sagittarius954
07.03.14, 22:19
Piękny dzień, piękna niedziela , słoneczna, choć poranek całkowicie turystyczny. Nad Krakowem unosiło się jesienne słońce , które nie mogło zdecydować się i jakby jeszcze tęskniło za swoja mocą letnią . Dogrzewało powodując wypływanie kropel potu u wszystkich podążających, gdzieś i w jakimś celu . Jedynie ci co wybrali ogródki restauracyjne siedzieli przy stolikach i uśmiechali się podpatrując wszystkich spieszących się . Byłem jeszcze pod wrażeniem porannej mszy a teraz musiałem udać się na długi spacer do muzeum lotnictwa . Tylko dzięki wiedzy przyjaciela , który z zapałem przypominał sobie różne historyjki a właściwie wydobywał je ze swoich zakamarków pamięci, spacer między aluminiowymi cackami podniebnych dróg był przyjemnością. Około południa zrobiło się nad wyraz gorąco a brak ławek na alejkach muzeum , skądinąd ciekawych ekspozycji kazał mi wyprzedzić maruderów i pobiegłem do przodu , gdzie znajdował się hangar z następnymi ekspozycjami ,ja jednak starałem się dotrzeć pod jakikolwiek dach , gdzie wreszcie dostałem to na co tak liczyłem , ławeczkę . Usiadłem i zatopiłem się myślami w niedzielnym poranku starych kamieniczek , urokliwych zakątków , budynków sakralnych i cmentarza żydowskiego gdzie mieszkaliśmy . Ten wypad do Krakowa wiecznie odkładany stawał się coraz bardziej ciekawszy i Az żal mi było jutro żegnać Kraków . Tak zawsze mam, cos co lubię nagle wywołuje u mnie tęsknotę mimo że jeszcze jestem przy tym , żyję tym i dalej w tym tkwię . Obojętne czy to miasto czy czyjaś osoba, którą polubię zawsze wywołuje u mnie to deprymujące uczucie końca , którego cień trzeba później odgadywać na pozostałych zdjęciach jako wspomnieniu po tym . Wracaliśmy znów piechotą a mijające nas tramwaje na ulicy pędziły prawie puste , kiedy wreszcie dowlekliśmy się do domu na Kazimierz nogi pękały mi i o niczym innym nie marzyłem tylko o odpoczynku . Krótka sjesta zamieniła się w długą , gdyż wszyscy jak jeden mąż zasnęliśmy smacznie i obudziliśmy się w okolicach kolacji . Powędrowaliśmy nad Wisłę , gdzie pragnęliśmy dotrzeć na most zakochanych obejrzeć wieszane na nim kłódki , lecz gdy zbliżaliśmy się do Placu Wolnicy na jego krańcu zauważyliśmy w jednej z restauracji olbrzymie porcje obiadowe, wydawane wszystkim chętnym i zgłodniałym . Zatrzymaliśmy się tam na godzinę i już najedzeni ruszyliśmy dalej Mostową do rzeki . Naprzeciwko Kładki usłyszeliśmy śpiew Andrzeja Sikorowskiego i jego córki Mai . Panowie z wnuczką pobiegli posłuchać granych melodii a najpierw odnaleźć scenę z występami, a ja wraz z żoną i Agnieszką ruszyliśmy wzdłuż Wisły traktem kurlandzkim w kierunku Wawelu . Chłodny wiaterek pojawił się na szczęście owiewając gorące głowy , po rzece snuły się na pół puste stateczki wzdłuż ustawione barki restauracyjne świeciły pustkami. Kiedy pojawiliśmy się pod Wawelem zapanowała ciemność , na wolnym placu ustawiona scena Gazety Wyborczej kończyła działalność pokazem żonglerki ogni zapalonych na żerdziach . Panie poszły obejrzeć ten spektakl a ja odwróciłem głowę na rzekę i wchłaniałem przedostatni dzień w Krakowie . Kiedy znów dopadł mnie ten zapach . Zapatrzony w balon wznoszący się z chętnymi zobaczenia krajobrazu małopolski pomyślałem ,że to zapach z którejś knajpek i pełen słodkości talerz jakiegoś wybornego tortu . Dopiero po chwili wyłuskałem go z pamięci i usytuowałem dokładnie w odpowiednim miejscu . Przez mój umysł przeleciały obrazy domu i kościoła z dzisiejszego dnia . Wpatrzony w dal z nosem i rozwartymi nozdrzami byłem jakby nieobecny i nawet nie zauważyłem zbliżających się kobiet . Moja żona dotknęła mego ramienia i usłyszałem jej głos – Gdzie jesteś kochanie .
- Gdzież mogłem być – odpowiedziałem, ale bałem się wyjawić co czułem
Znów podstępem zacząłem rozmowę .
- Nie macie ochoty na deserek , jakieś ciasteczko - spytałem podstępnie pragnąc ,aby rozmowa zeszła na tematy zapachów i liczyłem ,że wywołam ją podsuwając zamglony obraz ciastka z cukierni krakowskiej .
Niestety moje towarzyszki spaceru dbając o linie nie miały ochoty na nic bardziej tuczącego tego wieczoru . Pozostawiłem za sobą ten zapach ,choć jak magnes ciągnął mnie w kierunku południowym . Wlokąc się za ta dwójką spacerującą przede mną rozmyślałem czy przypadkiem nie jest to znak . Przecież jutro mieliśmy z samego rana podążyć do sanktuarium i to z tamtego kierunku nadleciał do mnie ten słodki zapach . Nie wspominałem tego wieczoru już o moich odczuciach , poszliśmy spać późno włócząc się jeszcze po Krakowie i wchłaniając jego niesamowita atmosferę . Poranek przywitał nas zamgleniem , gdzieś wysoko ponad mgłą słońce próbowało się przebić ,aby znów oświetlić miasto Kraka . Zanim wyszliśmy z naszego apartamentu, przejrzałem mapę i zadecydowałem o naszej wędrówce do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego .Śniadanie smakowało nam i w dobrych humorach ruszyliśmy piechotą na ostatnia wycieczkę . Nie spiesząc się bardzo przeszliśmy mostem Piłsudskiego na drugą stronę Wisły i małymi krętymi uliczkami doczłapaliśmy się do głównej arterii wiodącej nas w stronę celu naszej wycieczki . Pośród domów trzy i dwupiętrowych , starych i pamiętających czasy przedwojenne grupka wycieczkowiczów –podążała obserwując drobne sklepiki i ruch na ulicy . Za rondem Matecznego, Kalwaryjska zmieniła się w Wadowicką a dalej przy skrzyżowaniu z ulic a Tischnera w Zakopiańską . I mimo przygotowania , mimo kilkakrotnego sprawdzania trasy i wykuwania jej na pamięć , skręciłem w ulicę Tischnera . Przecież Zakopiańską było najlepsze i najprostsze dojście do Sanktuarium . Już nie chcąc się cofać do Zakopiańskiej skręciliśmy w prawo w Fredry i wspinają się lekko po zboczu wchodziliśmy między domki jednorodzinne . Niektóre ogródki zadbane inne mniej tak jak domy mogły dużo powiedzieć o zasobach finansowych właścicieli . Tą ulicą podążaliśmy długo a ja ciągle już nie rozstawałem się za mapą . I nie mogłem się nadziwić , zadając sobie pytanie – dlaczego skręciłem w Tischnera ? Skąd te nagłe zaćmienie umysłu i niemoc zorientowania się w sytuacji , przecież nawet nie chciałem zbytnio skręcać w Fredry ,ale chciałem iść dalej do Turowicza . Oczywiście stamtąd też mogliśmy dotrzeć do naszego celu, ale nadrobilibyśmy kilometrów i nie wiadomo co by nas czekało w czasie tej wędrówki . Napotykając ulicę Siostry Faustyny zrobiliśmy młynka o 180 stopni i powędrowaliśmy do Sanktuarium . Dopiero w ostatniej chwili zobaczyliśmy wyłaniający się spośród drzew i domków Kościół . A mnie nagle rozbolał brzuch . Tego miałem już dosyć . Dwa przypadki jednego poranka to Az nadto jak na mnie . Tam przed kościołem zrozumiałem ,że istnieją siły na tym świecie , pragnące abym zrealizował swój plan ( bo pomysł na ostatni dzień w Krakowie był mój ),ale też były te drugie , które na pozór nieprzekonujący działały zupełnie w innym kierunku wodząc mnie zanim trafiłem w to miejsce .
A gdzie można przeczytać inne części? Tu i ówdzie



, ale pewnie cos administratorka wykombinuje