Dodaj do ulubionych

w chinach wystarczy byc bialym zeby dostac prace

06.10.05, 20:19
Za cztery godziny sączenia piwa właściciel restauracji wypłaca Kasi i
Klaudynie równowartość 300 zł. Gdzie? W Hangzhou [handżou] w Chinach.
Dlaczego? Bo są białe

Dziewczyny początkowo uczyły Chińczyków angielskiego, pracowały też jako
modelki w sklepach z odzieżą, ale rzuciły te zajęcia, odkąd swoją obecnością
dodają splendoru nowo otwartej restauracji.

- Klienci chętniej odwiedzają miejsca, gdzie bywają biali - opowiada Kasia,
gdańszczanka. - Więc codziennie chodzimy tam na piwo. Bomba! Nic nie musimy
robić, nie musimy z nikim rozmawiać. Mamy tam tylko być i świecić białymi
twarzami. Tydzień zabrało nam zarobienie na dwumiesięczny czynsz w luksusowym
mieszkaniu, z internetem i dwiema łazienkami. Teraz stać nas jeszcze na
podróżowanie po egzotycznym kraju.

Kasia i Klaudyna (poznanianka) są w Hangzhou - oddalonym 200 km od Szanghaju -
już rok. Studiują na tutejszym uniwersytecie filologię chińską. W
restauracji pracują na czarno, ale nikomu to nie przeszkadza. - Propozycje
takiej pracy dostają tu nawet przypadkowe turystki - opowiada Ola,
przyjaciółka Klaudyny, która w lipcu odwiedziła ją w Chinach. - Byłam tam
miesiąc i zagrałam w filmie! Przypadkiem, propozycję dostałam na ulicy.

Ola zagrała w scenach "na lotnisku w Hamburgu" - czyli na lotnisku w
Hangzhou, gdzie na potrzeby filmu poustawiano tablice z napisami po niemiecku
i angielsku. Sześcioro Europejczyków udawało Niemców czekających na samoloty.

- Z tymi sześcioma osobami zostały nakręcone wszystkie sceny - wspomina Ola. -
Poczekalnia, odprawa bagażowa, ruchome schody, i wszędzie my. W niektórych
ujęciach przechodziliśmy przed kamerą i po cztery razy, robiąc tłum. Nawet
nie kazali nam się przebierać. To się nazywa kino niskobudżetowe.

Moda na białą skórę

W Szanghaju czy Hongkongu biała twarz nie jest sensacją, ale już w mniejszym
Hangzhou, które ma "tylko" 6,5 mln mieszkańców, przechodnie oglądają się za
turystkami z Polski.

Chiny ogarnęła moda na białą skórę. W sklepach z kosmetykami trzeba się
dobrze naszukać, żeby znaleźć krem do twarzy bez wybielacza. W miastach
powstają puby wzorowane na europejskich. Zamożni młodzi Chińczycy naśladują w
nich zachodni clubbing - obecność Europejczyków lub Amerykanów jest dla
lokalu gwarancją sukcesu.

W modzie jest nauka angielskiego. A że nauczycieli jak na lekarstwo, to nawet
osoba słabo znająca ten język bez problemu znajdzie pracę w szkole.

Perkusista T-Love, obecnie solista Sidney Polak, który wrócił właśnie z Chin,
opowiada: - Gdy Europejczyk podejmie pracę nauczyciela na wsi czy w małym
miasteczku, miejscowe władze często dodają jeszcze służbowe mieszkanie.
Trudno się dziwić, że ludzie tam jadą. Kiedy kręciłem tego lata klip w
Szanghaju, byłem zaskoczony dużą liczbą Polaków - są ich w mieście setki.

Pan witacz i pani wrzucaczka

Nieznającym angielskiego Chiny oferują inne zawody. Robert z Gdańska tego
lata spędził miesiąc w drzwiach domu towarowego w Pekinie. - Byłem witaczem.
Takie stanowisko jest w prawie każdym większym sklepie - opowiada chłopak. -
Ale tylko te najlepsze wynajmują białych. Czułem się trochę jak ten gość w
Zakopanem przebrany za białego niedźwiedzia. Wszyscy chcieli zrobić sobie ze
mną zdjęcie. To mili ludzie, ale najgorzej, jak próbują mówić po angielsku.
Ja niewiele umiem, a oni jeszcze mniej, pozostaje się uśmiechać. Teraz siedzę
w Polsce i uczę się angielskiego. Chcę wrócić do Chin i pomieszkać tam rok,
może nawet dłużej.

- Praca witacza czy człowieka-mebla w restauracji nikogo w Chinach nie dziwi -
opowiada gdańszczanka Kasia. - Ostatnio na ulicy zobaczyłam panią
prasowaczkę. Siedzi sobie z żelazkiem i deską do prasowania. Jak ktoś ma
pogniecione spodnie, może sobie do niej podejść i ona mu je wyprasuje. Albo
pani wrzucaczka. Stoi obok dystrybutora Coca-Coli, bierze od klienta monetę,
wrzuca do maszyny i podaje puszkę. W barach pracują Chinki namawiające
klientów do gry w kości. Kto przegra, musi wypić piwo. Chodzi o to, żeby
klient kupił jak najwięcej piwa.

Długie nosy są bezpieczne

Co ciągnie Polaków do Chin? Na pewno ceny. Dolara wymienia się na ponad osiem
juanów (Y). Pokój w hostelu (łazienka, telewizor) kosztuje 75 Y, piwo w
sklepie 2 Y. 20 Y kosztuje półmisek mięs, ryżu i warzyw, którymi najedzą się
cztery osoby. Dlatego w kolejce po chińską wizę w Warszawie trzeba stać kilka
godzin.

- Ważniejsze od cen jest co innego. Chińczycy są przesympatyczni, na ulicach
czujemy się bezpiecznie. Choć na białych mówią "długie nosy", to nie ma tu
rasizmu - mówią Kasia i Klaudyna.

Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka