tadeusz_k
21.07.03, 18:35
Szanowni Państwo!
Rektor i Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego zapoczątkowali dyskusję w
temacie, który przez wiele lat był tabu. Chodzi o stan nauki i edukacji w
Polsce. Wymieniona w uchwale Senatu UJ praca nauczycieli akademickich na
kilku etatach, to tylko jeden z licznych symptomów choroby polskiej nauki i
edukacji. Inne, nie mniej ważne, to np. niski w stosunku do liczby
mieszkańców i instytucji naukowych udział polskich naukowców w nauce
światowej, spadający w zastraszającym tempie poziom nauczania na polskich
uczelniach, liczne przypadki nadawania stopni naukowych, szczególnie
obywatelom innych państw za prace niesamodzielne lub o niskim poziomie,
ujawniane coraz częściej plagiaty, a w edukacji przedziwne przenikanie
nauczania publicznego i komercyjnego. Przykłady można mnożyć. Niektóre
ujawnione przez ubiegłoroczną kontrolę NIK, choć szokujące, np. prowadzenie
ponad czterech tysięcy godzin dydaktycznych w roku, opieka jednego promotora
nad 180 dyplomantami, prowadzenie modnych kierunków bez specjalistów z
koniecznej dziedziny i wiele innych były przez krótki czas tematem dyskusji w
mediach w ubiegłym roku. Dobrze, że dyskusja taka jest podejmowana. Poważne
obawy o jej rezultaty budzi jednak jej czas. Zarówno w ubiegłym, jak i w tym
roku, jej początek przypada na druga połowę lipca, kiedy większość
zainteresowanych i kompetentnych jest na urlopach, często za granicą, i nie
ma ani ochoty, ani możliwości uczestniczenia w tej dyskusji. A jest o czym
rozmawiać. Kłopoty polskiej nauki i edukacji mają charakter zarówno systemowy
jak i społeczny. Te pierwsze, to fatalna, scentralizowana i nieprzejrzysta
struktura oraz archaiczne sposoby oceniania, te drugie to spowodowany
głownie, ale nie tylko, przez pogoń za pieniądzem upadek etosu nauki wśród
samych naukowców. Feudalne struktury nauki stanowią bardzo dobry grunt dla
przyśpieszania powszechnie znanych procesów demoralizacji ludzi poprzez
sprawowanie władzy, a nakładająca się na to przez pięćdziesiąt lat tzw.
moralność socjalistyczna zwiększyła tylko skuteczność procesu deprawacji
wielu liczących się w nauce środowisk. Dowodem na poparcie tej tezy jest
faktyczne milczenie środowiska naukowego w ważnych dla funkcjonowania nauki i
edukacji sprawach. Dyskusja wokół podnoszonych niekiedy zarzutów, jeśli jest,
ogranicza się do lokalnych przypadków, a i wtedy wygląda bardziej na próbę
ściemniania niż wyjaśniania lub zmiany czegokolwiek. Nagłaśniane od czasu do
czasu skandale sugerować mają, że winne są pojedyncze, zdeprawowane
jednostki, a system i jego prominenci są zdrowe. Wygląda to niekiedy na
szukanie kozłów ofiarnych albo zamykanie niewygodnym ludziom ust. O
zwyczajowych prezentach na uczelniach mówi się wszędzie, tylko nie
środowisku, którego to zjawisko dotyczy. Wszyscy wiedzą, że szkół
prowadzących modne kierunki jest więcej niż specjalistów z tych dziedzin, ale
nic z tego nie wynika. Nauka i edukacja mimo, że uznane za społecznie ważne,
odseparowały się skutecznie od społeczeństwa i stworzyły swoiste państwo w
państwie, rządzone własnymi prawami i mówiące hermetycznym, niezrozumiałym
dla reszty społeczeństwa językiem. W państwie demokratycznym sytuacja taka
jest na dłuższą metę nie do utrzymania, bo mimo wszystkie zapewnienia o
edukacji jako wartości samej w sobie ludzie oczekują od uczelni zwiększenia
ich szans na rynku pracy. Jest to dla nas szczególnie ważne w przededniu
wejścia do UE, bo nasze instytucje naukowe i edukacyjne skonfrontowani
zostaną z całkowicie odmiennymi od znanych im dziś wymaganiami. O pieniądze
trzeba będzie zabiegać, a rezultaty działalności rozliczać. I może się wtedy
okazać, ze nic już się nie da zrobić. Nie chcę udawać, że wiem co robić, ale
na pewno trzeba o tych sprawach mówić. Dobrze by było gdyby „Gazeta” podjęła
temat. Lato nie jest dobrym czasem na taką dyskusje, ale uchwała Senatu UJ i
naśladujące ją postanowienia senatów innych uczelni to okazja, która może się
nie powtórzyć. Ponadto taka letnia, luźna rozmowa może być dobrym wstępem do
szerszej debaty, którą „Gazeta” mogła by rozpocząć np. w październiku.
Wysyłam ten list do Redakcji „Gazety” z prośbą o opublikowanie i może
podjęcie tematu oraz na wszystkie lokalne fora dyskusyjne „Gazety Wyborczej”
i kilka innych forów. Napiszcie co myślicie o tej sprawie, może dotrze to do
tych, którzy decydują o nauce i edukacji.