serei
08.03.14, 15:32
Spadłam do wymarzonej wagi, osiągnęłam prawie porządany rozmiar. Nie czuję się szczęśliwa. Czuję się oszukana, nie jestem sobą. Codzienne ćwiczenia napędzają mnie energią na kilka chwil, a potem przychodzi przygnębienie bo przecież miało być inaczej
Gruba byłam dla innych wstrętna, a dla mnie samej? no dobra było tych kg za dużo, ale nie przeszkadzały mi w uśmiechaniu się, w byciu kochaną przez wspaniałego faceta i ubóstwianie przeze mnie dziecko.
Szczuplejsza nie rzucam się w oczy, ale gdy patrzę w lustro to nie umiem się uśmiechnąć.
Miało być tak pięknie, a jest zwyczajnie.
Wstaje rano, wrzucam na siebie dużo mniejsze ubrania, wchodzę na orbitreka, ćwiczę przewidziane minuty, potem 30 minut pilates w wersji dla ubogich ( płyta), prysznic, ubranie do pracy, zachwyt koleżanek nad nową MNĄ, powrót do domu, przepisowy obiad, zabawa z dzieckiem, lekcje, wieczorna dawka ćwiczeń aby ciało wyglądało jak trzeba. Usypianie dziecka, kąpiel i w końcu wtulenie się w partnera, który wcale nie jest szczęśliwszy z moich nowych wymiarów bo jemu nie były potrzebne, a i mnie nie uszczęśliwiły.
Chyba wiosenna deprecha mnie dopadła bo mi po prostu źle. I jak sobie przypomne te wszystkie chwile gdy marzyłam o szczuplejszej sylwetce bo miała mnie ona uszczęśliwić to czuje pustkę.
Mam dom, wspaniałe dziecko, kocham i jestem kochana. Ale to samo miałam gdy byłam ciężka i gruba. Gdzie tu sens w tym wszystkim? Wtedy byłam zdrowa i teraz jestem zdrowa.
I głupia. Bo pozwoliłam innym wmówic mi, ze grube jest wstrętne i samą siebie za to znielubieć.
Jeśli w najbliższym czasie spotkam grube babsko w legginsach to słowo daję podejdę i przytulę z całej siły

.
I proszę się mną nie przejmować, przeziębiłam się porządnie to i nastrój marudno-płaczliwy się włączył