mathiola
28.04.14, 18:04
moje dzieci to niejadki.
Znaczy to co lubią mogą zeżreć razem z talerzem, ale lubią po pierwsze bardzo wybiórczo, po drugie każde co innego, a po trzecie nigdy nie wiadomo, czy to co lubiły w środę będą lubiły w sobotę.
Bardzo często nie lubią już na wszelki wypadek, jeszcze nie spróbowawszy.
Albo spróbowawszy kiedyś i uznawszy, iż nie lubią i już, po wsze czasy i do grobowej deski.
Jako osoba inteligentna po jakimś czasie zorientowałam się, że w całym tym zjawisku nie bez znaczenia jest nomenklatura.
I tak oto: moje dzieci nie lubią zupy z soczewicy, więc podaję im grochówkę. Bo grochówkę lubią.
Nie lubią zupy brokułowej ani żadnej rzeczy, która z niego jest, więc dostają zupę żabową, zwaną tez zupą z zielonych warzyw.
Nienawidzą krupniku, ale z zapałem zjadają zupę koperkową.
I tak dalej i tak dalej i tak dalej.
Każda z potraw serwowanych zawiera oczywiście pierwiastek nielubiany, ale coś co jest nielubiane po prostu nie powinno zostać nazwane. I po kłopocie.
Czy tylko - i dlaczego właśnie ja - muszę się tak gimnastykować?