01.01.06, 23:51
Witam
Na przelomie pazdziernika i listopada 2006 roku zamierzam przyjechac na stale
do NZ. Przygotowuje sie do tego wyjazdu powoli i niezbyt sumiennie. Date
ustalilem okolo roku temu i od tamtego czasu jestem calkowicie przekonany o
slusznosci podjetej decyzji. Jest we mnie spokojna determinacja. Ze
stosunkowo niewielka kwota pieniedzy (okolo 20tys. zlotych) przezyje kilka
tygodni, a co potem, jest juz zdecydowanie mniej istotne.. Byc moze jade tam
by umrzec, by znalezc to czego mi najbardziej brakuje, czyli swiety spokoj.
Ale jak kazdy czlowiek ludze sie nadziejami, ze moze zdarzy sie cud i znajde
jakis sens w zyciu. Poniewaz nigdzie dalej niz na Krym nie podrozowalem
(nigdy nie bylem w Europie Zachodniej nawet) moj wypad do NZ jest rowniez
forma odbicia sobie za wszystkie czasy, jest forma wscieklego imperatywu by
od wszystkiego uciec, a jednoczesnie przed koncem zycia sprobowac czegos sie
jeszcze nauczyc, cos nowego poznac, byc moze nowych ludzi, nowy swiat, nowa
kulture.
Tli sie we mnie nadzieja, ze moze uda mi sie tam zakorzenic, ze moze uda mi
sie tam znalezc swoje miejsce na Ziemi, z dala od zlych wspomnien, zle
kojarzacych sie miejsc, od ludzi.
Mam 33 lata, nie mam wyksztalcenia, nie znam angielskiego. To jedno zdanie
praktycznie mowi wszystko. Pracuje w biurze projektow na autocadzie, od mniej
wiecej 10 lat, i po prostu tej pracy juz nienawidze, choc daje mi niezle
pieniadze. Ale pieniadze to jest akurat ostatnia rzecz, ktora bym nazwal
wazna.
Rok temu odeszla ode mnie narzeczona, moje stosunki z inna kobieta, niezwykle
mi bliska, sa przerazajace, z rodzina od smierci ojca nie dogaduje sie wcale,
nie ma miedzy nami zadnej wiezi. Innymi slowy nic mnie tutaj nie trzyma.
Kocham Polske, kocham swoja Ojczyzne, ale jako Idee, ktora znajduje sie w
moim sercu. Przepraszam za patos w tym momencie, ale patriotyzm zawsze byl
czescia mnie, mojego zycia, co nie znaczy, ze nie moge stad wyjechac na
zawsze. Patriota mozna byc rownie dobrze, a czesto lepiej i pelniej, daleko
poza granicami kraju. Nie ma i nie bedzie we mnie tesknoty za zadnym
miejscem, bedzie natomiast zyczliwosc i zainteresowanie zwiazane z losami
mojego kraju.
Czemu pisze na forum? Otoz pisze z powodow praktycznych. Ten sam tekst
wyslalem do paru osob/instytucji, ktorych dane znalazlem w sieci. Staram sie
wyszukac kogos kto mi moze pomoc. Pomoc znalezc jakakolwiek prace, na polu,
jako pasterz, za marne pieniadze, niemal za wikt i opierunek, a ktora to
praca zapewni mi dostep do ludzi, do jezyka, ktorego dzieki temu powoli sie
bede uczyl. Dzis tego nie potrafie zaczac robic, bo nie ma we mnie
systematycznosci, jestem rozbity psychicznie, kompletnie zdezorganizowany.
Znajac siebie, wiem, ze jedynym lekarstwem na moja indolencje jest skoczyc na
gleboka wode, co tez zamierzam za niespelna rok uczynic.
Musze zmienic swoje zycie diametralnie, bo inaczej stocze sie do reszty, a
moja starosc bedzie bardzo ponura (o ile przyszloby mi jej dozyc). Dlatego
chce jeszcze cos w zyciu zobaczyc, poki jestem wzglednie sprawny, pragne
czegos w zyciu doswiadczyc.
Jedyne czego pragne na NZ to dachu nad glowa, cieplej strawy raz dziennie,
kontaktu z ludzmi. Wymusi to na mnie nauke jezyka, potrzebe porozumienia sie
z nimi. Moje wymagania metarialne sa prawie zadne. Nie potrzebuje zadnych
luksusow, nie jestem od niczego uzalezniony, moze poza muzyka, ale to
zalatwie sobie we wlasnym zakresie. Mam w Warszawie mieszkanie, ktore
nabylismy na raty wraz z narzeczona. Musze je splacac, ale obciazenie
miesieczne jest niewielkie, tak naprawde wszelkie zobowiazania finansowe
wobec banku pokrywa wynajem. Najchetniej bym sie tej nieruchomosci pozbyl,
ale jeszcze teraz nie moge tego zrobic.
Wiem, ze oficjalna procedura imigracyjna organizowana przez rzad NZ jest dla
kogos takiego jak ja zbyt restrykcyjna. Z pewnoscia nie spelnilbym
praktycznie zadnego z podstawowych kryteriow. Musze wiec znalezc inny sposob
by dotrzec na NZ i w niej pozostac.
Od 1 marca tego roku obowiazuje miedzy naszymi krajami ruch bezwizowy.
Przyleciec do Auckland czy Wellington nie jest wiec problemem, pod warunkiem,
ze ma sie bilet powrotny. Uznaje to za dodatkowy wydatek, z tym dodatkowym
kosztem sie licze. Ale co dalej? Gdzie pojsc, do kogo sie zwrocic? Moze mi
cos zasugerujecie? Wszelkie sugestie przyjme z wdziecznoscia poza jedna: "daj
sobie pan spokoj, bez znajomosci angielskiego nie masz pan czego tu szukac".
Oczywiscie to bardzo racjonalny i logiczny argument, najczesciej sie z nim
stykam, a nawet go w pelni rozumiem. Ale jestem zbyt uparty i zdeterminowany
by przejmowac sie czyms takim. Ja mam inny argument: nie moge zyc w Polszcze,
nie moge dalej zyc tak jak zyje, nie mam sily by wziac sie w garsc w swiecie,
gdzie wszystko mi wolno, zarabiam wystarczajaco duze pieniadze by sie obijac,
jest mi cieplo, syto i wygodnie. Mam juz dosc swojego swiata poczawszy od
problemow osobistych, a skonczywszy na niemoznosci zrozumienia
wspolobywateli, ktorzy niezmiennie podejmuja inne decyzje, ktorzy maja
zdawaloby sie inna wrazliwosc i mentalnosc na kwestie niemal podstawowe.
Panstwa, tak zorganizowanego jak nasze, rowniez nie akceptuje. Kraju, ktory
przez pol roku osnuty jest straszliwym mrokiem, calymi tygodniami brakuje
slonca, a zamiast tego zalega nad Polska dziwna szara zawiesina, nie moge
uznac za miejsce do zycia dla siebie.
Potrzebuje gruntownej zmiany, rok temu obralem sobie za cel Nowa Zelandie.
Jezeli znajdzie sie ktos kto moze mi pomoc zrealizowac moje marzenie, bede
dozgonnie wdzieczny.
Wiem, ze to niewiele, ale nic wiecej nie moge dac.
Pozdrawiam

Obserwuj wątek
    • e.lily Re: emigracja 02.01.06, 13:21
      Niestety nie potrafie Ci pomoc, ale moge Ci dac jedna bezcenna rade. Przed
      wyjazdem z Polski nie skladaj wypowiedzenia, tylko wez bezplatny urlop.
      Powodzenia!
    • minimus Re: emigracja 02.01.06, 23:24
      Wydaje mi sie ze ty jestes totalnie psychicznie zalamany i mowiac z angielska
      skonfudowany. Watpie aby wyjazd do NZ ci pomogl. Mysle, ze moze powinienes
      raczej poszukac pomocy np. psychoanalityka. W takim stanie (jak przynajmniej
      wynika z twojego listu) raczej nie dasz sobie tam rady. NZ potrafi byc
      nieprzyjazna i bardzo obojetna na ludzki byt, a samotnosc potrafi byc straszna.
      Mimo wszystko, biorac pod uwage twoja wiedze i posiadane pieniadze, radzilbym
      ci moze i dlugie, ale tylko wakacje w NZ (jesli akurat tam bardzo chcesz). I
      postaraj sobie ulozyc jakos zycie po powrocie, wynies sie do innego miasta czy
      cos?

      I faktycznie urlop bezplatny jest bardzo dobra rada.

      Pozdrawiam i powodzenia.
      • ormi Re: emigracja 03.01.06, 07:49
        Jesli wybierzesz miasto to raczej male, prace znajdziesz na poludniowej wyspie
        na prowincji bez problemu, jako pracownik fizyczny - przy wyladunku statku w
        kazdym porcie, te podstawy angielskiego warto miec, naucz sie chociaz
        czasownikow, rzeczownikow... nie sadze ze znajdziesz idylle w NZ, jesli chcesz
        zmienic swoje zycie, czasem warto wyjechac do innego miasta w Polsce, roznice
        sa diametralne, a odnalezc sie juz latwiej... jesli koniecznie chcesz wyjechac
        to moze Australia bedzie lepsza, tam jest jeszcze latwiej...
    • jasyr100 Re: emigracja 03.01.06, 11:42
      Przede wszystkim dziekuje za zainteresowanie.

      E.Lily --> Pracuje w biurze projektow, gdzie, przy zatrudnianiu, wymogiem bylo
      zalozenie wlasnej dzialalnosci gospodarczej. Jestem kompletnie wypalony, poza
      tym nienawidze pracowac przy komputerze. Nie zamierzam w tej firmie siedziec
      dluzej, niz sobie zaplanowalem. Gdybym sie zlamal, gdyby moja determinacja by
      wyjechac z jakiegos powodu oslabla, stalbym sie - jakby to powiedziec - ludzkim
      wrakiem. Czlowiekiem wykonywujacym prace mechanicznie, zyjacym tylko po to by
      zyc, WEGETUJACYM. Moim glownym zyciowym celem jest nie stac sie takim
      czlowiekiem. Mam nadzieje, ze mnie rozumiesz.

      Minimus --> Jestem, to prawda. U psychologa tez jakis czas temu bylem. Nie
      ulega watpliwosci, ze moje problemy, choc przekladajace sie na zle samopoczucie
      i cos w rodzaju depresji, sa natury.... filozoficznej. Opieraja sie na moim
      swiatopogladzie, na mojej zyciowej postawie, na niemoznosci pogodzenia sie z
      losem czlowieka, ktory ugrzazl, ktorego zycie nie zmierza w zadnym obiecujacym
      kierunku.

      Ormi --> Dziekuje za garsc nadziei. Tak, wlasnie pracy fizycznej szukam. Czegos
      co mnie z tego marazmu wyrwie. Zycie ludzkie jest krotkie, a ja swojego nie
      chce dalej tak pedzic, jak dotychczas. Potrzebuje gruntownej zmiany. Zmiany
      srodowiska, kraju, jezyka, kultury. Moja ambicja jest nauczyc sie jezyka, za co
      teraz wziac sie z opisanych wyzej powodow nie potrafie. Ale znam siebie, wiem w
      jakich okolicznosciach uruchamiam rezerwy paliwowe, wiem kiedy potrafie sie
      mobilizowac do dzialania, wiem, kiedy zycie zaczyna sprawiac mi przyjemnosc. Na
      podstawie mojej wiedzy o samym sobie podjalem decyzje o wyjezdzie na Nowa
      Zelandie. Decyzje gleboko przemyslana, mozecie mi wierzyc. To jest jedyny
      sposob by odnalezc w sobie cos wartosciowego, by ocknac sie z tej potwornej,
      jalowej rzeczywistosci.

      Nie mowie, ze bedzie latwo, nie mowie, ze wszystko samo sie ulozy, ze praca
      sama sie znajdzie, ze praca nie bedzie ciezka. Mowie tylko, ze jestem gotowy na
      taki wysilek pod warunkiem, ze uciekne z kraju, gdzie jest ciemno, mroczno, z
      kraju, w ktorym nie widze dla siebie przyszlosci.

      Podkreslam z naciskiem, ze nie szukam bogactw materialnych, szukam czegos
      znacznie wazniejszego.

      Byc moze jestem naiwny, ale poki nie sprobuje, nie przekonam sie czy nie mialem
      racji.

      Pozdrawiam i dziekuje.
      • e.lily Re: emigracja 03.01.06, 13:08
        Jak dla mnie psychologa-amatora, to ty masz klasyczna depresje (ksiazkowy
        przyklad: nie siegasz po stojaca obok po szklanke wody wiedzac, ze moze ci
        uratowac zycie: to dokladnie twoje aktualne podejscie do nauki jezyka ang.)
        Depresyjne meki mozna przykrocic farmakologicznie (wizyta u specjalisty).
        Wydaje mi sie, ze bardziej niz podboj NZ przydalby ci sie zwykly urlop. Jak
        bedziesz gotowy boksowac na ringu zyciowym to przemysl jeszcze raz wyjazd
        emigracyjny. Powodzenia!
        • jasyr100 Re: emigracja 04.01.06, 03:30
          Pewnie mam depresje. Trudno mi temu zaprzeczyc. Ale splycanie tego "mojego"
          problemu do kwestii depresji czy farmakologii jest sporym uproszczeniem. Wiem,
          ze popelniam mnostwo bledow, moja bezsilnosc przy podchodzeniu do kwestii nauki
          angielskiego zwiazana jest z niemoznoscia podjecia dzialan systematycznych, a
          przeciez rzetelnie uczyc sie jezyka mozna tylko systematycznie. Nie potrafie
          tego. Taka jest prawda.
          Watpie by ktokolwiek byl w stanie dokladnie zrozumiec mnie, moje motywacje,
          pobudki mna kierujace. Powod: nie potrafie tego precyzyjnie wyrazic. Ale jedno
          wiem na 100%: w okolicach pazdziernika 2006 roku zjawie sie w Nowej Zelandii. A
          co dalej? Nie wiem.

          • ormi Re: emigracja 04.01.06, 09:30
            Nowa Zelandia raczej nie pomoze Ci w depresji... oprocz duzych miast okaze sie
            ze jestes na pustkowiu, ten kraj o powierzchni powiedzmy takiej jak Polska, ma
            tylko 3,5 mln mieszkancow, najbardzej czuje sie to na wyspie poludniowej... co
            Ci poradze, zabierz ze soba rower (albo kup go okazjonalnie na miejscu) i spraw
            sobie wycieczke po wyspie, spij w namiocie, moze w ten sposob znajdziesz dla
            siebie miejsce, ktorego szukasz... zostaw wyspe polnocna, od razu kieruj sie na
            poludniowa, tam jest latwiej, sprawniej i inna mentalnosc, wiecej pracy, lepiej
            platnej, ale klimat jest gorszy, jest wiecej wiatrow, bardzej deszczowo, w
            zimie chlodno, znacznie zimniej, staraj sie unikac duzych miast (sa tam tylko
            dwa "wielkie" Christchurch i Dunedin - pamietaj ze tam duzym miastem jest juz
            miejscowosc ponad 2000 mieszkancow :) ) ja mysle Invercargill (najbardzej na
            poludnie swiata wysuniete miasto) i okolice to bedzie odpowiednia dla Ciebie
            miejscowosc, pracy dla emigrantow jest tam sporo, szczegolnie przy owcach i w
            porcie! Jak juz urzadzisz sie w Invercargill daj znac :)
            • jasyr100 Re: emigracja 04.01.06, 10:10
              Ormi, dziekuje za dobre - dla mnie - slowa. Moze wlasnie zrobie tak jak
              powiedziales. Pierwotnie zaplanowalem wyprawe w nastepujacy sposob: przylot do
              Auckland, kilka dni aklimatyzacji, podroz jak najtanszym srodkiem transportu na
              poludnie, w strone Wellington. Przeprawa promem przez ciesnine i wedrowka przez
              wsie i miasteczka az do Christchurch. Nie wiem co mnie spotka po drodze.

              Rower. Bede mial ze soba spory plecak, ale moze rzeczywiscie to dobry pomysl.
              Na rowerze w Warszawie jezdze wszedzie, codziennie, bez wzgledu na pogode czy
              pore roku. Wlasnie mamy sniezna zime w Polszcze, ale mnie to nie zraza. Kiedys
              spontanicznie, dwa tygodnie po kupieniu roweru, wsiadlem nan i ruszylem na
              Litwe. Z wieloma przystankami po drodze, spotykajac niezwykle ciekawych ludzi,
              ktorych w innych okolicznosciach nigdy bym nie poznal. Dotarlem do granicy,
              stacjonowalem nad przepieknym jeziorem, bylem szczesliwy.
              Wiec moze rower? Moze to dobry pomysl. Choc fakt jest faktem, ze nie jestem juz
              mlody, nie wiem jak poradzilbym sobie z podjazdami, a wiem, ze Nowa Zelandia,
              zwlaszcza Poludniowa Wyspa, do krajow plaskich nie nalezy. Kondycje
              mam "rowerowa", trudno, zeby bylo inaczej skoro rower od 10 lat jest moim
              glownym srodkiem transportu. Ale nie moge zakladac, ze jazda po Warszawie, czy
              wypad na Litwe, to to samo co podroz przez NZ. Kiedys wspinalem sie po niskich
              wzgorzach okalajacych Krakow i pamietam, ze momentami mialem ochote dac sobie
              spokoj i prowadzic rower, zamiast na nim jechac.

              Podskornie czuje, czulem od samego poczatku, ze nie miasta powinny byc moim
              glownym celem. I choc wiekszosc mieszkancow zyje na cieplej polnocy, to ta
              zimniejsza poludniowa czesc mnie bardziej kusi. Przyznam sie, ze wiem o Nowej
              Zelandii tylko tyle, ile przeczytalem. Wiem, ze to kraj na koncu swiata, na
              antypodach, ze mieszka tam malo ludzi na stosunkowo duzej przestrzeni. Panstwo
              funkcjonuje w miare sprawnie, ale nie nalezy do szczegolnie zamoznych.
              Politycznie kraj ten jest niedojrzaly, podobnie jak Polska (z listu milej osoby
              z NZ, ktora do mnie napisala na ten temat). Spolecznie i kulturowo NZ jest
              zroznicowana, ale ogolnie mozna stwierdzic, ze to kraj europejski. O
              mentalnosci trudno cos w takiej sytuacji mowic, ale slyszalem sporo opinii, ze
              Nowozelandczycy sa nieco przewrazliwieni na swoim punkcie. Jak kazda mala,
              prowincjonalna spolecznosc podatna jest na kompleksy, poczucie niskiej
              wartosci, przez to w naturalny sposob chlona oni komplementy wszelakie nadawane
              z zewnatrz, przez cudzoziemcow. Wiem, ze kraj jest piekny. A cala reszta to
              szczegoly, ktore opanowuje powolutku, krok po kroku. Z kazdym kolejnym dniem
              wiem coraz wiecej.
            • salmotrutta Re: emigracja 15.01.06, 05:57
              pracy dla emigrantow jest tam sporo, szczegolnie przy owcach i w
              > porcie! Jak juz urzadzisz sie w Invercargill daj znac :)

              Facet, wyluzuj.
              Praca w portach zawsze byla w tym kraju bardzo trudna do zdobycia. Moze dlatego
              ze zawsze byla wyjatkowo dobrze platna. I tak jest do dzisiaj. Tyle ze dzisiaj
              jeszcze trudniej ja dostac.
              A "praca przy owcach"? Nie ma jej az tak znow wiele. Poza tym wymagane jest
              posiadanie psow i doswiadczenia, a jesli by sie kolega jasyr chcial zatrudnic w
              "shearing gang" glownie kontaktow.
              Nie dawaj komus rad jesli nie masz pojecia o czym piszesz.
              Pracy rzeczywiscie nie brakuje, ale dla osoby bez znajomosci angielskiego bylaby
              to praca bardzo nisko platna. No i wielkim nieporozumieniem jeli wrecz nie
              klamstwem jest pisanie o "lepiej platnej pracy na Poludniowej Wyspie". Jest
              wrecz odwrotnie, stawki sa wyzsze na Polnocnej Wyspie, na Poludniowej za to
              wyzsze sa ceny.
    • bob75rob1 Re: emigracja 04.01.06, 09:58
      Ja życzę Ci przede wszystkim powodzenia. Niestety nie mogę pomóc w obecnej
      chwili, przed 10 lat pracowałam w biurze migracyjnym Nowej Zelandii, Australii
      i Kanady, ale niestety nie ma już tego biura.
      My (z nie-mężem) wyjezdżam w kwietniu na Kretę. Porzucamy co tutaj mamy,
      pakujemy się i tam chcemy rozpocząć nowe zycie. Nasza sytuacja jednak jest
      inna, gdyż chcemy przejąć tam niewielki kafenion i po raz pierwszy pracować na
      samych siebie.
      Trzymam kciuki, bo sądzę, że jestem w stanie wyobrazić sobie Twoje dążenie i
      chęć dokonania tego pomimo sceptycyzmu innych.
      • jasyr100 Re: emigracja 04.01.06, 10:12
        bob75rob1 napisała:

        > Ja życzę Ci przede wszystkim powodzenia. Niestety nie mogę pomóc w obecnej
        > chwili, przed 10 lat pracowałam w biurze migracyjnym Nowej Zelandii,
        Australii
        > i Kanady, ale niestety nie ma już tego biura.
        > My (z nie-mężem) wyjezdżam w kwietniu na Kretę. Porzucamy co tutaj mamy,
        > pakujemy się i tam chcemy rozpocząć nowe zycie. Nasza sytuacja jednak jest
        > inna, gdyż chcemy przejąć tam niewielki kafenion i po raz pierwszy pracować
        na
        > samych siebie.
        > Trzymam kciuki, bo sądzę, że jestem w stanie wyobrazić sobie Twoje dążenie i
        > chęć dokonania tego pomimo sceptycyzmu innych.

        Dziekuje bardzo za zrozumienie. Moze to dziwnie zabrzmi, ale jest ono dla mnie
        rownie wazne jak fizyczna pomoc.
        Pozdrawiam serdecznie i rowniez zycze powodzenia.
    • maris1 Re: emigracja 05.01.06, 19:09
      tak sobie myślę , że faceci to jednak mają dobrze, jak mają wszystkiego dosyć,
      pakują manatki i jadą; kobiety-matki pod tym względem mają przekichane, bo
      wiadomo, że na pierwszym miejscu stawiają dobro dzieci; ja czasmi też czuję się
      jak w klatce....może powinnam kiedys zabrać dziecko i pojechać w siną
      dal.....żartuję :)
      • za_morzem Re: emigracja 05.01.06, 21:13
        przeczytalem przypadkiem to co piszesz o wyjezdzie i zgadzam sie z
        poprzedniczka, potrzebujesz troche lania...
        wiem ze zycie w polsce potrafi byc dosc nudne i beznadziejne ale jak
        poprzedniczka napisala nie uciekniesz przed soba.
        sam mieszkam w kanadzie i bardzo czesto bywam w polsce, ciesze sie ze mialem
        kiedys taka mozliwosc wyjazdu bo emigracja/podrozowanie niemozliwie otwiera
        horyzonty, nie liczylbym jednak ze bedzie to zloty srodek na twoj stan ducha.
        niewatpliwie nowe wrazenia i wyzwania moga zrobic ci dobrze, zdecydowanie
        polecam sprobowania, nie nastawiaj sie jednak ze zostaniesz tam na stale,
        rzeczywistosc i marzenia to dwie rozne rzeczy.
        dopoki nie bedziesz wiedzial czego chcesz w zyciu i kim jestes nie mozesz byc
        do konca szczesliwy.
        tak czy inaczej zycze powodzenia w nz, wyjazd napewno bardzo duzo cie nauczy i
        ci da.


        z jednej strony rozumiem twoj stosunek do pl i
        sam mieszkam w kanadzie,
        • jasyr100 Re: emigracja 05.01.06, 22:11
          Lania?
          Wiecie co, moze bede zbyt arogancji, ale musze to powiedziec. Mam 33 lata i
          wiele w zyciu przezylem, doznalem wielu porazek, mnostwo bolu. Nie placze nad
          swoim losem, nie uzalam sie nieustannie, po prostu zamierzam to powstrzymac.

          Mowicie, lania, tak? Otoz jestem gleboko przekonany, ze wystarczajaco juz w
          zyciu sie nacierpialem. Nie bede wnikal w szczegoly, ale tak bylo na roznych
          plaszczyznach nieszczescia. A Wy mi zyczycie lania? Kolejnego bolu?
          Upokorzenia? Bardzo interesujaca odmiana "zyczliwosci". Chyba, ze to nie
          zyczliwosc przez Was przemawia.

          Macie mnie za jakiegos rozkapryszonego smarkacza? Staralem sie w swoich postach
          jasno okreslic czego szukam i kim jestem, ale obawiam sie, ze przez niektore
          osoby zostalem zupelnie opacznie zrozumiany. Nie watpie, ze maja inna
          wrazliwosc ode mnie, nie watpie, ze w ogole diametralnie sie od nich roznie,
          ale fakt, ze mnie tak dramatycznie zle zrozumialy wynika chyba z tego, ze
          nieprecyzyjnie sie wyrazilem. Mam nadzieje, ze z tego to wynika i tylko z tego.

          Jedna z osob napisala, ze fajnie jest nie miec obowiazkow i pod wplywem kaprysu
          ruszyc w swiat. Innymi slowy jestem wolny, mam wspaniale zycie i w ogole
          strasznie mi dobrze. Tylko pozazdroscic.
          Mam 33 lata, bardzo dlugie wlosy poprzetykane srebrzystymi nitkami. Wysypalo mi
          ich w ciagu ostatnich dwoch lat mnostwo, pewnie dlatego, ze bylo mi tak
          strasznie dobrze.
          A ja w glebi duszy, Drogi Forumowiczu, zawsze marzylem o tym co Ty juz
          osiagnelas, zawsze marzylem o bliskiej osobie, z ktora zaloze rodzine, z ktora
          bede wychowywal wspaniale dzieci, marzylem o cieplym, przyjaznym domu, i o
          stabilizacji.
          Dostalem jednak w tej materii od zycia tegie lanie. Ale dla niektorych moich
          szanownych rozmowcow to za malo. W wieku 33 lat wszystkie wlosy powinienem miec
          siwe, powinienem byc nisko pochylony, przygarbiony przez okrutny los, z pokora
          przyjmujacy kolejne razy. Wtedy moze dopiero zmadrzeje i wezme sie w garsc, i
          wywietrzeja mi z glowy jakies bzdurne, dziecinne mysli, by zmienic swoj los.

          Powiem tak. Ciesze sie, ze na swiecie sa rowniez tacy ludzie jak Wy, ktorzy
          zycza innym tegie lanie. Spotykanie takich ludzi to wspaniala lekcja zycia.

          Ja nie od nudy uciekam, lecz od tegiego lania. Szukam spokoju, wyciszenia.
          Kazda komorka ciala czuje, ze musze kraj swoj opuscic, by zaczac sie rozwijac,
          by zaczac po prostu zyc.

          Wiem czego chce w zyciu. Przeciez tak jasno to wyrazilem i tyle razy to
          powtarzalem. Ale poniewaz moje posty sa z reguly dlugie, nie mam zalu ni
          pretensji, ze niektorzy z Was ich wnikliwie nie czytaja. Jestem wdzieczny za
          kazde dobre slowo.
          Ale powtorze jeszcze raz: szukam odetchniecia od lania, spokoju, ciszy wokol,
          bodzca do nauki jezyka, szukam nowych wrazen w nowej kulturze, szukam ludzi
          wcale do mnie nie podobnych, ale przez zamieszkiwanie odludnych obszarow na
          pewne rzeczy wyczulonych. Szukam piekna, szukam motywacji do zycia. Jednym z
          narzedzi, by te motywacje odzyskac bylo rok temu okreslenie dla siebie celu. I
          ten cel okreslilem: Nowa Zelandia.

          W Polszcze nic mnie nie trzyma, moze poza tegim laniem. Czemu nie jestem
          masochista, nie wiem, trudno mi na to pytanie odpowiedziec. Moi szanowni
          przedmowcy pomysleli sobie, ze jestem, ale raczej nie mieli racji.

          Przepraszam za moze troche niegrzeczny ton, za irytacje, ale roznych rad sie
          spodziewalem, roznych sugestii bylem gotowy wysluchac, ale "tegiego lania" nie
          bralem pod uwage. Moze dlatego, ze mam tego pod dostatkiem i raczej nie musze
          do tego dazyc czy tego szukac, bo nic tak czesto sie w moim zyciu nie pojawialo
          jak tegie lanie wlasnie.

          Ostatni przedmowca wspomnial o laniu - z calym szacunkiem, zgodzic sie z tym
          nie potrafie - ale w drugiej czesci wypowiedzi napisal: "wyjazd napewno bardzo
          duzo cie nauczy i ci da".
          Tego sobie najbardziej zycze i za te slowa dziekuje.



          • jasyr100 Re: emigracja 05.01.06, 22:30
            Jeszcze jedna rzecz dodam. Tegie lanie to bylo cos co w pewnym momencie mnie
            wszechogarnialo. Nawet teraz, gdy juz mam wytyczony cel, spotkalo mnie kolejne
            nieszczescie, raptem kilka tygodni temu. W moim polskim zyciu brakuje
            rownowagi, nieszczescia chodza dziesiatkami, a chwil szczescia nie ma juz
            wcale. Przeczytam ksiazke, poslucham muzyki, przemknie przeze mnie dreszcz
            ukojenia, a potem wyjrze za okno i zapytam siebie co bede robil w tym kraju za
            5 lat. I nie widze nic.
            Moje zycie nie ma sensu, nie ma celu, do niczego dobrego nie zmierza.
            Niewatpliwie nie jestem bez winy, niewatpliwie popelnilem wiele bledow. Ale nie
            patrzac juz wstecz, nie zastanawiajac sie nad tym co bylo, widze, ze znajduje
            sie w miejscu, z ktorego nie ma ucieczki. Prawie.
            Ucieczka jest smierc. Tegie zyciowe lanie, tak przez niektorych polecane, bylo
            przyczyna smierci wielu ludzi takich jak ja. Ale ja nie chce w ten sposob
            uciekac, wciaz tli sie we mnie nadzieja, ze sa inne sposoby. Wciaz wierze, ze
            moge jeszcze komus sie w zyciu na cos przydac, ze uczynie jeszcze cos dobrego,
            ze cos dobrego, pozytywnego stworze. Oraz, ze znajde swoje miejsce na Ziemi i
            spokoj.
            Yeats napisal kiedys, ze cierpienie czyni z serca kamien, czyli, innymi slowy
            że tegie lanie czyni z serca kamien. Zastanawiam sie jakie serca maja ci,
            ktorzy innym zycza tegiego lania. Moje serce kamienieje, ale ja musze to
            powstrzymac, by sie za lat pare siebie nie wstydzic, by nie zgorzkniec do
            reszty, by nie stac sie wrakiem i zerem.
            I odrzucajac smierc jako forme ucieczki, postawilem sobie za cel zyc. Godnie. I
            zaczac wreszcie cos soba reprezentowac. A jak mi sie nie uda, to trudno,
            najwazniejsze, ze sprobowalem.


          • za_morzem Re: emigracja 05.01.06, 22:31
            nie sadze zeby ktokolowiek zyczyl ci zle.
            piszac o laniu mialem na mysli sytuacje gdzie jestes zmuszony do walki o
            przetrwanie zamiast nieciekawej wegetacji jak prawdopodobnie postrzegasz swoje
            zycie w pl teraz.
            dzieki owej "walce" mozna docenic to co sie mialo i ma, cieszyc z malych
            rzeczy dzisiaj zamiast myslec ze jutro cos sie w zyciu zmieni.
            jesli marzysz o zyciu rodzinnym nie sadze zebys sobie ulozyl je za granica.
            za granice wyjezdza sie z rodzina.
            ogolnie jestem pewien ze wyjazd sie oplaci i fakt iz bedziesz zajety walka o
            przetrwanie ("lanie") sprawi ze zaczniesz postrzegac pozytywnie rzeczywistosc i
            bardzo cie wzbogaci wewnetrznie.
            czego ci zycze.
            • jasyr100 Re: emigracja 05.01.06, 22:47
              Wlasnie o to mi chodzi. Wyobrazam sobie wyjazd na NZ jako sposob na wyrwanie
              sie z marazmu. Bede najnormalniej w swiecie zmuszony do nauki jezyka, zmuszony
              do przystosowania sie, zmuszony do wysilku, ktorego teraz z siebie wykrzesac
              nie potrafie. Wtedy dopiero okaze sie ile jestem wart.

              Wiem, ze nikt nie zyczy mi zle. Ale wiem tez, ze sa osoby, ktorych irytuja
              marzyciele, ludzie przepelnieni jakimis ideami. Mnie tacy ludzie nie irytuja,
              ja takich ludzi podziwiam. Po prostu inne kryteria, inny system wartosci.

              O zyciu rodzinnym juz nie marze. Juz nie. To bylo glowne marzenie mojego zycia,
              ale skonczylo sie. Nie chce opowiadac o swoich bardzo osobistych przezyciach z
              kobietami, ale ktos kogo nazwalbym miloscia swojego zycia sprawil mi najwiecej
              bolu, najwiecej przysporzyl mi cierpien. I tak zawsze bede ja mial w glowie i w
              sercu, i nigdy sie tego brzemienia nie pozbede. Nie wiem dlaczego tak jest, nie
              rozumiem tego, probowalem sie od tego uwolnic, cala energie w to wlozylem, ale
              sie nie udalo. Jezeli nie mozesz czegos opanowac, zaakceptuj to. Po prostu
              musze z tym zyc.
              Rodziny juz nie zaloze, w tym sensie zawsze bede sam. Pogodzilem sie z tym i
              akurat w tej dziedzinie znalazlem wewnetrzny spokoj.

                • paiha Re: emigracja 06.01.06, 02:01
                  Jasyrze, przeczytalam Twoje posty z zainteresowanie, mysle o nich od kilku dni
                  i zastanawiam sie, co Ci poradzic, jak pomoc. Do jesieni, kiedy chcesz
                  wyjechac, jest jeszcze sporo czasu, postaraj sie go wykorzystac jak najpelniej.

                  * Przede wszystkim jednak pomysl o opanowaniu w stopniu podstawowym jezyka
                  angielskiego, a wiedz, nie jest to moje odkrycie, ale sprawdzona wiedza,
                  angielski na poziomie komunikacyjnym, wystarczajacym na poczatku pobytu w NZ,
                  jest dosc latwy do opanowania, dopiero wyzej zaczynaja sie schody i ciezka
                  praca:) Pol roku, ktore masz przed soba, wystarczy, bys sie go w takim stopniu
                  nauczyl; radzilabym w takiej sytuacji lekcje prywatne albo intensywny kurs w
                  grupie kilku osob, jesli naturalnie finanse Ci na to pozwola. Nie wiem, gdzie
                  mieszkasz, np. w Lublinie i wojewodztwie mozna uczyc sie angielskiego za darmo
                  w ramach programow unijnych, znalazlam tez informacje o Angielce, ktora
                  przyjezdza do Polski w kwietniu na 3 tygodnie i zadeklarowala chec uczenia za
                  darmo angielskiego itd, w kazdym razie mozliwosci sa, a w Tobie jest
                  determinacja i chec, najlepsze polaczenie, by osiagnac cel:)

                  * Druga rzecz na teraz, ktora poradzilabym Ci, to poczytanie blogow/stron
                  ludzi, ktorzy wyjechali do NZ, kilka adresow znajdziesz na tym forum,
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25053&w=32642720&a=32695058, warto tez
                  poczytac refleksje Zuzy, ktora ma wyjatkowo zdrowy stosunek do NZ:)
                  kafeteria.pl/namarginesie/obiekt.php?id_t=1
                  czy zobaczyc NZ od strony kierownicy roweru:)
                  www.republika.pl/aleister/indeks.htm
                  Wspolczesne blogi emigrantow, zwlaszcza mlodych, to moim zdaniem najlepsze
                  zrodlo wiedzy o tym, czego sie mozesz spodziewac po przyjezdzie, na co mozesz
                  liczyc, a jakich zludzen sie pozbyc, naturalnie nie musi i z pewnoscia nie
                  bedzie dokladnie tak w Twoim przypadku, ale mysle, ze czasem naprawde warto
                  odpuscic sobie i pouczyc sie na czyims doswiadczeniu, takze na czyichs bledach.
                  Fajnie poczytac, bo widac droge, jaka Ci ludzie przeszli, porownac obraz z
                  pierwszych tygodni z tym, co jest teraz czyli po roku, dwoch latach. Zreszta
                  sam zobaczysz:)

                  * Trzecia rzecz, ktora moge Ci zaproponowac to, za Twoim przyzwoleniem,
                  wyslanie Twoich slow, do moich znajomych i krewnych w NZ. Naturalnie nie moge w
                  ich imieniu zobowiazac sie do niczego, niemniej warto sprobowac, moze Twoja
                  determinacja okaze sie dla kogos inspiracja?:)

                  Mysle, ze dasz sobie rade. Mysle, ze mimo niewatpliwie wielkiego bagazu trosk i
                  bolesnych doswiadczen, jest w Tobie wiele sily i wbrew pozorom niewiele
                  zludzen. Mysle, ze tak naprawde to potrzebna jest Tobie w sumie niewielka pomoc
                  w NZ, mysle, ze wystarczyloby, by ktos Cie odebral z lotniska, zaopiekowal
                  przez kilka dni, chociazby po to, bys zamieszanie w organizmie wynikajace z
                  dlugiej podrozy i roznicy czasu wyrownal, a Ty potem sam ruszysz w droge. I
                  dasz sobie rade. Im wiecej zrobisz treaz, do czasu wyjazdu, tym pozniej na
                  miejscu bedzie Ci latwiej. A zatem do dzialania:) Najgorsze;)czyli podjecie
                  decyzji masz za soba:)
                  Zycze powodzenia w realizacji marzen, nie ma chyba niczego przyjemniejszego:)
                  Paiha
                  • paiha Re: emigracja 06.01.06, 02:38

                    nauka angielskiego
                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20012&w=31601203&v=2&s=0
                    www.bbc.co.uk/polish/learningenglish/
                    www.jezykiunii.victory.lublin.pl/
              • desperado41 Re: emigracja 18.04.08, 16:15
                Mistrzu, co nas nie zabije to nas wzmocni, musisz przestawić listę wartości i
                zacząć od nowa, wszystko jedno gdzie, obawy pojawiają się tam gdzie jest
                przywiązanie. Co masz do stracenia? Powodzenia i nie pękaj ja też mam szalone
                pomysły i jak przestałem się oglądać i słuchać innych to jakoś wygrzebałem się
                ze wszystkich kłopotów i problemów, czego i tobie życzę.
          • vei Re: emigracja 09.01.06, 18:04
            "Przepraszam za moze troche niegrzeczny ton, za irytacje, ale roznych rad sie
            > spodziewalem, roznych sugestii bylem gotowy wysluchac, ale "tegiego lania"
            nie bralem pod uwage"

            zignoruj takie wypowiedzi, po prostu jest grupa, ktra nigdy nie zrozumie Twoich
            decyzji.
            Z całego serca życzę Ci powodzenia! Gratukuje odwagi i mam nadzieję, że
            znajdziesz tam to, czego szukasz - spokoj i radość w prostocie.
    • jaga_nz Re: emigracja 06.01.06, 04:19
      Jesli jest tak zle z toba faktycznie jak piszesz to bym ci radzila ruszyc w
      koncu i przede wszystkim pomyslec o wizie do Nowej Zelandii. Bo uwierz mi,
      robienie imigracji na miejscu jest nie lada wyczynem, a ty w swoim stanie mozesz
      sobie po prostu strzelic w leb. Wiec radze ci wyrobic jakas wize obejmujaca
      dluzszy pobyt, np work permit jako ze takowa daje ci prawo do pracy.
      Ja imigracje robilam na miejscu i mimo wsparcia meza, i mimo tego ze mielismy do
      czego wrocic po dupkach nam sie dostalo. Mimo ze nie mielismy wlasciwie
      problemow z owa imgracja. Psychicznie jednak kopa sie dostaje. Jesli chcesz zyc
      szereg miesiecy w niepewnosci to przyjezdzaj bez zadnego przygotowania bazujac
      na 3ymiesiecznym pobycie bezwizowym.
      Nie pisze tego zlosliwie ale wiem jak to wesolo jest po przyjezdzie. Nikt sobie
      tak naprawde nie zdaje sprawy z obciazenia psychicznego zanim nie przyjedzie.
      Nie mowie tu tylko o procesie imigracyjnym, mowie tu tez o zyciu codziennym.
      Przykladem niech bedzie to ze chcialam dac ogloszenie do gazety o szumnej nazwie
      NZ herald. Po pol dnia na telefonie znowu zaczela mnie brac chec do
      wyemigrowania do Australii. A otoz koniec koncow pani powiedziala mi ze moze mi
      podac tylko "mniej wiecej" koszt umieszczenia ogloszenia. KOnkretny koszt
      zobacze dopiero na swoim koncie, po sciagnieciu oplaty. pomimo tego ze
      ogloszenie konkretne wyslalam im mailem nadal nie sa w stanie mi podac ceny za
      owa usluge. Czemu, jest dla mnie niepojetym.
      narzekasz w ktoryms miejscu ze tygodniami w polsce nie ma slonca,. w innym
      piszesz ze pociaga cie dlaeka polnoc Nowej Zelandii - ale tam tez nie ma
      tygodniami slonca. Czy jestes na to przygotowany? Czy jestes przygotowany
      rowniez na to ze mozesz w ogole pracy nie dostac i bedziesz musial wracac do
      Polski? Nowa Zelandia nei jest az tak przyjazna jakby sie wielu Polakom
      wydawalo. Jest to dobry kraj ale wiele mu jeszcze brakuje do "normalnosci".
      Jak juz ktos tu tobie pisal - naucz sie choc podstawowo angielskiego. Jak
      inaczej powiesz komus ze szukasz pracy? Niby mozna sie pantomimy nauczyc ale nie
      polecam. Postaraj sie zmobilizowac i zorganizowac choc jakies podstawy bo twoje
      "jakos to bedzie" moze ci rozwalic zycie jeszcze bardziej. Powiem ci tak:
      narzekasz ze tka ci zle w zyciu. Wierze, ale wierze tez ze zawsze moze byc
      jeszcze gorzej. Moj maz mial zlamany kregoslup. Mial obcietego palca u dloni.
      Jednak jest funkcjonujaca i zdrowa jednostka dzieki lekarzom i wlasnje woli (nie
      mowie tu nawet o wierze bo moj maz jest ateista). jesli sam nie zaczniesz robic
      czegokolwiek, poza wytyczeniem sobie "na jesieni bede w NZ", to moze sie dla
      ciebie niefajno skonczyc ta kiwuska przygoda. Trzymam kciuki za ciebie ale
      naprawde zacznij juz dzialac.
      Jesli potrzebujesz jakis rad dot np imigracji, wiz etc moge ci pomoc, jesli
      napiszesz na moj mail - sprawdzam codziennie poczte, natomiast na forum mam
      mniej czasu:
      jaga_nz@gazeta.pl

      Pzodrawiam serdecznie
      • e.lily Re: emigracja 06.01.06, 11:47
        Jaga wcale nie przesadza. Pod wieloma rzeczami moge sie podpisac.
        Ale nadal upieram sie przy stwierdzeniu, ze ty w obecnym stanie KOMPLETNIE nie
        nadajesz sie do tego wyjazdu i potrzebujesz BARDZO fachowej pomocy
        psychiatrycznej. Jezeli masz jeszcze tyle sily by w ogole zaczac sie leczyc to
        napisz do mnie na priva, podaj miejscowowsc, w ktorej mieszkasz, sprobuje Ci
        jakos pomoc.
    • valgardous Re: emigracja 06.01.06, 12:34
      Witam,
      W pelni Cie popieram i jestem przekonany ze dasz sobie rade. Mysle tylko ze
      powinienes zaczac uczyc sie jezyka juz teraz w Polsce nawet jezeli ta nauka nie
      bedzie systematyczna. Masz pieniadze na ksiazki i kasety, jestes zdeterminowany
      a wiec w ciagu roku powinies nauczyc sie solidnych podstaw jezyka. Nawet nie
      wiesz jak bedzie Ci latwiej tam na miejscu gdy bedziesz mogl odpowiedziec po
      angielsku dziekuje. Zycze Ci powodzenia i nie przejmuj sie glupimi uwagami o
      depresji i ze nie wiesz czego chcesz. Ja mysle bardzo podobnie i zapewniam ze
      nie mam zadnej depresji.
      Jedynie czego mi szkoda, ze takie aktywne jednostki ktore maja siele i chec aby
      cos zmienic emigruja. A w Polsce zostaja ci ktorzy maja ciezko ale nic z tym nie
      zrobia.

      Valgardous
      • e.lily Re: emigracja 06.01.06, 12:42
        Kompletnie rozny punkt widzenia.
        Tylko, ze ty na 200% jest w Polsce, a ja w Polsce bywam raz na rok.
        A NZ mam w swoim cv.

        Przerazajaca jest ignorancja spoleczenstwa polskiego na temat zdrowia
        psychicznego.
        • valgardous Re: emigracja 06.01.06, 12:53
          Dlaczego uwazasz ze mam problem ze zdrowiem psychicznym. Przeciez ja tylko chce
          wyjecha na kilka lat do pracy zagranice. Czy to jest chore ?. Co w tym dziwnego ?.
          Czy wszyscy emigranci to swiry ?. Chyba przesadzilas.
          • e.lily Re: emigracja 06.01.06, 12:56
            > Dlaczego uwazasz ze mam problem ze zdrowiem psychicznym.

            To chyba nie ty jestes bohaterem tego watku.
            Jeszcze jeden z uszkodzonym schematem wnioskowania, ktory poza czubkiem
            wlasnego nosa niewiele widzi?
        • paiha Re: emigracja 06.01.06, 12:57
          Nie warto generalizowac, E.lily, ktos moglby Ci odpowiedziec na Twoje dictum, ze przeciez NZ
          ma jeden z najwyzszych na swiecie wskaznikow samobojstw wsrod mlodych ludzi, wyzszy niz w
          Polsce, a ile znasz osob w NZ, ktorzy na ten krok sie szarpneli?
          Pod wzgledem wiedzy na temat zdrowia psychicznego Polacy nie odstaja specjalnie od reszty
          swiata, w przeciwienstwie do niej maja niestety trudniejszy dostep do profesjonalnej pomocy i
          nad tym trzeba ubolewac. Paiha
          • e.lily Re: emigracja 06.01.06, 13:11
            > Nie warto generalizowac

            Czasami nie unikniesz tego, np. napisalac, ze ubolewsz, ze

            > Polacy nie odstaja specjalnie od reszty swiata, w przeciwienstwie do niej
            maja > niestety trudniejszy dostep do profesjon
            > alnej pomocy i
            > nad tym trzeba ubolewac

            To rowniez generalizacja, mozna podyskutowwac nad jej wartoscia logiczna.

            > ma jeden z najwyzszych na swiecie wskaznikow samobojstw wsrod mlodych ludzi
            Zgadza sie, mam nawet wlasna kontrowersyjna opinie na ten temat, ale to
            przeciez nie ta grupa.

            > ile znasz osob w NZ, ktorzy na ten krok sie szarpneli?

            Nie za bardzo rozumiem to pytanie. Wszyscy emigranci, ktorzy tam przyjezdzaja
            musza uporac sie z immigration, wiec tych osob znam bardz duzo.
            • paiha Re: emigracja 06.01.06, 14:05
              e.lily napisała:
              > > Nie warto generalizowac
              > Czasami nie unikniesz tego, np. napisalac, ze ubolewasz, ze Polacy nie odstaja specjalnie od
              reszty swiata, w przeciwienstwie do niej maja niestety trudniejszy dostep do profesjonalnej
              pomocy i nad tym trzeba ubolewac

              > To rowniez generalizacja, mozna podyskutowwac nad jej wartoscia logiczna.
              Uzasadniona wiarygodna statystyka:), zostawmy ten temat, E.lily, zbaczamy na manowce:)

              Z cala pewnoscia masz racje, kazdy emigrant musi odnalezc sie w nowym kraju nie tylko
              socjalnie, ale, moze nawet glownie, najpierw emocjonalnie; i ludzie sobie radza, rozni roznie,
              nie ma jednej zasady, ktora by objela wszystkie przypadki. Znam tyle historii emigracyjnych
              adaptacji, ilu ludzi. Nie sposob przewidziec jak dany czlowiek zareaguje w danej sytuacji,
              trzeba jej najpierw doswiadczyc. Jestem zdania, wracajac do Jasyra, ze powinien przed
              wyjazdem zrobic wszystko, co mozna zrobic, by to wejscie w nowy swiat bylo jak najmniej
              trudne, ale jednoczesnie zostawic w glowie margines, spory! , na rzeczy nieprzewidziane,
              ktorych mimo najlepszego przygotowania nie uniknie, a na ktorych nawet "mocarz" potrafi
              polamac zeby. Mozna tez dyskutowac, czy latwiej emigrowac samemu czy z kims bliskim, nie
              ma zasady i tutaj.
              Pai
              • e.lily Re: emigracja 06.01.06, 14:26
                > Uzasadniona wiarygodna statystyka:),

                Podaj zrodlo tego "science fiction" :D

                Z cala pewnoscia masz racje, kazdy emigrant musi odnalezc sie w nowym kraju nie
                > tylko
                > socjalnie, ale, moze nawet glownie, najpierw emocjonalnie; i ludzie sobie
                radza
                > , rozni roznie,
                > nie ma jednej zasady, ktora by objela wszystkie przypadki. Znam tyle historii
                > emigracyjnych
                > adaptacji, ilu ludzi. Nie sposob przewidziec jak dany czlowiek zareaguje w
                dane
                > j sytuacji,
                > trzeba jej najpierw doswiadczyc. Jestem zdania, wracajac do Jasyra, ze powinie
                > n przed
                > wyjazdem zrobic wszystko, co mozna zrobic, by to wejscie w nowy swiat bylo
                jak
                > najmniej
                > trudne, ale jednoczesnie zostawic w glowie margines, spory! , na rzeczy
                nieprze
                > widziane,
                > ktorych mimo najlepszego przygotowania nie uniknie, a na ktorych
                nawet "mocarz"
                > potrafi
                > polamac zeby. Mozna tez dyskutowac, czy latwiej emigrowac samemu czy z kims
                bli
                > skim, nie

                To jest twoje gdybynie, przewidywanie, prognozowanie. Jak wyjedziesz z Polski
                to tak naprawde bedziesz mogla napisac cos praktycznego.
                  • e.lily Re: emigracja 06.01.06, 15:13
                    Taaaaaaaaaaaaa... :D
                    Zrodlo to moze Fiction Society of Mental Health :D

                    Napisalas, ze:

                    >Pod wzgledem wiedzy na temat zdrowia psychicznego Polacy nie odstaja
                    >specjalnie od reszty
                    >swiata, w przeciwienstwie do niej maja niestety trudniejszy dostep do
                    >profesjonalnej pomocy i
                    >nad tym trzeba ubolewac.

                    Co jest ewidentna bzdura bez zagladania do jakichkolwiek statystyk (bo swiat to
                    nie tylko US, Australia, Europa Zachodnia czy Japonia )
                    Tutaj masz nawet fajnie opracowane statystyki na WHO (ja wzielam health
                    workers)
                    www.who.int/globalatlas/dataQuery/reportData.asp?rptType=1
                    Tu cos o mental health:
                    www.who.int/mental_health/prevention/suicide/suiciderates/en/
              • za_morzem Re: emigracja 06.01.06, 15:31
                "mozna dyskutowac czy latwiej emigrowac samemu czy z bliska osoba, nie ma
                zasady i tutaj"?
                probujecie brzmiec madrze ale takie zdania jak to na gorze to niezla bzdura.
                  • za_morzem Re: emigracja 06.01.06, 20:46
                    z moich obserwacji wynika ze 70-80% "singli" ktorzy przyjechali do drugich
                    ojczyzn w wieku, powiedzmy sobie, dojrzalym maja po prostu problemy z ulozeniem
                    sobie zycia rodzinnego/socjalnego.
                    jedyna grupa ktora jest w miare uprzywilejewana to atrakcyjniejsze mlode
                    kobiety ktore majac zanizone standardy wzgledem autochtonow (zawsze sie
                    znajdzie jakis amator sexu), akceptuja tych ktorzy nie sa w stanie znalezc
                    partnerow w lokalnej spolecznosci.
                    w gre wchodzi tez roznica kulturowa i jezykowa dla wielu nie do pokonania.
                    co innego dogadywac sie i pracowac obok spolecznosci lokalnej co innego zostac
                    naprawde jej czlonkiem.
                    inna sprawa ze z przyczyn naturalnych wyjezdza na emigracje duzo wiecej facetow
                    niz kobiet wiec proporcje wsrod np. lokalnej polonii na ogol nie beda zbyt
                    atrakcyjne dla facetow ;). nie wspominajac juz o atrakcyjnych "partner-to-be".
                    ;).
                    stad tez masowe powroty panow z usa i kanady w celu poszukiwania drugiej polowy
                    (jezdza tez kobiety choc rzadziej).

                    latwiej jest wynajac mieszkanie z partnerem niz szukac w gazecie roomate,
                    latwiej jest dzielic koszty zycia codziennego czy wspierac sie emocjonalnie...
                    i tak dalej i tak dalej.
                    wydaje mi sie to na tyle oczywiste ze nie warte pisania.
                    zaryzykowalbym nawet twierdzenie ze jest dosc duza grupa emigrantow ktora nie
                    bedac w starych "polskich" zwiazkach nie bylaby w stanie wogole funkcjonowac w
                    nowych krajach (to o tych bardziej prostych, starszych (po 30tce) emigrantach
                    bez jakiejkolwiek umiejetnosci asymilacji z lat 80tych. ).

            • aidata Re: emigracja 06.01.06, 14:17
              czytam te wasze "dobre rady" i jestem przekonany, że na pewno do czegoś się
              przydadzą komuś, kto chce wyemigrować np. do NZ. tylko z tym zdrowiem
              psychicznym to już chyba lekka przesada :)
              bohater tego "przedstawienia" bardzo chce wyemigrować, a jego celem stała się
              NZ, pewne mu się to uda, ale powtórzę to co już mówili inni, bez jezyka będzie
              bardzo trudno ...
              jak będziesz miał dużo szczęścia, to ci się uda, a jak nie to wrócisz jak
              tysiące polaków, którzy wyjechali do innych krajów bez znajomości żadnego
              języka ...
              jak się przyłożysz choć trochę, to w pół roku nauczysz się na tyle języka, że
              będziesz w stanie się dogadać :)
              życzę powodzenia :))

              ps
              a imigration i całą resztę to na tym etapie sobie daruj, bo bez znajomości
              języka nic nie załatwisz... lepiej przygotuj plan przeżycia w NZ i ewentualnego
              powrotu...
              • e.lily Re: emigracja 06.01.06, 14:28
                > przydadzą komuś, kto chce wyemigrować np. do NZ. tylko z tym zdrowiem
                > psychicznym to już chyba lekka przesada :)

                Powiedz to tym polskim emigrantom w NZ, ktorzy na walsna reke biora
                antydepresanty.
                • za_morzem Re: emigracja 06.01.06, 15:42
                  antydepresanty biora tez nowozelandczycy i inni, jasyr powinien sie przygotowac
                  i jechac zeby wyrwac sie z marazmu ktory jest glowna przyczyna jego depresji
                  jak mniemam. psycholog tu nic nie poradzi. oczywiscie wyjazd bez znajomosci
                  jezyka i konkretnego plany nie jest za madry choc ogolnie nie niewykonalny.
                  elily ogranicz sie do konkretnych rad a nie wyglaszania twierdzen z pozycji "ja
                  wiem najlepiej".
    • jasyr100 Re: emigracja 06.01.06, 18:22
      Minimus --> Gdy mowie o milosci swojego zycia nie mam na mysli bylej
      narzeczonej. To bardzo skomplikowana sprawa, a mnie zbyt boli mowienie o tym.

      Paiha --> Dziekuje za dobre rady. Znam kilkaset przymiotnikow, czasownikow,
      rzeczownikow, kiedys, w szkole jezyk angielski znalem znacznie lepiej, ale to
      bylo baaaardzo dawno temu i po prostu zapomnialem. Brakuje mi gramatyki,
      brakuje mi tego co stanowi spoiwo wszystkich slow, co nadaje zdaniom sens.
      Staram sie siegac do podrecznikow, ale nie zawsze potrafie. Trudno mi to
      wyjasnic, ale tak jest.
      Otworzylem ten watek calkiem uczciwie i szczerze zaznaczajac, ze szukam pomocy,
      jakiejkolwiek. Za wszelka bede bardzo wdzieczny.
      Termin, ktory sobie wyznaczylem nie byl tak calkiem irracjonalny. W
      pazdzierniku zaczyna sie w Nowej Zelandii wiosna, latwiej znalezc prace na
      polu, prace sezonowa, poza tym zdaze do tego czasu uzbierac pieniazki oraz
      pozamykac wszystkie swoje sprawy. Na przyklad w marcu albo kwietniu podpisze
      akt notarialny w sprawie mieszkania, bez tego wyjechac nie moge.
      Szczegolnie mi milo, gdy czytam takie slowa jak Twoje. Dodaja mi otuchy. I to
      jest bodaj najwieksza pomoc jaka moge uzyskac. OGROMNIE DZIEKUJE.

      Jaga_NZ --> Obiecuje, ze zglosze sie do Ciebie po informacje o wizach. Beda dla
      mnie bardzo cenne. Nie zrobie tego od razu, za kilka tygodni raczej, ale
      poprosze wtedy o szczegolowe dane.
      Wiem, ze nie bedzie latwo, wiem, ze moge polec, a nawet uwazam, ze mam
      stosunkowo male szanse na znalezienie tego czego szukam. Ale sprobuje, bo
      musze. Pozostanie w Polszcze pozbawia mnie jakichkolwiek szans na znalezienie
      spokoju. Jestem romantykiem i idealista, ale jednoczesnie, co moze jest
      paradoksalne, jestem racjonalista i sceptykiem. Nie oczekuje cudow ani tlumow
      wspanialych ludzi, ktorzy zyja tylko po to by mi pomoc. Pomoc musze sobie
      przede wszystkim sam. Gdy juz bede na NZ pomagac sobie bede przede wszystkim
      ciezka praca. A jezeli spotkam ludzi, ktorzy mi pomoga, wezme sobie za punkt
      honoru by ich nie zawiesc. Pojawia sie nowe problemy, nowe wyzwania. Ale bede
      wolny od demonow przeszlosci, od zlych wspomnien, od zlego srodowiska, od
      ktorego w inny sposob nie mam szansy sie uwolnic. Owszem, czesc demonow podazy
      ze mna, ale czasem - zdarza sie - to co w jednym miejscu jest wada i ogromna
      przeszkoda w zyciu, w innym moze sie okazac zaleta.

      E.Lily --> Rozumiem Twoj punkt widzenia, moze bym sie nawet z Toba zgodzil,
      gdyby nie to, ze dzieki swojej bardzo dobrej i serdecznej znajomej, z
      wyksztalcenia psychiatry, sporo wiem o dziedzinie, ktora wymienilas. Kiedys, to
      zabawne, wrecz chcialem sobie wmowic, że ze mna jest cos nie tak. Bylo to
      latwym wytlumaczeniem moich problemow i wygodnym umiejscowieniem sie
      w "spolecznosci". Ale moja znajoma, starsza, doswiadczona pani doktor, wybila
      mi z glowy takie bzdury. Nie ulegalo watpliwosci, ze na zadna chorobe nie
      cierpie, ze nie mam nawet klinicznej depresji, niestety. Szkoda, bo dzis
      wszystko byloby takie prostsze. Po odeslaniu mnie do psychologa okazalo sie, ze
      i on nie umie mi pomoc. Wspomnial o filozofii zyciowej, o postawie ugruntowanej
      doswiadczeniami, wcale nie irracjonalnej, osadzonej twardo w scislym
      rozumowaniu i logice. Skoro mam taki swiatopoglad, to trudno go zmieniac
      farmakologicznie, psychoterapia tez nic na to nie zaradzi. Ingerowanie w prace
      zdrowego mechanizmu zawsze przynosi szkody, wiec robienie tego co Ty sugerujesz
      byloby - jak to mowila znajoma doktor - bledem w sztuce.
      Milo jest jednak pogawedzic z osoba, ktora ma mnie za wariata, mimo wszystko :)
      Gdyby tak ocenic nasz poziom zrownowazenie emocjonalnego, nie wiem kto okazalby
      sie bardziej rozchwiany, sadzac z kilku Twoich dosc agresywnych (moje
      subiektywne odczucie) postow. Przepraszam za drobna zlosliwosc, ale jakos mi
      sie wymsknela.

      Valgardous --> Dziekuje za mile slowa. Ciagle powtarzam "dziekuje", ale
      naprawde jestem mile zaskoczony, ze znalazlem na forum (na forach roznie z tym
      bywa) az tyle zyczliwie patrzacych na mnie osob.

      Z pewnoscia macie racje. Tak powinienem zrobic. Opracowac plan ewentualnego
      powrotu. Oczywiscie licze sie z przegrana, ale jednoczesnie wychodze z jednego
      prostego zalozenia: zycie ludzkie jest bardzo krotkie. Nie mam nic do
      stracenia. Moje zycie nie jest dla mnie wartoscia sama w sobie. Stanie sie ta
      wartoscia dopiero wtedy gdy to zycie nasyce czyms wartosciowym. Przypominam, ze
      ja nie szukam niemozliwego. Nie szukam bogactw czy dostatku materialnego,
      szukam doslownie pryczy, cieplej strawy raz dziennie i nade wszystko kontaktu z
      ludzmi. Wszystko inne juz w zyciu mialem, albo probowalem miec, ale nie wyszlo.
      Zylem w Polszcze dostatnio zarabiajac przez wiele lat, jak na polskie warunki,
      znakomite pieniadze. Ale jakims cudem nie dalo mi to szczescia. Znam ludzi,
      ktorym by to wystarczylo, ale ja sie do nich nie zaliczam.
      Do Polski postaram sie nie wrocic. Zrobie wszystko co w mojej mocy, by nie
      utknac tutaj ponownie. Uznaje zycie w Polszcze niemal za traume, od ktorej
      musze uciec.
      Poki co jestem cierpliwy. Nie rwe sie do przodu, okreslilem termin jako przelom
      pazdziernika i listopada, z ewentualnym przesunieciem wyjazdu na wrzesien i
      tego sie trzymam. Jak wspominalem, mam pare spraw do zawiazania. Obecnie
      ogladam sie za ciepla, dobra kurtka, za wysokiej jakosci plecakiem 75l albo
      80l, za druga para wygodnych butow crossowych. To sa drobiazgi, ale moja
      percepcja pozwala mi rowniez na nich sie skupic.
      Przemysle sprawe wiz, pojawiaja sie tez proste problemy niemal natury
      technicznej, ktorych rozwiazanie odkladam na nastepny miesiac. Nigdy nie
      lecialem samolotem, nie wiem ile moge wniesc bagazu na poklad. Wylece
      prawdopodobnie z Londynu, bo ponoc stamtad sa najtansze polaczenia (British
      Airlines). Skad mam wiedziec, ze nie zgubie sie na lotnisku? Skad mam wiedziec,
      ze nie zgubie bagazu? Dochodzi kwestia miedzyladowania w Azji Poludniowej.
      Potem przylot i kilka dni, albo nawet kilkanascie aklimatyzacji. Jestem
      swiadomy wszystkich drobnych i mniej drobnych niedogodnosci i problemow, ktore
      nagle zaczna sie pietrzyc przede mna. Ale jednoczesnie czuje wzrastajace
      podekscytowanie, rosnace ozywienie. W moim ponurym monotonnym zyciu to ogromna
      odmiana. Nikomu nie pozwole sobie tego zabrac.
      Potem wedrowka w dol kraju, roznymi srodkami lokomocji. I jak bede mial
      odrobine szczescia, to znajde dach nad glowa i ciepla strawe oraz pomocnych,
      przyjaznych ludzi. Moze prace. Dopiero wtedy zaczna sie problemy. Z
      przystosowaniem sie do szarej nowozelandzkiej rzeczywistosci, do nowej nudy, do
      nowej monotonii. Pytanie tylko ile czasu z mojego zycia wykroi sobie
      niezaspokojona ciekawosc. Rok, dwa lata? Znajac siebie, wiem, ze dluzej. I to
      juz bedzie sukces. Dwa lata zupelnie niejalowego zycia, wypelnionego praca
      fizyczna, ale tez nauka angielskiego i poznawaniem nowego swiata, zupelnie
      innej kultury. Warto!!!




      • belami Re: emigracja 06.01.06, 18:47
        jasyr100 napisał:

        > Nigdy nie
        > lecialem samolotem, nie wiem ile moge wniesc bagazu na poklad. Wylece
        > prawdopodobnie z Londynu, bo ponoc stamtad sa najtansze polaczenia (British
        > Airlines). Skad mam wiedziec, ze nie zgubie sie na lotnisku? Skad mam
        > wiedziec, ze nie zgubie bagazu? (...)
        > Potem przylot i kilka dni, albo nawet kilkanascie aklimatyzacji.

        Hmm, z tymi najtańszymi połączeniami to różnie bywa. Fakt, że BA miewają
        promocje, ale jak już pisałem w innym wątku moje doświadczenie wskazuje, że
        można polecieć taniej np. Austrian (przez Wiedeń). Na lotnisku się nie zgubisz.
        Nie martw się. To mniej więcej jak w Matrix'ie - podążaj za białym królikiem -
        patrz na oznaczenia i monitory tam wszystko napisane jest dokładnie i wyraźnie.
        Naprawdę ciężko się zgubić (żyjesz w Warszawie, więc tłum na lotnisku nie
        powinien Cię speszyć).

        Bagaż podręczny nie powinien przekroczyć 5 kg, a bagaż podstawowy (oddawany do
        luku bagażowego) nie powinien być cięższy niż 20 kg. Za nadbagaż płaci się
        ciężkie pieniądze, ale przy moich lotach do NZ czy Australii na nadbagaż 2 kg
        przymykali oko.

        Mój sposób na aklimatyzację: już po wejściu na pokład samolotu na trasie
        transkontynentalnej zaczynam żyć czasem miejsca docelowego. Tzn. zasypiam i
        wstaję wg czasu nowozelandzkiego. Oznacza to, że po przybyciu na miejsce już od
        jednej doby działam wg tamtego rytmu. Dzięki temu rano wstaję i jestem gotowy do
        działania (przy założeniu, że przylatuję późnym wieczorem - a tak właśnie
        dobieram połączenia). Dzięki temu zjawisko jet lag'u jest mi praktycznie nieznane.
        • cinnamon.girl Re: emigracja 21.01.06, 09:50
          ja mialam nadbagazu az 14 kg, ale i tak nie narzekalam, bo pozwolili mi leciec z
          28kg:)
          lecialam w sierpniu za 4300 zl (warszawa, londyn, hong kong, auckland)

          powodzenia!
    • belami Re: emigracja 06.01.06, 18:35
      jasyr100 napisał:

      > Ja mam inny argument: nie moge zyc w Polszcze,
      > nie moge dalej zyc tak jak zyje, (...)
      > Mam juz dosc swojego swiata poczawszy od
      > problemow osobistych, (...)
      > Kraju, ktory
      > przez pol roku osnuty jest straszliwym mrokiem, calymi tygodniami brakuje
      > slonca, a zamiast tego zalega nad Polska dziwna szara zawiesina, nie moge
      > uznac za miejsce do zycia dla siebie.
      > Potrzebuje gruntownej zmiany, rok temu obralem sobie za cel Nowa Zelandie.

      Pominąwszy wszelkie inne kwestie psychologiczne poruszane już na tym forum weź
      pod uwagę, że Nowa Zelandia leży na zbliżonych szerokościach geograficznych co
      oznacza, że długość dnia zmienia się tam podobnie jak w Polsce. (Oczywiście
      południkowe położenie wysp powoduje pewne różnice klimatyczne i czasowe).

      Jeżeli skorzystasz z udzielonych na forum rad i udasz się na wyspę południową i
      w dodatku wybierzesz np. Invercargill to jeżeli chodzi o długość dnia i
      zaleganie "dziwnej szarej zawiesiny" będziesz miał dokładnie to samo co w
      Polsce. To nie będzie dobry wybór.

      Piszesz, że nie możesz znieść swoich współobywateli. Nowozelandzycy też nie są
      aniołami. Mają swoje przywary i nie zawsze akceptują obcych. Dla turystów są
      zawsze mili, ale imigrantów traktują jako konkurencję do pracy. Nawet wtedy
      są/bywają uprzejmi ale nie licz na prawdziwą przyjaźń (nie można oczywiście
      uogólniać, ale piszę o tym co się także zdarza). Być może przy "czarnej robocie"
      której żaden Kiwus nie chce się podjąć nie spotkasz się z takim traktowaniem,
      ale weź to też pod uwagę.
      Nowozelandczycy także podejmują decyzje, które mogą Ci się nie spodobać. Ten
      kraj wbrew pozorom niewiele różni się od Polski... Choć oczywiście są różnice
      :-) i to na tyle istotne, że sam przygotowuję się od dwóch lat do emigracji. Ale
      zacząłem od szlifowania języka angielskiego, bo moje doświadczenie z pobytu w NZ
      mówi, że miejscowi zwracają na to sporą uwagę. Najbliższy test języka już na
      jesieni podczas kolejnej podróży do NZ.

      Mimo wszystko życzę Ci legalnej emigracji (z czysto praktycznych powodów - duża
      liczba nielegalnych imigrantów skutkuje przywróceniem obowiązku wizowego) i
      powodzenia.
      • jasyr100 Re: emigracja 06.01.06, 18:50
        Belami --> Bardzo madre argumenty przedstawiles. Z tym, ze ja juz o tym
        wszystkim wiem. Problem polega na tym, ze po prostu nie potrafie dokladnie
        wyluszczyc swoich wlasnych argumentow, by byc calkiem dobrze zrozumianym.
        Roznice miedzy NZ a Polska bywaja w wielu sprawach naprawde istotne. Po
        pierwsze kultura i jezyk. Bedac odciety od jezyka ojczystego, jak kazdy
        przecietnie inteligentny czlowiek, szybciej zaczne wdrazac sie w jezyku
        otoczenia. Nawet gdybym sie zapieral rekami i nogami, jezyk ten w koncu
        opanuje. Oczywiscie przy zalozeniu, ze znajde tam dla siebie miejsce.

        O wspolobywatelach napisalem ogolnie, nie jest to glowny powod. Wlasciwie nie
        ma jednego glownego powodu. Napietrzylo sie tyle tych powodow, ze po prostu
        punkt krytyczny zostal przekroczony. Teraz albo sie poddac i wegetowac, albo
        zaczac o siebie walczyc.

        Nowozelandczycy sa takimi samymi ludzmi jak wszyscy inni. Gdybym twierdzil
        inaczej, E-Lily mialaby pelne prawo uznac mnie za wariata oraz za osobnika po
        prostu beznadziejnie glupiego. Do najmadrzejszych nie naleze, ale staram sie
        byc uczciwy wobec samego siebie.
        Ja nie oszukuje sie, ze wszystko bedzie jak w raju, bo nic nie bedzie jak w
        raju. Ale bedzie INACZEJ, a ja tej odmiany potrzebuje.

        Nie szukam przyjazni. Mysle, ze potrafie byc przyjacielem, ale od prawie nikogo
        nie oczekuje wzajemnosci.

        I ostatnie: "duża liczba nielegalnych imigrantów skutkuje przywróceniem
        obowiązku wizowego". Taak. Przepraszam za to okreslenie, ale Polacy nie
        sa "plaga" na Nowej Zelandii i to rowniez - moze to dziwne - wzialem pod uwage.
        Wiec restrykcje naszemu krajowi raczej nie groza. Polacy szukaja pracy w
        Anglii, Szkocji, Irlandii, Szwecji, USA, w Niemczech, coraz wiecej wyrusza do
        Australii. Ale Nowa Zelandia jako kraj na uboczu i ubozszy niz wyzej wymienione
        nie jest mekka dla polskich emigrantow.

        • belami Re: emigracja 06.01.06, 18:57
          jasyr100 napisał:

          > Ale Nowa Zelandia jako kraj na uboczu i ubozszy niz wyzej wymienione
          > nie jest mekka dla polskich emigrantow.

          To był rodzaj złośliwego żarciku z mojej strony - taki już mam charakterek ;-)
      • jaga_nz Re: emigracja 06.01.06, 23:44
        Mysle ze dluzsze dumanie nad stanem psychicznym autora watku nie ma wiekszego
        sensu. Jasyr powinien byc w stanie sam okreslic na ile jest normalny a jesli
        jest walniety to gdybanie czy sa potrzebne leki czy nie wiele nie pomoze bo i
        tak wyjedzie do NZ :)))) Mysle ze wlasciwie wiekszosc polskich imigrantow w NZ
        jest lagodnie mowiac szurnieta na umysle :))))
        Ja sie tylko tak zastanawiam czy nie lepiej byloby wyjechac w dzikie puszcze
        Kanady jako ze uzyskanie pobytu w owych puszczach jest wlasciwia formalnoscia,
        rabiesz sobie drzewo, czyli prace masz i jestes tam legalnie. kanada mile wita
        takich ludzi jako ze potrzeba tam ludzi do pracy a nie kazdy sie chce zamykac w
        chaszczach. A ja sobie tak mysle ze tobie Jasyr by sie wlasnie chyba takie
        wyciszenie przydalo, przynajmniej na jakis czas z dala od ludzi, bo mam wrazenie
        ze wszystkie twoje problemy wynikaja przez ludzi. Mozesz w sumie podumac tez nad
        jakimis puszczami nowozelandzkimi na poludniu tak dlugo jak jestes w stanie dac
        sobie rade z niefajna pogoda poludnia. O tyle poludnie jest spoko ze jest
        piekne, ladniejsze od polnocy. polnoc jet bardziej "industrialna" czyli
        cywilizowana. wyjsciem byla by tez praca na farmie, jako ze daja ci wtedy dom na
        takiej farmie plus wyplate. siedzisz sobie ze zwierzakami, dogladasz interesu i
        obcujesz z natura. Pomijam oczywiscie w tej chwili kwestie wizy, jako z
        enajpierw by wypadaloby sie tez skupic co bys chcial robic. Co do wizy moze
        akurat do tego czasu wprowadza holiday working visa o czym sie juz przebakuje od
        jakiegos czasu. jest to wiza na ktorej mozesz przebywac turystycznie rok czasu w
        NZ ORAZ mozesz pracowac na tej wizie. Jedyny haczyk ze na owej wizie dla jednego
        pracodawcy mozna wtedy robic przez 3 miesiace. Ale jak zaczynasz u kogos
        pracowac to zawsze mozesz pogadac ze niech ocenia czy dobry jestes jak jestes to
        mogliby ci wesprzez work permit. Znam takie przypadki. Wiec trzymaj tez kciuki
        za siebie moze akurat.
        Aha, jeszcze jedno "za" odnosnie poludnia. tam jest latwiej imigracje robic jako
        ze spada im populacja, ludzie uciekaja na Polnocna Wyspe, zwlaszcza do Auckland.
        To smao biznesy. Jesli bys wiec np robil imigracje na dole to wiadomo ze beda
        przychylniej patrzec jak w Auckland.
        Osobiscie to ja lubie poludnie tylko turystycznie, mieszkalam tam jakis czas i
        to nie dla mnie. Ale dla ciebie to chyba dobre by bylo.

        Pozdrawiam serdecznie
        Jaga ;)

        • prone Re: emigracja 07.01.06, 09:47

          Jaga!

          zainteresował mnie Twoj wczorajszy post, a szczególnie kwestia Kanady.Czy
          mogłabyś napisać mi coś więcej na ten temat?
          Z tego co napisalaś wywnioskowałem że dość łatwo jest zaszyć się gdzieś na
          odludzi, spokojnie załóżmy pracować i żyć w zgodzie z natura i soba. Nie
          ukrywam że bardzo by mi to odpowiadało. Sam jestem studentem ostatniego roku, i
          potrzebuje chociaż na jakiś czas wytchnienia i przede wszystkim ciszy.
          Powiedz jak do tego ma się motyw z wizą itp.
          Z postów które czytam na gazeta.pl o kanadzie, widać ze osiedlenie się nie
          należy do najłatwiejszych.
          • jaga_nz Re: emigracja 08.01.06, 00:34
            Przeszukaj strone imigracji Kanady i rozne strony tworzone przez imigrantow.
            wiem ze zatrudniaja ludzi w jakis dzikich puszczach niezamieszkanych w okolicach
            Alaski i daja latwo wize na to. Ale o\pamietaj ze cos za cos. Czemu tak trudno
            im znalezc ludzi? Bo siedzisz sam odciety od jakiekolwiek cywilizacji przez
            okreslony czas zdaje sie ze minimum rok-dwa. Poza tym imigracja w Kanadzie nie
            jest latwa, znam duzo ludzi ktorzy niestety musieli wrocic. Fakt ze oni nie
            siedzieli w puszczach :)))) Najlatwiejsza imigracja jak na dzien dzisiejszy jest
            nowozelandzka. No i daje ci ten plus ze jak masz juz paspzort nowozelnadzki to
            mozesz przeniesc sie do Australii od razu ze statusem work permit. Czyli nie
            zaczynasz od zera.
            serdecznie pozdrawia
            baba Yaga :)
        • jasyr100 Re: emigracja 07.01.06, 11:54
          Jaga --> Napisze do Ciebie za jakis czas i dokladnie wypytam o wszystkie
          rodzaje wiz, ktore moglbym brac pod uwage. Przede wszystkim ich dostepnosc.
          Jade na Nowa Zelandie, taki kierunek sobie obralem, bo chce poznac caly kraj i
          roznych jego mieszkancow. Kanada pod pewnymi wzgledami przypomina USA, chocby
          poprzez bliskosc i zwiazki gospodarcze. Jest krajem o innej strukturze, nieco
          innym ustroju, ale pewne mechanizmy sa tam tozsame z tymi, ktore zachodza w
          Stanach. A rzecza dla mnie oczywista jest, ze Stany to ostatnie miejsce na
          Ziemi, do ktorego chcialbym pojechac na stale. Mam tam rodzine, wielu znajomych
          i nie ulega dla mnie watpliwosci, ze zycie w tym kraju zupelnie by mi nie
          odpowiadalo.

          Szczerze mowiac najchetniej pracowalbym na farmie, ale nie bede mogl
          wybrzydzac, jezeli znajde cos innego. Wspominalem, ze szukam slonca, ale bylo
          to tylko jedno z wielu kryteriow. Jezeli uda mi sie zadomowic na Poludniowej
          Wyspie, Polnocna z biegiem czasu tez stanie sie dostepna. Poza tym ja duze
          znaczenie przywiazuje do piekna krajobrazu, wiec moze to piekno, o ktorym
          mowilas i o ktorym tyle slyszalem, zrekompensuje mi brak slonca. Surowszy
          klimat nie jest przeszkoda sama w sobie. Jestem nastawiony na surowe zycie,
          trudne zycie, bez wygod.

          Wracajac do mojego stanu psychicznego. Skoro do tego nawiazujecie, to widocznie
          nie jestem przekonywujacy. Ale z rozmow ze swoja serdeczna znajoma
          (rozmawialismy glownie o polityce, historii, kulturze i filozofii, ale na
          tematy psychiatryczne tez schodzilismy, bo z natury jestem zwierzeciem
          ciekawskim) wynikalo, ze zazywanie farmacuetykow jest srodkiem ostatecznym. One
          maja pomoc rozregulowanemu organizmowi ustabilizowac sie. Niemniej kazda
          chemiczna ingerencja pociaga za soba okreslone ryzyko. Jezeli ktos z Was zazywa
          leki dzialajace na osrodkowy uklad nerwowy, albo leki psychotropowe, albo nawet
          co silniejsze leki uspokajajace (nasenne) to powaznie sie zastanowcie na ile
          nadgorliwy byl Wasz lekarz, ktory je przepisywal. Moja znajoma twierdzila, ze
          poczas swojej kilkudziesiecioletniej praktyki zawodowej spotkala mnostwo
          psychiatrow, ktorzy sami mieli pewien problem ze soba, ktorych ponadto dotknela
          przypadlosc zwana "zboczeniem zawodowym". Oni w pewnym momencie na wszystko
          patrzyli przez pryzmat chemii, co samo w sobie nie jest moze jeszcze zle, gdyby
          nie to, ze wszystko tez chemia probowali zwalczac.
          Dobry psychiatra nigdy sobie na to nie pozwoli, wypisanie mocniejszego leku
          poprzedzone bedzie drobiazgowymi, szczegolowymi badaniami i analizami. Jezeli
          kiedys spotkacie psychiatre, ktory po pierwszym spotkaniu zechce Wam
          zaaplikowac worek lekow, to mu grzecznie podziekujcie. Nie jest
          profesjonalista, to bedzie oczywiste.

          Moja mama jest emerytowanym lekarzem, co prawda innej specjalizacji, ale
          ogolnie orientuje sie ona czym jest chemia. W sprawach nie dotyczacych
          dzialania mozgu chemia bardzo pomaga na roznych plaszczyznach. Ale z mozgiem
          zawsze nalezy postepowac ostroznie, bo latwo mozna zniszczyc cos co dziala
          prawidlowo, a nie naprawic czegos co dziala wadliwie.
          Tak wiec zwolennicy "uspokajania sie" lekami - przemyslcie to sobie doglebnie.
          Najlepszym lekiem jest znalezienie spokoju w sobie, pewna rownawage wewnetrzna.
          To jest lek uniwersalny, uzdrawiajacy, dajacy sily, nie pociagajacy za soba
          niechcianych efektow ubocznych.

          Obecnie interesuje sie historia Polski, jestem na biezaco w sprawach
          politycznych, ale kiedys, dawno temu, zywo interesowala mnie filozofia. I to
          ona jest odpowiedzialna za caly szereg moich zyciowych postaw. Niemal z natury -
          jezeli moge tak powiedziec - jestem agnostykiem. To bardzo wygodne za takiego
          sie przedstawiac, ale paradoksalnie tez zobowiazujace. Moja glowna odpowiedzia
          jest "nie wiem", co poteguje efekt pewnego zagubienia. O swiecie terazniejszym
          mysle przez pryzmat historii. Tylko znajmosc historii pozwala lepiej zrozumiec
          obecna rzeczywistosc. Gdy wnikam w historyczne szczegoly wrecz uderza mnie
          pewna powtarzalnosc, jakby cyklicznosc zjawisk natury politycznej. Ale ta
          cyklicznosc objawia sie tez we wszystkich innych dziedzinach. Zaczynam rozumiec
          pewne mechanizmy i dostrzegac wylomy w cyklicznosci. I domyslam sie czasem co
          je powoduje.
          To samo jest z moim zyciem. Bedac uwarunkowany genetycznie, wychowawczo,
          kulturowo, spolecznie, jezykowo nie jestem calkowicie panem wlasnego losu. Te
          zwiazki i zaleznosci zbyt silnie ukierunkowuja rozwoj jednostki, by mozna je
          bylo calkiem wyabstrahowac od zastanej rzeczywistosci. W biologii istnieje
          pojecie "imperatywu biologicznego", ktore dotyczy rowniez ludzi.
          Innymi slowy w duzym stopniu jestesmy zaprogramowani. Ale przychodzi czas, czy
          tez wiek, kiedy mamy szanse z pewnej czesci swojego dziedzictwa sie wyzwolic.
          Potrzebna jest determinacja, motywacja, mobilizacja, swiadomosc checi
          poszukiwania innych rozwiazan oraz nie poddawanie sie swoim ograniczeniom i
          slabosciom. Potrzebne sa tez sprzyjajace okolicznosci.

          W wieku 33 lat znalazlem sie w slepym zaulku. Moge w nim bezpiecznie tkwic do
          smierci, zyc, oddycac, jesc, wydalac, ogladac telewizje, umawiac sie z kolegami
          i rodzina na grilla czy na piwo. Moge cieszyc sie elektronicznymi cudenkami,
          nowym modelem komorki, szybkim samochodem, domowym kinem wysokiej jakosci.
          Ale ja mowie NIE. Filozofia, ktora mnie kiedys w duzym stopniu ksztaltowala
          okreslila wyraznie moj system wartosci. Nie ma dla mnie nic pociagajacego w
          nowym modelu komorki. Wiem, mam wziac leki. Ale taki jestem i koniec.
          • za_morzem Re: emigracja 07.01.06, 15:46
            mieszkam w kanadzie i wydaje sie ze dosc latwo tu przyjechac.
            czytajac czesc postow mam wrazenie ze idealizujecie emigracje.
            praca na farmie gdzies w gluszy?
            to brzmi ladnie gdy sie o tym mowi lub czyta w ksiazce, rzeczywistosc jest
            inna.
          • zk3a Re: emigracja 07.01.06, 16:29
            Myślę, że wystarczy już tego ględzenia. Jedź chłopie i baw się dobrze.
            Dialektyką nie doświadczysz tego, co zdarzyć się może w rzeczywistości. Co do
            słuchania porad to jeżeli nie wyktraczają poza kwestie czysto formalne to w
            porządku, zawsze lepiej jest wiedzieć więcej. Dalej już niestety zaczynają się
            subiektywne konfabulacje i mętne pragnienia wykrystalizowania własnego ja, a
            wiadomo każdy tam jakieś ma i koniecznie chce mieć racje. I przestań już się
            rozwodzić nad tym jak to dobrze byłoby coś zmienić i jak tego pragniesz,
            zacznij czytać przewodniki, studiuj mapy, chłoń ten wiatr, który niesie nową
            wiedzę. Ograniczanie wizji Twojego wyjazdu jedynie do kwesti geopolitycznych i
            ekonomicznych sprowadzi jego wartość jedynie do daty i ceny biletu. O
            formalności zadbać musisz koniecznie, to fakt, szybciej biegnie się z
            zawiązanymi butami, język też podstawa, bez tego będziesz się tam dalej błąkał
            po ścieżkach własnych abstrakcji. I nie nastawiaj się na jakieś konkretne
            rozwiązania. Przecież jedziesz tam po to żeby zrozumieć. Trzymaj się.
            • jasyr100 Re: emigracja 07.01.06, 23:51
              Wystarczy gledzenia, dialektyka tego nie doswiadczysz, zaczynaja sie
              subiektywne konfabulacje, metne pragnienia wykrystalizowania wlasnego ja,
              przestan sie rozwodzic nad tym i tamtym, zacznij czytac przewodniki, bedziesz
              sie blakal po sciezkach wlasnych abstrakcji, nie nastawiaj sie na konkretne
              rozwiazania. Trzymaj sie.

              Trzymam sie :)
              • ormi Re: emigracja 10.01.06, 10:23
                Mam dla ciebie propozycje, zamiast szukac szczescia na NZ, wez od razu zapakuje
                sie na kuter jakis i udaj sie na Chatcham IS. (nalezy do NZ) to jest miejsce
                dla Ciebie, powaznie, tam mozesz szwedac sie w kolko po kilku osadach az Ci
                pomoga tubylcy i nakarmia (wiekszosc to Maorii a nawet kilku Moriorii), znalem
                takiego Szweda, ktory blakal sie po tej wyspie, az tam osiadl na pare lat,
                spotkalem go w Dunedin, tyle tylko ze to kloszard byl straszny i spal gdzie
                popadlo... gadalem z nim zupelnie przypadkowo, spotkalem go na ulicy jak zaczal
                przeklinac po rosyjsku, planowal podroz do Nowej Kaledonii, opowiedzial mi
                prawie cale swoje zycie na paczke papierosow, mi osobiscie taki styl zycia nie
                odpowiada, ale moze cos w tym jest... :)
    • maorysia Re: emigracja 07.01.06, 20:27
      Matko kochana ale wymyśliłeś człowieku. Ja mieszkałam W NZ pół roku i tam to
      dopiero nabawiłam się depresji. Kraj totalnie zacofany, myślenie z lat 70-tych
      i stado prostych ludzi.
      A te 20 tysiaków to faktycznie przeznacz na zwiedzanie wysp, pod tym względem
      NZ jest cudo ale to tylko tyle. Codzienność jest do d......
      • jaga_nz Re: emigracja 08.01.06, 00:29
        maorysiu, nie na darmo mowi sie "daj sobie dwa lata zacisnietych zebow w NZ". I
        to jest prawda. Przez pierwsze dwa lata szlag trafia, pozniej dopiero zaczyna
        sie widziec plusy ktore wczesniej zasloniete byly minusami. Nie zdziwilabym sie
        gdybys mieszkala na wyspie poludniowej. Poza tym pamietaj ze jasyr jedzie zeby
        odciac sie do wszystkiego i wszelkiego dotychczas, goni za przyroda i fizyczna
        praca a nie ekonomicznymi przyjemnosciami. jemu nie bedzie przeszkadzac glupota
        ustroju jako ze on chce doslownie rabac drzewo czy siedziec pod namiotem i
        spotykac ludiz na szlaku. Ludzie na szlaku aludzie z ktorymi sie pracuje w
        biurze to zupelnie inna bajka. Nowa Zelandia dobija strasznie na poczatek ale
        pomysl czy nei lepsze zacofanie i prawe zerowa przestepczosc czy niby tzw.
        postepowosc Polski ale zerowe poczucie bezpieczenstwa? Po ok dwoch latach pobytu
        w NZ stac cie jzu na kupienie wlasnego domu jesli to jest Twoim celem. Ile lat
        musisz na to w polsce poswiecic? Nie mowie o mieszkaniu ale o domu. Mimio
        "zacofania" NZ wole zyc tutaj. Mieszkalismy wczesniej na wyspie poludniowej ale
        przenieslismy sie na polnoc jako ze denerwowaly nas wieczne "maniana" bo
        wszystko szlo z Auckland. Ale znam ludzi ktorzy swietnie sie czuja na poludniu
        bo im sie z niczym nie spieszy. I ne sa to prosci ludzi. Msyle ze pol roku to
        troche malo na ocene tych ludzi i kraju. Ale mysmy ten sma blad popalnili :))))
        Najpierw klniesz a potem zyjesz jak czlowiek. ALe tak jak mysle Jasyr tego
        problemu nie bedzie mial poniewaz cel jego imigracji jest odmienny od 95%
        imigrantow. Nie potrzebujesz 20 tys na zwiedzenie dwoch wysp o ile jestes w
        stanie chodzic, jezdzic rowerem, brac autostop i zyc pod namiotem. W czasach gdy
        mieszkalismy na polduniu i mojego niepracowania udalo nam sie zobacyzc wiele
        rzeczy choc cala wyplata wlasciwie szla na rachunki, jedzonko i imigracje.
        Chciec to moc. Za to teraz sami bierzemy autostopowiczow gdy jestesmy w trasie.
        Takie male dziekuje za zyczliwosc ludzi spotkanych ongis. Na codziennosc nie ma
        co narzekac jesli sie wie jak ja zorganizowac. Ale jak mowie - daj sobie jeszcze
        minimum rok.
        • jasyr100 Re: emigracja 08.01.06, 00:42
          Jaga --> Myslisz podobnie, pod wieloma Twoimi sformulowania moglbym sie
          podpisac. Jest mi bardzo milo, ze mnie rozumiesz, ze rozumiesz moje motywacje,
          pobudki mna kierujace. Takie slowa jak Twoje zarazaja mnie optymizmem i
          nadzieja, dodaja otuchy, sa absolutnie najlepsza forma pomocy.
          DZIEKUJE CI ZA TO.

          Jeden z przedmowcow slusznie zauwazyl, ze gledze. Okay, rzeczywiscie strasznie
          duzo juz w tym watku napisalem. Dlatego dalej Was, Drodzy Forumowicze, meczyc
          nie bede. Dziekuje za wszelkie mile slowa, za ofiarowana pomoc, do niektorych z
          Was zwroce sie jeszcze bezposrednio (do Jagi w temacie wiz na przyklad), ale to
          za jakis czas, gdy przebrne przez kolejny etap przygotowan do wyjazdu.

          Pozdrawiam Was wszystkich cieplo i serdecznie.
          • jaga_nz Re: emigracja 08.01.06, 01:18
            jak dla mnie to ciekawe bylo to gledzenie. A, przed wyjazdem porob sobie
            generalny remont u lekarzy bo tu zdechnac mozna, albo ci zle zrobie albo tak
            skasuja ze sie przezegnasz, najczesciej i jedno i drugie. Zacznij od dentysty.
            pozdrawiam
            Yaga
            • zk3a Re: emigracja 08.01.06, 03:07
              No fakt, bardzo ciekawe. Studium dojrzałości globtroterskiej - faza
              prenatalna:) Tylko żeby Ci do listopada motywacja nie zasłabła, ale sądząc po
              beznadziei jaką tu odmalowałeś to byłoby równoznaczne z harakiri.
              • peter2715626 Re: emigracja 09.01.06, 02:10

                Tak, bardzo ciekawe do poczytania. Ale na pewno nie do przezycia, jezeli nasz
                bohater rzeczywiscie zdecyduje sie na realizacje swojego planu.

                Jak sie kasa skonczy to wpadnie w prawdziwa depresje.

                I nie liczylbym na zadna pomoc z zewnatrz. Nowozelandczycy uwielbiaja turystow,
                ktorzy tu przylatuja wydawac swoje pieniadze i tych, ktorzy sa tu naprawde
                potrzebni, czyli osoby spelniajace wymagania NZIS.
                • jaga_nz Re: emigracja 09.01.06, 03:30
                  Nie znasz historii zatrudnienia Jasyra. Moze wlasnie spelnia wymogi NZIS, a
                  niekoniecznie trzeba miec zdany IELTS zeby dostac staly pobyt. Nowozelandczycy
                  maja jedna mila ceche - szanuja ludzi wykonywujacych tzw. prace fizyczna. Bo co
                  bys zrobil ze swoimi smieciami np gdyby nie tacy ludzie? Przeciez wiekszosc
                  imigrantow, zwlaszcza europejskich, pracy fizycznej wykonywac nie chce. Jak musi
                  to jest tragedia bo wychowanie europejskie daje nam to ze "nieladnie" jest
                  pracowac fizycznie. Natomiast wychowanie kiwuskie daje ze zalezy za ile taka
                  praca fizyczna, bo czasem latwiej jest pojsc na zasilek.
                  Poza tym nie wiadomo tez ile Jasyr ma zasobow na koncie. W to wnikac nie bede
                  ale wyglada na to ze wystarczy na jakis czas, a sa czesto sytuacje ze wlasnie
                  "kupienie" czasu ratuje zycie. Znam malzenstwo ktore mimo tego ze "stracilo"
                  pieniadze na wyjazd do NZ (stracilo bo musieli wracac) wcale nie placza z tego
                  powodu. Wbrew pozorom klopoty te i obciazenie psychiczne (byli tu z dwojka
                  dzieci) okazaly sie zbawienne dla ich malzenstwa, ktore przezywalo gleboki
                  kryzys. Bedac na krawedzi rozowdu, po kilku latach od przygody w NZ nadal sa ze
                  soba i nie mysla juz o rozwodzie. A do pazdziernika jeszcze wiele sie moze
                  zdarzyc w zyciu Jasyra. Moze dostac np kontrakt albo cos sie diametralnie
                  odmieni na plaszczyznie jego polskiego zycia.
                  Jedno jest pewne: jesli nie sprobuje przy tak mocnym nastawieniu, do konca zycia
                  moze sobie tego nie darowac. Tak przynajmniej ma cel i jakies tam szanse
                  powodzenia, wieksze od zera bym nawet powiedziala. Bo bedac w okolicy zera by
                  byl bez pieniedzy, na bezrobociu, bez zadnej history of employment.
                  Rozne sa drogi imigracji.

                  Yaga
                  • u25 Re: emigracja 09.01.06, 08:06
                    > Nie znasz historii zatrudnienia Jasyra. Moze wlasnie spelnia wymogi NZIS, a
                    > niekoniecznie trzeba miec zdany IELTS

                    Jak nie ma wyksztalcenia kierunkowego, to nawet jak dostanie oferte pracy, to
                    praktycznie niemozliwe, aby otrzymal work permit na dzien dzisiejszy.
                    • jaga_nz Re: emigracja 09.01.06, 10:07
                      No wlasnie; nie znasz historii zatrudnienia Jasyra. Czesto wychodzi ze
                      doswiadczenie zawodowe da wiecej jak wyksztalcenie. Wlasnie stad wynikaja czesto
                      problemy dla pracodawcy gdy kieruje sie wyksztalceniem. W czasie pracy okazuje
                      sie zatrudniony pracownik nie umie wykonac zadan.
                      • u25 Re: emigracja 09.01.06, 13:44
                        Wiesz ja to przechodzilam. Nawet moje oceny ze studiow ich inresowaly, nie
                        wspominajac juz o referencjach i potwierdzeniach, ze pracowalam na pelny etap w
                        Polsce. Jasyr pisal, ze nie ma wyksztalcenia i nie pracuje na pelny etat (min 2
                        lata, wymog immigrattion).
                        > W czasie pracy okazuje
                        > sie zatrudniony pracownik nie umie wykonac zadan.
                        to juz problem dzialu HR i nieumiejetnej rekrutacji
                        • jaga_nz Re: emigracja 10.01.06, 01:59
                          Ja tez mialam cala imigracje robiona na miejscu. Oceny nikogo nie obchodzily,
                          czesto przy ewaluacji daja wiecej za studium niz studia lub technikum niz
                          studia. Zalezy od kierunku no i od oosby rozpatrywujacej. Tak wiec rozne sa
                          drogi imigracji. Nie wiem czy to jeszcze jest ale wczesniej bylo ze 2 lata na
                          pelnym etacie lub 4 czy 5 na pol. Przeliczali to jeszcze nie tak dawno temu. Nie
                          tylko problem dzialu HR. Czemu jakis czas tmeu podniesiono punkty w IELTS? Zeby
                          zaostrzyc ale troche za malo zaostrzyli. Bo daja potem stale pobyty a imigranci
                          sie ciskaja ze pracy nie moga dostac a przeciez staly pobyt maja. No wiec
                          wlasnie jest to rowniez problem imigracji ktora chyba za bardzo patrzy na
                          europejczykow a za malo na azjatow (bez obrazy). No i to tyle. Moze sie uda moze
                          nie. Znam takich co sie udalo i takich co sie nie udalo. Czasem szczescie
                          wystarczy lub dobrzy ludzie.
                            • jaga_nz Re: emigracja 10.01.06, 21:02
                              Oczywiscie, do work permit nie sprawdzaja wyksztalcenia chyba ze jest to jedyna
                              podstawa do jego uzyskania, lub poboczna. Ale najwazniejsza sprawa do work
                              permit jest doswiadczenie. Tak jak do uzyskania wizy turystycznej najwazniejsze
                              sa pieniadze na koncie hihi.
        • u25 Re: emigracja 09.01.06, 07:49
          >Po ok dwoch latach pobytu
          >w NZ stac cie jzu na kupienie wlasnego domu jesli to jest Twoim celem.

          Nie wierze w to co czytam! Moze tak: dla wiekszosci smiertelnikow to autorce
          zakup mieszkania pomylil sie z uzyskaniem wierzytelnosci kredytowej. Ci, ktorzy
          po dwoch latach pobytu sa w stanie kupic sobie mieszkanie w NZ ulamek promila,
          (Jak w kazdym innym kraju)
              • za_morzem przesada 09.01.06, 09:36
                przesadzasz, pracujac powiedzmy rok, mozesz znalesc polskiego agenta
                nieruchomosci ktory poleci znajdzie ci nieruchomosc i bank ktory przyzna ci
                mortgage.
                zapewnie pracownikiem banku bedzie polak.
                ;).
                pisze o kanadzie.
              • jaga_nz Re: ulamek promila to troche malo.. 09.01.06, 10:13
                Jesli jest para, to na wyspie poludniowej jest spokojnie po dwoch latach odlozyc
                pieniadze na dom - nizsze ceny. O ile sie chce przy domu cos robic, kupuje sie
                za 100 000 (poludniowa wyspa), remontuje i sprzedaje, lub tez kupuje, remontuje
                i zostawia. Jesli jest to jeden czlowiek to ma spokojnie na depozyt. Zaczynajac
                od zera, po 3 latach pobytu stac nas bylo na dom a wlasciwie kredyt, co dla mnie
                jedno i to samo bo musi cie stac na splate a uwierz mi placimy niemalo, jako ze
                i dom jest nienajtanszy. No i kredyt rowniez wesolo oprocentowany. Moglismy
                poczekac dluzej i kupic za gotowke ale juz bokiem wychodzilo nam wynajmowanie i
                placenie na nieswoje 4 katy. Ale moze to tylko kwestia tego ze z mezem mielismy
                zarysowany plan na najblizszych kilka lat i konsekwetnie go przeprowadzalismy.
                • ormi Re: ulamek promila to troche malo.. 10.01.06, 10:12
                  Zaraz, zaraz ja wlasnie bylem na wyspie poludniowej i ktore miasto masz na
                  mysli, ceny sa tak zroznicowane zarowno w Dunedin, Christchurch, Nelson,
                  Inverchargill, Greymouth i innych malych osadach. Oczywiscie najdrozej jest w
                  Nelson, watpie aby tam po 2 latach mozna bylo kupic sobie dom, a najtaniej
                  pewnie w Greymouth, a daj Bog mieszkac w takim odludziu gdzie diabel mowi
                  dobranoc, moze kompromisem bedzie Dunedin albo Inverchargill ale te wiatry i
                  zimia podnosza koszty zycia, chodzi o ogrzewanie i tp.
                • jaga_nz Re: ulamek promila to troche malo.. 10.01.06, 02:07
                  100 000 na poludniowej wyspie, jak chocby Christchurch czy Dunedin to inna
                  sprawa jak 100 000 na polnocy. Znam czlowieka ktory zaczal od takiego jak
                  nazywasz to slamsu za 100 000, pomazal go farba i sprzedal. Zrobil tak kilka
                  razy, sprzedajac jeden dom na rok zeby uniknac podatku i obecnie mieszka w domu
                  wartym 1 000 000 bez zadnego obciazenia. Jesli sie umie robic cokolwiek przy
                  domu i chce to mozna wartosc podniesc i o 100 000. Wtedy dosc szybko pozbywasz
                  sie obciazenia finansowego. A 100 000 rocznie zysku (liczac 1 dom 1 rok) to
                  chyba niezle. Trzeba tez wiedziec gdzie kupowac i jak. Np nie kupuje sie z
                  ogloszen agencji nieruchomosciami tylko przez agenta nieruchomosci. On wie kto
                  chce dom wystawic i za ile a wtedy mozna kupic dom ktory w ogole nie byl na
                  rynku, czyli bez konkurencji. Jest cala sztuka kupowania i obrotu
                  nieruchomosciami w NZ. I mozna z tego ladnie wyzyc.
                  Ale chyba tu odbiegamy juz za bardzo od tematu.
                  Pozdrawiam
                  Yaga
                    • jaga_nz Re: ulamek promila to troche malo.. 10.01.06, 20:59
                      Wedle potrzeb lub mozliwosci. Ja nie musialam sie ograniczac do 100 000, ale sa
                      ludzie ktorzy musza gdzies od czegos zaczac a nie moga sobie na poczatek
                      pozwolic. I nie zmuszam ani nie namawiam Ciebie na dom za 100 000 wiec nie
                      bardzo rozumiem sarkazm. Czasem jest lepiej "wylozyc" te 100 000 niz placic te
                      same pieniadze na wynajem, nie majac nic w koncu rozliczenia. Dlatego ludzie
                      decyduja sie na zakup majac najczesciej na celu remont i sprzedaz z zyskiem. Ja
                      nie bylam ograniczona do takiej sumy, ale sa ludzie ktorzy poczatek maja wlasnie
                      na takim pulapie. Moi pewni znajomi wlasnei kupili dom za 100 000 w
                      Christchurch. Na razie na wiecej nie moga poniewaz maja male dziecko a ona
                      pracuje tylko dorywczo kilka godzin ze wzgledu na mala. A wcale nie jest tak
                      latwo wynajac cos przywoitego jak sie ma niemowle. Chlopak jest obrotny juz
                      zaczal remont, wiec nie sadze ze beda dlugo mieszkac w tym domu.

                      yaga
          • ormi Re: emigracja 10.01.06, 10:17
            A wziales pod uwage ze te domy to domki z kartonu, wiekszosc tych tanich
            wiekszych altanek z jedna szyba w oknach mozna zbudowac samemu, lepiej jest
            kupic grunt, a to nie problem, a potem materialy budowlane wtraz z podlogami i
            reszta wyjda pewnei cos okolo 35000-50000 i jelsi sam to wykonasz to ho ho! :)
    • puola Stan alarmowy 09.01.06, 11:36
      jasyr100 napisał:

      > Byc moze jade tam by umrzec, by znalezc to czego mi najbardziej brakuje,
      >czyli swiety spokoj.
      >...

      Komunikaty jakie przekazujesz swiadcza o alarmowym stanie psychiki. Mowiac
      wprost wydaje sie ze twoj podswiadomy system planowania aktywnosci zyciowej
      juz podjal ostateczna decyzje i teraz jest ona tylko maskowana na poziomie
      swiadomym pozorami racjonalnosci - "wyjechac zeby wszystko zmienic". Wynikiem
      tego rodzaju stanu psychicznego jest dobrze znane zjawisko samobojstw w ktorych
      osoba najpierw udaje sie w ostatnia podroz w mozliwie odlegle miejsce. Dzieki
      technice mozliwe stalo sie dla ciebie wybranie najbardziej odleglego miejsca
      na tym padole. Zanim jednak zaczniesz to realizowac sprobuj jeszcze uswiadomic
      sobie ze towja swiadomosc jest coraz bardziej opanowana przez rozwiazania
      podsuwane z tego systemu podswiadomego w mozgu ktory wysyla zbyt silne
      negatywne sygnaly oceny aktywnosci zyciowej. Rozwiazaniem jest tu znacznie
      krotsza podroz - do dobrego terapeuty psychiatry. Terapia plus leki spowoduja
      ze 20 000 zl przeznaczysz na wypoczynek i zmiane orientacji zyciowej.
      • jasyr100 Re: Stan alarmowy 09.01.06, 22:40
        Na ten post czuje sie zmuszony odpowiedziec, bo wydal mi sie bardzo
        interesujacy :) i niebanalny :))

        Spodobalo mi sie szereg okreslen, ktorych uzylas. Wydaja sie bardzo obrazowe i
        nawet bym powiedzial urocze w swojej wymowie. A najsmieszniejsze jest to, ze
        mozesz miec racje.

        Sugerujesz, ze moja podswiadomosc podjela decyzje o samobojstwie - mowiac
        wprost, nie bojmy sie tego slowa :)) I oparlas ten wniosek na mojej wypowiedzi,
        ktora raczylas przytoczyc. Caly moj plan wyjazdu czyli tego co nazywam
        eufemistycznie "zmiana trybu i sposobu zycia" jest wg Ciebie "pozorami
        racjonalosci".

        Tak naprawde wyszukalem sobie najdalszy zakatek na Ziemi, by tam odrzucic
        maskowanie i pozory, i zrobic cos co zostalo juz zadecydowane na poziomie
        podswiadomosci. Czyli sie zabic :)

        Dalej to juz troche przestalem nadazac, ale - jezeli sie myle, popraw mnie
        prosze - moja swiadomosc zostala totalnie oglupiona przez "system
        podswiadomosci w mozgu", ktory wysyla zbyt silne negatywne sygnaly oceny mojej
        aktywnosci zyciowej. Cokolwiek by to mialo znaczyc, ale szczerze mowiac
        kompletnie nieczego z tego nie rozumiem.

        Twoja dobra i zyczliwa rada odsyla mnie do psychiatry oraz nade wszystko do
        lekow, bez ktorych zaden normalny i nienormalny czlowiek nie moze sie obejsc,
        oczywiscie.
        Oczywiscie.

        I dzieki psychiatrze i lekom moje zycie stanie sie nagle wspaniale, cudowne i
        przepiekne, zmieni sie moja orientacja zyciowa, a ja do tego wszystkiego
        przezyje wspaniale wakacje w szpitalu psychiatrycznym, ktore ladne
        nazwalas "wypoczynkiem".
        Taaak. Naprawde mozesz miec racje.

        To jest dobra rada, za ktora serdecznie dziekuje. Jestem wdzieczny za
        uzmyslowienie mi glebi moich problemow i wskazanie mi jedynego wlasciwego
        sposobu ich rozwiazania. Bez Ciebie nie wiedzialbym kim jestem, ani czego
        szukam, ani w ogole niczego bym nie wiedzial o zyciu, swiecie, ludziach i nade
        wszystko o sobie. Dobrze jest spotykac w zyciu calkowicie obce osoby, ktore
        mnie nigdy nie widzialy, nigdy nie slyszaly, niewiele maja danych o moim zyciu,
        ale ktore znaja mnie znacznie lepiej niz ja znam siebie.

        To wspaniale uczucie spotykac takich ludzi. Powiem to absolutnie szczerze:
        spotykanie takich ludzi, wyhpowiadajacych sie w tak cudownie autorytarny
        sposob, niezmiernie mi poprawia samopoczucie, za co z calego serca dziekuje. :)

        • paiha Stan aktualny 10.01.06, 12:33
          Hm, oczywiscie kazdy ma prawo do posiadania zdania na dany temat i takie samo do jego
          wypowiadania, niemniej wydaje mi sie, ze diagnoze lekarska zostawmy lekarzom:) Poza tym, o
          czym wiadomo z Twojego postu, masz kontakt ze specjalistami i jesli uznasz albo podejmiesz
          decyzje, ze taka pomoc jest Ci potrzebna, to po nie sie zglosisz. Pomijajac, ze to nie jest
          przedmiotem tej dyskusji, ja bym sie bala wyrokowac o stanie czyjejkolwiek psychiki na
          podstawie tylko forumowych postow. Mysle, ze najcenniejsze, co mozesz i czesciowo juz
          dostales to wlasne doswiadczenie emigracyjne, ktorymi wspaniale dzieli sie wiekszosc tu
          rozmawiajacych.
          A Twoje "gledzenie" za takie bynajmniej nie uwazam, przeciwnie:)
          Paiha
          • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:03
            Dziekuje, Paiha. Nie powiedzialbym, ze mam kontakt ze specjalistami (no chyba,
            ze na tym forum). Ze swoja znajoma (emerytowana psychiatra) stracilem kontakt
            po pewnej sprzeczce miedzy nami na tematy polityczne. Polityka a raczej
            dyskusje o niej moga bardzo skonfliktowac nawet najzyczliwszych znajomych.
            Nigdy, nawet przez chwile, przez mysl jej nie przeszlo, ze moge
            potrzebowac "specjalistycznej opieki", choc sam sie w pewnym momencie tego
            domagalem :))
            Na odczep, sie odeslala mnie do swojego z kolei znajomego, do psychologa, ktory
            dosc jasno i wyraznie stwierdzil, ze niestety nie kwalifikuje sie do terapii.
            Mowil cos o swiatopogladzie i filozofii zyciowej, ktora obralem i ktora
            determinuje moje zyciowe postawy. Poki nie zechce z tej filozofii zrezygnowac,
            nie ma mowy o jakiejs zewnetrznej ingerencji.
            Jak prawie kazdy czlowiek mam pewne psychiczne problemy. Po pierwsze mam lek
            wysokosci, ktory jednak na codzien w zaden sposob sie nie objawia. Po drugie
            mam dysgrafie (dokladnie taka jak moj ojciec), ktora z biegiem lat spowoduje,
            ze moje pismo przestanie byc czytelne nawet dla mnie. Po trzecie mam drobne
            problemy ze sluchem, dziedziczone, problemy, ktore wplywaja rowniez na moja
            psychike. Bardzo kocham muzyke i nie wyobrazam sobie, ze moglbym ja kiedys z
            tego powodu stracic.
            Jak kazdy czlowiek miewam tzw depresje, doly, potrafie sie pewnymi sprawami
            zamartwiac. Ogromym smutkiem napawa mnie fakt, ze tak wiele lat z zycia
            stracilem na zycie w Polszcze, zamiast podrozowac, poznawac, uczyc sie.

            Jak powiedzialas, kazdy ma prawo wypowiadac sie na wszelkie tematy. Mamy wolny
            kraj, mowic mozna cokolwiek sie chce. Wydaje mi sie jednak, ze pewne
            ograniczenia rowniez sie przydaja np zwiazane z tzw dobrym wychowaniem, z
            wrazliwoscia na drugiego czlowieka, ze zwykla ludzka przyzwoitoscia, ktorej
            czesto tak bardzo brakuje.

            Jedna z osob imputuje mi, ze jestem BARDZO BARDZO CHORY. I na domiar zlego, ze
            zdaje sobie z tego sprawe, ale nie chce nic z tym zrobic. Czy chce zrobic cos z
            tym zyciem okaze sie na jesieni, ale poza wszystkim uznaje takie wypowiedzi za
            obrazliwe. Mowiac o kims, ze jest BARDZO BARDZO CHORY moze albo osoba
            kompetentna, ktora zebrala mnostwo informacji natury medycznej (na podstawie
            drobiazgowych badan), albo dyletant, ktory bawi sie w psychologie i wydaje mu
            sie, ze zjadl wszystkie rozumy, nie rozumiejac tak naprawde niczego z
            rzeczywistosci go otaczajacej, bo wszystko sobie upraszcza (a to z naukowego
            punktu widzenia jest dyskwalifikujace) albo ktos po prostu niezyczliwy, tak
            zupelnie bezinteresownie niezyczliwy. Czemu tych ostatnich ludzi jest tak wielu
            (mowie to zupelnie ogolnie) nie mam pojecia.

            Siedze teraz w firmie i pisze sobie :) Szef pojechal do Irlandii po zlecenie,
            wiekszosc kolegow oglada na kompach filmy, niektorzy w cos graja, albo
            rozmawiaja. Dokladnie NIKT nie pracuje. Nie ttylko ja mam dosc tej pracy, tej
            firmy i tego szefa. Ale tylko ja mam odwage i mozliwosci by wdrozyc gruntowne
            zmiany. Niektorzy przebakuja o pracy w Anglii, w Kanadzie u brata, o powrocie
            na studia nigdys przerwane, ale nikt nic nie robi, wszyscy - to przerazajace -
            CZEKAJA!

            Ludzie mowia, ze nie wyjada, poki z gory nie beda mieli zagwarantowanej pracy,
            mieszkania, wysokich zarobkow odpowiadajacych ich kwalifikacjom. Rozumiem te
            argumenty, bo rozumiem ich potrzeby. Sa inne niz moje, to wszystko.




            • u25 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:05
              > Dziekuje, Paiha. Nie powiedzialbym, ze mam kontakt ze specjalistami (no
              chyba,
              > ze na tym forum). Ze swoja znajoma (emerytowana psychiatra) stracilem kontakt
              > po pewnej sprzeczce miedzy nami na tematy polityczne. Polityka a raczej
              > dyskusje o niej moga bardzo skonfliktowac nawet najzyczliwszych znajomych.
              > Nigdy, nawet przez chwile, przez mysl jej nie przeszlo, ze moge
              > potrzebowac "specjalistycznej opieki", choc sam sie w pewnym momencie tego
              > domagalem :))
              > Na odczep, sie odeslala mnie do swojego z kolei znajomego, do psychologa,

              Teraz zaczynasz klamac. Zaden psycholog, psychiatra nie bagatelizuje osoby,
              ktora ma mysli samobojcze.
              • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:14
                Ups, coraz ostrzejsze slowa od zupelnie obcych ludzi. Widzisz, Drogi
                Forumowiczu o ostrym jezyku, ja nie mam mysli samobojczych. Zle mnie
                zrozumiales, albo zle sie wyrazilem. Gdy napisalem, ze byc moze jade w
                ostatecznosci po smierc, byla to pewna metafora. Jezeli nie uda mi sie spelnic
                moich marzen, to po prostu stane sie taki jak wielu innych smutnych ludzi.
                Wypalony, zmeczony, pusty. Jak wielu wielu calkiem normalnych ludzi w okolicach
                40-stki, ktorzy uzmyslowili sobie, ze ich zycie popedzilo nie w tym kierunku co
                trzeba. To taka metaforyczna smierc, przynajmniej dla mnie, osobe, ktora
                pamieta, ze zycie jest bardzo krotkie.
                Ja, Drogi Forumowiczu, ktory mnie tak dobrze znasz, bardzo rzadko klamie, bo
                nie lubie falszu. Zwykle jest wrecz przeciwnie, jestem do przesady szczery i
                otwarty.
                W tym watku ani razu nie minalem sie z prawda, przynajmniej swiadomie. A Ty
                krzyczysz: KLAMIESZ! To juz tylko o Tobie swiadczy.
                Pozdrawiam

                  • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:24
                    Masz prawo do swoich odczuc. Ludzie sa rozni, na tyle rozni, ze nie wsszyscy te
                    Twoje odczucia podzielaja. Dostalem kilka bardzo sympatycznych maili na adres
                    jasyr100@gazeta.pl od osob zupelnie inaczej na moja "decyzje" patrzacych.
                    Inaczej niz Ty. Czy oni tez sa nienormalni, przerazajacy i BARDZO BARDZO chorzy?
                    Nie chce sie z Toba wdawac w nieprzyjemne przepychanki, masz prawo do swojego
                    zdania, szanuje je, ale sie z nim nie zgadzam, uwazam po prostu, ze jestes w
                    bledzie. Nie umiem Cie przekonac, brakuje mi inteligencji i argumentow, trudno,
                    przykro mi.
                      • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:34
                        Przepraszam za szczerosc, ale watpie. Masz dosc niezyczliwy stosunek do obcych
                        ludzi spotykanych na forach internetowych. Krzyczysz do nich, ze klamia i ze sa
                        bardzo chorzy. To malo merytoryczna forma dyskusji.
                        Parodiujac troche domoroslych forumowych psychologow moglbym zauwazyc, ze masz
                        problemy emocjonalne, wykazujesz nadmierna irytacje, nie potrafisz na spokojnie
                        i grzecznie prowadzic rozmow z obcymi przeciez ludzmi. Oczywiscie zartuje, to
                        tylko taka zalosna projekcja tego kim moglabys hipotetycznie byc. Nie jestem
                        psychologiem i nie zamierzam sie w niego bawic.
                        • u25 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:37
                          Sama agresja, irytacja tak naprawde z zbaurzeniami osobowosci z reguly nie ma
                          nic wspolnego, kolego. Wiec pudlo, musisz szukac dalej moich slabych punktow.

                          (Ja tu wroce, poznym wieczorem)
                          • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:46
                            Przeciez ja tylko zartowalem. Parodiowalem zachowania innych osob udajacych
                            psychologow. Nie chcialem Cie urazic, tylko uzmyslowic Tobie jak wsszystko
                            potrafi byc subiektywne i wzgledne.
                            Nie zamierzam szukac Twoich slabych czy mocnych punktow. Nie znam Cie i nigdy
                            Cie nie poznam. Jestem ostatnia osoba, ktora na podstawie forumowych wpisow
                            chcialaby kogos oceniac dokumentnie, np rozstrzygac czy ktos jest chory czy
                            zdrowy, madry czy glupi, ladny czy brzydki.
                            Ty juz mnie w ten sposob ocenilas i w sumie nic zlego sie nie stalo. Masz prawo
                            do swojego zdania, do swojej psychiatrycznej diagnozy, do swoich okreslonych
                            postaw wobec innych forumowiczow. Moge Ci raz, czy dwa zwrocic uwage na forme
                            wypowiedzi, na zachowanie zasad savoire vivre'u, ale tak naprawde i tak zrobisz
                            co zechcesz, napiszesz co zechcesz, Twoje swiete prawo.
                            • u25 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:53
                              Czmu nie wyjazd do NZ turystyczny (nawet na kilka miesiecy, zobaczysz,co jak z
                              czym, ja tam bylam, to jest naprawde piekny kraj) poprzedzony terapia?
                              • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 14:10
                                Wiem, ze to piekny kraj, albo raczej wyobrazam to sobie. Naogladalem sie juz
                                tylu zdjec z Nowej Zelandii i filmow stamtad, ze sie niemal zakochalem :)
                                A tak na powaznie, to jedni ludzie wyjezdzaja do Stanow, inni do Anglii,
                                niektorzy do Szkocji albo Szwecji, kolega do Tadzykistanu, jakis tam znajomy
                                znajomego do Peru na kontrakt, a ja wybralem sobie Nowa Zelandie do zycia.
                                Z ta roznica, ze w przeciwienstwie do wiekszosci nie szukam wyzszego standardu
                                zyciowego, nie szukam pieniedzy, latwiejszej formy na wzbogacenie sie. Owszem,
                                chce sie wzbogacic, ale intelektualnie i duchowo. To moj priorytet. Praca przy
                                komputerze doprowadzila w rezultacie do dramatycznego obnizenia mojej
                                inteligencji. Bardzo przykre i bolesne zjawisko.

                                Nowa Zelandia, bo to kraj anglojezyczny. Prowincjonalny, skromny, pusty a
                                zarazem piekny. Dwie strefy klimatyczne plus strefy subklimatyczne np w Alpach.
                                Specyficzna mieszanka kulturowa, inna niz np amerykanska. Kraj rolniczy.
                                Mnostwo fascynujacych malych, zzytych spolecznosci np szkocka w Otago. Centrum
                                wypraw polarnych z jednej strony a z drugiej tropikalnie wyspy i wybrzeza.
                                Jezeli bedzie mi na tym zalezec zawsze znajde slonce, chocby poprzez
                                zapuszczenie sie na Polnocna Wyspe. Trudna symbioza Europejczykow z Maorysami,
                                skomplikowane ale tez niezmiernie interesujace procesy asymilacyjne.
                                Powodow jest wiecej, naprawde cale mnostwo. Nowa Zelandia lezy na koncu swiata,
                                a wiec w chwili slabosci, kryzysu, ktory na pewno bede przechodzil, jak prawie
                                kazdy emigrant, niezbyt latwo bedzie mi zrejterowac i wrocic do Polski. Kryzys
                                trzeba bedzie przezwyciezyc.

                                A dlaczego wyjezdzam z Polski, to juz staralem sie wytlumaczyc wyzej. Nie o
                                wszystkim powiedzialem szczegolowo, bo chyba nie jest to konieczne.



                                • ormi Re: Stan aktualny 10.01.06, 14:40
                                  jasyr100 napisał:

                                  > Wiem, ze to piekny kraj, albo raczej wyobrazam to sobie. Naogladalem sie juz
                                  > tylu zdjec z Nowej Zelandii i filmow stamtad, ze sie niemal zakochalem :)

                                  Ale to tylko zdjecia.


                                  > Nowa Zelandia, bo to kraj anglojezyczny. Prowincjonalny, skromny, pusty a
                                  > zarazem piekny. Dwie strefy klimatyczne plus strefy subklimatyczne np w
                                  > Alpach. Specyficzna mieszanka kulturowa, inna niz np amerykanska. Kraj
                                  rolniczy.
                                  > Mnostwo fascynujacych malych, zzytych spolecznosci np szkocka w Otago.
                                  Centrum
                                  > wypraw polarnych z jednej strony a z drugiej tropikalnie wyspy i wybrzeza.

                                  Tak to mozna wyczytac na wiekszosc polskich stron o NZ, bajka prawda? A wiesz
                                  ze jak bylem w NZ o takiej samej bajce czytalem w Polsce, przypadkiem trafilem
                                  na folder przedstawiajacy wycieczke po Europie Wschodniej, byly Czechy,
                                  Slowacja, Polska, Litwa i kilka innych krajow Batyckich... jak ogladalem te
                                  zdjecia - Tatry, Krakow, Torun, Warszawa, wiejskie krajobrazy, nie wierzylem ze
                                  moze tutaj w Polsce byc tak pieknie.

                                  > Jezeli bedzie mi na tym zalezec zawsze znajde slonce, chocby poprzez
                                  > zapuszczenie sie na Polnocna Wyspe.

                                  Myslisz ze sami Kiwusi moga tak sobie nagle za sloncem wskoczyc w pojazd i
                                  pojechac na polnocna wyspe? Zreszta... poludniowa wyspa wcale nie jest mniej
                                  sloneczna, ba! ja nawet mysle ze jest bardzej :)

                                  > Trudna symbioza Europejczykow z Maorysami,
                                  > skomplikowane ale tez niezmiernie interesujace procesy asymilacyjne.

                                  Jaka symbioza? nie ma jej, Maorii zazwyczaj trzymaja sie osobno, ciagle
                                  pamietaja traktat z 1840 roku chociaz sami nie wiedzia o o w nim chodzil,
                                  chodza bosa w graniturach do banku, inna kultura, specyficzne zachowania,
                                  glupie miny, tatuaze na twarzach, jedli ludzkie mieso do poczt. XX wieku.
                                  • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 14:56
                                    O tym tez wiem. Ale sek w tym, ze mnie do Nowej Zelandii przyciagaja ponadto te
                                    rzeczy, ktore innych odstraszaja.
                                    Tam nawet ludzie sa... specyficzni, ale ta specyfika mnie przyciaga. Wezmy taki
                                    drobiazg jak Polonia. To jest zupelnie inna Polonia niz amerykanska, niemiecka
                                    czy angielska. Ja bym - bardzo upraszczajac - powiedzial, ze pewne okreslone
                                    typy ludzkie tu przyjezdzaja, typy, ktore wzbudzaja we mnie sympatie, po prostu.

                                    Sporo czytam o NZ, ale wiem, ze poki tam nie pojade wiedziec bede wciaz zbyt
                                    malo. Wiec pojade by dowiedziec sie jak najwiecej, by poczuc to zycie, ten
                                    swiat, te kulture.
                                    NZ to nie jest raj, nie jestem czlowiekiem naiwnym. Ma swoje problemy, jak
                                    kazdy inny kraj. Mozesz mi powiedziec, ze krajobrazy sa nudne, monotonne i w
                                    ogole brzydkie, ale i tak postaram sie samemu o tym przekonac. Mozesz mi
                                    powiedziec, ze Maorysi sa obcy, wrogo nastawieni, niechetni, ale i tak kazdego
                                    z nich z osobna bede ocenial, wystrzegajac sie stereotypow i generalizowania.
                                    Gosc w garniturze na bosaka, to musi byc piekny widok. Wiec ustalmy, ze jade
                                    tam po to, by zobaczyc goscia w garniturze na bosaka, robiacego dziwne miny.
                                    Super!
                                    • mnietec Re: Stan aktualny 03.02.06, 00:43
                                      posluchaj jasyr... moze w to nie uwierzysz ale jestem osoba ktora doszla do tych
                                      samych /prawdopodobnie/ wnioskow filozoficznych co ty... problem w tym ze
                                      jesli zyjemy wsrod ludzi spowitych mgla niezrozumienia... nie kazdy rozumie co
                                      znaczy szukac teczy wsrod niewidomych... tobie bylo dane poznac jeden
                                      kolor...np. niebieski.... mnie zielony...przed wyjazdem chcialbym sie z toba
                                      spotkac tylko po to zeby porozmawiac... ty i ja wiemy doskonale ze co by sie nie
                                      dzialo skazani jestesmy na samotnosc... jezeli tu zajrzysz odpisz na mail
                                      nun8@wp.pl
                                  • paiha Re: Stan aktualny 10.01.06, 15:39
                                    Ormi, jest wiele racji w tym, co piszesz. Podobny stosunek jak do stron turystycznych mam do
                                    materialow prasowych przygotowywanych przez agencje reklamowe, kazda chce jak najlepiej
                                    najpierw wypromowac dany produkt, by go jak najlepiej sprzedac. Nie mozna jednak odmawiac
                                    im calkowicie nosnosci informacyjnej, trzeba tylko z pewnym dystansem i rezerwa do nich
                                    podejsc. Nie popadajmy tez w skrajnosci, wiele ze stron o NZ z nich zawiera sporo przydatnych
                                    informacji o kraju, warto je potraktowac jako jeden z puzzli sporej ukladanki:) Tak tez widze
                                    informacje, ktore tutaj zbiera/znajduje Jasyr.
                                    Podoba mi sie tez to, co wczesniej napisal jeden z uczestnikow, by nie demonizowac wyjazdu i
                                    emigracji, od wiekow ludzie to robia, jedni zapuszczaja korzenie w nowym miejscu, inni
                                    wracaja. Jesli chodzi o moje obserwacje, to do tej pory spotkalam tylko 2 osoby, ktore z
                                    emigracji nowozelandzkiej wrocily do Polski, jednej dokuczylo oddalenie od kultury, bo
                                    rzeczywiscie nie ma co sie nastawiac, ze bedzie latwo wyskakiwac z NZ na weekend do Paryza,
                                    dla innej tesknota za rodzina stala sie zbyt intensywna, zadna nie wrocila z powodu trudnosci
                                    materialnych, przeciwnie mozna powiedziec, ze "dorobili sie" na emigracji, startujac od zera
                                    finansowo-jezykowego na Antypodach (jeden z nich np. na odremontowaniu nieruchomosci i
                                    sprzedazy po wyzszej cenie). To oczywiscie jest przykladem, ze mozna, ze udaje sie, ale
                                    oczywiscie jest to czyjes doswiadczenie i czyjs sukces, ale dlaczego Jasyrowi ma sie nie udac?
                                    Dlaczego tez ma mu sie udac? Poki tego nie sprawdzi, nie dowie sie:) Reszta jest gdybaniem:)
                                    Niemniej sprawa jest powazna i trzeba powaznie sie do niej przygotowac. Ale to juz mowilam:)
                                    Paiha
                          • valgardous Re: Stan aktualny 10.01.06, 14:07
                            u25 napisała:

                            > (Ja tu wroce, poznym wieczorem)
                            u25

                            Prosze nie wracaj.
                            Jasyr chce wyjechac do innego kraju i szuka pomocy jak to najlepiej zrobic.
                            Ty natomiast zabierasz wszystkim cenny czas na wmawianie mu ze jest w depresji.

                            Pseudo-psycholodzy, wyluzujcie sie.

                            To co chce zrobic Jasyr to najzyczajniejsza przeprowadzka do innego kraju.
                            Tysiace osob to robia, zakladaja firmy w nowym kraju i sa polonia. To nie sa
                            ludzie w depresji !!!. Przestancie gadac o choraboch psychicznych tylko radzcie
                            jak powinien najlepiej zaplanowac podroz.

                            Valgardous
                        • gata74 Re: Stan aktualny 19.01.06, 22:39
                          witaj, zaczełam czytać ten wątek, nie cały co prawda, ale chyba wystarczająco
                          aby coś odpisać. Nie rozumiem polskiego podejścia typu "cierp w milczeniu bo
                          inni maja gorzej"!!! Ja sama bylam dokladnie w takiej sytuacji jak ty teraz
                          jakies 5 lat temu. Rzucil mnie męzczyzna mojego życia, praca ktora nie dawal mi
                          motywacji, ogolna deprecha, brak sensu itp. Zanim podjelam decyzje,
                          próbowałam "wytrzymac" i "byc cierpliwą". I straciłam 2 lata zycia w bezsensie
                          na takim czekaniu. W koncu si zebralam i ucieklam - nie tak daleko, ale rownież
                          w ciemno, bez jezyka (kompletnie!!!) do hiszpanii. I??? znalaznam pracę(w
                          zawodzie!!!), stworzylam sobie srodowisko(od zera i nie znajac kompletnie
                          nikogo), znalazlam ludzi na narty, do knajpki, do kina, roznych narodowosci. A
                          po 3 latkach zachcialo mi sie powrotu - bo w Polsce to u siebie, mam tu
                          mieszkanie a tam mnie na nie nie stac, bo rodzina, znajomi, etc... I
                          przyjechalam- znalazlam dobra(rzeczywiscie)prace, i...to tyle. Jestem w Polsce
                          od 4 miesiecy i juz mysle jak stad czmychnąć!!!Znajomi maja swoje zycie
                          rodzinne - w polsce kobieta w moim wieku juz dawno powinna miec ustabilizowane
                          zycie rodzinne, dzieci. To mnie tutaj uwiera,pza krajem jakos czulam duza
                          dowolosc stylów zycia. Pozatym sytuacja polityczna, brak tolerancjii,
                          homofobia - to bardzo jaskrawo widac po kilku latach zycia w innych warunkach i
                          jest trudne do zaakceptowania.
                          Moja rodzina komentuje:podjezlas decyzję, wytrwaj, powoli wypracujesz sobie
                          tutaj srodowisko!!!
                          Nie chcę "trwać", mam jedno życie i chcę je przezyć, choćbym swoje miejsce
                          miala znaleść za 50 lat!
                          Zaznaczam, że powyższe opinie to moje prywatne, osobiste zdanie, znam wiele
                          osób ktore nigdyby sie stad nie ruszyły i są w Polsce najszczęsliwsze na
                          świecie!
                          Ale wiem na pewno -wolę coś zrobić, o czyms sie przekonac osobiście niż "czekać
                          na lepsze czasy".
                          Pozdrawiam
                          powodzenia
                          gata
                • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:19
                  Dodam jeszcze, ze nie potepiam tych smutnych ludzi w okolicy 40-stki, ktorym
                  zycie nie do konca sie udalo. Poprzez smierc potrafia czasem osiagnac swiety
                  spokoj, co tez jest pewnym rozwiazaniem. Zamiast walczyc z wiatrakami umieramy,
                  przestajemy walczyc, przestajemy sie rozwijac, w stanie smierci czyli wielkiego
                  wyciszenia dociagamy do konca naszego zywota.
                  Nie zycze sobie tego, ale przeciez nie wszystko ode mnie zalezy.

                  Dam Ci dobra rade. Jezeli interesujesz sie psychologia, albo psychiatria, i
                  masz potrzebe pomagania ludziom, to nigdy nie uzywaj mocnych okreslen pod ich
                  adresem, bo - poza tym, ze jest to malo kulturalne - jest tez malo
                  terapeutyczne :)

                    • jasyr100 Re: Stan aktualny 10.01.06, 13:26
                      Przepraszam, nie zauwazylem wczesniej rodzajnika, nie wiedzialem, ze jestes
                      kobieta. Przepraszam za te pomylke.

                      Agresji? Coz, raczej jestem spokojnym czlowiekiem, moze nadmiernie gadatliwym,
                      ale agresja to chyba niezbyt adekwatne okreslenie. Mam nadzieje, ze nie
                      poczulas sie urazona moja "agresja", myslalem, ze calkiem na spokojnie
                      wyluszczam swoje racje
        • puola Stan alarmowy - wyjasnienie 11.01.06, 09:42
          jasyr100 napisał:

          > Sugerujesz, ze moja podswiadomosc podjela decyzje o samobojstwie - mowiac
          > wprost, nie bojmy sie tego slowa :)) I oparlas ten wniosek na mojej
          > wypowiedzi, ktora raczylas przytoczyc. Caly moj plan wyjazdu czyli tego co
          > nazywam eufemistycznie "zmiana trybu i sposobu zycia" jest wg
          > Ciebie "pozorami racjonalosci".
          >
          > Tak naprawde wyszukalem sobie najdalszy zakatek na Ziemi, by tam odrzucic
          > maskowanie i pozory, i zrobic cos co zostalo juz zadecydowane na poziomie
          > podswiadomosci. Czyli sie zabic :)
          > Dalej to juz troche przestalem nadazac, ale - jezeli sie myle, popraw mnie
          > prosze - moja swiadomosc zostala totalnie oglupiona przez "system
          > podswiadomosci w mozgu", ktory wysyla zbyt silne negatywne sygnaly oceny
          > mojej aktywnosci zyciowej. Cokolwiek by to mialo znaczyc, ale szczerze mowiac
          > kompletnie nieczego z tego nie rozumiem.

          OK, jasne ze tego nie rozumiesz bo nie wiesz jak dziala mozg. Nie jest to zarzut
          ignorancji a jedynie stwierdzenie faktu bo dzialanie mozgu jest faktycznie
          skomplikowane. Jest bardzo trudne do wyjasnienia skrotowo ale mozna cos
          sprobowac:

          Chyba zgadzasz sie z tym ze to twoj mozg steruje twoim zyciem? Pytanie wiec jak
          to robi? Mozg czlowieka jest supersprytnym narzadem przetwarzanie informacji. Z
          jednej strony mase funkcji wykonuje automatycznie a z drugiej strony jest w nim
          system poziomu swiadomego ktory mozna okreslic ze mozg obserwuje i steruje
          samym siebie. Kryje sie za tym jednak potezna iluzja: otoz system poziomu
          swiadomego niemal doskonale stwarza zludzenie ze w pelni steruje twoim mozgiem.
          Jest to jednak oczywiscie niemozliwe bo wtedy sterowalby samym soba a przez to
          musialby sterowac tez is sterowaniem samym soba itd. Bylaby to sprzecznosc na
          potezna skale. Wyjsciem z tej sprzecznosci jest sprytny trick: wiekszosc
          procesow przetwarzania informacji w mozgu zachodzi poza kontrola poziomu
          swiadomego, co nazywamy poziomem podswiadomym a tylko ich wynik zostaje
          przesuniety do poziomu swiadomego gdzie podlegaja ostatecznej ocenie i
          ewentualnie zostaja realizowane. System swiadomy nie kontroluje wiec w pelni
          dzialania mozgu. Z interakcji miedzy poziomem swiadomym i podswiadomym bierze
          sie zjawisko ktore ludzie opisuja jako pojawianie sie mysli, idei, rozwiazan,
          planow, ni stad ni zowad, jakby znikad co niektorym wydaje sie niekedy wynikiem
          interwencji sil wyzszych. A To sa oczywiscie wyniki procesu przetwarzania
          informacji na poziomie systemu podswiadomego przekazane do systemu swiadomego.

          System przetwarzania informacji na poziomie podswiadomym odbiera sygnaly z
          otoczenia i porownuje je z podstawowymi sygnalami wzorcowymi na ktore
          nastrojony jest twoj mozg (to nastrojenie jest kombinacja czynnikow wrodzonych
          i srodowiska). Porownanie moze generowac bodzce negatywne czyli redukujace
          aktywnosc lub pozytywne wzmagajace aktywnosc.

          W twoim mozgu kumulacja roznych sygnalow z otoczenia tworzy silne bodzce
          negatywne. System podswiadomy generuje plan aktywnosci zyciowej ktory mozna
          okreslic jako 'ostateczne wycofanie i ucieczka'. Plan ten jednak zostaje ubrany
          w taka forme by przeszla przez akceptacje systemu swiadomego, czyli zeby
          byla 'atrakcyjna'. Stad koncepcja ostatecznej ucieczki do kiwi.

          Jednakze w twoim mozgu systemu podswiadomy nie ma (jeszcze) pelnej cenzury nie
          podsuwa tylko atrakcyjnej oprawy. Przenikaja z niego tez elementy krjace sie za
          ostatecznym celem tego planu ktorym *moze ewentualnie* byc tez
          samounicestwienie. Stad wlasnie napomykanie o mozliwosci smierci.

          Diagnoza jest taka ze ogolnie systemy przetwarzania informacji w twoim mozgu
          sa w porzadku ale nastapilo ich przesterowanie w wyniku kumulacji silnych
          negatywnych bodzcow z otoczenia. Dlatego nie masz (jeszcze) mysli samobojczych
          ale jest juz wygenerowany w systemi podswiadowmym plan ktory na dnie nie
          wyklucza tej mozliwosci.

          W twojej sytuacji trzeba oczywiscie zmienic plan zycia. Jest ewidentne ze
          nastrojenie twojego systemu wzorcow wyklucza prace z maszynami, powinna byc to
          praca z ludzmi i byc moze w ruchu. Uporzadkowania wymagaja sprawy prywatne.
          Dlatego zmiana jest niezbedna. Ale nalezy wyeliminowac koncepcje zmiany
          ostatecznej, wielkiego skoku. Czyli np. zaplanowac wyjazd turystyczno-
          odpoczynowy do NZ na 3 miesiace, np. z kupionym biletem powrotnym, urlopem
          bezplatnym itd., zeby zobaczyc jak bedzie na miejscu. Czyli jechac z podejsciem
          ze jak bedzie OK to sie zostanie a jak nie to sie wroci.
    • jasyr100 Re: emigracja 09.01.06, 23:23
      Z uwaga czytam "sceptyczne" opinie na temat mojej decyzji. Nie lekcewaze
      ostrzezen, zdaje sobie sprawe z trudnosci, ktore sie przede mna pietrza i beda
      pietrzyc. Ale samo wytyczenie sobie takiego celu wiele w moim jalowym zyciu
      zmienilo. Odnalazlem nie tylko cel, ale i sens tego co robie. Naprawde latwiej
      sie dzieki temu zyje.

      Niezaleznie od tego czy bedzie latwo czy trudno, czy to jest racjonalne czy
      glupie, i tak wyjade. I tak sprobuje, bo w glebi duszy uwazam, ze powinienem to
      zrobic. Zycie ludzkie - ciagle to powtarzam, niemal jak mantre - jest bardzo
      krotkie. Nie warto spedzic tego zycia w banalny, smutny, monotonny sposob.
      Przynajmniej ja tak uwazam, ale rzecz jasna nie wszyscy musza podzielac moje
      zdanie.

      Dyskusja na temat slusznosci mojej decyzji wydaje mi sie byc zabawna. Nie chce
      nikogo urazic, ale ludzie bardzo sie miedzy soba roznia, albo potrafia sie
      bardzo roznic. Nie wszyscy zdaja sobie z tego sprawe, podswiadomie (!)
      oczekujac od innych, ze beda mieli podobne odruchy, zwyczaje, predyspozycje,
      preferencje, zainteresowania i poglady.

      Pamietam samego siebie sprzed kilkunastu lat w jak zalosny oraz agresywny
      sposob wysmiewalem sie z milosnikow hiphopu i techno. Pozniej dojrzalem i
      zrozumialem, ze wszystko jest wzgledne, ze pkt widzenia zalezy od pkt
      siedzenia, ze wiele zalezy od gustow po prostu. Czy fakt, ze ktos slucha rapu a
      nie lubi rocka oznacza, ze jest gorszy? Wielu z Was uwaza, ze tak. Ale mylicie
      sie, niestety.

      Pamietajcie, ze ludzie maja rozne potrzeby. Nie znacie mojego zycia, jego
      historii, moich doswiadczen, ani nawet moich pogladow. Na podstawie mojej
      forumowej "tworczosci" trudno jest ferowac ostateczne opinie czy wyroki. Ale -
      jak wszedzie - pojawiaja sie wszechmadrzy telepaci i empaci, ktorzy stawiaja
      surowe diagnozy na temat stanu czyjegos zdrowia psychicznego. Okay, niech to
      robia, skoro dzieki temu maja sie poczuc lepiej. Czy ja sie dzieki ich
      diagnozom czuje lepiej, to juz inna sprawa. Mysle, ze im na tym jak sie czuje
      niespecjalnie zalezy. Warto zastanowic sie nad tak postawiona teza.

      Wsrod moich znajomych znajde kilku sceptykow, ale jakims cudem wiekszosc
      rozumie moje pobudki. Jak myslicie, drodzy forumowi psychiatrzy i
      psychologowie, dlaczego? Moze znaja mnie lepiej? Przepraszam za te ordynarna
      sugestie, ale jakos tak mi sie wymsknela. Bo oczywiscie ta sugestia to bzdura.
      Wy wiecie zawsze wszystko najlepiej, nieprawdaz?

      Z najwyzsza uwaga wysluchuje informacji (oraz zbieram z innych zrodel) o
      mozliwosci podjecia pracy w NZ przez osoby bez wyksztalcenia. Zaczynam 11 rok
      pracy w biurze projektow, niewatpliwie gdyby mi na tym zalezalo, zrobilbym bez
      najmniejszego wysilku certyfikat ze znajomosci autocada. Ale nie zalezy mi na
      tym, bo nie zalezy mi na pracy przy komputerze. 11 lat z zycia przy biurku,
      wykonujac mechanicznie te same czynosci to zdecydowanie zbyt wiele. Nie,
      dziekuje. Nie chce byc kolejnym seryjnym masowym produktem oglupienia monotonna
      praca. Wielu ludzi poddaje sie takiemu losowi, bo nie ma odwagi by go zmienic.
      Ale ja sie buntuje, bo chce udowodnic sobie, ze pozostalo we mnie jeszcze
      odrobine indywidualizmu. I moge sobie pozwolic na taka odwage, bo nie mam
      rodziny ani zadnych innych tego typu zobowiazan.

      Moze mi sie nie uda, najpewniej mi sie nie uda. Ale co mam do stracenia? Strace
      prace w tej cholernej firmie? Nie bede mial z czego zyc? Moj wegetatywny byt
      potrzebowac bedzie wymiany kroplowki? Moja coraz bardziej prymitywna osobowosc,
      upodabniajaca sie w zastraszajacym tempie do innych prymitywnych osobosci zza
      biurek i komputerow (z calym szacunkiem dla tych, ktorzy uwielbiaja taka prace)
      w jakis sposob na tym ucierpi?

      Warto, Panie i Panowie, powalczyc o siebie czasem. Pomyslec nad soba, nad swoim
      zyciem i nad chwila, w ktorej zastyglismy. I zadac sobie pytanie czy na pewno
      idziemy we wlasciwa strone. Ja nagle zatrzymalem sie, popatrzylem na siebie, na
      swoje miejsce w tym swiecie i powiedzialem: "o kurwa".

      Wiec wyjade do kraju o nazwie Nowa Zelandia. Kraju, o ktorym juz co nieco wiem.
      Ale poniewaz tam nie bylem, to wciaz wiem zbyt malo. Zeby wiedziec wiecej,
      musze tam pojechac. Czyz to nie logiczny tok rozumowania? I byc moze nie uda mi
      sie tam przetrwac, ale i tak bede walczyl zaciekle o swoj drobny, malutki
      zyciowy sukces polegajacy na spelnieniu choc tego jednego marzenia. Wielu z Was
      juz nie spelnia swoich marzen, Drodzy Forumowicze. Czemu?

      Powiedzialem wyraznie: prycza i ciepla strawa raz dziennie. A ja odwdziecze sie
      ciezka praca. Moj kolega pojechal wlasnie do Tadzykistanu. Powaznie zastanawia
      sie czy tam nie zamieszkac. Wiem, wiem, wielu z Was kompletnie takich "decyzji"
      nie rozumie. Przepraszam za to co powiem, ale wspolczuje.

      Nie chcialem juz "gledzic" i zanudzac Was swoimi przydlugimi wywodami, ale
      postanowilem jeszcze pare spraw sprecyzowac.

      Pozdrawiam







        • vei Re: emigracja 10.01.06, 16:49
          "Ty jestes bardzo chory i wydaje mi sie, ze o tym wiesz. Problem w tym, ze ty
          leczyc sie nie chcesz"

          jasne!, calemu spoleczenstwu obligatoryjnie zaaplikuj psychotropy, wszyscy
          bedziemy wowczas szczesliwi

          uwazam, ze to dobrze, ze ktos chce szukac dla siebie ratunku szukajac swojego
          miesca w zyciu a nie poprzez szukanie odpowiedniego farmaceutyku
    • innge jedz! 10.01.06, 08:38
      ...rob cos dobrego i tyle:)

      szczerze mowiac dziwia mnie troche te emocje co do twojego wyjazdu. bo w sumie
      co to za roznica jaki kraj i jaki jezyk?

      i powodzenia

      ps. daj znac, gdzie to drzewo bedziesz rabal, osobiscie sprawdze w grudniu'06
      progres w rozwoju masy miesniowej. pozdrawiam;)
        • zk3a Re: jedz! 10.01.06, 14:18
          Wielu z Was
          juz nie spelnia swoich marzen, Drodzy Forumowicze. Czemu?

          Spełnij najpierw swoje to może w końcu przestaniesz gadać jak Tadeusz
          Mazowiecki z Polskiego Zoo albo jak Geremek. Chyba nie pracujesz fizycznie
          tak "namiętnie" jak się wypowiadasz bo naprawdę może ci być ciężko, a jeżeli
          chodzi ci tylko o prycze i ciepłą strawę raz dziennie to lepiej idź do
          więzienia, z pewnością znajdą się tam tacy, co "wysłuchają" i "spełnią" twoje
          marzenia.
          • jasyr100 Re: jedz! 10.01.06, 14:27
            Pracuje "fizycznie" przed komputerem. Kresle mapy na autocadzie, to sie nazywa
            projektowanie instalacji tv kablowej. Jestesmy filia amerykanskiej firmy.
            Praca jest fizyczna o tyle, ze z pewnoscia nie absorbuje intelektu, a jest
            meczaca i oglupiajaca.

            Tak wiec nie do konca zostalem zrozumiany, ale to moja wina, bo niezbyt
            precyzyjnie sie chyba wyrazilem.

            Moim marzeniem jest wyjazd na Nowa Zelandie oraz - co najwazniejsze -
            poradzenie sobie tam. Uwazasz, ze w wiezieniu spelnilbym to swoje marzenie?

            Jedni odsylaja mnie do szpitala psychiatrycznego na wypoczynek, inni do
            wiezienia by spelnic tam swoje marzenie. Hmmm.
            • ormi Re: jedz! 10.01.06, 14:29
              A ogladales jakis odcinek z filmu LOST, tam jest taki Lock, pracowal przy
              kompie w firmie produkujacej pudelka, marzyl o utopii, wylodowal w utopii
              • jasyr100 Re: jedz! 10.01.06, 14:31
                Bardzo rzadko ogladam telewizje, glownie programy dokumentalne, serwisy
                informacyjne, programy popularno-naukowe. Reszta mnie z reguly nudzi. Ale
                faktycznie o tym serialu slyszalem. Niestety nie mialem przyjemnosci by
                obejrzec choc jeden odcinek.
      • zk3a Re: jedz! 10.01.06, 15:48
        Nie, ale wiem, co to znaczy szarobura zawiesina, pospolitość, depresja, nuda,
        marzenia, emigracja i fizyczna praca. Jedną mam dla ciebie radę zrób certyfikat
        bo mam wrażenie, że nie praca przy komputerze cię dołuje tylko brak świerzego
        powietrza, dlatego jedź, zobacz, przeżyj, a zobaczysz, że przy kompie wcale nie
        jest tak źle.
        • beatrix10 Re: jedz! 12.01.06, 04:55
          Gratulacje Jasyr100 rozpetales tu niezla burze ,takiego ruchu tu na tym
          nowozelandzkim forum jeszcze nie bylo!!!!Sluchj ja do ciebie juz z konkretnymi
          wiadomosciami pisze.Jak dolecisz do Auckland to do schronisk mlodziezowych sie
          udaj ,nazywaja sie one backpackers.ACB (Auckland Central Backpackers)Ma
          tzw.biuro pracy z ktorego za odplatnoscia mozesz skorzystac.Jest to jednak nie
          zbyt konieczne bo mozesz sobie wziac BBH to jest ksiazeczka z lista
          Backpackerow w NZ.Jesli przyjedziesz do Hastings od pazdziernika to zalapiesz
          tu prace w sadach i pakowalniach jablek idz do backpackersow np."the rotten
          apple"w Hastings.Spokojnie ci prace zalatwia.Popracuj nad angielskim przed
          przyjazdem.Ja bede w Polsce w tym czasie wiec nic ci nie moge tu za bardzo
          pomoc.Potem jesli chcesz to jedz na poludniowa wyspe i tam tez sa prace przy
          zbiorach itp.Ale sam sie juz zorientujesz jak tu przyjedziesz.
          Nic tu w tym wyjezdzie nie ma skomplikowanego ,prosta sprawa i nie ma co
          filozofowac za duzo,ja mysle ze pobyt tu zrobi ci bardzo dobrze ,poznasz kupe
          ludzi z roznych krajow pojezdzisz sobie ,popracujesz ,odpoczniesz(duzo Czechow
          tu przyjezdza do pracy powiazanej z przygoda i podrozowaniem,tosie z nimi
          spokojnie po polsku dogadasz)Zmieni ci sie punkt widzenia troche ,ale nie pal
          mostow za soba .Pozdrowienia
          • yxmena Re: jedz! 13.01.06, 21:15
            A ja zupełnie z innej beczki.Gratuluję Ci Jasyr100 - gratuluję odwagi i tego że
            chce Ci się jeszcze chcieć.Dla mnie Jesteś WIELKI i trzymam za Ciebie kciuki!!!
    • ikmj Re: emigracja 15.01.06, 00:37
      Pozdrawiamy.Popieramy Cie kolego, wytrwałosci w postanowieniu,daj znac jak sie
      tam znajdziesz,a moze my tez to miejsce odwiedzimy.Nowa Zelandia to brzmi jak
      Nowe Zycie.Masz racje.
      33 latkowie Iza i Maciej
    • canii Re: emigracja 15.01.06, 19:38
      Ale filozofię dorobiłeś do prostego wyjazdu chłopie ;)
      W dzisiejszych czasach podrózowanie może stać się rownie nudne jak Twoja praca
      przy rozrysowywaniu kabelków. Chociaż na drugiej półkuli ludzie chodzą do góry
      nogami, to są tacy sami jak tu. Też myślą tylko o kupnie domu, fury i komóry.
      Owce pasać bliżej byłoby ci w Bieszczadach. Stachura tam był kiedyś, dzięki
      czemu mamy teraz fajną literaturę do poczytania (szkoda tylko, ze skończył tak
      jak skończył)
      A przy okazji - jak tak bardzo nie lubisz swojej pracy to po co tam pracujesz?
      • piotr19730 Re: emigracja 17.01.06, 19:34
        Drogi Jasyrze,
        W przybliżeniu jestem w podobnej sytuacji jak ty, myślałem też o Nowej
        Zelandii.
        Ale czy na pewno praca fizyczna pozwoli na swobodne myślenie. Kilka razy w
        życiu pracowałem fizycznie i po takim roboczym dniu najchętniej nic nie
        robiłem, piłem piwo i oglądałem telewizję, albo drzemałem. Dlatego rozumiem
        potrzeby ludzi pracujących fizycznie, nic innego nie chce się, no może uderzyć
        jakiegoś inteligenta. Chyba że zaobserwowałeś, że twój organizm działa inaczej,
        i na zmęczenie fizyczne reaguje wzmożoną potrzebą rozważań filozoficzno-
        egzystencjalnych.
        Czyli jednak pozostaje praca umysłowa albo ewentualnie brak pracy, przynajmniej
        przez jakis czas.
        Nastepna ważna sprawa, dlaczego NZ, a nie coś bardziej podniecającego. Na
        przykład jakiś kraj afrykański lub latynoamerykański, a najlepiej kraj byłego
        ZSRR. Bardzo ciekawe sa Kirgizja albo Kazachstan. Piękne krajobrazy,także
        wysokie góry, wspaniali ludzie i wystarczy język rosyjski, którego nie znasz w
        tym samym stopniu co angielskiego. NZ to jednak jeszcze bardzo dużo
        racjonalizmu i mało romantyzmu. Chyba że jednak lubisz mieć wszystko zapięte na
        ostatni guzik. Szukać pracy należy w Kirgizji a nie w NZ.
        I trzecia najważniejsza sprawa - dlaczego robić jednak coś niż nic. Może to
        kwestia potencjału urodzeniowego, wychowania i wykształcenia, ale dlaczego tak
        chcesz coś robić? Np.w Indiach największym poważaniem cieszy sie oświecony,
        który zrozumiał że nie należy nic robic i robi nic. Kraje zachodu cenią
        działanie, przedsiębiorczośc, i to przekonanie jest w tobie. Czy nie
        podróżując, nie poznając innych ludzi i kultur naprawdę tak dużo tracisz? Przez
        tysiące lat, i jeszcze w ubiegłym wieku ludzie musieli trzymać się jednego
        miejsca. Czyżby ich życie zostało zmarnotrawione. I nie dotyczyło to zwykłych
        chłopów pańszczyźnianych, ale np. niejakiego Kanta z Królewca.
        Wiekszośc ludzi robi coś z przyzwyczajenia, nawet jak im zaczyna to z czasem
        uwierać. Chyba jednak robić coś co się lubi niż to co się nie lubi. Chyba że
        tak nie jest.
        A w ogóle to ja nic nie wiem i najprawdopodobniej się myle. Zawsze sie mylę.
    • gata74 Re: emigracja 19.01.06, 22:42
      witaj, zaczełam czytać ten wątek, nie cały co prawda, ale chyba wystarczająco
      aby coś odpisać. Nie rozumiem polskiego podejścia typu "cierp w milczeniu bo
      inni maja gorzej"!!! Ja sama bylam dokladnie w takiej sytuacji jak ty teraz
      jakies 5 lat temu. Rzucil mnie męzczyzna mojego życia, praca ktora nie dawal mi
      motywacji, ogolna deprecha, brak sensu itp. Zanim podjelam decyzje,
      próbowałam "wytrzymac" i "byc cierpliwą". I straciłam 2 lata zycia w bezsensie
      na takim czekaniu. W koncu si zebralam i ucieklam - nie tak daleko, ale rownież
      w ciemno, bez jezyka (kompletnie!!!) do hiszpanii. I??? znalaznam pracę(w
      zawodzie!!!), stworzylam sobie srodowisko(od zera i nie znajac kompletnie
      nikogo), znalazlam ludzi na narty, do knajpki, do kina, roznych narodowosci. A
      po 3 latkach zachcialo mi sie powrotu - bo w Polsce to u siebie, mam tu
      mieszkanie a tam mnie na nie nie stac, bo rodzina, znajomi, etc... I
      przyjechalam- znalazlam dobra(rzeczywiscie)prace, i...to tyle. Jestem w Polsce
      od 4 miesiecy i juz mysle jak stad czmychnąć!!!Znajomi maja swoje zycie
      rodzinne - w polsce kobieta w moim wieku juz dawno powinna miec ustabilizowane
      zycie rodzinne, dzieci. To mnie tutaj uwiera,pza krajem jakos czulam duza
      dowolosc stylów zycia. Pozatym sytuacja polityczna, brak tolerancjii,
      homofobia - to bardzo jaskrawo widac po kilku latach zycia w innych warunkach i
      jest trudne do zaakceptowania.
      Moja rodzina komentuje:podjezlas decyzję, wytrwaj, powoli wypracujesz sobie
      tutaj srodowisko!!!
      Nie chcę "trwać", mam jedno życie i chcę je przezyć, choćbym swoje miejsce
      miala znaleść za 50 lat!
      Zaznaczam, że powyższe opinie to moje prywatne, osobiste zdanie, znam wiele
      osób ktore nigdyby sie stad nie ruszyły i są w Polsce najszczęsliwsze na
      świecie!
      Ale wiem na pewno -wolę coś zrobić, o czyms sie przekonac osobiście niż "czekać
      na lepsze czasy".
      Pozdrawiam
      powodzenia
      gata