Dodaj do ulubionych

piątek zgodnie z tradycją

28.11.05, 14:38
czy wstąpić do pizzeri i rezerwnąć?
bo chyba nas trochę będzie
Obserwuj wątek
                  • tripper Re: piątek zgodnie z tradycją 29.11.05, 11:48
                    wczoraj wyrzygalem w kolejnosci odwrotnej do przyjmowania kanapke, herbate i
                    poranna kawe, a bylo to o trzeciej. lekarz kaze mi jesc gotowane mieso i
                    gotowane warzywa i zadnych uzywek. zreszta zobaczy sie jeszcze, zobaczy... moze
                    przejdzie ;)
                        • tukee Myślę, że mu szynka zaszkodzila.... 29.11.05, 12:22
                          ŚWIĄTECZNA reportaż
                          Wolnoamerykanka mięsna




                          Kupując szynkę w sklepie, nikt z nas nie wie czy woda z wielofosforanami i
                          pochodnymi azotu zajmuje w niej 30, 50 czy 70 procent.

                          TOMASZ LIPKO


                          PARÓWKI CIELĘCE BEZ CIELĄT

                          Rozmowa z Bogusławą Pawlaczyk, głównym kontrolerem jakości w Zakładach
                          Mięsnych „Krotoszyn"
                          KRYSTYNA NASZKOWSKA: W 1997 r. zmieniła się norma do produkcji wędlin - z
                          branżowej na polską. Na czym polega różnica?
                          BOGUSŁAWA PAWLACZYK: Norma branżowa stawiała precyzyjne wymagania każdemu
                          produktowi co do surowca, przypraw, ilości wody i tłuszczu, rodzaju użytych
                          osłonek oraz wydajności. Nowa norma jest bardzo ogólna i stawia wymagania nie
                          poszczególnym gatunkom wędlin, tylko grupom, a w grupie „wędzonki" jest i
                          podgardle, i szynka. Wielu producentów, wykorzystując zaufanie do nazw, np.
                          kiełbasa krakowska czy wędzonka krotoszyńska, z dużą dowolnością odstępuje od
                          zapisanego w dawnej normie branżowej wzorca. Instytucje kontrolujące są
                          bezradne.
                          Mamy więc uśrednienie jakości między podgardlem a szynką.
                          - Przede wszystkim mamy do czynienia z nadużywaniem zaufania konsumentów, żeby
                          nie powiedzieć oszustwem. Bo dzisiaj normalne jest, że pod nazwą krakowska czy
                          śląska jest coś trudnego do określenia.
                          Musiało tak się stać?
                          - Pewnie nie. Wolny rynek to nie jest wolnoamerykanka, gdzie każdy chwyt jest
                          dozwolony. Idąc do Unii, możemy zachować swoją tradycję wędliniarską poprzez
                          przywrócenie wymagań naszym powszechnie znanym markom wyrobów. Wtedy producent,
                          który zdecyduje się na nazwanie swojego wyrobu np. krakowska, będzie musiał
                          przestrzegać ściśle określonej receptury. Na nasze skargi Urząd Ochrony
                          Konkurencji i Konsumentów wszczął w sierpniu br. postępowanie i uznał, iż nasze
                          argumenty przemawiają za koniecznością zmiany w/w normy polskiej?
                          Co to znaczy wysoko wydajna szynka?
                          - Szynka ze składnikiem zwiększającym wodochłonność, dzięki czemu z l kg mięsa
                          można zrobić nawet l ,5 kg szynki. To dopuszczają przepisy, jednak moim zdaniem
                          nieuczciwością jest, jeżeli ten wyrób sprzedawany jest jako szynka i nie jest
                          oznakowany jako szynka wysoko wydajna.
                          Dodajemy więc tłuszcz, bo tańszy, wodę, środki chemiczne, by to wszystko nam
                          się nie rozpadło i długo mogło poleżeć na półce w sklepie. A co z naszym
                          zdrowiem?
                          - O zdrowie musimy zadbać sami. Uznane przez ministra zdrowia dodatki, są
                          bezpieczne. Problemem są te dodatki, które funkcjonują na rynku bez stosownych
                          zezwoleń, a także niemożność kontroli blisko 4500 zakładów przetwarzających
                          mięso, z których wiele nigdy nie prowadziło gospodarki materiałowej -
                          dokumentowania zużywanych w procesie produkcji surowców, przypraw i dodatków.
                          To czym powinniśmy się kierować, kupując wędliny, jeśli jednak nie w smak nam
                          wynalazki technologiczne?
                          - Tu jest pole do popisu dla organizacji konsumenckich. Po pierwsze, musimy
                          starannie czytać etykietę i nie wstydzić- się pytać sprzedawcę, gdy jakiś zapis
                          na niej jest niezrozumiały. Po drugie, uświadomić sobie, iż dobry, bezpieczny
                          wyrób wyprodukowany zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, tak jak i dobry samochód
                          czy telewizor, kosztuje. Po trzecie, pamiętajmy, iż zły producent nie napisze
                          na etykiecie, że zastosował niedozwolony środek albo barwił wędlinę, co jest
                          zabronione. Po czwarte, trzeba przy zakupach wykazać pewną dozę nieufności.
                          Zastanowić się, z czego np. produkowane są parówki cielęce, kiedy w Polsce od
                          kilku lat prawie nie ubija się cieląt, albo z czego można wyprodukować szynkę
                          lub śląską za 4 zł. Rozporządzenie o oznakowaniu mówi np., iż nazwa nie powinna
                          wprowadzać w błąd, ale tak się często dzieje.*

                          Na środku peklowni stoi głośno pracująca trzęsąca się maszyna wielkości dużej
                          pralki. To główna Bohaterka tej historii - nastrzykiwarka. Obok niej w
                          plastikowym kuble pływa bladoszara maź pokryta gęstym kożuchem, który dopiero
                          po kilkakrotnym zamieszaniu palcem ukazuje powierzchnię płynu. Nastrzykiwarka
                          za pomocą specjalnych igieł wlewa, ile się tylko da, tej szarej cieczy do
                          wysokogatunkowych wędlin. „Szyneczka prezesa", „baleron babuni", polędwice i
                          wędzonki, które każdego tygodnia kupujemy w sklepie, po opuszczeniu
                          nastrzykiwarki zwiększają swoją wagę od kilkudziesięciu do stu procent.

                          Masarze walczą o przetrwanie
                          - Mam ten zakład od 18 lat. Kiedy jeszcze była to prowincjonalna masarnia,
                          włożyłem w nią wszystkie oszczędności. Swoje, żony i właściwie całej rodziny -
                          mówi mi ostatniego dnia Zygmunt, właściciel tego zakładu, kiedy przy wódce
                          próbujemy wszystkiego, co nastrzykiwarka wypluła w ciągu tygodnia. Ma 50 lat,
                          chodzi po zakładzie w garniturze, wypachniony perfumami i, jak twierdzi, zjadł
                          własne zęby na produkcji wędlin. Zgodził się, żebym przez tydzień na własne
                          oczy oglądał, jak dziś w Polsce produkuje się przetwory mięsne. Warunek - nikt
                          z branży nie rozpozna go w tym tekście.
                          Jego masarnia, zatrudniająca 20 pracowników, od pół roku jest na krawędzi
                          bankructwa, podobnie jak wiele innych firm w branży. - Do niedawna
                          zaopatrywałem ponad setkę punktów w województwie, otworzyłem sieć własnych
                          sklepów, eksperymentowałem z nowymi produktami. Katastrofa przyszła w lecie
                          zeszłego roku. W ciągu kilku miesięcy sprzedaż spadła o kilkadziesiąt procent.
                          W okolicy gwałtownie zaczęło rosnąć bezrobocie, ludzie przestali kupować mięso
                          albo robili to znacznie rzadziej. Nawet w stanie wojennym, gdy mięso było na
                          kartki, jedli go więcej niż teraz.
                          Nie wiadomo, ile zakładów zbankrutowało w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W
                          porównaniu z połową lat 90. liczba przetwórni jest dziś mniejsza o połowę.
                          Reszta rozpoczęła walkę o przetrwanie. Walkę na ceny. Począwszy od małych,
                          chałupniczych zakładów po giełdowych potentatów wszyscy redukują koszty. Firmy
                          się łączą, zwalniaj ą ludzi, ograniczają zużycie energii.
                          80 proc. kosztów produkcji stanowił do niedawna surowiec. Wrzucanie coraz
                          większych ilości ścięgien, skór i tłuszczów do kutrów (młynów) mielących mięso
                          na parówki i kiełbasy nie było już rozwiązaniem na miarę tych czasów.
                          Producenci zdecydowali się na krok bardziej radykalny - uzupełniać na masową
                          skalę najdroższe gatunki wędlin najtańszym surowcem - wodą.

                          Napompować zwierzaka zaraz po uboju
                          Bladoszara ciecz, która donoszona jest w plastikowych kubłach do
                          nastrzykiwarki, to rozrzedzone dużą ilością wody roztwory stosowanych m.in. do
                          produkcji coca-coli wielofosforanów, azotynów i azotanów, które wykorzystuje
                          się także przy wytwarzaniu materiałów wybuchowych i nawozów rolniczych. Fachowa
                          nazwa tej cieczy to solanka. Litr solanki kosztuje złotówkę. Dziesiątki igieł
                          pracujących wewnątrz maszyny pompują tą solanką płaty mięsa na szynki,
                          polędwice, balerony. Ich waga musi wzrosnąć o kilkadziesiąt procent. To jest
                          już żelazny zwyczaj, do którego - chcąc nie chcąc - musieli dostosować się
                          niemal wszyscy producenci w kraju. Żeby wstrzyknięte preparaty za szybko nie
                          wylały się z mięsa, jego płaty wrzucane są następnie do masownicy. Maszyna
                          przypominająca w konstrukcji betoniarkę rozgniata połcie mięsa, tak by ciecz w
                          środku została równomiernie rozprowadzona.
                          Pan Bogdan obsługujący nastrzykiwarkę, zasuszony posępny flegmatyk po
                          pięćdziesiątce, jest jednym z najważniejszych pracowników w firmie. Od jego
                          umiejętności zależy wydajność całej masarni.
                          - Wydajność to dziś kluczowe słowo w przetwórstwie mięsnym - mówi mi Bogdan,
                          nie odrywając wzroku od pracującej maszyny - dziś 90 proc. wysokogatunkowych
                          wędlin, które kupujemy w sklepach, to produkty wysoko wydajne. W skrócie
                          oznacza to tyle, że kiedy szynka czy polędwica poleży parę dni w lodówce,
                          zacznie się z niej wylewać woda.
                          A dokładniej ten szary płyn, który pod kożuchem syntetycznej piany pływa w
                          kuble.
                          - Do większości zakładów mięsnych w kraju te maszyny weszły w latach 90. -
                          opowiada Zygmunt. - Używane nastrzykiwarki i masownice z Niemiec wędrowały do
                          Polski stadami. To był taki najnows
                          • tukee Re: Myślę, że mu szynka zaszkodzila.... CD 1 29.11.05, 12:29
                            - Do większości zakładów mięsnych w kraju te maszyny weszły w latach 90. -
                            opowiada Zygmunt. - Używane nastrzykiwarki i masownice z Niemiec wędrowały do
                            Polski stadami. To był taki najnowszy krzyk techniki, którym ze zrozumiałych
                            względów nikt nie chciał się chwalić. Ja sam w 1993 roku pojechałem z trzema
                            tysiącami marek w kieszeni po agregat prądotwórczy, ale kiedy zobaczyłem, jakie
                            cuda taka maszyna potrafi zrobić z kawałem mięsa, za wszystkie pieniądze
                            kupiłem na pniu wysłużony egzemplarz. Tydzień zajęła mi nauka właściwego
                            kłucia - wędlinki od razu zyskały na wadze 20 proc., nie mówiąc już o
                            apetycznej soczystości... Nawet nie wiedziałem, jak szybko i po cichu
                            konkurencja zaopatrzyła się w jeszcze wydajniejsze maszyny.
                            Sztuczne zwiększanie soczystości wędlin jeszcze niedawno było tylko wstydliwym
                            procederem przyjętym po cichu przez większość producentów. Dostępne urządzenia
                            oraz przyjęte w branży zwyczaje pozwalały na zwiększanie w ten sposób wagi
                            najlepszych gatunków wędlin do 20 proc.
                            Prawdziwy wyścig zaczął się pod koniec lat 90., kiedy znacznie złagodzono
                            polskie normy regulujące skład produktów spożywczych, a jednocześnie na rynku
                            pojawiły się nowoczesne niemieckie maszyny nastrzykujące kolejnej generacji.
                            Pompowanie mięsa w polskich zakładach przyjęło formę wyścigu między
                            producentami. Dziś na rynku obowiązuje wolnoamerykanka - ilość wody w wędlinie
                            ogranicza jedynie jakość sprzętu oraz wytrzymałość mięsa. Ostatnio krzykiem
                            mody są maszyny, które dzięki elastycznym igłom omijającym kości
                            potrafią „napompować" zwierzaka po uboju jeszcze przed rozebraniem go na
                            kawałki.

                            Więcej przypraw!
                            - Do czego lejecie najwięcej wody? - pytam Zygmunta, kiedy przerwa w dostawie
                            solanki wstrzymała niemal całą produkcję w zakładzie.
                            - Przede wszystkim do wędzonki. Balerony, szynki, polędwica, a więc produkty o
                            największej wartości handlowej. Kiedyś z dziesięciu kilogramów surowej szynki
                            robiło się około 8 kg wędliny. Dziś z tych samych dziesięciu kilo najbardziej
                            pazerni potrafią zrobić do 20 kg. Decyduje wyłącznie technologia. Ja jestem
                            ograniczony kilkuletnią niemiecką maszyną, dzięki której mogę rozpędzić się do
                            50 proc. - w 100 kg surowca mogę wstrzyknąć maksimum 50 kg solanki.
                            - Ludziom nie przestały smakować coraz bardziej rozrzedzane wędliny?
                            - Przede wszystkim robili to wszyscy i stopniowo, więc udało się ludzi
                            przyzwyczaić do nowej jakości. Poza tym, żeby za bardzo nie było czuć, że mięsa
                            w mięsie jest coraz mniej, nauczyliśmy się dodawać więcej przypraw.
                            - Nikt nie wpadł na pomysł zdobycia rynku wędlinami robionymi według
                            tradycyjnych receptur - tylko mięso i zioła?
                            - Znałem gościa, który chciał taką szansę wykorzystać. Oryginalne receptury,
                            przemyślana dystrybucja, reklama w dużych miastach, przy czym udało mu się
                            robić naprawdę smaczne rzeczy. Zbankrutował po sześciu miesiącach. Wykończyły
                            go napompowane szyneczki i polędwice; nie był w stanie choćby zbliżyć się do
                            nich ceną. Wiem, że było takich odważnych więcej, ale w większości skończyli
                            podobnie. Producenci zdążyli nauczyć ludzi, jakie wędliny mają jeść.
                            Kupując szynkę w sklepie, nikt z nas nie jest w stanie stwierdzić, czy woda z
                            wielofosforanami i pochodnymi azotu zajmuje w niej 30, 50 czy 70 proc.

                            Straszna śmierć niszczy mięso
                            Solanka wreszcie przyjechała, jak zwykle w postaci sproszkowanej. Żeby było
                            szybciej, Bogdan wsypuje proszek do kilku wiader naraz, a ja idę do garażu po
                            gumowy wąż, który za chwilę połączy peklownię z toaletą.
                            - Czasem jak ktoś przesadzi z pompowaniem, widać takie szare nacieki
                            przypominające naturalne żyłki czy ścięgna
                            - tłumaczy mi pan Bogdan, wrzucając na taśmę płaty mięsa (czekają już na nie
                            opakowania z napisem „Staropolska"
                            - plastikowe, żeby lepiej przytrzymały wodę, która zawsze zaczyna wyciekać
                            dopiero po pewnym czasie). Jak potrzymasz trochę szyneczkę w plastikowym
                            opakowaniu, po kilku dniach zacznie się w nim zbierać to samo, co wlewam z tego
                            kubła - syntetyczny koktajl, który większość ludzi bierze za naturalne soki.
                            Bywa jednak, że mięso zachowuje się nietypowo. Wygląda normalnie, ale nie chce
                            przyjmować wody, wylewa się jak z gąbki. - Często zdarza się, że mięso
                            nieoczekiwanie „leje się" już w zakładzie, choćbym nie wiem, jak starannie
                            przygotował je do nastrzyknięcia - mówi Bogdan. - Oznacza to, że przed śmiercią
                            i w jej czasie zwierzę tak bardzo się nacierpiało, że zdegenerowane stresem
                            mięso, jakby mszcząc się na człowieku, nie chce także przyjmować zwyczajowej
                            porcji wody.
                            Okazuje się, że humanitaryzm uboju ma także wartość ekonomiczną - jeżeli
                            zwierzę przed śmiercią poddane jest stresowi albo co gorsza cierpieniu, mięso
                            na skutek gwałtownych zaburzeń metabolizmu traci sporo walorów, także smakowych.
                            A biedne wiejskie ubojnie często nie mają specjalnych urządzeń regulujących np.
                            ruch świń w drodze do uboju, tak by każda była ogłuszana pojedynczo i w
                            spokoju. W rezultacie świnie są głuszone po kilka naraz wśród dzikich kwików.
                            Oprócz samego stresu zwierzęta często muszą przejść drakońskie męki, zanim
                            pozwoli im się zdechnąć. Sęk w tym, że oszałamianie i wykrwawianie należy
                            wykonać zaraz po sobie w jak najkrótszym czasie, tak by zwierzę wykrwawiło się
                            szybko we śnie. Częstym błędem, zwłaszcza w niewielkich ubojniach, jest za
                            niskie napięcie chałupniczych urządzeń do ogłuszania zwierząt - w rezultacie
                            porażone zbyt małą dawką prądu świnie budzą się, wisząc już na łańcuchach
                            rzeźniczych. Umierają wtedy w męczarniach, a w mięsie pozostaje niebezpiecznie
                            duża ilość krwi, w której błyskawicznie rozmnażają się bakterie, co dodatkowo
                            pogarsza jego jakość i - ku utrapieniu przedsiębiorców - zdolność chłonięcia
                            wody.

                            Klej, żeby się szynka trzymała (przynajmniej w sklepie)
                            Trzeci dzień mojej pracy w masarni. Jadę z Zygmuntem rozwieźć kilkudniową
                            produkcję do kilkudziesięciu sklepów w okolicy. - Dziś kierownik sklepu to
                            stanowisko o większym prestiżu niż w czasie stanu wojennego - Zygmunt w
                            samochodzie przypomina mi, żebym powiedział „dzień dobry", „do widzenia" i
                            najlepiej nic ponadto - w ciężkiej sytuacji całej branży to kierownicy
                            decydują, jakie mięso będą jedli ludzie, kto i czym będzie je szprycował. A
                            kierownicy sklepów mają przede wszystkim dwa życzenia - żeby wędlina była tania
                            i żeby się dobrze kroiła na cienkie plasterki, bo tylko tak teraz ludzie chcą
                            brać. Mówiąc w skrócie, przynajmniej w sklepie wędlina musi się trzymać w
                            kupie. A same wielofosforany z solanki do tego nie wystarczą. Trzeba dolać
                            sporo „kleju", żeby wytrzymała w zdrowiu parę dni i puściła soki dopiero w
                            domowej lodówce. Jak doda się mocnego „kleju", to nawet nieźle napompowana
                            szyneczka potrafi trzymać się jak guma.
                            Klej to oczywiście nazwa umowna. Chodzi o związki chemiczne, które są w stanie
                            związać nadwyżkę wody wewnątrz wędliny, dzięki czemu zapewniają jej jędrność.
                            Jeszcze do niedawna producenci lali do środka zwyczajny krochmal, ewentualnie
                            wsypywali worki mąki. Jednak nawet mąka, zwłaszcza że sypana w coraz większych
                            ilościach, stała się kolejną pozycją na liście oszczędności. Rodzimi
                            przedsiębiorcy z branży zaskakująco szybko przyswoili sobie najnowsze
                            osiągnięcia światowej nauki.
                            Preparaty białek soi, skrobi, wyciągi z alg morskich i preparaty roślin
                            tropikalnych - okazy światowej flory na tyle mocno wiążą wodę wstrzykniętą do
                            mięsa, że w rezultacie są tańsze od surowców stosowanych od dziesięcioleci w
                            polskich masarniach. Zdolności wiązania mięsa tropikalnych preparatów i
                            tradycyjnej mąki Zygmunt porównał do różnicy między klejem do papieru i Super
                            Glue.
                            W ostatnich latach wiele firm zaczęło sprowadzać do kraju coraz tańsze
                            sproszkowane substancje, które skutecznie zapobiegają przedwczesnemu wyciekowi
                            z trudem wpompowanej wody. Najtańsze (i co za tym idzie najpopularniejsze wśród
                            producentów) są, niestety, preparaty nietrwałe,
                            • tukee Re: Myślę, że mu szynka zaszkodzila.... CD 2 29.11.05, 12:32
                              Konkurencja lakierowana
                              Wracamy do zakładu, trzeba wyładować to, czego nie udało się sprzedać w żadnym
                              z 40 sklepów. - Niestety, dziś pijemy z Zygmuntem przy pasztetowej i
                              wątrobianej, wyniki sprzedaży nie upoważniają do lepszych gatunków. -
                              Konkurencją, oprócz dużych zakładów, są nielegalne przetwórnie w oborach i
                              chlewniach. Tam chłopi po cichu biją inwentarz i w warunkach urągających
                              jakiejkolwiek higienie preparują „tradycyjne" wędliny. Wiem o co najmniej
                              kilkunastu takich „przetwórniach" w samej tylko najbliższej okolicy. Sprzedają
                              na lewo, także sklepom w miastach. Widziałem, jak oni to mięso zagniatają
                              dosłownie czarnymi rękami. Taki rolnik, jak ubije świnię, łaskę zrobi, jak w
                              ogóle zbada mięso. Przeważnie jednak nie bada. Zwłaszcza że higieniczne zdjęcie
                              skóry w takim małym zakładzie jest praktycznie niemożliwe. Najgorszą rzeczą
                              jest podciąganie skóry do góry - powoduje, że kawałki błota i kału spadają,
                              przyczepiając się do płatów mięsa, które idą prosto do peklowania. W takich
                              wypadkach nawet wymycie pod strumieniem wody niewiele pomoże - grudki brudu
                              błyskawicznie przywierają między sztywniejącymi mięśniami.

                              Następnego dnia dowiaduję się, że w ramach oszczędności prawdopodobnie w ciągu
                              miesiąca zlikwidowana zostanie wędzarnia należąca do Zygmunta.
                              - Jeżeli chodzi o wędzenie, pozostałem wierny tradycji tylko dlatego, że na
                              kupno „lakierni" po prostu mnie nie stać - mówi Zygmunt, kiedy wchodzimy do
                              pomieszczenia, w którym od aromatu mięsa uwędzonego w specjalnie dobranej
                              mieszaninie liściastego drewna aż zakręciło mi się w głowie. Zygmunt wyjmuje z
                              beczki garść grubo zmielonych, pachnących żywicą trocin - to buk i olcha.
                              Zamocowane na wędzarniczych hakach połcie mięsa przez kilka godzin muszą się
                              nawdychać dymu, żeby nabrały odpowiedniego smaku, zapachu i wyglądu.
                              Ten aromat naukowcy zdążyli skomponować za pomocą kilkudziesięciu chemikaliów.
                              Nowoczesna „lakiernia", czyli sztuczna wędzarnia, spryskuje mieszanką
                              chemikaliów wiszące płaty mięsa. Najpierw jednak mięso musi być spreparowane i
                              przygotowane na kąpiel w tablicy Mendelejewa, tak żeby warstwa „lakieru" ładnie
                              przylegała i nadawała mu apetyczny, lśniący wygląd. Oficjalna nazwa takiej
                              substancji to preparat dymu wędzarniczego.
                              - Policzyć opłacalność takiego wynalazku jest stosunkowo łatwo- mówi Zygmunt. -
                              Jednowózkowa „lakiernia" kosztuje około miliona. Na wózek wejdzie 100 kg
                              wędlin, czyli o 10 proc. więcej niż w tradycyjnej wędzarni. To daje na 100 kg
                              wędzonki 10 kg dodatkowo. Średnia cena surowej wędliny to 8 zł, więc z jednego
                              wózka wychodzi już 80 zł ekstra minus koszty surowca - sto wózków daje już
                              prawie osiem tysięcy. A sto wózków mięsa można „nasmarować" nawet w tydzień, bo
                              opryskiwanie zajmuje mniej czasu od tradycyjnego wędzenia.
                              Kiedy odjeżdżam do domu z wielką torbą tradycyjnych wędzonek, Zygmunt przyznaje
                              się na pożegnanie, że zamierza zwinąć interes najdalej za trzy miesiące. -
                              Jeżeli sytuacja na rynku się nie poprawi - zastrzega - ale coraz mniej w to
                              wierzę.

                              PIH: wielofosforany, związki azotu i fragmenty osłonek
                              Po powrocie do Warszawy rozmawiałem ze specjalistami. Na nikim moje opowieści
                              nie zrobiły większego wrażenia.
                              - Nie ma normy, która by regulowała ilość solanki w wędlinach - mówi prof. Jan
                              Mroczek, kierownik zakładu technologii mięsa z warszawskiej Szkoły Głównej
                              Gospodarstwa Wiejskiego. - Jedyne ograniczenie to tzw. dobra praktyka
                              produkcyjna, która w polskich realiach jest wolnoamerykanką. Zresztą to i tak
                              bez znaczenia, bo nie ma systemu kontroli przestrzegania tych norm. Nawet jak
                              inspekcja handlowa raz na jakiś czas pobierze z jakichś zakładów próbki
                              produktów do analizy, to są to kontrole wyrywkowe, zaś wysokość kar, jeżeli są
                              w ogóle wymierzane, nie stanowi dla producenta żadnego zagrożenia. W Polsce nie
                              ma systemu, który by eliminował producentów oszustów.
                              Prof. Mroczek przyznaje, że jedynym oznaczeniem wskazującym, że kupowane przez
                              nas mięso zostało napompowane wodą, jest napis „produkt wysoko wydajny", który
                              też nie wszyscy producenci umieszczają na opakowaniach. Cała zaś gama
                              dodatkowych preparatów białkowych, zmodyfikowanych soi, środków żelujących
                              ukrywa się pod symbolami „E" z trzycyfrową liczbą.
                              Okazuje się jednak, że inspektorzy Państwowej Inspekcji Handlowej po wielekroć
                              alarmowali o niebezpiecznie wysokim stężeniu w mięsie wiążących wodę
                              wielofosforanów (nadmiar wielo-fosforanów powoduje u dzieci niedorozwój kości,
                              u starszych ludzi osteoporozę). Jeszcze bardziej niebezpieczne jest nadmierne
                              szprycowanie wędlin związkami azotu, które powyżej pewnego poziomu stają się
                              trucizną.
                              Już ponad rok temu PIH (podlega Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumenta)
                              pisała: „Niepokojącym zjawiskiem w branży przetwórstwa mięsa stał się
                              powszechny udział różnych substancji dodatkowych stosowanych w celu zwiększenia
                              wydajności produktu" (cytat z raportu po kontrolach w największych
                              supermarketach w Polsce). Oprócz faszerowania mięsa chemią inspektorzy
                              wykrywali w szynce rozwarstwianie się mięśni na skutek zbyt dużego pompowania
                              wodą, w wędlinach znaleźli „fragmenty osłonek pochodzących z przerobu innych
                              wędlin oraz kwaśny i piekący smak świadczący o zapoczątkowanym procesie
                              zepsucia". W zależności od gatunku wędlin inspekcje zakwestionowały jakość od
                              kilku do kilkudziesięciu procent badanego towaru. Wśród konserw mięsnych ponad
                              połowa skontrolowanych produktów została uznana za wadliwe, a wśród
                              paczkowanych wędlin drobiowych prawie dwie trzecie. Kontrola ujawniła
                              jednocześnie masowe oszukiwanie klientów - na opakowaniach większości
                              przetworów mięsnych brak informacji o zastosowanych środkach uzupełniających.
                              Poza tym potwierdzono istnienie szarej strefy – nielegalnych zakładów
                              przetwarzających mięso bez żadnej kontroli weterynaryjnej czy higienicznej.
                              Doktor Adam Jarecki z Głównego Inspektoratu Weterynarii mówi, że nielegalne
                              przetwórnie to problem w całym kraju. - Niestety, jesteśmy bezbronni. W
                              momencie kiedy składamy w prokuraturze doniesienie o nielegalnym wytwarzaniu
                              wędlin na sprzedaż gdzieś na wsi, zawalona sprawami prokuratura z reguły umarza
                              śledztwo z powodu niskiej społecznej szkodliwości czynu.
                              - Co gorsza, inspektorzy i kontrolerzy kontrolują przede wszystkim duże
                              zakłady, gdzie mogą liczyć na dużą karę, ewentualnie łapówkę - dodaje jeden z
                              moich rozmówców - zakłady mniejsze, bardziej prymitywne, skutecznie unikają
                              kontroli.
                              W 1999 r. Inspekcja Weterynaryjna dokonała przeglądu wszystkich zakładów -
                              tylko l proc. ubojni i 4 proc. przetwórni spełniało wymagania UE.
    • vvesna Re: piątek zgodnie z tradycją 30.11.05, 20:11
      Z racji tego, że powoli zaczynam wierzyć w to,że do piątku przestanę kaszleć i
      smarkać (przepraszam za dosłowność) i Wieśniak też już przestaje wykonywać te
      jakże przyjemne czynności, zgłaszamy swój akces do piątkowego spotkania. Mamy
      nadzieję, że zmieścimy się przy tym zarezerwowanym stole.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka