Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu

16.05.14, 09:32
Dlaczego podróżujemy ?

Ile razy w młodości zobaczyłem wozy cygańskie, tyle razy z nosem przyklejonym do szyby tkwiłem tam długo potem, jak te ostatnie, znikły, rozpłynęły się, w długich wstęgach szarych dróg prowadzących gdzieś , gdzie jest ich koniec .( Co prawda, chociaż świat i nasza planeta jest okrągła , więc drogi albo powinny mieć swój koniec ,albo powinny w jakimś punkcie się łączyć , ponieważ organoleptycznie indywidualnie nie idzie tego zbadać w żaden sposób, moja wiara w drogi pozostaje na etapie kamienia łupanego , są i gdzieś się tajemniczo łączą , co przydaje podróżowaniu bardziej malowniczego kolorytu.)
Od tamtego momentu wydoroślałem na tyle by zrozumieć , że podróżowanie staje się przyjemnością nie tylko dla mnie ale i dla większej ilości całej populacji ludzkiej i tylko praca zatrzymuje te masy w miejscu . Jednak podczas wiosennej i letniej kanikuły, następuje wysyp wszelkiego typu wycieczek , podróży , pielgrzymek i odwiedzin . Rodzaj ludzki, jakby tknięty niewidzialną ręką pozostawia ustalony tryb życia, porzuca go i pragnie zrobić sobie przyjemność , przez podążanie jedną z dróg wybranych przez siebie .
Dlatego dobierając odpowiednia drogę do swoich zasobów materialnych odbywa podróż . Jakby starając się dowiedzieć jak żyją ludzie w miejscach, gdzie podążamy . W naszym narodowym wypadku ta chęć kontaktu wynika z potrzeby sprawdzenia, jak daleko powszednie nasze życie odbiega od tamtego napotkanego w podróży czyli zagranicznego. Są wśród nas takie jednostki , które pragną przeżyć, jak najściślej kontakt z rodzajem im odpowiadającym , nawet jeśli nie znają zanadto wielości słów danego języka . Dlatego decydują się na indywidualne zwiedzanie , zjadanie tego samego co przedstawiciele narodu i poruszają się tylko komunikacją miejscową . Turyści korzystający z biur podróży , zapewne pragną osiągnąć ten sam wynik poznania lub nawet większy, mając na uwadze zapłacone hotele i wyżywienie wraz z kulturalnymi obiektami do zwiedzania, jednak będąc traktowanym wybiórczo, ponieważ nie mogą otrzymać w zaplanowanym terminarzu innych opcji poznania , pozostają ponad tą falą przebiegającą obok nich . Wreszcie pielgrzymi oddający swój czas poznaniu sakralnemu i religijnemu . Ich poznanie ogranicza się bardzo do miejsc kultu , wydobycia z siebie ascezy ,ale są to zamysły na tyle zwodnicze na ile można je realizować w tym nowym świecie żyjącym szybciej niż upływający czas , pełnym nowinek technicznych i grup tak różnych jak różne są charaktery ludzkie .
Zaś wszystkich jednoczy jedna podstawowa sprawa , chęć przeżycia szczęścia lub wielkiego zadowolenia wynikającego z podróżowania . Lecz te wszystkie miejsca na całym świecie niczym byłyby , gdyby nie ludzie . To oni decydują ,że nasze pragnienia realizujemy w mniejszym lub większym stopniu .
Nic nie wspomniałem o tych którzy zupełnie nie leży podróżowanie i są szczęśliwi nie przekraczając granic swego kraju a oni również są szczęśliwi pozostają więc podróżnikami uśpionymi . Powoli szczęście zaczyna wyłaniać się z wielu zakątków i tam dla jednego , gdzie wieje nudą , dla innego jest interesujące a nasze doświadczenie wynikające z podróżowania jest krótkotrwałe i starcza na tyle długo, na ile szybko zmieniają się warunki życia ludzi w danym kraju lub kontynencie. Choć pewne doświadczenie pozostające w nas da dodatkowe plusy na dalsze drogi o ile wzbudziliśmy w sobie chęci podróżowania.
Pora już przejść dalej i wyruszyć w drogę . Do Włoch . Pastelowe Włochy zmoczone wiosennym deszczem . .

    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 19.05.14, 11:18
      Początek

      Wyruszyliśmy na tę pielgrzymkę z zamiarem poznania , ciekawością wyzierającą nam z oczu i zapasami żywności jakby za granicą panował głód . Jednak nasze przewidywania wcale nie były bezpodstawne .
      Autokar za nic nigdzie nie chciał się zatrzymać a mijane stacje benzynowe, również stawały się niedostępne, jak mignięcie powiekami . Już drwiąco chciałem zauważyć że nas porwano...

      Poranek pod kościołem Dobrego Pasterza na Woli był chłodny ,ale słoneczny . Zaraz po mszy zajęliśmy miejsca w autokarze. Niestety przyznano nam miejsca z tyłu autobusu i wygramolenie się z tych ostatnich miejsc zawsze kończyło się jednakowo . Jako ostatni opuszczaliśmy pojazd, co przy krótkim postoju kilkunastominutowym i kolejce do toalety, musiało skutkować przedłużeniem przerwy co źle wróżyło organizacji podróży . Pierwszą krótka przerwę odbyliśmy w Częstochowie zabierając kilka sióstr bezhabitowych podążających z nami na pielgrzymkę .
      Człowiek żyje już dosyć długo ,ale takich sióstr wyglądających jak normalne kobiety , ubierających się dosyć skromnie ,ale normalnie i niczym nie wyróżniającym się z tłumu innych kobiet , jeszcze nie spotkałem . Ba, nie słyszałem nic o nich . Dlatego mocno nadstawiałem ucha , kiedy padały pytania o klasztor, powołania i prace jakie prowadzą siostry nie tylko na terenie Warszawy ,ale i Zakopanego, Częstochowy i kilku innych miejsc . Nadstawiałem mocno ucha , bo nasz pojazd był już wiekowy i motor był szczególnie słyszalny w naszej części pojazdu . Zrozumiałem ,że będziemy mieli szczęście jeśli podróż upływać będzie dosyć szybko i sprawnie a czas spędzony w autokarze nie będzie za długi . Nadzieja jest matka niezbyt mądrych , co ujawniło się już na samym początku naszej podróży . Jednak niespieszna jazda w kierunku Włoch pozwalała myśleć ,że podróż została dobrze ułożona . Na pierwszych postojach siostry miały powodzenie , oblegane i wypytywane o swój zakon. A ja ciągle się myliłem i póki nie widziałem strojów zakonnych u tych miłych kobiet zwracałem się do nich na pani . Co chyba Matce przełożonej Westiarek Jezusa na początku za bardzo nie podobało się . Strasznie świecki mężczyzna ze mnie i pospolity widząc te miłe kobiety trudno mi było przywyknąć do ich posłannictwa . Kiedy wreszcie wyjechaliśmy z polskich dróg i wkroczyliśmy na czeskie zdążyłem zauważyć różnice dzielącą je. Nasz pojazd zaczął rytmicznie podskakiwać i trząść się na wybojach autostradowych i dopiero po przekroczeniu granicy słowackiej jakbyśmy znaleźli się w innym punkcie autostradowej skali oceny . Zatrzymywaliśmy się ze względu na wykupienie winiet autostradowych . Co dawało nam możliwość rozprostowania skulonych nóg . Siedząca przede mną młoda osoba ciągle dopominała się o wyłączenie dmuchaw , co sprawiało ,że w tej części autokaru panował lekki zaduch . A słoneczko przygrzewało dosyć ostro . Dopiero na postojach można było skonsultować zacisze autokaru z dosyć rześkim powietrzem panującym na zewnątrz . Granica Polski pożegnała nas drobnymi kroplami deszczu dlatego wszyscy stawiliśmy raźnie na naszych miejscach . Przede mną siedziała siostra Malgosia , góralka wesoła osoba , ciągle uśmiechnięta , za nic mająca sobie trudy podróżowania . Naprzeciwko siedzeń żony siostra Elżbieta również miła i częstująca słodkościami okolicznych pasażerów . A droga pod koniec dnia snuła już nam się wolno i nie mogliśmy doczekać się pierwszego postoju . Mimo zmroku Bratysława wcale nie rozświetliła swoich ulic . Podążaliśmy w półmroku by wreszcie zameldować się pod hotelem . Hotel bardzo przypominał hotel w którym mieszkałem na początku lat 90 – tych będąc pracownikiem . Stłoczeni czekaliśmy Az wreszcie dostaniemy klucze do pokoi . Naszą trójkę nie rozdzielano i zwykle jako pierwsi otrzymywaliśmy klucze , co mimo tego pozornego pierwszeństwa wcale łatwe nie okazywało się dobrnięcie do pokoju . Przebrnąć przez tłum stojących osób zaopatrzonych w walizki i torby jest wyczynem nie lada . Pokój hotelowy okazał się przestronny wyposażony w obszerny prysznic . Zaraz jednak musieliśmy zbierać się do Sali restauracyjnej na pierwsza obiadokolacje . Zupa warzywna i pieczony kurczak z plackiem miejscowym w którym pod językiem odnalazłem część wątróbki i pasztetu jako pieczenia do tego dosyć dużo świeżego chleba i herbaty po którą zaraz ustawiła się kolejka . Przed jedzeniem odśpiewaliśmy pieśń dziękczynną i zaraz potem pałaszowaliśmy jedzenie . Przy naszym stoliku siedział kapelan naszego zgromadzenia , młody człowiek mający apetyt ,ale kto z młodych ludzi nie ma apetytu . Nawet nasza wnusia pałaszowała wszystko bez zapytania się a w dodatku smakowało jej , niebywałe. Po godzinnej kolacji poszliśmy spać . Zmęczeni jazdą naprawdę nie mieliśmy ochoty nawet na krótki spacer w dzielnicy gdzie mieszkaliśmy . Jeszcze pobawiłem się pilotem na kilkunastu stacjach słowackich a kiedy opadło natężenie ruchu z toalety i usłyszałem spokojny miarowy oddech moich kochanych kobietek , również zasypiałem . Nie dbając czy tv jest włączony . Niesamowite, że każda jedna noc zdawała się chwilką i tak naprawdę nie dawała pełnego wypoczynku . A może tylko ja tak miałem , może to mnie się zdawało ...

    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu.3 21.05.14, 08:50
      W drodze do Wiednia

      Mijane pejzaże, swojskie na nizinach, przeplatane soczystą wiosenną zielenią , lasy szykujące się do szybkiego przyrostu i połacie pól okraszonych różnorodnymi zbożami Wszystko to przyozdobione domkami jednorodzinnymi w kolorach ciemnobrązowych dachówek poukładanych jak małe puzzle . Tego uroku pól dopełniał kwitnący rzepak , ciągnący się nieraz po horyzont żółtymi łanami pochylającymi się w rytm gładzącego powierzchnie kwiecia , wiatru . Od czasu do czasu wyłaniały się kominy fabryk lub zakładów chemicznych i jak sieć pajęcza przewody wysokiego napięcia pnące się wokół tych miejsc i rozchodzące się pojedynczymi odnogami znikającymi wśród zielonych drzew .

      Ten pejzaż miał się zmienić za sprawą wjazdu na teren Austrii . Poranek przywitał nas ruchem na korytarzu . Pracownicy mieszkający w hotelu Plus wcześniej od nas podążali do swoich spraw . Poubierani w charakterystyczne ubrania kierowali się do swoich samochodów , dojadając w biegu kanapki . Ciepły prysznic sprawił ostateczne porzucenie snu i zaraz potem zameldowaliśmy się na śniadaniu . Tym razem jednak sytuacja nie przedstawiała się już tak optymistycznie , długa kolejka do herbaty i chleba wyłożonego w dużych koszach stanowczo zniechęcała mnie do zajęcia miejsca wśród pragnących spożyć ten napój . Pozwoliłem sobie na spożycie trzech plasterków żółtego sera i kiełbasy szynkowej ,aby zadowolić pierwsze pragnienie a w momencie kiedy kolejka zaczynała znikać wnusia doniosła kilka kubków herbaty . Zaraz potem przyszło pożegnać się z pokojem wyciągając opasłe walizki . Nasz Jose Mari , autokar w kolorze białym z napisami jeszcze hiszpańskimi stał ustawiony przy wyjściu z hotelu . Ponieważ obaj panowie kierowcy nie dotarli ze śniadania, mogliśmy w spokoju przygotować się do następnego etapu naszej podróży . Pomogłem poustawiać walizki w luku bagażowym i wreszcie mogłem zając miejsce w środku autokaru jako pełnoprawny pasażer. Zwykle w niecała godzinę po ruszeniu odmawialiśmy modlitwy i śpiewaliśmy Godzinki , dopiero koło 15 odmawialiśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego a około osiemnastej różaniec, wreszcie modlitwę wieczorną i tak zaopatrzeni w słowo Boże podróżowaliśmy sobie codziennie . Bratysławę opuściliśmy dosyć szybko, znów zatrzymując się na niby granicy w celu wykupienia winiet podróżnych . Wszędobylski rzepak i tutaj królował na polach ,ale stopniowo im bardziej wjeżdżaliśmy w górzysty teren zamieniał się na rzecz szarych owieczek gromadzących się w małych stadkach . Bardzo łatwo zdało się zauważyć ,że porządek cechuje Austriaków . Na swojej drodze do Wiednia trudno było dostrzec oznaki niegospodarności a domki nawet nieużywane stały zadbane i oczekujące na następnego gospodarza . Przez mikrofon pilot objaśniał sprawy organizacyjne ,ale moja uwagę skierowałem na siostrę Elżbietę , która w nienaturalny sposób trzymała butelkę z wodą na karku . Domyślałem się , że ta niedyspozycja związana jest z ciśnieniem którego zapewne nie opanowała siostra, czyli była od niedawna na ta przypadłość chora lub lekceważyła objawy . Nasze drogi prowadziły na wzgórze Kahlenberg, gdzie kilkaset lat temu król Polski Sobieski pokonał wezyra osmańskiego Karę Mustafę. Przyglądałem się z zainteresowaniem mijanym ulicom Wiednia nowoczesnym, z liniami tramwajowymi i stacjami metra , pierwsze kwiaty jaśniały na ulicach strojąc je i dodając uroku Wiedniowi . Zaraz potem zaczęliśmy się wspinać uliczkami w kierunku wzgórza , po kilkunastu minutowej wspinaczce osiągnęliśmy szczyt . Ukazał nam się Dosyć Duzy plac postojowy na którym stały już pierwsze autokary a my wysypywaliśmy się ze swojego .Gdyby ktoś potrzebował dojechać na to wzgórze komunikacja miejską autobusem linii 38A dopełni formalności. Zaraz za zakrętem stał kościół św Józefa otoczony dużymi świerkami i budkami z napojami dla turystów. Przywitał nas ks Zmartwychwstaniec Roman Krekora już dotkliwie naznaczony chorobą mówienia , z charakterystyczną chrypką, gdy usłyszał że jesteśmy pielgrzymką z Polski w pomieszczeniu przy zakrystii opowiadał nam historie bitwy i historie kościoła św Józefa . Zaraz potem w kościele odbyła się msza i popłynęły modły do Boga wzmocnione historią za dzielnych żołnierzy którzy uchronili Wiedeń , ba całą Europę przed Islamem a cesarz Leopold znów mógł w Wiedniu sprawować rządy . Jak trudno jest oddać sprawiedliwość mógł się Sobieski naocznie przekonać, kiedy witał się z cesarzem już po bitwie oddając mu Wiedeń znów we władanie. Cesarz ani myślał wykonać gestu podziękowania co boleśnie odczuł Sobieski a ten gest jakby przeszedł dalej, na inne pokolenia władców. Kościół posiada świetną akustykę każda pieśń i każda modlitwa brzmi w tych murach jak grzmot i zdaje się, że zaraz obali je . Jednak mury pozostają na miejscu a wyraźne zwroty modlitw unoszą się wysoko niesione wiarą odwiedzających świątynię pielgrzymów . Zaraz potem mogliśmy spojrzeć na miasto z tego wzgórza spowite mgłą, więc cały urok schowało zazdrośnie dla siebie . Jeszcze wizyta w kawiarnianej toalecie za jedyne 50 eurocentów i powrót do autokaru . Gdzie musieliśmy zając się siostra Elżbietą coraz bardziej źle czującą się . Zmierzyłem ciśnienie siostrze jego wartość 210 / 105 wskazywała na kłopoty ,ale dzięki proszkowi jednej z uczestniczek przeciwko ciśnieniu po pół godzinie wartości znacznie spadły , mogliśmy podążać drogami wśród Alp Austriackich w kierunku przejścia granicznego z Włochami.

    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 23.05.14, 10:07
      W górach.

      Jazda autokarem na autostradach górskich ma wiele zalet . Przed oczyma roztaczają się bajeczne widoki . I nie wiem ile bym żył ,ale wrażenie zachwytu zrobi na mnie szczyt góry zwieńczony białym śniegiem .

      Te białe pasma niczym szal na szyi oblepiają szczyt , wysokie świerki zdaja się być maleńkimi drzewami a całkowitego uroku dodają watowane chmury obejmujące niektóre pasma grani i wolniutko kłębiące się wokół tego czarodziejskiego miejsca .Oczywiście to tylko momenty obrazów zapisanych w pamięci , szybka jazda pojazdu zmienia kadry za prędko do wydobywającego się z wnętrza zachwytu . Od czasu do czasu, nagie granie pokazują skały odkryte, prężące się pęknięciami i rysami długowieczności . Nim przyswoimy widok kadr się zmienia, pokazując doliny w pełnej soczystej zieleni z delikatnymi zbożami na łagodnych stokach i łatami kęp drzew, wyrastających jakby od niechcenia dzielących pola głaskane ludzka ręką . Całości zmieniającego się pejzażu dopełnia widok rzek snujących się między dolinami i swoja niebieskością całkowicie zmieniających koloryt miejsca . A jednak nie odczuwam przytłoczenia górami , tymi wysokimi szczytami pokrytymi delikatnym śniegiem . Znajdują się dla patrzącego nie w bezpośredniej bliskości , szerokie autostrady nieraz jeszcze z wąskim poboczem sprawiają ,że ta bliskość została oddalona w wyraźny sposób . Mijane miasteczka położone po stronie przełęczy lub kotliny, sprawiają jakbym zaraz , znów zabrał się za klejenie makiety i wytyczał trasę pociągu , wyznaczał drogi ,przejścia, budował mosty , sprawiał że bajeczny świat dzieciństwa jakby wracał . Ale przecież ten świat za oknami autokaru jest jak najbardziej realny , świeży i zapewne pachnący wiosenną urodą przyrody. Pogoda jest tak zróżnicowana , niebo zaciąga się chmurami by zaraz za następnym tunelem , sprawić niespodziankę . Ciepłe słońce ogarnia promieniami kotliny do których poprzez wysokie szczyty może dotrzeć . Wreszcie docieramy w pobliże przejścia granicznego z Włochami . Pilot oznajmia że mamy i o ho ho 45 minut postoju . Villach , miejscowość na trasie z położy nimi sklepami i drobnymi zakładami . Panowie mechanicy wypychają zepsuty samochód z warsztatu , ze sklepu wychodzą młodzi Austriacy, roześmiani i rozbawieni , nawet nie zwracają uwagi na wolno sunący przed ich nosami autobus, po drugiej stronie kilka naczep czekających na ciągnik mające je zabrać gdzieś do punktu położonego w Europie . Wreszcie i my przybijamy do nabrzeża parkingowego , gdzie kilka innych autokarów z Polski już stoi a ich zawartość snuje się przed wejściem do dużego sklepu . Jedni już trzymają w rękach zakupione specjały kulinarne inni z wahaniem wpatrują się w drzwi za którymi Austriacy proponują troszkę szybkiego jadła dla podróżnego i więcej zapakowanych produktów chrupkich . I jak tu nie nabyć tej czekolady od fioletowej krówki i świstaka pakującego ja w sreberko . Wykonujemy odwrotny manewr i zamiast do tego punktu odchodzimy do stacji benzynowej , gdzie jest o wiele mniej ludzi łatwiej dostać się do toalety a przez szyby widać ,że propozycja zakupienia jakiejś przekąski jest równie atrakcyjna . Bułka z mozarellą pomidorem , nie smakuje tak Dorze jak zrobiona przeze mnie ,ale nie ma co wybrzydzać . Miła pani za lada obserwuje nas z zainteresowaniem , ponieważ jako jedyni oderwaliśmy się od tlumu pielgrzymów , jest brunetką o dużych ciemnych oczach i dużych dłoniach . Uprzejmie dopytuje się czy jeszcze czegoś nie potrzebujemy . Kręcimy się przy okazji po sklepie ,ale produktu ktory chcielibyśmy zakupić nie ma . Pomidora . Są owoce , winogrona pomarańcze nawet chyba mandarynki jakieś melony ale pomidora nie ma . A przecież pomidor w podróży to podstawa , prawie jak jajo na twardo . Dziękujemy i żegnamy się niemieckim Auf Widersehen a oczy pani za ladą robią się jeszcze większe i jeszcze bardziej zdziwione . Dołączamy do naszej grupy rozpierzchniętej po budynku sklepu . Część już spokojnie smakuje zakupione artykuły część w środku drapiąc się w głowę dalej kombinuje co wybrać a my już najedzeni i opici colą przechadzamy się wśród tego nawału artykułów . Zaraz wychodzimy na zewnątrz wpatrzeni w okoliczne pejzaże zjadamy zakupione słodkości, wnuczka lody . W pewnym momencie na parkingu zostajemy sami . Wszystkie autokary uciekły do przodu i tylko my zostaliśmy . Ale zaraz rzucone hasło odjazdu zmusza nas do zajęcia miejsca w autokarze , Ruszamy . Do granicy mamy jeszcze kilkanaście kilometrów . Samą granice można poznać po rozległych parkingach dla samochodów ciężarowych i zmianie graficznym znaków drogowych . Za jednym z tuneli znajdujemy się już na pewno na terytorium Włoch . I jakaż zmiana . Jadąc autostradą czuję, że te góry wiszą nade mną . Są tak blisko , niemal na wyciągnięcie ręki i zmienił się kolor skał . Z szarych stały się białe , no może nie całkowicie białe ,ale w dużej części podchodzą pod ten kolor i budynki stojące na brzegach kotlin stają się bardziej ubogie niż na austriackiej stronie . Ale widoki i przyroda, aż zachęca do robienia zdjęć i pozostawienia obrazów na dłużej . Spadające z gór wody topniejącego śniegu lub z opadów deszczu tworzą rozległe rzeki , teraz ledwie szemrzące strumyki spokojne i dobrotliwe . Lecz po szerokości rozlewiska , gdzie niegdzie pozostawionym konarze można się przekonać ,że to żywioł nie do opanowania .Interesujący jest kolor wody przybierający barwę wypłukanych minerałów z gór przez które przejeżdżamy . Jest po prostu filmowy , w małych bystrzynach przybiera barwę diamentu lecz już uspokojony zlewa się w delikatną szmaragdową toń rozgałęziając się na kilka nawet odnóg a wystające białe kamienie tylko dodają urokowi tym mijanym miejscom . Wreszcie po kilkudziesięciu minutach podróży opuszczamy góry . W następnych dniach zaobserwuje te właściwość Włoch . Przejścia z gór do równiny odbywa się nagle . Bez zbędnych pagórków i całego tego rwetesu geograficznego . Góry wyrastają nagle, jakby rzucone nadzwyczajna siłą a jest to widok zdumiewający i pyszny . ?Dlatego nieraz bardzo lubię podróże autokarem . Bo zobaczę to czego nie widać z okienek samolotu . A gdy nasyciłem się widokami gór moja uwagę przykuł kolor uprawnej ziemi . Od beżowej , czasami niemal różowej , brązowej z białymi cętkami drobnego kamienia, po czarną przypominającą kolor naszej , gdy pług orze skiby . Koniec kwietnia i początek maja to przecież czas sadzenia , siania i rolniczego trudu . Jednak na polach, jak mawiała moja babcia żywego ducha nie uświadczysz . Tylko koleiny po kołach traktoru , zielone listki świeżych sadzonek lub zbronowane połacie pól . I nieodmienną częścia tej ziemi jest charakterystyczny styl domów i gospodarstw , jakże architektonicznie odmienny od naszego . Dlatego z ciekawością przyswajalny naszym nieobytym oczom. I wzmożony ruch na autostradach , samochody Suną jeden za drugim , rzadko kiedy robią się przerwy kilkuset metrowe . Oczywiście to niezwykły czas . Raz że kanonizacja dwóch wielkich postaci ,więc grup z całej Europy przyjechało do Włoch mnóstwo , drugie że wakacje dzieciaków , trzecie przedłużony weekend dorosłych pracujących we Włoszech , i wiele wozów kempingowych jest na trasie i wiele miejsc dla nich zajętych, gdy mijamy specjalne kempingi przy poszczególnych miejscowościach . Mimo wszystko podróż daje się we znaki . Usilne prośby ,żeby nie korzystać z toalety w autobusie nie przekładają się na zatrzymania autobusu . Powoli zbliża się wieczór a my ciągle w drodze , kiedy wreszcie widzimy drogowskaz na Jesolo i Wenezia , czyli jesteśmy na dobrej drodze .Kilkakrotnie dosięgał nas deszcz tego dnia . Kiedy meldujemy się pod hotelem w Jesolo jest wilgotno ,ale na deptaku wiele osób . Po otrzymaniu kluczy do pokoju nie można się przepchać do windy . Drałujemy schodami , pierwsze piętro okazuje się dla szczęśliwe. Długi korytarz ze skrzydłem odnogą . Za specjalnymi drzwiami schowane są dwa pokoje i jedna łazienka . Okazuje się że tylko my będziemy korzystać z toalety . Czyli jest dobrze . Schodzimy na kolacje .Pierwszą we Włoszech.
    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu.cz.5 30.05.14, 06:00
      Poranek na plaży w Jesolo i Padwa w południe.

      Jesteśmy jednymi z pierwszych w Sali restauracyjnej hotelu . Jeszcze w pierwszej Sali tętnią rozmowy innej grupy kończącej obiadokolację . Stoliki czteroosobowe wyposażone w dwa płaskie talerze , jeden głęboki , wraz z kompletem sztućców Dosyć ciasno rozstawione na niezawielkich stołach , z maszyn można brać różne napoje w tym herbatę i kawę . Kiedy znów odśpiewujemy pieśń dziękczynną włoskie kelnerki zaczynają roznosić nam jedzenie . W głębokim talerzu ląduje makaron z sosem pomidorowym . Nie powiem dosyć smaczny zawijam go z piętką chleba i jeszcze przed drugim daniem załapuję się na dokładkę po której czyszczę talerz chlebem , czuję się podwójnie głodny po tym autokarowym bezruchu . Na drugie danie znów serwują nam udko kurczaka , tym razem jakieś małe , jakby kurczątko zostało za wcześnie złapane .Zanim nadlecą frytki, udka nie ma , zanim zacznie rozchodzić się sałatka, frytki znikną i dopiero deser wymiata nam sałatkę . Dziękujemy uprzejmie i żegnamy się z obsługą grzecznym - buonanotte . Jeszcze wychodzimy przed hotel sprawdzić stan pogody , zapowiada się zimna noc , chłodno i wiaterek coraz mocniej wieje . Ale to nic dziwnego przecież jesteśmy nad morzem . A morze postanawiamy obejrzeć rankiem . Kiedy po powrocie dowiadujemy się, że zaraz z rana wyjeżdżamy miny nam rzędną . Gotowość i odwiedzenie plaży obowiązkowe. Mój telefon budzący mnie o 5,10 jest jak najbardziej prawidłowo nastawiony. Noc minęła bardzo szybko . Pierwszy będąc pod prysznicem pozostawiam sobie czas na swoją własna modlitwę . Tym razem jednak mój modlitewnik otwiera się Litanii do Opatrzności Bożej ...Zaniemówiłem na dłuższą chwilkę ...Jednak z nadzieją i tą i inną litanię odmawiam . Siedzimy przecież na samym prawie końcu autokaru ..Boże czy chcesz mi coś powiedzieć.... Za te pomysły wyprzedzające, ale ciągle rodzące się w głowie karcę siebie , jednak myśleć nie przestaję . I ten przypadek otwarcia się modlitewnika ...postanawiam codziennie rano odmawiać litanię . Gdy kończymy toaletę do śniadania mamy jeszcze pół godziny . Wychodzimy kierując się w stronę plaży . Dzisiaj Adriatyk jest jeziorem niemrawym i spokojnym . Słońce jeszcze nie wysunęło się zza chmur barwiąc brzaskiem na czerwono i purpurowo wschodnią stronę zatoki . Jest zimno , na niebie kłębią się rozmazane chmury, których noc jeszcze nie zdołała uwolnić z swojej sieci. Lecz już słońce szykuje się do przejęcia straży na niebie . Plaże zastawione SA podpórkami pod parasole , jeden obok drugiego zajmują miejsce Kiku tysięcy metrów kwadratowych . Piasek jest bardziej szorstki od naszego bałtyckiego i jego ziarna większe , w głąb morza prowadzą co kilkadziesiąt metrów małe mola, po których drepczemy hałasując niemiłosiernie a głos rozchodzi się daleko . Na niebie feria barw promieni słonecznych . Jak w bajce chmury rozstępują się i przez te dziury zagląda słońce, wyżej już złoty kolor zaznacza się, ale tuż obok na innej chmurce fiolet się pręży a ja nie mogę oderwać wzroku od tych wspaniałości . Miasteczko jeszcze śpi ,spowite półmrokiem , Lampy gdzie niegdzie dają blask i nawet ptakom niespieszno do powitania nowego dnia . Zaraz za nami pojawiają się i inne panie z grupy pragnące zrobić kilka zdjęć przed śniadaniem . My powoli ustępujemy im miejsca schodzimy z tej mokrej plaży zroszonej w nocy sporym deszczem. Na śniadaniu harmider , zdaje się że Polacy nie zdają egzaminu stołu tłocząc się niepotrzebnie, wyłożone i zapakowane rogale i chrupki znikają Aż kelnerka musi dostarczyć następne. Ale wybór małych pojemniczków dżemu, miodu i galaretek jest ogromny i nic nie jest w stanie go pochłonąć. Śniadanie mija jednak szybko i już ładujemy walizki do autokaru , jeszcze ktoś nie zdał kluczy do pokoi , jeszcze jednej osoby brakuje , wreszcie sytuacja powoli stabilizuje się i możemy ruszać w drogę . Zaraz za Jesolo widzimy jak samolot wzbija się do lotu z pobliskiego lotniska które obsługuje Wenecję . Olbrzymi metalowy ptak wzbija się bardzo szybko i tracę go z oczu .Mimo oczekiwania ,że zaraz zobaczę następny , odjeżdżamy pozostawiając lotnisko za sobą . Na polach mokro , na jezdni mokro i ciasno. Powoli usypiam i tracę kontakt z rzeczywistością. Cóż to za porządki zanim zmęczyłem się, już tracę możliwość obserwowania . Nic to, to przecież dopiero początek wędrówki. Odzyskuję jaźń przed Padwą , gdy zjeżdżamy z autostrady . Słoneczko raźnie przygrzewa a Włochy są tak blisko . Jakby pomalowane spokojną farbą usypiającym kolorem, niezwykłą ręką nieznanego malarza . Wchłaniam ten widok , bo może został mi dany raz tylko w życiu a jutro ani innego dnia, nie odzyskam go podejmując znów trud pielgrzymi. Nie przybędę tutaj raz jeszcze i nie zobaczę znów tych samych obrazów .Padwa po zjeździe z autostrady staje się niskim miastem , trzy-cztero piętrowym , z wąskimi uliczkami , gdzie trzeba cierpliwości do przebrnięcia przez zatłoczone uliczki zarówno pojazdami jak i pieszymi . Słoneczko ładnie przygrzewa i te wszystkie kolory aż kipią w jego promieniach . Stylizowane okienka domów z okiennicami , balkoniki wiszące nad głowami przechodniów z artystycznym kowalskim wykończeniem , chodniki zlewające się z jezdnią wyłożona kostką brukową , pasma czarnego asfaltu między torami tramwajowymi i mnóstwo kramów najrozmaitszych zachęcających do kupna . Wjeżdżamy na Plac Prato Della Valle stajemy naprzeciwko dużej budowli na szczycie której pręży się krzyż . To tutaj będziemy uczestnikami mszy w kościele św Justyny . W tym kościele spoczywają szczątki Świętych Młodzianków . Nie ma czasu na leniuchowanie , autokar szybko opuszczamy , ten odjeżdża a my z boku możemy podglądać ten włoski świat w samo południe . Plac otoczony jest dziś kramami na których kupcy sprzedają wszelakiego rodzaju towary i samego placu dokładnie nie widać . Na słowo pilota zdajemy się, kiedy mówi że ten plac otoczony jest kanałem i figurami kiedyś każdy mógł sobie wystawić o ile było go na to stać i potrafił udowodnić przydatność takiego człowieka dla społeczeństwa . Niby nic a jednak jakaś nauka z tego wynika , polscy panowie politycy . Stoją tu dwie postacie z Polski wykonane na zamówienie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego – króla Sobieskiego i Stefana Batorego.
      Robimy sobie zdjęcia naprzeciw drzwi wykonanych na przełomie tysiąc lecia , Czarne metalowe drzwi prezentują się okazale wbudowane w mur kilkuset letni . Ciekawe , uwcześni murarze również tracili poziom warstwy cegieł układając ja nierówno i widocznie dopiero jakiś mistrz budownictwa musiał prostować partactwo innych . Gdy pierwszy raz zobaczyłem kościoły zachodnie a było to dwa lata temu z podziwu nie mogłem wyjść wielości kapliczek budowanych na jakąś cześć . Zapominając ,że historia w jednym miejscu musi zgromadzić i stłoczyć się na tej przestrzeni kościoła . Kościół wydaje się mroczny , mało światła prześwituje przez kopuły i okna , nadając specyficzny charakter , odgłos kroków całej grupy niesie się zastępując modlitwę .Po chwili nasz kapelan przychodzi z zakonnikiem i prowadzą nas do kaplicy św Łukasza , to taki mały kościół w kościele . Stare ławki pamiętające zamierzchłe czasy zmuszające klęczących do utrzymywania swego ciała w równowadze i daleko odstawione klęczniki od siedzeń . Brzmienie modlitw rozpływające się po przestrzeni kościelnej i tłumy wycieczek , nie tylko z Polski , docierające przez cały czas trwania nabożeństwa . Już następna grupa czeka za nami na udostępnienie miejsca . . Nie ma czasu na rozejrzenie się po tym kościele , idziemy do św Antoniego do Bazyliki . Wiosenne słońce znów ogrzewa nam plecy.
    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 04.06.14, 09:03
      Droga do Rzymu .

      Ulicę pokonujemy na Ura , pilot wchodzi na jezdnię kiedy zmieniają się światła i nam grozi czerwone, widzę w oczach włoskich kierowców niezadowolenie ,ale charakterystycznej gestykulacji nie mogę dojrzeć . Oczywiście wleczemy się przez pasy i dalej chodnikiem . Nasz kapłan podkręca tempo ,ale z tyłu podnosi się krzyk że za szybko idziemy i możemy się pogubić . Szkoda że nikt wcześniej nie wyjaśnił nam gdzie znajduje się bazylika . Obyło by się bez kłopotu i zdenerwowania a ewentualne zamarudzenie w czasie przejścia lub zgubienie się, przy wytyczonym rejonie spotkania , nie powodowało by niepotrzebnego stresu . Tym bardziej ,że nie wiemy, gdzie nasz autokar zaparkował . Na chodnikach tłok . Tyle wycieczek przyjechało w drodze do Rzymu, dziś w przeddzień kanonizacji obu wielkich papieży . Z naprzeciwka mijamy kilka które wracają z kościoła św. Antoniego . Po drodze liczne kawiarenki aż zapraszają ,żeby usiąść w cieniu starych kamienic . Pozostawiamy z tyłu plac z barwnymi kramami i wchodząc w pierwszą ulicę w prawo , na jej końcu widzimy stojąca Bazylikę . Jest bliźniaczo podobna do sanktuarium św Justyny . W połowie drogi słyszę szum potoku zbliżam się do niego widząc płynącą wodę . Padwa robi na mnie pozytywne wrażenie , nie ma w niej żadnej wielko-miastowości panoszącej się jak u nas reklamami i zaznaczeniem lepszych , czytaj droższych sklepów . Ale to tylko pewnie tradycyjna droga pielgrzymów odwiedzających Padwę . Pod Bazylika dowiadujemy się, że na zwiedzenie jej mamy dwadzieścia minut . W pierwszej chwili odbieramy to jako żart ,ale słowa wypowiedziane przez pilota brzmią jak najbardziej Poważnie. Czyli zostaje 10 minut na zwiedzanie i 10 minut na toaletę ponieważ kolejki do niej zapewne będą takie same jak do wejścia do wnętrza na co tracimy kilka minut . Ekspresowe tempo tego zwiedzania całkowicie zatarło w moim umyśle kwestię modlitwy i intencji które odebrałem od znajomych . Przykro . Biegnę do toalety i oczywiście napotykam kolejkę , na szczęście pielgrzymi to przeważnie kobiety . Do ich części kolejka nawet kilkunastominutowa , do części męskiej bez kolejki . Już pragnę te zaoszczędzone minuty przeznaczyć na wstąpienie do sklepiku z dewocjonaliami, ale gdy tam docieram kolejka jest jeszcze większa . Kilka osób z naszej wycieczki- pielgrzymki kręci się tam ,ale tylko przyglądają się wystawionym rzeczom , bez pragnienia nawet kupienia . Ponieważ jestem zbieraczem gromnic z sanktuariów Maryjnych sprawdzam czy przypadkiem i św Antoni nie ma swojej, niestety te widziane są strasznie mikre , dlatego odchodzę z tego punktu bez zbytniej przykrości . Ale gdyby była moja gromnica stanałbym w kolejce i zostałbym w Padwie . Moja żona wzdycha i mówi - ach te przechwałki .Na punkt przed Bazyliką meldujemy się rodzinnie wszyscy o wyznaczonym czasie . I tracimy następne dwadzieścia minut na policzenie siebie i zebranie wszystkich . Jeszcze oglądam stragany ,ale coraz bardziej tracę humor , tak jak inni pielgrzymi. Miałem nadzieję na zwiedzenie ogrodu botanicznego w którym rośnie jeszcze palma opisana przez Goethego , nie poczłapiemy do jednej z pierwszych kawiarni w Europie Cafe Pedrocchi , gdzie studenci i profesorowie żwawo dyskutowali na tematy naukowe ,ani nie zobaczymy murów uczelni Palazzo del Bo w której kształcił się Kopernik , Kochanowski , Łaski, ani nie zobaczę Palazzo Della Regione Pałacu Sprawiedliwości z salą z drewnianym stropem ponad 2000metrów kwadratowych nie podpartą w żadnym miejscu i w którym jest kamień Haniebny na którym siadali ci, którzy pragnąc uniknąć więzienia za długi mówili : cedo bonis ( zrzekam się dobra) i mogli nie niepokojeni opuścić miasto, a pomysłodawcą tej kary był nie kto inny tylko św Antoni. Wreszcie zabraknie nawet czasu na wejście na plac Prato Della Vale i zobaczenia go od środka, dziś zasłoniętego kramami . Wracamy tą sama trasą, lecz ja z wnuczką idziemy jezdnią , jest i szybciej i bez tłoku . Przed kościołem św Justyny czekamy na wszystkich a pilot kieruje nas do autokaru . Chronimy się w wąskim pasku cienia rzucanego przez budynek i dochodzimy do ulicy z której widać plac z autobusami . Odnajdujemy swój i z przyjemnością siadamy na miejscach . W autobusie jeszcze gorąco ,ale zaraz po ruszeniu dmuchawy napędzają zimnego powietrza . Opuszczamy Padwę i niespiesznie kierujemy się do Rzymu na uroczystości kanonizacyjne . Za dwanaście godzin będziemy jechać na nie po zostawieniu bagaży w hotelu . Dopóki równina padańska rozległa i żyzna prowadzi nas do Rzymu , dopóty przyglądam się krajobrazowi przyswajając go . Wreszcie obeznany z architektura domków z pochyłym dachem na jedna stronę dosyć wąskim i długim a za to dwupiętrowym , wieżami które najpierw brałem za kościoły a one były siedzibami lokalnych władz , zgrupowaniem budynków mieszkalnych przy jednej wąskiej ulicy , zaprzestałem zwracania na nie uwagi . Dopiero przez przednią szybę autokarową ujrzałem wystające z równiny góry nad którymi piętrzyły się ciemnoniebieskie i szare chmury , gdzieniegdzie szara zawiesina sięgała ziemi a my powoli wyjeżdżaliśmy z kręgu słońca . Już przed górami drobne krople pstrzyły się na szybie a włączone wycieraczki rozmazały te kropelki bardziej rosy niż deszczu zamazując całkowicie widok . Wreszcie w bocznej szybie mogłem patrzeć się na wznoszące się góry pokryte całkowicie roślinnością . Zieleń tak radosna wiosną, tutaj na tych stokach, jeszcze bardziej nadawała kolorytu , barwiła nie tylko pejzaż, ale i ludzi mieszkających tu . Szybko pozbywane się widoki niemrawą prędkością autokaru jednak dolepiały moja uwagę do szyby . Żałowałem troszkę że oddałem swoje miejsce przy szybie starszej pani , pozbywając się możliwości robienia zdjęć bez odbić wnęki autokaru , ale tym bardziej zmuszałem się do ekwilibrystycznych położeń rak w których trzymałem raz tablet raz komórkę . Zauroczony widokami ani się spostrzegłem kiedy po kilku godzinach zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej dla uratowania autokarowej toalety od potopu . Przyznaję panie miały kolejki my panowie , a było nas na pielgrzymce kilku, bez tłoku i stresu dostawaliśmy się do toalet , tym samym mieliśmy więcej czasu na zlustrowanie co piszczy za ladami i na pólkach regałów spożywczych . nie mogłem sobie odmówić kupienia bułki z mozarellą , która okazała się lepsza od tej z Austrii , ale w dalszym ciągu gorsza od tej robionej przeze mnie . Powrót do autokaru i jazda dalej stawała się monotonna , więc toczące się dyskusje przy głośnym silniku nie mogły zrównoważyć zapotrzebowania towarzyskiego . Ale powoli poznawaliśmy , psiocząc jak na razie na słaba organizacje w Padwie . Od organizatorów dostaliśmy ogłoszenie ,że wyjazd na kanonizację planowany na niedzielny ranek tj 4.00 zostaje przesunięty na godz 22.00 co da prawdopodobnie możliwość wejścia na plac św Piotra i uczestnictwo w mszy kanonizacyjnej. Przestraszyłem się lekko tej godziny bo okazuje się że czeka nas dwunastogodzinne oczekiwanie , później trzygodzinna Masza i w zasadzie plany zwiedzania Rzymu w niedziele chyba odpadną . Dowiadujemy się też że nocować będziemy w Rieti 90 km od Rzymu . Do tego miasteczka docieramy około 18 kiedy półmrok pochmurnych chmur zalewa już okolice . Kierowcy tracą drogę i wjeżdżają w ulice pnąca się pod górę . Okazuje się ,że to slepa uliczka i wycofujemy się tyłem , co my siedzący z tyłu autokaru przyjmujemy z niepokojem . Z tylnego siedzenia dolatuje głos kobiecy – zaraz w cos walniemy a autokar kobiecym falsetem okazuje strach . Mimo tego, szczęśliwie udaje nam się wycofać po kilkukrotnych próbach i dojechać pod hotel .
    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu cz.7a 07.06.14, 11:30
      Noc w Rzymie.

      Hotel daArcangelo w Vazia-Rieti okazuje się rodzinnym biznesem , starszy pan właściciel noszący okulary jest wypisz wymaluj odbiciem papy Pinokia i jak dla mnie wygląda jak prawdziwy Geppetto. Leniwie i majestatycznie wydaje klucze do pokoi a jego ręka jakby w zwolnionym tempie zawisa między przegródkami z kluczami a blatem recepcji . Całe szczęście znów jako pierwsi otrzymujemy klucze do pokoi . Te z kolei są dwoma dwuosobowymi małymi pokoikami połączonymi wspólnym przedsionkiem i łazienką usytuowanymi na drugim Piętrze . Godzinny ,do obiadokolacji, czas wypełniam leżeniem na łóżku i wpatrywaniem się bez celu w sufit . Jedynie pilot do telewizora wydobywa ze mnie ciekawość włoskiej telewizji . Ale byle jakość większości kanałów opartych na reklamie produktów każe mi szybciej naciskać przycisk . Kolacja tradycyjnie zaczyna się makaronem i sosem pomidorowym ( oczywiście po odśpiewaniu dziękczynienia za dane jadło), później gulaszem , frytkami i sałatą komponowaną z oliwkami . Wszystko zakończone deserem pozwala nam cieszyć się jedzeniem ponad godzinę . Pozostało nam niewiele czasu do wyjazdu . Prysznic , włożenie nowego ubrania i pozostaje mi troszkę czasu na pójście do baru koło recepcji . Zapragnąłem wypić szklaneczkę czerwonego wina . Na moje słowa vino rosso jedna z kelnerek ucieka nie rozumiejąc mnie , dopiero wnuczka swoim angielskim wydobywa z siebie win red do nowoprzybyłej i zamiast jednej, całe dwie szklaneczki wlewam do stęsknionego brzuszka . Jeszcze zastanawiam się czy dobrze się ubrałem ,ale zabieram i pulowerek , kurtkę letnią i grube białe spodnie Ala żeglarskie , co w nocy powinno mnie ogrzać a w dzień uchronić od słońca . Kilka osób w tym ta starsza pani siedząca obok mnie rezygnuje z wyjazdu . Zresztą zapowiadane są trudy nocy w tłoku i gmatwaninie ludzkiej ciżby . Gdy wyruszamy spod hotelu grube krople deszczu łomoczą o dach naszego autobusu . Ale jest dosyć ciepło , powiedziałbym parno. W autobusie zasypiam na półtorej godziny , budzę się , gdy jesteśmy już w Rzymie krążąc po ulicach w celu zaparkowania się . Przejeżdżamy obok zapełnionych ulic samochodami, choć to już prawie północ i jeszcze w okolicach dyskotek wypełnionych młodymi ludźmi .Wreszcie stajemy na jakiejś uliczce obok jakiegoś kompleksu sportowego . Nazwanego przez znawców Rzymu Stadio Olimpico. W pobliżu wiele autobusów i toalet , jakby przyszykowanych specjalnie dla pielgrzymów z całego świata . Jakiś Włoch prowadzi nas do autobusu a nasz pilot kupuje potrzebna ilość biletów po 1,5 euro za jeden przejazd . Młoda Włoszka stoi przy kasowniku pomagając kasować bilety , sam dokonuję tej czynności nie przyjechałem przecież z dżungli ani nie jestem dzieckiem .Bilet w Rzymie jest wielkości plastikowej karty kredytowej, na ten dzień soecjalnie z wydrukowanymi podobiznami Jana XXIII i JPII. Autobus rusza podobnie jak w Warszawie, nie przejmując się specjalnie kogo wiezie . Każdy kierowca uważa, że ma na składzie ziemniaki mogące przemieszczać się w momencie hamowanie niczym wymieniony okrąglak . Dziwię się dlaczego jedziemy, skoro podobno to tylko półtora kilometra do Watykanu . spostrzegam że zataczamy jakieś koło zatrzymując się tylko może ze trzy razy . Wysiadamy na szerokiej ulicy i wchodzimy w boczna wypełnioną pielgrzymami i karabinierami jak i wszystkimi służbami Rzymu . W oddali majaczy kopuła Bazyliki . a my środkiem jezdni podążamy w tym kierunku . Gdy docieramy w pobliże nasz pilot skręca w lewo, gdyż boczne ulice wiodące do Bazyliki są zamknięte . Po około dwukilometrowym pochodzie dochodzimy do bocznej ulicy w której panuje niemożliwy ścisk . Zaczyna się już od bramy na której widnieje obraz Matki
      Boskiem z Dzieciątkiem , stłoczeni ludzie , gwar , krzyki , wołania , leżący odpoczywający pielgrzymi , walające się papiery , plastikowe butelki puste jak i wypełnione . My stoimy ,ale po około pół godziny moja żona nie wytrzymuje napięcia i jest jej słabo . Postanawiamy wycofać się na kraniec tego zebrania ludzkiego . To tylko około 20 metrów za stojącymi naszymi wycieczkowiczami . Po dwunastej gwałtowny ruch otwarcia ulicy Via Della Concilizione powoduje że wstajemy ze swoich krzesełek przenośnych , masa ludzka rusza do przodu zabierając ze sobą wszystkich , tych którzy tego chcą i tych którzy tego nie chcą . Koniec jeszcze zatrzymuje się co kilka metrów i w ten sposób możemy dojść naszych . Ale nie udaje nam się w prostej linii przedrzeć przez zbitą masę ludzką , obchodząc bokiem znajdujemy się już na wyciągniecie ręki do najbliższego znajomego z wycieczki . Wołanie nic nie daje , nie słyszy nas . Wreszcie masa ludzka przelewa się i rusza do przodu . Wydawałoby się ,że będąc ostatnimi nikt na nas nie będzie napierał . Jakże mylne pojęcie już nie jesteśmy ostatni ale w środku tej ciżby.
      Obawiając się o wnuczkę idę pierwszy , ją sytuując za sobą i w tyle chroni ją zona . Lecz napór jest tak ogromny ,że prostuje nas i teraz idziemy równolegle do siebie choć obawy moje o dwie drogie mi istoty zaczyna przybierać formę histerycznego amoku . Nie widzę ,gdzie moje nogi stąpają i kiedy schodzimy z wysokiego krawężnika potykam się ,ale ściśnięty nawet nie pochylam się . Nasz uścisk ramion splecionych ze sobą ledwo się trzyma . Jeszcze chwilka i ten łańcuch podda się olbrzymiemu naporowi tłumów z tyłu. Za sobą słyszę płacz jakiejś młodej Włoszki idącej z małym może siedmioletnim chłopcem . Boże , modlę się nie pozwól ,aby komuś stała się krzywda , już tylko w Tobie nadzieja.
      . Włoszki Chlipiąc wołają Stop . Wreszcie wrzeszcząc Basta ,ale to nie przerywa marszu , nikt i nic nie zatrzyma tej siły tłumu póki gdzieś początek nie znajdzie oparcia . Na moment ścisk lżeje, żeby po chwili jeszcze mocniej zacisnąć swoje szczęki . Widzę twarz, siedzącego z tyłu starszego pana w naszym autokarze , jest przerażony i ten widok całkowicie każe mi podjąć decyzję . Basta koniec . Do wnusi mówię na prawo . Ale ona nie wie jak ma się ruszyć tłumacząc troszkę z e zdziwieniem mojemu nakazowi . Biorę ja za ramię i pcham jak taranem . Z całych sił nie licząc się kto jest przede mną . Na prawo krzyczę na prawo do boku widzę gdzie jest mniej ludzi . Posuwamy się wolno ,ale zdecydowanie idziemy lądując wreszcie pod telebimem . Tu możemy odetchnąć świeżym powietrzem , gdzie całkowicie brakowało go w tej masie ludzkiej . Siadamy na krzesełkach a obok nas te włoszki które ruszyły zaraz za nami . Odpoczywamy dobre pół godziny zanim decydujemy się opuścić to miejsce ze względu na coraz większy tłok pod Telebimem . Przenosimy się na ulicę w której zaczynaliśmy iść siadając pod murem . Echo głosów roznosi się po okolicy . Straciliśmy już kontakt z nasza grupa i nie ma sensu odzyskiwać go ,aż do momentu kiedy nie skończy się Msza kanonizacyjna . Co pół godziny zmieniamy miejsce naszego postoju , napływający ludzie zapełniają ulicę i znów oddychanie staje się trudne . Te masy ruszą jeszcze raz kiedy odblokowany zostanie plac św. Piotra i umożliwione wejście nań. My decydujemy się być na samym końcu tej masy ludzkiej . Grupy Polaków Włochów Niemców , Południowoamerykańskich Indian , Czechów, i wielu innych nacji napływają przez całą noc . Odgłos karetek pogotowia miesza się z głosami ludzkimi , kolejki do toalet stojących na równoległej ulicy prawie pod koniec via della Conciliazione , gdzie ustawione są sceny dla dziennikarzy obsługujących mszę a to jest dobre pół kilometra do placu . W oddali oświetlona kopuła Watykańskiej bazyliki majestatycznie widnieje na tle nocnego rzymskiego nieba .
      Robimy sobie zdjęcia na pamiątkę ,że chociaż tu dotarliśmy . Jeszcze karetka która nie mogła przedrzeć się z chorym przez tę masę ludzką w poprzek tej ludzkiej rzeki rozgarnianej służbami włoskimi robiącymi przejazd dla wyjącej karetki .
      • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu cz.7b 07.06.14, 11:33
        . Postanawiamy po rozwidnieniu pomaszerować do autokaru pozostawić tam niepotrzebne krzesełka i plecaki i wrócić na mszę oglądając ją i przeżywając na jakimś telebimie . Ale dopóki się nie rozwidni ze względów bezpieczeństwa wolimy trzymać się ostatnich rubieży ludzkich wciąż napływających jak fale na morzu . Są tu ludzie niepełnosprawni , niewidomy chłopiec i ta nasza ostrożność troszkę nas zawstydza . To jest dopiero wiara , prawdziwa i szczera . Ostatnie godziny poranka spędzamy na rogu ulicy gdzie jeszcze o północy wchodziliśmy razem pełną grupą. Nie sposób jest korzystać z toalet przepełnionych już do granic możliwości . Zona wchodzi do baru , gdzie jednak musi zakupić kawę, aby następnie wydać na toaletę . Wreszcie półmrok ustępuje brzaskowi i możemy ruszyć szukać naszego autobusu .
    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 11.06.14, 10:53
      Zamęczona niedziela

      Przez cała noc wpatrywałem się w pielgrzymki ludzi docierających w okolice placu św. Piotra . Od północy były to pojedyncze grupy w odstępach kilkominutowych , około godziny trzeciej rano między poszczególnymi grupami były małe przerwy a po czwartej jedna długa ludzka rzeka docierała do nas szukając swego miejsca . Teraz my idziemy pod prąd tej rzeki , mijamy palety z wodą mineralną rozdawaną przez służby rzymskie a siedzące wszędzie zmęczone postacie zajmują miejsca, gdzie tylko można. Na razie problemu nie ma z odnajdywaniem trasy naszej wędrówki , pamiętam trasę gdzie docieraliśmy całą grupą . Na placu del Risorgimento skręcamy w prawo pytając się grupkę karabinierów, gdzie jest Stadio Olimpico . Dritto - pokazują przed nami rękoma , zupełnie nie wiemy co to jest to dritto ,ale ponieważ pokazują w stronę skąd przybyliśmy osiem godzin temu, idziemy tam . Rzeka ludzka troszkę się przerzedza w momencie, kiedy dochodzimy do ulicy skąd rozpoczęliśmy marsz po wyjściu z autobusu . Teraz żałuję, że nie zabrałem ogryzka ołówka do zapisywania nazw ulic lub komórka nie robiłem ich zdjęć . Mrowie autobusów podjeżdżających wypełnionych ludźmi, każe nam szybko jeszcze raz prawie na przejściu dla pieszych spytać o nasz stadion . Karabinier z uśmiechem na ustach dalej mówi dritto a my wreszcie domyślamy się, że to chyba prosto . Przecinamy więc Via Giulio Cesare i wchodzimy w via Barletta . Ta ulica skomponowana jest na wzór południowy ze środkiem jezdni przeznaczonym dla podróżnych , czyli od domu – chodnik , jezdnia, chodnik jezdnia, chodnik . I wypełniona jest jeszcze drzewami co chroni nas od wstającego słońca , ale tego akurat jest nam najbardziej potrzeba , promieni słonecznych i odnalezienia naszego autokaru . Ta prosta ,na obolałych mimo wszystko nogach, staje się najdłuższą prostą którą szedłem . Po dojściu do entego skrzyżowania, na którym znów pytaliśmy się o drogę i bardziej na czuja niż z podpowiedzi, obchodząc ceglasty budynek przy szerokiej alei, znajdujemy ulicę z naszym autobusem , uf , ulga i żeby tylko ktoś w nim był . Są, są , jest zona kierowcy , ciocia-mama, drugi kierowca którego zrywamy z posłania podłogowego , zostawiamy plecaki i krzesełka na siedzeniach i na innych siadamy zdając relację z całej nocy . Informujemy, że zaraz idziemy znowu tylko deczko odpoczniemy . Pompujemy w siebie wodę bez potrzeby obawy, gdzie ja zgubimy . Przy kompleksie sportowym toalet do wyboru do koloru wszystkie puste i czekające na chętnych . Ten ponad godzinny odpoczynek wspaniale nam zrobił na obolałe nogi i z chęcią do walki przedzierania się przez tłumy, znów jedziemy na plac . Jeszcze raz autobusem miejskim podjeżdżamy w to samo miejsce na via Giulio Cesare. Teraz służby miejskie rozdają nawet mapę Rzymu dla pielgrzymów ,aby ci co się zgubią mogli się odnaleźć wtej obcej gmatwaninie ulic. Woda w plastikowych butelkach ma mniejszą popularność niż mapa, stoi na paletach a proszący o wzięcie pielgrzymów wode nie znajdują chętnych . Odchodząc stąd wczesnym rankiem zostawiliśmy mniej ludzi na ulicach . Teraz to już ekwilibrystyka kluczenia w tłumie ,w pobliżu placu św. Piotra na ulicach przez które przechodzimy . Miejsce w którym ostatnie poranne godziny przesiedzieliśmy na di Porta Castello, jest już zajęte jak i cała ulica wypełniona po brzegi pielgrzymami , idziemy dalej , nasz kierowca prowadzący nas wie gdzie jest telebim . Skręcając za ludźmi idziemy dobre kilkanaście minut klucząc w tłumie, wreszcie przy jakimś budynku rządowym wbijamy się w tłum pragnąc dojść do zobaczonego światełka z telebimu , który znajduje się na w parku Adriana okalającym Zamek Świętego Anioła. Rozpoczyna się msza, bo śpiewana jest Litania do Wszystkich Świętych , brzmiąca tak uroczyście w obcym języku . Niestety nie dojdziemy do celu, musimy wycofać się i jeszcze nadrobić małym kółkiem , dochodzimy do mostu Umberta przekraczamy go i zaraz po prawej stronie dostajemy wspaniałą miejscówkę . Oparci o balustradę nadrzeczna możemy obserwować mszę w telebimie umieszczonym na ścianie Zamku św. Anioła a głos wspaniale się niesie po rzece docierając do nas bez żadnych uszczerbków . Stoją tu przeważnie Włosi ,ale nie brakuje innych narodowości , ludzi którzy nie znaleźli swego miejsca na placu św .Piotra lub w jego okolicach, zawędrowali Az tutaj . Podczas mszy jesteśmy świadkami akcji ratowniczej jakiegoś polskiego pielgrzyma , czterech medyków niosło go cały odcinek między mostami nad brzegiem rzeki ,aby po schodach wywindować go do karetki . Niestety górne ulice zapchane były ludźmi i karetka nie dojechała by . Dlaczego był to polak ?Za niosącymi go medykami żona szła z naszą flagą . Mimo iż msza odbywa się w języku włoskim nie sprawia nam trudności odnalezienie miejsca w której jej części znajdujemy się ,aby wymawiać modlitwy po polsku . Nogi powoli odmawiają nam posłuszeństwa i oparcie się rękoma na balustradzie zatybrskiej nie wiele pomaga . Wreszcie, pierwsza żona prosi, byśmy powoli zbierali się w kierunku placu i tam telefonicznie znaleźli swoją grupę . Chyba nie ma sensu , lepiej już drałować do autobusu . Jeszcze wystarczy mi sił aby przejść ten odcinek kilkukilometrowy i dotrzeć do upragnionego siedzenia . Docieramy jako pierwsi do autobusu , ja popadam w drzemkę ,ale siedzenia do momentu wyruszenia do hotelu nie opuszczam . Jest już dobrze po 16 kiedy wreszcie wszyscy zbieramy się i możemy wyruszyć do domu . Zmęczenie nie pozwala na dokładne przypatrywanie się widokom za oknem . Rzym staje się monotonnym pejzażem coraz bardziej znikającym a droga do /Rieti wlecze się . Przed drzwiami wejściowymi do hotelu wita nas kot Miśa . Musze przyznać ,że koty które do tej pory widziałem we Włoszech, wydaja mi się wyższe i dłuższe od tych polskich pobratymców . Jest na pewno większa od naszej domowej kotki . W oczekiwaniu na obiado kolacje, łóżko smakuje jak najwspanialsza nagroda po nie wiem jakim wyczynie . Kiedy wreszcie siadamy do stołu opowiadaniom gdzie kto był, nie ma końca . Okazuje się, że my byliśmy najdalej z całej grupy . Nie wszyscy weszli na plac , części się to udało . Całość podzieliła się na kilka małych grupek tkwiących na ulicy w różnych miejscach .Jednak podany kotlet wielki jak półmisek staje się bohaterem wieczoru. Dzisiaj uważam że ta wyprawa o 22.00 w sobotę, była niepotrzebna a zabrakło mi solidarności grupy . Wspólnych modlitw , mimo że mogliśmy stać daleko od środka placu. Celowanie w plac, jako głównego zapotrzebowania katolika oczywiście było pragnieniem osiągniętym jednak po bardzo wielkim wysiłku. Choć tak naprawdę, jeszcze nie rozumiem znaczenia tego placu a mam się o tym dowiedzieć już następnego dnia podczas mszy dziękczynnej za kanonizację dla polskich pielgrzymek . Ośmiogodzinny wypoczynek mija jak za trzepnięciem palcami . Poranek wita nas deszczem nad ranem , moja lampka koło łóżka pali się jeszcze , nie miałem siły jej zgasić ani telewizora zamknąć . Zaciągnięte drewniane okiennice miały zatrzymać ewentualne zimno na dworzu . Zatrzymały krople deszczu . Prysznic gorący jest wspaniały z samego ranka .


    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 02.07.14, 11:58
      Dzień świadectwa

      Chłodny poranek żegna nas bez zbytniego pośpiechu w obejściu hotelu. Nawet kot Miśa, gdzieś się zawieruszył i nie ma go na naszej drodze do autokaru . Nagle spostrzegam drzewko cytrynowe rosnące niemal na drodze a do tej pory zupełnie niedostrzeżone . Obiecuję sobie zdjęcie z owocami zaraz po powrocie na ostatni już nocleg . Rieti wydaje się cichą miejscowością z dużą ilością małych hotelików o różnorakim standardzie . W dalszym ciągu nie dostrzegam tu kręcących się ludzi , jakby nieznany im był obowiązek porannego wstawania do pracy . Zapominam ,że te Włochy są już potężnie zmotoryzowane , i tylko szum poszczególnych silników samochodowych kręcących się na drodze wokół naszego autokaru daje oznaki ich mobilizacji . Wąska droga wybrana tego dnia na dojazd do Rzymu staje się wolną trasą na której i tak zdarzają się wypadki . Mijamy siedzący w rowie dostawczy Peugeot, który niestety ma długą rysę wgniecenia z boku . Samochodu osobowego który się z nim zderzył nie dostrzegam , widocznie stoi po drugiej stronie drogi . Ten sam krajobraz z małymi działkami oliwek sterczącymi równiutko w kilku rzędach i zielona trawa jeszcze nie skoszona , mijany za oknami, nie może mi się znudzić . Im bliżej stolicy Włoch tym więcej samochodów i korków ,ale jazda choć powolna nie jest uciążliwa . Pastelowe kolory murów Wiecznego Miasta , ciemne okiennice chroniące wnętrza domów przed promieniami słońca , stwarzają atmosferę zachęcającą do poznania choćby kilku miejsc do których przenosiła nas kraina filmu . Moje myśli jeszcze dobrze się nie rozhuśtały , kiedy poznaję ulicę na której mamy wysiadać i maszerować na jeszcze jedną mszę . Jest już dobrze po dziewiątej godzinie i obawiam się, że spóźnimy się na początek mszy . Jednak tych obaw nie ma nasz przewodnik , i raźnie nas prowadzi do miejsca koncentracji wszystkich polskich pielgrzymek dzisiaj. Via Ottaviano dochodzimy wzdłuż uroczych kamienic wypełnionych na parterze wielością sklepów i różnokolorowych towarów . Osiągamy plac del Risorgimento z królującymi nań wysokimi palmami, trakcją tramwajową i widoczna zza kamienic Watykanu kopułą Bazyliki św. Piotra . Przecinając plac zbliżamy się do murów Watykanu . Na nich widzę tablicę - Musei Vaticani , lecz my dalej prosto wbijamy się w tłum pielgrzymek , znów łapiemy się pod ręce jak wczoraj . Ścisk jest niemal podobny ,ale o wiele krótszy, kiedy wreszcie dobijamy do pierwszej bramki, gdzie po przejściu przez automat, możemy zameldować się na placu . Uroczystości powoli zaczynają się a ja mogę przyjrzeć się temu molochowi . Plac nie wydaje się za Duzy , jednak postacie pod bazylika są jak małe mrówki . Nasza grupa stoi przed fontanną szemrzącą cichutko swoje modlitwy . Nasz kapelan siada na placu zaciągając na głowę czapeczkę . Słońce jakby nas wreszcie zobaczyło i daje upust swego ciepła , zalewając nas wszystkich . Gdzieś tam daleko pod Bazyliką odbywa się celebracja mszy a tutaj wokoło ludzie przemieszczają się jeszcze. Jedni już się modlą inni szukają swoich towarzyszy . Przez krótki moment wydaje mi się, że i dziś nie skoncentruje się na modlitwie . Ale gdy osiągam kolanami bruk placu , powraca żarliwość myśli płynących do Boga . Podnosząc oczy, widzę obrazy obu świętych , dla których udaliśmy się w tak długą podróż . Cały ten trud pielgrzymki, dopiero tutaj zaczyna mieć sens . Pożegnanie z obu świętymi a zarazem powitanie ich w gronie stu czterdziestu kilku tysięcy tych sprawiedliwych, którzy stać będą obok naszego Pana, gdy skończy się rzeczywistość tego świata . Jakże inaczej brzmi, przekażcie sobie znak pokoju i tyle różnorakich rąk w mojej dłoni kobiet i mężczyzn z wielu zakątków świata . I już nie mogę doczekać się komunii, która sprawia mi od ponad roku wielka radość . Ciało Pana Jezusa o smaku chleba , ten biały opłatek po połknięciu po pierwszych modlitwach zamienia smak w moich ustach na kwaskowate wino . Jednym razem jest to wyraźniejsze innym mniej wyraźne, ale zawsze z drżeniem duszy podchodzę do tej tajemnicy . Lecz tutaj te małe białe opłatki wszystkie na każdej mszy, są bezbarwne i bezwonne, lecz z taką samą żarliwością je połykam, dziękując Bogu za ten dar zjednoczenia . Czekam z niecierpliwością na podejście księży z komunikantami do barierki opodal naszego miejsca wreszcie osiągam w tłoku i wypowiadając słowo amen odchodzę do miejsca gdzie mogę klęknąć swobodnie i cieszyć się następnym spotkaniem z Panem Bogiem . Zamykam oczy . Do tej pory zamykając je zawsze miałem przed oczyma kolorowe rozbłyski , jaśniejsze i ciemniejsze , kolorowe plamy rozlewające się a tymczasem teraz ... ciemna ściana bez żadnych odcieni . Gdy zaczynam się modlić , nagle rozbłyska maleńka kropeczka światła , która przedziera się przez tę ciemność i jest coraz bardziej mocna bo wyrywa obrzeża tego maleńkiego otworku , rosnąc coraz bardziej Az przybiera kształt serca . To światło jest inne, cudownie białe i nie powoduje niczego poza chęcią doznania , jeszcze większego dotknięcia tajemnicą i przeszycia całkowitego aż do czegoś czego nie jestem w stanie pojąć . Kiedy uświadamiam sobie mój stan , pragnę pozostać z nim ,ale po ludzku pragnę też sprawdzić czy nie jest moja wyobraźnia otwieram oczy i rozglądam się , w chwilkę potem zamykam je pragnąc znów zobaczyć wizje serca w pełnej jasności . I nie mogę pod powiekami przypomnieć sobie tej chwilki radości i jasności . I jest Mi żal że utraciłem chwilę , że ludzka ciekawość zwyciężyła i utraciła coś podarowanego . Uśmiecham się do obu obrazów . Jana XXIII Papieża podczas którego pontyfikatu rozpoczynałem swoją drogę katolika i Jana Pawła II niedocenionego przeze mnie papieża . I wiem ,że moje doznanie nie mogłoby być skonsumowane nigdzie indziej tylko tu na Placu Św. Piotra . Kiedy wreszcie msza kończy się , zapominam całkowicie o niemiłej przygodzie, kiedy to chciała mnie okraść młoda włoszka w granatowej bluzce i szczupłych dżinsach , wyciągając z plecaka róg kurtki . Zbijamy się w kupkę osób pragnących zwiedzić Bazylikę i pokłonić się przed grobem papieża ,ale tłum zalega Prawą stronę placu, tamując całkowicie dojście do bramek sprawdzających ze stojącymi przy nich karabinierami. Powoli kierujemy się poza plac mając całą godzinę dla siebie . To czego pragnę, to zjeść nawet niemytego pomidora . Poznajemy zatłoczone uliczki przylegające do Watykanu i kiedy tracę wiarę, że odnajdziemy sklepik z warzywami na naszej drodze staje takowyż wypełniony różnorakimi warzywami i owocami a prowadzony jest przez hindusa lub Pakistańczyka . Spędzamy w nim kilkanaście minut delektując się tym malutkim czasem wśród straganów warzyw . Objuczeni w zapasy pomidorów wracamy powoli na miejsce zbiórki obok placu . Zjadam ze smakiem kanapkę wraz z umytym pomidorem w strużce wody z butelki .Częstujemy kapelana . Nasz przewodnik powrócił z placu, ale przynosi nam mało rewelacyjne wieści . Musimy iść zwiedzać Rzym , a może po południu przyjedziemy do Watykanu raz jeszcze i ominiemy kolejki do Bazyliki . W tej chwili pozostając tutaj stracilibyśmy kilka godzin czasu .


    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu cz.10 04.07.14, 13:50
      Skorupki i kolejki.

      Nastroje w grupie pielgrzymów radykalizują się . Odchodzimy z placu św. Piotra bez odwiedzenia bazyliki i jakiegokolwiek części Watykanu . Plac św Piotra mogliśmy obejść i to tylko z tylnej części . Kilka pań siedzących w przodzie autokaru głośno wyraża swoje niezadowolenie . Teraz jednak spory cichną , gdyż idziemy zwiedzić tę część miasta o której słyszeliśmy lub kiedyś uczyliśmy się . Powracamy do miejsca skąd rano wyruszyliśmy . Tam przy początku via Ottaviano znajduje się wejście do metra . Niebywałe ,że wszystkie wejścia , może oprócz paryskich, są wąskie i jakby w swym założeniu nie brały pod uwagę ilości osób , które będą dreptać nimi . Ale też nie o jednej godzinie te miliony osób spotykają się . Na pierwszy rzut oka , metro włoskie , jest przystępne nie tylko dla mieszkańca ,ale i dla turysty . Na ścianach porozwieszane SA mapki sytuacyjne i kierunki wejścia na odpowiednie korytarze . Przed samym wejściem na peron obsługa naziemna pospiesza maruderów lub pomaga w odpowiednim zrozumieniu sytuacji . Nas jako grupę oddzielono nie pozwalając stać i tamować przejście innym pasażerom . Stojąc i czekając na bilety obserwuję w miarę sprawne manewry obsługi nie dopuszczającej na korki przy schodach . Co kraj to obyczaj . Ani w paryskim ani barcelońskim metrze nie spotkałem się z taką organizacją . Wreszcie bilety SA już załatwione i jesteśmy prowadzeni na peron , tam przekazane zostają wszystkie bilety i ciao. Po niedługim oczekiwaniu nadjeżdża kolejka w którą wsiadamy . Obawiając się tłoku, zresztą niepotrzebnie , bo szczyt przejazdowy na tym odcinku metra panuje zupełnie w innych godzinach. Do przejechania mamy kilka stacji : Ottaviano, Lepanto,Spagna, Barberinii, Repubblica i Termini , gdzie wysiadamy . Oczywiście rozpisywać się nad jazdą metrem nie będę , może z jedna uwagą ,że jest zbyt hałaśliwe . Dopiero wieczorem wpatrując się w mapę zrozumiem, że jednak znów popełniono błąd prowadząc na wycieczkę . Mogliśmy z Placu pójść piechotą i dotrzeć po drodze na Schody Hiszpańskie i pod fontannę di Trevi czym zapewne bylibyśmy usatysfakcjonowani . Niestety inny wybór spowodował, że co prawda możemy rzucić okiem na duży węzeł komunikacyjny z wieloma poziomami przejść ,ale pospiech i brak jakiejkolwiek informacji od przewodnika nie robią najlepszego wrażenia na zorganizowaniu tego dnia . Wchodzimy w uliczki Rzymu rozciągając się bardzo , bo sami nie jesteśmy na wąskich chodnikach jak i rozpiętość wiekowa tym samym sprawność niektórych pielgrzymów nie jest najwyższa . A przecież są tutaj panie już zaawansowane wiekowo które z lekkością pokonują każą trasę . Ruch jak w każdym większym mieście z przewagą samochodów produkowanych przez włoskie fabryki . Alfa Romeo dystyngowane i nie dla przeciętnego nabywcy, są tutaj na porządku dziennym a przystojni kierowcy przyciągają wzrok pań. Chodniki na przejścia są naprawdę bardzo wąskie ,ale to nie przeszkadza restauratorom małych kawiarenek na wystawianie choć kilku maleńkich stolików, o blacie mogącym pomieścić, dwie filiżanki, kieliszek wina i papierosy z popielniczką . Stare mury i kamienice SA naprawdę dla oka urzekające a wąskie przesmyki między kamienicami od czasu do czasu wypełnione są schodami z siedzącymi nań młodymi ludźmi . Idziemy wolno zatrzymując się od czasu do czasu przy przejściach dla pieszych czekając na maruderów . Plakietka Warszawa trzymana przez jednego z pielgrzymów unosi się nad głowami zawiadamiając okolicznych mieszkańców o przejściu grupy , chociaż w tych dniach dla mieszkańców Rzymu to żadna wiadomość . Dochodzimy wreszcie do celu naszej wędrówki . Bazylika Matki boskiej Śnieżnej ma swoją legendę , która zapamiętuję , gdyż bardzo lubię takie chwile pełne historycznej nostalgii. Za czasów papieża Liberiusza ukazuje mu się we śnie Matka Boska mówiąc, że na wzgórzu którym w lecie spadnie śnieg, postawi kościół . I tak się stało . Na początku sierpnia na wzgórzu eskwilińskim zalega śnieg więc należałoby wybudować świątynię zgodnie z objawieniem we śnie . Cały szkopuł w tym, że kult Matki Boskiej zostaje ogłoszony blisko 80 lat później i wtedy już pełna para ruszają prace nad świątynią . Świątynia znana jest też z tytułu honorowego jakim jest tytuł basilica maior , dający pewne przywileje w rytuałach tej świątyni jak też z przechowywania relikwii żłóbka św . ( Sacra culla). Gdy wreszcie możemy wejść w obejścia świątyni dobiega nas głos chóru . To połączone chóry Mazowsza i Śląska nagrywają pieśni do programu o beatyfikacji Obu papieży . Bazylika przepełniona jest odwiedzającymi i ciągle w językach polskim i włoskim upomina się zgromadzonych o ciszę ,aby mogły zostać zaintonowane pieśni . Bazylika jest piękna mimo iż przepełnienie wcale nie pomaga oglądającym w zwiedzaniu . Staję sobie na końcu świątyni i po raz kolejny żałuje, że przyjechaliśmy do Włoch w tak przepełnionym czasie . Może to jest wskazówka, żeby jeszcze raz przyjechać tutaj samotnie już i kontemplować architekturę, obrazy, rzeźby i freski na murach świątyni . Czas przeznaczony na to ledwo dotknięcie jest tak mały, że ucieka niczym woda w reku . Po wyjściu spoglądam na kolumnę stojącą naprzeciwko i zdaję sobie sprawę, jak odmienne są kościoły architektonicznie u nas w kraju . I jakie szczęście mieli Włosi mogąc mieszkać w niezniszczonym mieście, zachowującym styl nie tylko ostatnich stuleci, ale całych tysiącleci . Idziemy wolno do następnej ulicy obok świątyni i dochodzimy do Via Cavour , skręcając w lewo poruszamy się po stoku wzgórza schodząc w dół . Od razu daje się zauważyć że wchodzimy inny świat ludzkiej bytności . Coraz starsze mury stają przed nami Az wreszcie osiągamy skrzyżowanie z Via Dei Fori Imperiali i w całej krasie architektury antycznej stajemy na prostej do Colloseum . Cała szerokością ulicy , bo zamknięty jest ruch kołowy na te kilka dni ( i jak oni sobie dają radę) podążamy pod charakterystyczny okrągły budynek a raczej to co z niego pozostało . O jego funkcji i wielu ciekawostkach dopiero dowiem się od przewodnika , którym po tym terenie będzie Polka mieszkająca na stałe w Rzymie . Ale zanim do tego dojdzie napawam się prawdziwym widokiem , mojego ?Rzymu z moich wyobrażeń . Jak można mieć go w swojej pamięć i bez drzew sosny pinii , która tutaj jest powszechna . Po obu stornach alei Rozłożyste kopuły korony drzewa tak charakterystyczne zasłaniając widok budynków antycznych , sprawiają radość wzrokowi i cieszą ten moment, kiedy można między nimi paradować i delektować się tymi zielono ciemnymi kopułami strojącymi tą część Rzymu . Na przewodnika czekamy niedługo, aby odpocząć wykorzystując do tego pobliskie murki . Wreszcie doczekujemy się i podchodzi do nas blondynka o miłym głosie , która wyemigrowała dawno z temu z kraju i wykorzystując studia stała się przewodnikiem po antycznych ruinach . Słyszymy ją wszyscy doskonale , bo w uchu mamy słuchawki ze sprzętem umożliwiającym przekazywanie wiadomości i informacji . Tego popołudnia nie zapomnę bo i ilość wiedzy zdobytej i wzrokowe doznania i sama obecność w tak ciekawym miejscu były naprawde wspaniałe . Przechodzimy całą via Fori Imperiale Az pod plac Wenecki gdzie przyglądamy się Ołtarzowi Ojczyzny monumentalnej bryle , gdzie kiedyś Mussolini przemawiał do narodu gestykulując tak kwieciście . Nie wiadomo kiedy umyka czas podczas słuchania i oglądania i pora wracać pod Watykan ,aby spróbować się dostać do Bazyliki watykańskiej.

    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 12.08.14, 08:47
      Zakończenie zwiedzania Rzymu .

      Kiedy na Via del Teatro di Marcello wsiadamy do autokaru siedzenia smakują niczym nadzwyczajne kanapy u szejka w haremie . Droga do skrzyżowania, gdzie znów opuszczamy pojazd , aby dojśc do Placu Św Piotra wydaje się taka krótka i żal opuszczać to miejsce i znów męczyć nogi .Czas podróży umilają obrazy Rzymu migające może nie w zawrotnym tempie ,ale dosyć szybko umykające nabiegającym myślom zobaczonych budynków, restauracji , drzew, komunikacji miejskiej . Jeszcze zbieram wiadomości usłyszane od przewodniczki i umieścić je w tym kremowo-kawowym świecie architektury. Zal wielki żal ,że nie będę pod fontanną di Trevi , na schodach hiszpańskich i w wielu innych miejscach , w które Rzym obfituje . Przyglądam się ubiorowi kobiet i mężczyzn idących normalnym krokiem , jakby w tempie wolniejszym od naszej stolicy , zwracam uwagę na buty panów, wypielęgnowane i oddające markę włoskim szewcom . Zal , wielki żal że nie ma sposobności do pozostania na dłużej i odwiedzenia muzeów parków i bez pośpiechu usiądnięciu przy stoliku kawiarnianym w otoczeniu cyprysów delektowania się smakiem kawy i widokiem życia . Kiedy wysiadamy z autokaru po kilkunastominutowej podróży i znów znajdujemy się w tym samym, miejscu spotykamy polskie grupy wracające z placu Św. Piotra , ?Wreszcie sami tam docieramy . Ale kolejka do zwiedzenia Bazyliki po dotarciu na plac przerosła moje wyobrażenia . Zakręcona po całym placu i kończąca się gdzieś pod miejscami kolumn wieńczących plac po drugiej stronie . Prawdę powiedziawszy od razu od pierwszego rzutu okiem wiedziałem na sto procent ,że nie dostaniemy się do wybranego miejsca , ponieważ na wielkich ekranach wypisana była godzina zakończenia zwiedzania Watykanu . 19.00. Czy w półtorej godziny możliwe jest przeczłapanie na końcu kolejki i wejście do bazyliki ? Niestety nasz przewodnik podłechtany kilkoma wypowiedziami pań uparł się stać . Kiedy po godzinie zaczynaliśmy przekraczać środkową linię dzielącą plac , na moment wydawać by się mogło, że nasze marzenia spełnia się . Niestety . Niektóre grupy rezygnowały ze stania na rzecz zobaczenia innych zakątków Rzymu . Te pół godziny upłynęły znacznie szybciej a moje nogi wołały już dosyć i zaczynałem rozglądać się za schodkami ,abym mógł przysiąść .Na początku kolejki Powstało zamieszanie, spowodowane rozdzieleniem jednej wycieczki , której część weszła zwiedzać a część pozostała . Karabinierzy po wielu dyskusjach postanowili wpuścić i tą resztkę z tej wycieczki co przy okazji zaowocowało wejściem jeszcze kilku grup . Schowany za filarem jeden z kardynałów, stanowczo gestykulując w rozmowie z dowódcą straży , zakończył zwiedzanie i nasza niestety postawa trwania dalej w resztce kolejki , stanowiła tylko o naszych niespełnionych marzeniach . Wreszcie z skwaszonymi minami musieliśmy odstąpić od zwiedzania pożegnać plac i w zasadzie Rzym , ponieważ przewodnik absolutnie się nie zgodził na nasz przyjazd jutro z rana i zwiedzenie Bazyliki oraz dotarcie do grobu św. Jana Pawła II . Więc przewidywania, że dla Polaków odwiedzających w te dni przedłuży się czas zwiedzania spełzły na pięknej ułudzie. Droga powrotna , w połowie przespana ,późna kolacja jedzona po 22 godzinie, tak mnie zmordowały, że poszedłem spać nawet bez wzięcia prysznicu . Obudziłem się rankiem, kiedy chłód nocy rozgościł się w pokoju a telewizor cichutko pojękiwał na jakimś programie reklamowym . Zimno łazienki prawie wypędzało z tamtego miejsca , jednak potrzeba wzięcia prysznica była większa i poddałem się tej torturze marznięcia i polewania się gorąca wodą z prysznicu .


    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 13.08.14, 10:38
      Przez Alpy środkowe

      Kiedy wracam do pokoju znów ogarnia mnie ta nieznośna melancholia , leżąc jeszcze przez krotki czas w ciepłym łóżku zastanawiam się , jak to możliwe , żebym nawet nie mógł nacieszyć się tymi chwilami w pokoju hotelowym , przejął ducha tego miejsca i poczuł radość ,że jestem w miejscu , może nie najlepszym, najdroższym ,ale całkowicie wystarczającym ,aby zapamiętać kolor ścian , ustawienie mebli , miękkość kanapy . Co prawda na śniadanie mamy zejść z bagażami ,ale decydujemy się zostawić je w pokoju . Jest na pół wesoło przy stole , każdy szepcząc wyraża swoje niezadowolenie , a dodatkowo nasze rodzinne niezadowolenie bierze się stąd ,że obok naszych talerzy zabrakło zapakowanych ciasteczek i buteleczek z sokiem . Machamy na to ręką , jest to tylko nauczka na przyszłość, żeby nie przychodzić na śniadania zbyt późno . Po śniadaniu zakupuję butelkę wina do swego plecaczka ,aby ukoić swoje niezadowolenie . Kilka szklaneczek wystarczy na złagodzenie wszystkich bóli . Gromadzimy się na pożegnanie śpiewając sto lat hotelarzowi i paniom obsługującym nas przy stole ,dziękujemy szczerze, jedzenie było dobre , szczególnie makaron z sosem pomidorowym i ten kotlet większy od talerza , za to tak cieniutki , jednak smaczny i po zjedzeniu tego smakołyka chciałoby się więcej . Zaopatrzeni wychodzimy do autokaru , oglądam się na to miejsce , żegnając kotkę Miśę , zielony ogród , drzewko cytrynowe z owocami i krzaki z kolorowymi kwiatami . Autokar rusza na Monte Cassino . Niespodzianka , jedziemy drogą dosyć wąską , silnik autokaru pracuje na większych obrotach ,to oznaka że wspinamy się ciągle w górę , zaraz za Rieti zaczynają mnie fascynować widoki roztaczające się z okna naszego wozu . Wiosna to cudowna pora roku , wydobywająca z zieleni przenajróżniejsze odcienie . Roślinności nie brakuje na stokach nie za dużych Apenin Środkowych. Najdziwniejsze w tym jest to że jedziemy od Rieti równiną otoczeni pasmami wzgórz z których niedaleko Rieti największy szczyt w okolicy Monte Terminillo ma 2217 metrów i jest położony na północ od Rieti . My zaś posuwamy się na południe Włoch przecinając pasma wzgórz masywu środkowego . Kręcimy się na tych stokach podnosząc się nieznacznie , wąska droga sprawia mi, siedzącego w drugim rzędzie i niewidzącego krawędzi drogi , niemały kłopot , na zakrętach moja wyobraźnia pracuje nadzwyczaj ostro wyobrażając sobie, że już spadamy z tych serpentyn a autokar koziołkuje gdzieś w dół . Niesympatyczne uczucie , powodujące zazdrość wszystkim którzy widzą ile jeszcze pobocza pozostało autokarowi zanim miałby nastąpić krach . Spoglądam w przednią szybę tracąc cały urok tej jazdy ,a widoki SA nadzwyczajne , powiedziałbym bajkowe , szczególnie teraz, kiedy roślinność rozbudzona pierwszymi deszczami wyrywa się do wzrostu , promieniując świeżymi listkami drzew . Drzewa oliwkowe , których nie brakuje na stokach, dopiero co nabierają rozpędu i pozostają w kolorze szarej zielni , zupełnie nie pyszniąc się , mając wokoło za sasiadów piękną bujną i kolorową zieleń . Pierwsze krzewy kwitną na fioletowo odcinając się swą biskupia barwą od reszty roślinności , owocowe drzewa białymi kwiatkami połyskują nad ciemnymi chmurami kołyszącymi się nad nimi . Słońce , chowa się za chmurami i wydobywa się nieraz z nad ciemnych obarczonych deszczem kłębiastych chmur . Daleko na widnokręgu widnieje ściana deszczu sina , szara i groźnie połyskująca . W tym nadzwyczajnym kolorycie, z zielni wydobywają się na stokach masywu ustawione stare domki swą szarością jakby z żalem patrzące na ten inny kolorowy świat . Bardziej pionowe niż poziome domy sprawiają, jakby były budowane w innej epoce , dla innych ludzi mających całkiem inne potrzeby . Ściany pasm górskich SA dosyć łagodne ,ale wystarczająco strome dla człowieka . W dolinach leżących gdzieś w dalekiej i głębokiej głębi od czasu do czasu można zobaczyć ten nadzwyczajny kolor strumieni podobnych do najczystszego diamentu wijących się wokół gór i znikających w kłębach drzew lub krzewów . Tak jak strumienie i rzeki wyglądają też drogi budowane w kilku poziomach , przecinające się na d sobą i wbiegające w tunele . Wreszcie nasza podróż zostaje przerwana i możemy z bliska podziwiać stoki gór roślinność i nadzwyczajny pejzaż Apenin Środkowych . Zatrzymujemy się w małym załomie drogi tworzącym jakby małe rondo z ustawionymi drogowskazami . Jesteśmy w Licenzie , ponad nami rozpościera się miejscowy cmentarz ze ścianami na prochy mieszkańców . Mamy 15 minut przerwy . Autokar musi odpocząć , gdyż nagrzane hamulce mogą nie wytrzymać . Brrr.... Oddalam się od grupy , zostawiając moje kobietki i idę na łuk drogi , gdzie poniżej znajduję ławeczkę usytuowaną na ścianę pasma niczym z bajki wyjętego . Siadam i nie mogę nadziwić się i nacieszyć oka tymi widokami . Gdybym przesiedział cały dzień w tym miejscu , to tak było by to za mało do zaspokojenia potrzeb nasycenia się . W takich miejscach Az prosi się o modlitwę , co czynię , dziękując Opatrzności za możliwość zobaczenia tych wspaniałych widoków . Wracam zawiadomić obie moje Panie ,aby przeszły się i zobaczyły to miejsce . Po drodze wolnym krokiem idzie miejscowy starzec , obaj pozdrawiamy siebie dźwięcznie brzmiącym bondżorno i starszy pan zmagając się z drogą pomaszerował dalej do swego celu . Postój przedłużył się do ponad czterdziestu minut , gdy zapakowani z powrotem ruszamy , za kilkoma zakrętami znajdujemy maleńkie miasteczko, ślicznie położone z tymi wąskimi a wysokimi domkami . Ludzie siedzą na ławeczkach popijając wino i paląc papierosy a dzień dopełnia się widokiem tego miejsca . Teraz już zjeżdżamy z gór snując się po drogach za samochodami prywatnymi jadącymi leniwie i bez pospiechu . Wjeżdżamy w tunele tracąc widoki ,aż dostajemy się na autostradę , gdzie wzmacniamy tempo choć jedno krótkie zatrzymanie mamy w planie . Stacje benzynowe są podobne jak dwie krople wody w całej Europie . Parking , stacja i restauracja , gdzie zakupuję bułkę z mozarellą i jakbym nie był we Włoszech zupełnie mi nie smakuje . Czas nas goni więc nie tracimy go i znów w trasie poganiani przez jadące samochody spieszące się gdzieś dalej niż my jedziemy . Powoli wyłaniają się znów szczyty góry z majaczącym nad nim klasztorem . To Monte Cassino , ledwo jeszcze widoczny a kiedy zbliżamy się do miejscowości widzę jak wspinają się na nią autokary jeden za drugim . I znów cierpię Meki wysokościowe , dosłownie na chwilkę zatrzymujemy się żeby kupić wiązankę kwiatów i dojeżdżamy do miejsca gdzie zaczynamy się wspinać . Mam minę normalną ,ale powoli serce podchodzi mi do gardła . Widoki niesamowite z każdą zdobytą serpentyną i minięciem się na drodze z autokarem . Powoli wolniutko niemal ściana w ścianę autokarową ocieramy się o wracających już z pielgrzymki . Zadziwiające, że nikt nie kontroluję ilości wjeżdżających i zjeżdżających autokarów a wszystko odbywa się na żywioł .
      Tym bardziej teraz, kiedy pielgrzymów z Polski może być około miliona .



    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu cz.13 14.08.14, 12:02
      Zdobycie Monte Cassino w fotelu autokaru.

      Cóż mam do roboty , robię zdjęcia . Nagle wpada mi do głowy biznes plan z wybudowaniem kolejki linowej dla turystów odwiedzających to miejsca , wszystkie autokary mogłyby pozostać w dolinie i spokojnie czekać na powrót wycieczkowiczów . Na zakręcie podjeżdżamy zbyt blisko skręcającego z góry autokaru z Polakami i musimy kilkanaście metrów cofać się , kierowca nasz młody człowiek robi to jakby od niechcenia ,ale słyszę za sobą westchnienie jednej z pań siedzących na ostatnim miejscu , stanęliśmy zbyt blisko krawędzi drogi . Zaraz jednak ruszamy a warkot silnika mocującego się z ciężarem wypełniającym autokar podnosi się by zmniejszyć się zaraz po zmianie biegu . Wspinamy się na szczyt dobre dwadzieścia minut a w mojej głowie kołuje się od tych widoków , które można zobaczyć w niektórych miejscach wolnych od szczytów drzew i krzaków .W dole rozpościera się miasteczko z małymi domkami poustawianymi jakby ręką architekta . Świeżo pomalowane puste miejsca pól rękoma wiosny odznaczają się od kawowo- kremowych budynków . Wszystko to otoczone szczytami i wzniesieniami gór połyskującymi skałami w kolorze różnych szarości i także zieleni wspinającej się po graniach . A nad całym tym obrazem niebo , bajecznie rozpostarte z chmurami kłębiącymi się , jakby do ataku zesłania na ta dolinę mas deszczu . Zaraz jednak przebłyskujące promienie słońca odzyskują równowagę i powodują uspokojenie tej scenerii .Wreszcie kiedy zdawało mi się ,że nasza wspinaczka na sam szczyt nie skończy się , dosięgamy parkingu usytuowanego poniżej klasztoru . Kierowca szuka miejsca na zaparkowanie, wreszcie wylewamy się z autokaru szczęśliwi że odzyskaliśmy kontakt z ziemią . I oczywiście pierwsze pytanie o toalety . Niestety . Wszystkie zamknięte . Może te koło klasztoru ,ale tam droga jeszcze wspina się do góry a nasze plany nie przewidują odwiedzenia tego miejsca , co znów staje się przyczynkiem do szmeru niezadowolenia , co kilka pań daje upust i wylewa swoje żale przewodnikowi . Ja wybieram się pierwszy idąc przed grupą i nie czekam na resztę , pozostaje mi znaleźć zaciszne miejsce i na tyle ustronne ,aby załatwić tą jedną z potrzeb człowieka . Kiedy wychodzę z krzaków moja grupa jeszcze nie osiągnęła mojego położenia i mogę ze spokojem przyglądać się otoczeniu . Wreszcie widać już sam cmentarz , z grobami i krzyżami wypełniającymi to ciche miejsce . Nie jest za ciepło, powoli napływają chmury ciemne , które nie zwiastują niczego dobrego . Zaczyna padać . Nie jest to ulewa uciążliwa, ale kropi do momentu kiedy rozpoczynamy mszę, deszcz nagle urywa się wychodzi słońce a nasi kapłani w spokoju mogą na ołtarzu odprawiać Eucharystię . Przybycie do tego miejsca było ważnym wydarzeniem dla mojej żony , której ojciec a mój teść walczył tutaj o to wzgórze. Niestety nie miał sposobności odwiedzenia tego miejsca po wojnie , dlatego jego córka ofiarowała tą mszę również za niego . Tyle razy słyszało się o tej walce i zdobyciu tego miejsca i Az trudno było sobie wyobrazić z jaką przeszkodą przyszło walczyć żołnierzowi polskiemu . Pionowe ściany dostarczały i bez tego kłopotu a co mówić, kiedy pod gradem kul trzeba było zdobywać metr po metrze , kawałek po kawałku ziemię włoską . Ci co zostali śpią teraz spokojnie oczekując już tylko jednego , modlitwy i znaku krzyża u odwiedzających ją rodaków . Wspominałem ,że był to czas szczególny długiego weekendu dla wielu Włochów i przerwy w szkołach . Mali Włosi w autokarach przyjeżdżali tu po naukę lekcji historii . Może warto by było wziąć przykład z wielu nacji europejskich i wysyłać nasze pociechy na takie lekcje autentycznej nauki historii i nie tylko. Oddajemy cześć generałowi Andersowi i opuszczamy to miejsce . Oglądam się za siebie jakbym pragnął zapamiętać tych kilka chwil na tym cmentarzu . Myślę sobie, że warto by było wrócić tutaj w osobnej pielgrzymce całkowicie osobistej i na swój sposób zorganizowanej . Do klasztoru nie mamy już czasu iść i ruszamy z powrotem na dół tą samą trasą kręcąc się po zboczu góry tam i z powrotem Az dojeżdżamy do tego miejsca, skąd zaczynaliśmy podróż pod górę . Już niespiesznie jedziemy autostradą w kierunku Neapolu . Nagromadzone emocje ulatniają się gdzieś, chociaż dostajemy reprymendę od pilota , który zwraca nam uwagę że nie życzy sobie, aby zwracano mu uwagę . W kilku jeszcze zdaniach tłumaczy nasze niedociągnięcia chociaż to cel przecież osiągnęliśmy , byliśmy na kanonizacji JPII i Jana XXIII . Po nim prosi o ostudzenie emocji pani Małgosia jedna z organizatorek . Wszyscy pogrążamy się w zadumie , choć dla mnie słabo jest ta pielgrzymka przygotowana . Wreszcie przejeżdżamy obok wielkiego stożka wyrosłego na równinie . To Wezuwiusz oczekuje na nasz przejazd obok niego . Śmieję się sam do siebie ,że zasłonił nam najmilszy widok Morza Śródziemnego, ale jest na co patrzeć . Potężny grzbiet dopiero w rzeczywistości daje wyobrażenie o sile znajdującej się wewnątrz ziemi . I nie zazdroszczę żyjącym tutaj , kiedyś wybuchnie zabierając ze sobą te tysiące hektarów pól większych i mniejszych miejscowości rozłożonych wokół niego . Nasza podróż do San Giovani Rotondo na półwysep Gargano potrwa jeszcze kilka godzin i dopiero koło 19 godziny wjedziemy do miasta ,ale zanim to nastąpi moje oczy znów zobaczą niecodzienne zjawisko wyrośnięcia gór z równiny . Jakby ucięta brzytwą równina kończy się i zaczyna wyżyna a my musimy wjechać na nią takimi samymi serpentynami jak na Monte Cassino jadąc po stoku w tą i z powrotem ,aby wreszcie znaleźć się na jej szczycie już dosyć płaskim . Gdy o zmroku wjeżdżamy do San Rotondo, na rondzie psuje nam się autokar . Na nic zdają się dosyć napięte chwile zapalenia silnika . Musimy opuścić autokar i pomaszerować do pobliskiego Sanktuarium . Oto jeszcze jedna niespodzianka w naszej podróży . Wieczór jest chłodny ,ale cieplejszy niż ten w /Rieti . Do świątyni wchodzimy w poczuciu spokoju i bez pośpiechu możemy obejrzeć , pomodlić się a nawet poszukać toalety .

    • sagittarius954 Re: Pastelowe Włochy w wiosennym deszczu 31.08.14, 17:57
      Kończymy następny dzień podróży .

      Wiele słyszałem i czytałem o tym Sanktuarium . Od krytycznych opisów mówiących , że zostało pobudowane tylko dla ludzi, po pochlebne , w których można jak w każdym Sanktuarium przeżyć chwile spotkania z wiarą .Nie wiem czy to wejście główne, czy boczne, ale drzwi dwuskrzydłowe dalej fascynują Włochów, choć są zamknięte . Zaraz za wejściem zdumiewają mnie podpory w kształcie półokręgów wychodzących z jednego miejsca i rozszerzających się na całe pomieszczenie podtrzymujących te ogromne sklepienie . Inne podpory o tym samym kształcie w połowie pomieszczenia kościoła wychodzą z betonowych podpór i i zataczając łuk chowają się gdzieś w głębi w masywnych stalowych podporach. Sala jest wielka, mogąca chyba pomieścić kilka tysięcy ludzi. Szklana ściana to wizerunki ojca Pio i św. Franciszka głównego świętego Włoch . Wchodzimy do drugiego pomieszczenia kaplicy zaraz za ścianą główną , modlimy się dłuższą chwilkę , później schodami w dół udajemy się do następnej Sali w której przechowywane są szczątki Ojca Pio . Kolejka niebyt długa ,a jednak wydaje się olbrzymia , napawają mnie niechętnie obrazki zobaczone, jak turyści fotografują św Ojca , osobiście nie zdobyłbym się na taki gest , zbyt to miejsce jest przesiąknięte wiarą ,aby mimo wszystko bezcześcić je swoja fotografią . Zapewne w okolicznych sklepach można dostać odpowiednią pocztówkę . Wreszcie docieram osobiście przed oblicze świętego , jakby spał tylko ręce już zaczęły zanikać , są całe czarne i pozostały tylko tego koloru obramówki, rureczki palcy. Kiedy wychodzimy z Sali szukając toalety , znaki prowadzą nas przez duży sklep z dewocjonaliami i dalej korytarzem do tego miejsca tak potrzebnego pielgrzymom . Zaraz po, poczekawszy na rodzinkę , idziemy jeszcze raz do Sali i staję w kolejce do świętego . Kolejka znacznie się zmniejszyła więc nie odmawiam sobie cichej wewnętrznej modlitwy i pozostaję dalej w kolejce . Wreszcie siadam sobie wygodnie a moje nogi odpoczywają , wpatruję się w szybę i zastanawiam się jakim cudem było dotarcie tutaj mnie i mojej rodziny . Rozglądam się niecierpliwie po Sali oświetlonej żółtym światłem ,ale i w takiej tonacji kolorystycznej ułożone z życia świętego obrazy . Jest mi po prostu dobrze , tak po ludzku ,że kiedy następuje sygnał do opuszczenia Sali czynię to niechętnie . W drodze dowiadujemy się, że jutro jeszcze raz będziemy w sanktuarium . Przewodnik z panią Małgorzatą gdzieś znikają buszujemy w sklepie wybierając pamiątki a znając już specyfikę tej podróży obawiamy się o jutrzejszy dzień, może być tak wypełniony, iż nie starczy czasu na zakupienie pamiątek stąd . Wybieram figurkę Ojca Pio i krzyż na ścianę wreszcie zakupujemy stając w kolejce wypatrzone rzeczy . Przed punktem sprzedaży oczekują nas nieliczni z grupy , reszta gdzieś zniknęła rozeszła się zwiedzając sanktuarium . W trakcie oczekiwania na przewodnika jedna z pań chciała zakupić coś ze sklepu okazało się, że przejmujący dowodzenie mężczyzna z naszej grupy w dosyć ostrych słowach zabrania jej wejścia do sklepu . Na większość z wielu małych problemów do rozwiązania, nie reagowałem ,ale tutaj troszkę nerwy mi puszczają i staję w obronie tej pani , tłumacząc, że to nie jest przeszkoda i można ten czas wykorzystać oczekiwania tym bardziej, że możemy tutaj stać nawet i pół godziny . Pan jest nieustępliwy , dodaję, że wystarczy wejść tylko do Sali i w wypadku dalszej drogi wypowiedzieć słowa Warszawa wyjeżdża . Nic jednak do niego nie trafia , kobieta chlipie sobie cicho pod ścianą a ten jakby był jakimś nababem absolutnie odmawia zawiadomienia kogokolwiek i straszy, że ruszą bez tych którzy okażą się nieposłuszni . Moje słowa nabrały dosyć ostrego tonu ,Az sam się hamuje, żeby nie wybuchnąć mocniej i dosadniej . Wreszcie po 10 minutach nasz przewodnik znajduje się i ruszamy dalej , na zewnątrz liczymy się , brakuje kilku osób , podobno trzy już są w hotelu , i jeszcze dwie gdzieś na terenie sanktuarium ,ale nie wiedzą gdzie jest hotel . Brak podjęcia decyzji przez przewodnika . Wreszcie sam nie wytrzymuję i oferuję się pozostać tutaj i poczekać na maruderów a cała grupa może iść do autokaru . Ostatecznie jest już późno , jesteśmy zmęczeni i poirytowani i nie ma potrzeby, aby cała grupa czekała niepotrzebnie . Wreszcie pozostaje pani Małgosia , która obiecuje przyprowadzić maruderów do autokaru a my ruszamy ulicą pod górę . Nie lubię chodzić pod górę bardzo wolno a tempo było naprawdę mizerne , choć rozumiem, że wiek niektórych to nie jest młodzieńczy . Wieczór jest ciepły , nieliczne psy na posesjach obszczekiwały nas a my wspinaliśmy się coraz wyżej , aby po dotarciu do końca uliczki zobaczyć placyk na którym stał nasz autokar . ?Już naprawiony . Okazało się, że filtr oleju zapchał się po zatankowaniu na którejś ze stacji benzynowych . Niezbyt długo cieszymy się fotelami autokarowymi , kiedy dociera pani Małgosia z maruderami i ruszamy do hotelu . Może po niecałych dziesięciu minutach podjeżdżamy pod hotel i zanim wychodzimy jako ostatni nasze walizki są już odtransportowane przez obsługę i Czekają w holu . Hotel sprawia wrażenie wcale dobrego i kiedy docieramy do pokoju, już mi się nie chce schodzić na kolacje ,ale musimy . Następna kolacja o godzinie 22.30 . Obsługa dwoi się i troi , donosząc dania a ja zamawiam jeszcze dodatkowa butelkę wina, które mi smakowało do kolacji .
      Po kolacji szybko na górę i do łóżka , jeszcze w oknie stoję i przyglądam się okolicy , nikłe światła ,odgłosy psów i zarys wyżyny piętrzącej się wysoko . Łóżko smakuje wybornie . Sen niczym nie przerwany, mógłby potrwać znacznie dłużej w Centro di Accoglienza „ Santa Maria Delle Grazie” .



Pełna wersja