnie skrót myślowy. Nikt przy
                    zdrowych zmysłach nie będzie zalecał nauczania filozofii ZAMIAST informatyki.
                    Chodzi o to, że człowiek z wyższym wykształceniem musi być zdolny do uprawiania
                    różnych zawodów, w tym zawodów nie istniejących w czasie, gdy podjął studia.
                    Świat zmienia się zbyt szybko, by na studiach wystarczyło uczenie się
                    sprawności czysto zawodowych.

                    Filozofia jest oczywiście tylko przykładem, i w Polsce wielu ludziom wydaje się
                    on absurdalny. Spójrz jednak na system edukacyjny Wielkiej Brytanii, na
                    popularność studiów filozoficznych tam. Czytałem kiedyś o badaniach karier w
                    Wielkiej Brytanii. Wynikało z nich, że absolwenci filozofii zwykle zaczynali
                    bardzo skromnie, podczas gdy absolwenci bankowości, ekonomii itp. błyskawicznie
                    osiągali wysokie dochody. Natomiast po kilkunastu latach po studiach absolwenci
                    filozofii przeganiali swoich kolegów z innych wydziałów. Ten fenomen przypisuje
                    się sprawności dostrzegania problemów tam, gdzie inni ich nie dostrzegają i w
                    rozwiązywaniu nietypowych, nie rutynowo-zawodowych problemów, czego uczą studia
                    filozofii. Bo też studia filozoficzne (jak zresztą żadne studia) nie
                    przypominają wcale potocznego o nich wyobrażenia: pożółkłe woluminy,
                    wysublimowane, oderwane od codzienności rozważania o sensie życia itd. Studenci
                    filozofii uczą się m.in. logiki, metodologii nauk, teorii poznania a więc
                    podstaw poznawania czegokolwiek. A także poznają koncepcje człowieka,
                    społeczeństwa, państwa, co pozwala im rozumieć i dostrzegać problemy
                    międzyludzkie w pracy, rozwiązywać je bez emocji. Uczą się też innych
                    interesujących rzeczy.

                    Ale jak napisałem, filozofia jest tylko przykładem. Innym przykładem jest
                    fizyka. Kiedy parę lat temu USA zrezygnowały z dokończenia projektu budowy
                    gigantycznego akceleratora, który miał przebiegać przez połowę terytorium
                    kraju, z dnia na dzień straciło pracę 20 tys. fizyków. I wszyscy znaleźli
                    bardzo szybko zatrudnienie. Wchłonęła ich … giełda. Bo fizycy słusznie uchodzą
                    za ludzi dobrze wykształconych, wykształconych w zakresie sprawności umysłowej.
                    A przecież „fizyk”, to nie jest żaden zawód.

                    Wyobrażenie, że studia powinny przygotowywać do uprawiania jakiegoś konkretnego
                    zawodu jest nie tylko naiwne, ale sprowadza kandydatów na studia na manowce.
                    Coraz więcej ludzi rozumie, że po zarządzaniu i marketingu ma marne szanse na
                    pracę. Ale wciąż zdumiewa mnie popularność pedagogiki. Ilu pedagogów nam
                    trzeba? Pedagog zaś jest znacznie gorzej przygotowany do życia pozaszkolnego od
                    filozofa, fizyka, historyka lub matematyka, choć przecie te kierunki żadnego
                    pozaszkolnego zawodu nie dają. Moim zdaniem nie jest takie ważne, co się
                    studiuje. Ważniejsze jest, by wybrać dziedzinę studiów interesującą dla siebie
                    i wykorzystać wszystkie szanse rozwoju intelektualnego, jakie studia dają.

                    Życzę dużo zdrowia
                    • forward Re: To jakaś paranoja 23.07.03, 16:59
                      A ja uważam przeciwnie, jeżeli jakiś pracodawca w ogóle będzie chciał zatrudnić
                      absolwenta wyższej uczelni to postawi przed nim konkretne wymagania, będzie
                      musiał perfekcyjnie posługiwać się np. Officem a te wszystkie historie, zasady,
                      metodologie, zarysy, paradygmaty nie będą mu do niczego potrzebne. Teorie i
                      historie to jest dobre dla studiów doktoranckich, dla karier naukowych nie na
                      potrzeby rynku. Szkolnictwo także szkolnictwo wyższe musi być praktyczne i to
                      aż do bólu.


                      Forward

                      • Gość: fifi Re: To jakaś paranoja IP: w3cache.* / 192.168.0.* 23.07.03, 19:24
                        Ależ do opanowania Office'a studia wyższe nie są potrzebne. Potrzebne są do
                        nabycia umiejętności wytworzania tego typu produktów lub znajdowania dla nich
                        nowych zastosowań.

                        Z tego, co wiem, absolwenci filozofii są chętnie zatrudniani przez firmy. Znam
                        nawet kilka przypadków fundowania pracownikom zaocznych studiów filozoficznych.
                        Jeden właściciel firmy powiedział mi: jak mój pracownik skończy filozofię,
                        będzie inteligentniej rozmawiał z klientami i ja będę robił lepsze interesy.
                        • Gość: jw zmiany w szkolnictwie wyższym IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 23.07.03, 19:59
                          Dyskusja na temat wieletatowości nie powinna być oderwana od kontekstu tj. od
                          kuriozalnego systemu nauki i edukacji panującego w Polsce.Wieloetatowość, jak i
                          bezetatowość nauczycieli akademickich jest złem. Ale o bezetatowości się nie
                          mówi, chociaż to poważny problem obniżający poziom nauki i edykacji w Polsce.
                          W niemal powszechnej u nas opinii ten kto nie ma pracy jest kiepski a lepszy
                          jest ten kto pracuje na etacie a najlepiej jednocześnie na wielu etatach. Ci
                          najlepsi wystarczy, że figuruja w spisach uczelni, nie muszą zbyt często tam
                          bywać. Najlepsi są politycy, którzy mimo obowiązków państwowych, sejmowych itp.
                          mają możliwość zatrudniania się na uczelniach, nieraz kilku, i podnosić prestiż
                          i jakość tych uczelni. Jak wszyscy widzą nie traci na tym ani państwo, ani
                          uczelnie. Uczelnie są oceniane przez Panstwową Komisję Akredytacyjną a ilość
                          profesorów na uczelni daje wiele potrzebnych punktów do akredytacji. Co ci
                          profesorowie sobą reprezentują, czy w ogóle się prezentują, nie ma tu żadnego
                          znaczenia. Chodzi o punkty dla uczelni. Jeśli ich mało to uczelnia może
                          zniknąć. Uczelnia, żeby istnieć musi zatrudniać profesorów. Dobrze uczyć nie
                          musi. Tu kontrola nie działa. PKA nie ma swojej strony internetowej a raporty
                          pokontrolne nie są dostępne dla społeczeństwa. To standard w nauce i edukacji
                          polskiej jakże odmienny od standardów europejskich. Brak jawności kompromituje
                          konrole uczelni. Odnosi się przy tym wrażenie, ze PKA utrwala obecną patologię
                          uczelni.
                          Mniemanie, że jakość nauczania, a także badań, zależy od ilości profesorów nie
                          ma żadnych podstaw empirycznych. Kiepski poziom edukacji a także badań (jeśli w
                          ogóle są prowadzone) w wykonaniu wielu profesorów, nawet tych, którzy są
                          zatrudnieni na jednym etacie, jest częstym przypadkiem w polskich uczelniach.
                          Wystarczy poczytać trochę dyskusji w internecie aby się o tym przekonać.W
                          niemałym stopniu jest to rezultat usuwania z uczelni pracowników zbyt wysoko
                          cenionych przez studentów. Wysoki poziom ich wykladów czy seminariów
                          kontrastowal z bublem edukacyjnym serwowanym przez -pożal sie Boże -
                          profesorów.
                          W USA nie ma wieloetatowości, ale nie ma też profesorów belwederskich, czy
                          raczej 'białodomowych', bo nie ma tytulu profesora nadawanego przez prezydenta,
                          a na stanowiskach profesorów uczelnie zatrudniaja osoby posiadające duży
                          dorobek naukowy i cenione przez studentów. Do obsadzenia stanowiska potrzebny
                          jest konkurs na stanowisko, a nie na osobę, stąd i kandydatów wielu, a wygrywać
                          mogą rzeczywiście najlepsi. U nas dorobek nie ma decydujacego znaczenia, jest
                          na ogół niejawny, a o tym czy ktoś będzie czy nie będzie profesorem decyduje
                          ostatecznie prezydent panstwa. Do profesorów uczelnianych sami uczeni nie mają
                          zaufania. Wiadomo jak procesy awansów się odbywają. Wysoka opinia studentów to
                          nierzadko śmierć zawodowa dla nauczyciela akdemickiego.
                          Do niedawna uniwersytet w statucie UJ był definiowany jako korporacja
                          nauczanych i nauczających poszukujących razem prawdy. Nie wszyscy tej prawdy
                          szukali, wielu ją zamiatało pod dywan. Statut UJ został jednak ostatnio
                          zmieniony i tej definicji uniwersytetu już nie ma. UJ promieniuje na inne
                          uczelnie. Ostatnio slyszałem o zmianie statutu jednej placówki edukacyjnej w
                          Białymstoku, po to aby zatrudnić na stanowisku dyrektora osobę, która
                          posługiwała się wcześniej sfałszowanym dyplomem wyższej uczelni. Przykład idzie
                          z góry. Ryba psuje się od głowy.
                        • forward Re: To jakaś paranoja 23.07.03, 20:42
                          W Polsce fifi to interesy robi się przy wódce-pierwszy sposób albo na
                          bankietach to drugi sposób, można jej jeszcze robiąc idąc na całość i smarując
                          komu trzeba-to trzeci sposób.Jak widzisz filozofii w tym dużej nie ma, trzeba
                          mieć spryt, tupet i determinację.
                          Chyba nie mieszkasz w Polsce fifi i nie wiesz o czym mówisz.




                          Forward
                    • Gość: Jeszcze zdrowy Re: To jakaś paranoja IP: *.chello.pl 24.07.03, 00:22
                      Gość portalu: fifi napisał(a):

                      > Zbyt dosłownie potraktowałeś zastosowany przeze mnie skrót myślowy. Nikt przy
                      > zdrowych zmysłach nie będzie zalecał nauczania filozofii ZAMIAST informatyki.

                      To dobrze.

                      > Studenci
                      > filozofii uczą się m.in. logiki, metodologii nauk, teorii poznania a więc
                      > podstaw poznawania czegokolwiek. A także poznają koncepcje człowieka,
                      > społeczeństwa, państwa, co pozwala im rozumieć i dostrzegać problemy
                      > międzyludzkie w pracy, rozwiązywać je bez emocji. Uczą się też innych
                      > interesujących rzeczy.

                      Tego się uczą także inni studenci, choć, poza logiką, na pewno nie w takim
                      zakresie jak przyszli filozofowie. Tylko że znajomość teorii poznania nie
                      zastąpi samego poznania. Sorry, ale tutaj filozofowie nie mają wiele do
                      powiedzenia. Oni tylko mogą interpretować i komentować z pewnego dystansu to co
                      zrobią inni. To też jest pożyteczne, ale ma to obecnie niewielki wpływ na
                      rozwój cywilizacji. Wiedza rozwija się zbyt szybko, żeby być na bieżąco w kilku
                      dziedzinach naraz. Nawet w jednej, wąskiej jest to ciężkie dla specjalisty.

                      >
                      > Ale jak napisałem, filozofia jest tylko przykładem. Innym przykładem jest
                      > fizyka. Kiedy parę lat temu USA zrezygnowały z dokończenia projektu budowy
                      > gigantycznego akceleratora, który miał przebiegać przez połowę terytorium
                      > kraju, z dnia na dzień straciło pracę 20 tys. fizyków. I wszyscy znaleźli
                      > bardzo szybko zatrudnienie. Wchłonęła ich … giełda. Bo fizycy słusznie uc
                      > hodzą
                      > za ludzi dobrze wykształconych, wykształconych w zakresie sprawności
                      umysłowej.
                      >
                      > A przecież „fizyk”, to nie jest żaden zawód.
                      >

                      Jak to nie? Fizyk jest sprawnym matematykiem, zna się świetnie na komputerach,
                      i wie jeszcze dużo więcej. Fizyk ma umysł ścisły, a filozof to humanista. Fizyk
                      może być świetnym filozofem, ale na odwrót ciężko by było (teraz).



                      > Wyobrażenie, że studia powinny przygotowywać do uprawiania jakiegoś
                      konkretnego
                      >
                      > zawodu jest nie tylko naiwne, ale sprowadza kandydatów na studia na manowce.

                      Filozof lubi uogólniać, ale nie zawsze powinien. Np. do tego modelu zupełnie
                      nie pasują: lekarze, marynarze, informatycy, architekci, itp.

                      > Moim zdaniem nie jest takie ważne, co się
                      > studiuje. Ważniejsze jest, by wybrać dziedzinę studiów interesującą dla
                      siebie
                      > i wykorzystać wszystkie szanse rozwoju intelektualnego, jakie studia dają.
                      >

                      W czasach specjalizacji jest bardzo ważne co się skończyło i gdzie. I jeszcze
                      powinno być ważne z jakimi ocenami. Z resztą wypowiedzi się zgadzam.
                      • Gość: fifi Re: To jakaś paranoja IP: w3cache.* / 192.168.0.* 24.07.03, 01:39
                        Studenci filozofii mają trzy semestry logiki obowiązkowo + ewentualne
                        fakultety. Teoria poznania nie zastępuje poznania, podobnie jak poznanie
                        kwestii szczegółowych nie zastępuje ogólnych umiejętności poznawania.
                        Filozofowie nie tylko interpretują i komentują, ale odkrywają nowe dziedziny
                        poznania. Nauka europejska wyrosła na tle filozofii i bez niej by w ogóle nie
                        powstała. Weź np. pojęcie atomu, które powstało w wyniku rozważań nad związkiem
                        pojęcia bytu z pojęciami tożsamości i zmiany. Bez tego pojęcia, czystego
                        intelektualnego wymysłu, a nie rezultatu empirycznego odkrycia, czym byłaby
                        nauka, powstała wiele stuleci później? Które pomysły dzisiejszych filozofów
                        staną się podłożem jutrzejszej nauki, nie sposób przewidzieć.

                        Podtrzymuję pogląd, że fizyk nie jest zawodem, jak napisałem "pozaszkolnym" (w
                        sensie obejmującym oczywiście poziom akademicki). Podział na dyscypliny ścisłe
                        i humanistyczne nie ma nic wspólnego z kwalifikacjami ani zawodowymi, ani
                        intelektualnymi. Fizycy są znakomitymi humanistami, piszą lepszą polszczyzną od
                        polonistów. Filozofowie (niektórzy) dobrze znają teorię mnogości, podstawy (w
                        sensie foundations, nie elementy) matematyki, rachunek prawdopodobieństwa,
                        które są zwykłymi narzędziami teorii poznania. Prawda, że fizycy częściej
                        zostają filozofami niż na odwrót (znam współczesny jeden przypadek,
                        historycznych więcej). Wynika to nie z ograniczeń filozofii, tylko z tego, że
                        jedna i druga sekwencja rozwoju osobowego wymaga podjęcia drugiego kierunku
                        studiów i filozofia jest często kierunkiem drugiego wyboru, podejmowanym z
                        chęci umieszczenia w szerszej perspektywie zdobytej wiedzy specjalistycznej.

                        Słusznie zauważasz, że do modelu ogólnego kształcenia zupełnie nie pasują:
                        lekarze, marynarze, informatycy, architekci, itp. Ale zważ, co warte jest
                        wykształcenie lekarza, gdy nie znajdzie etatu w szpitalu (a bezrobocie wśród
                        lekarzy rośnie). Ma o wiele mniej szans niż fizyk albo filozof, który nie
                        znajdzie etatu w szkole lub na uniwersytecie.

                        Piszesz: "W czasach specjalizacji jest bardzo ważne co się skończyło i gdzie".
                        Tylko wtedy, gdy jest to specjalność, w której popyt przewyższa podaż. Mamy
                        coraz więcej bezrobotnych lekarzy i prawników. Wydaje się, że rośnie popyt na
                        biotechnologię, ochronę środowiska itp. Ale trudno przewidzieć kiedy podaż
                        przewyższy zapotrzebowanie, jak to już dawno się stało w przypadku marketingu
                        czy pedagogiki. Człowiek o dobrym, ogólnym wykształceniu i zdolny do dalszego
                        samokształcenia (to jest warunek niezbędny) jest - średnio rzecz biorąc - w
                        lepszej sytuacji od specjalisty niechodliwej specjalności. Oczywiście każdy
                        wybór: studia specjalistyczne lub "ogólnorozwojowe", łączy się z ryzykiem.
                        Dlatego podtrzymuję dwie dotychczasowe tezy (1) wybierać wedle gustu i
                        zamiłowań, bo jeśli ryzyko jest nieuniknione, to można przynajmniej
                        zaoszczędzić sobie gwałtu na własnej osobowości (2) studia nie mogą być
                        zawodowe, tzn. model studiów zawodowych nie może być powszechny (bo oczywiście
                        nie chodzi mi o likwidację wydziałów medycyny i szkół oficerskich).
                        • Gość: Jeszcze zdrowy O filozofach kiedyś i dziś IP: *.chello.pl 24.07.03, 10:32
                          Gość portalu: fifi napisał(a):

                          > Filozofowie nie tylko interpretują i komentują, ale odkrywają nowe dziedziny
                          > poznania. Nauka europejska wyrosła na tle filozofii i bez niej by w ogóle nie
                          > powstała. Weź np. pojęcie atomu, które powstało w wyniku rozważań nad
                          związkiem
                          >
                          > pojęcia bytu z pojęciami tożsamości i zmiany. Bez tego pojęcia, czystego
                          > intelektualnego wymysłu, a nie rezultatu empirycznego odkrycia, czym byłaby
                          > nauka, powstała wiele stuleci później?

                          Boję się, że to zamierzchłe czasy, gdy filozofowie tak dużo wnosili do nauki.
                          Wtedy jednym umysłem można było objąć kilka dziedzin. I starożytni filozofowie
                          byli jednocześnie matematykami, fizykami, itp. Dzisiaj wiedzy naukowej jest
                          zbyt wiele i zbyt szybko się rozwija, by nie-specjaliści mieli coś ciekawego do
                          powiedzenia. Filozofowie co najwyżej mogą sie zastanawiać czym różne nauki się
                          różnią, w czym są podobne i dlatego głównym przedmiotem ich zainteresowania
                          jest metodologia nauk.
                          Owszem, nauka europejska wyrosła z filozofii. Tak samo telefonia, radio czy
                          telewizja wyrosły z telegrafu. Ale z telegrafu już dziś nikt nie korzysta.

                          >Które pomysły dzisiejszych filozofów
                          > staną się podłożem jutrzejszej nauki, nie sposób przewidzieć.
                          >

                          Bardzo łatwo jest przewidzieć. Boję się, że niestety żadne. Chyba że zrobią
                          drugi fakultet z jakiejś nauki szczegółowej.
                          Ale to nie znaczy, że filozofowie ogólni są niepotrzebni.
                          Dzieki swojemu dystansowi do rzeczywistości i większej niż u innych wiedzy
                          ogólnej, obejmującej nauki humanistyczne i ścisłe, silnym podstawom z logiki,
                          mogą łatwo znaleźć pracę w mediach, reklamie, polityce, itp. Byliby także, po
                          uzupełnieniu wykształcenia o zarządzanie, idealni do zarządzaniu nauką,
                          bibliotekami. Bo nikt tak jak oni nie umie się porozumieć z przedstawicielami
                          różnych nauk.

                          • Gość: fifi Re: O filozofach kiedyś i dziś IP: w3cache.* / 192.168.0.* 24.07.03, 15:34
                            Z satysfakcją stwierdzam, że coraz lepiej się rozumiemy i cieszę się, że
                            doceniasz kwalifikacje filozofów. Muszę dodać wyjaśnienie nt zdania o
                            dzisiejszych pomysłach filozofów, które mogą mieć zastosowanie w nauce.
                            Twierdzisz, że do tego filozofowie musieliby mieć pokończone drugie fakultety.
                            To byłoby niezbędne, gdyby to filozofowie mieli dokonywać odkryć naukowych.
                            Filozofowie zaś dokonują odkryć pojęciowych, które mogą mieć zastosowanie.
                            Trochę podobnie, jak matematycy, których teorie niekiedy po wielu latach
                            znajdują zastosowanie, którego ani oni, ani nikt inny się nie spodziewał.
                            Wspomniałem o pojęciu atomu wymyślonym przez Demokryta, a zastosowanym po raz
                            pierwszy w nauce ponad 2 tys. lat później przez Daltona. Od kilkudziesięciu lat
                            trwają spory nt interpretacji teorii kwantów, m.in. w związku z tzw. paradoksem
                            Einsteina-Podolskiego-Rosena. Biorą w nich udział fizycy i filozofowie
                            (niektórzy z nich studiowali również fizykę, wielu innych studiowało teorię
                            kwantów pokątnie, to jest na własną rękę, niekiedy odwiedzając swoich
                            uniwersyteckich kolegów-fizyków w ich laboratoriach). I od kilkudziesiętu lat
                            brak znaczących postępów w materii. Otóż myślę, że jakiś szczęśliwy pomysł
                            filozoficzny może pchnąć fizykę na nowe tory (niekoniecznie od razu, może po
                            kolejnych kilkudziesięciu latach, za sprawą fizyków niekoniecznie
                            zainteresowanych filozofią). Od wieków toczą się filozoficzne spory na temat
                            przyczynowości. Są filozofowie (kilku na świecie), którzy budują skomplikowane
                            modele matematyczne rozszczepiających się w czasie procesów przyczynowych. Mają
                            na celu objaśnienie rzeczywistych lub autentycznych paradoksów wynikających z
                            teorii kwantów. Te pomysły mogą zainspirować fizyków do budowy nowych teorii.

                            I jeszcze jedno. Są współcześni uczeni, którzy chętnie powołują się na
                            współczesnych filozofów zaznaczając, że ich myśl miała wypływ na ich pracę.
                            Zajrzyj np. do książek filozofującego biologa, etologa zwierząt, Konrada
                            Lorenza.

                            Piszę ciągle o tych aspektach filozofii, które są bliskie nauki, choć potocznie
                            filozofia kojarzy się z czymś zupełnie innym. Sam napisałeś, że jest ona
                            dziedziną humanistyczną. Oczywiście jest. Ale próbuję pokazać jej drugą twarz w
                            celu sprostowania obiegowego poglądu.
          • d_racul Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? 23.07.03, 20:28
            A to
            > nawet dobrze będzie, bo państwowe już nic nie oferują swoim studentom oprócz
            na
            > zwisk profesorów i nazwy uczelni, chociaż, niektóre to nawet tą ostatnią
            cechą
            > nie mogą się pochwalić (patrz: Uniwersytet Szczeciński, Uniwersytet
            Białostocki
            > , Uniwersytet Opolski i inne prowincjonalne zaścianki z Uniwersytetem Łódzkim
            w
            > łącznie).


            Przykłady kiepskie, ale racje masz. Nie rozumiem tylko o co wam chodzi. Ja w
            innym watku znalazłem sensowna wypowiedz. Myślę, że warto przeczytać, bo ta
            dyskuja jest hmm "akademicka". Cytuję
            ==========

            To jest trochę sztuczny problem. Przecież ludzie nie są równi. Jeden moze
            pracować na 4 etatach bez znacznego uszczerbku dla jakości pracy, a drugi nawet
            na jednym nie da rady. Wymagania za to mogą byc identyczne. Można np żądac
            publikowania jakichś prac (1-2 rocznie, stosownie do stanowiska np. profesor na
            liscie filadelfijskiej, adiunkt w czsopismie za min. 5 punktów, asystent w
            lokalnym itp. - szczegóły do uzgodnienia). Traktując poważnie zalecenia PKA,
            aby promotorem mogłą być tylko osoba, która w ostatnich dwóćh latach napisała
            cos (np. cztery prace) "wykosi" się tych co nawielu etatach rady nie dają. I
            cześ, koniec, kropka. Równie głupim pomysłem jest wymóg, by profesor liczył sie
            tylko w jednym miejscu pracy. Czy idąc do drugiego głupieje po drodze? Problemu
            wieloetatowości to nie rozwiąże, a napsuje tylko nerwów i wytworzy różne
            sposoby obchodzenia prawa. Aby naprawic rzeczywiście nienormalną sytuacje w
            szkolnictwie wyższym wystarczy stosować sie do tych praw, które teoretycznie
            funkcjonują, szczególnie w zakresie wymagania, aby nauczyciel akademicki
            zajmował sie nauką.

            Co o tym sądzicie? Tylko bez epitetów.
    • Gość: www.naukowcy.repub Re: Zmiany w szkolnictwie wyższym? IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 27.07.03, 17:03
      www.naukowcy.republika.pl/
Pełna wersja