Dodaj do ulubionych

Step to zwyczajny chłop psńszczyźnizny

19.03.08, 23:02
wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5040395.html

Obserwuj wątek
    • kaukonsky Konsorcjum 20.03.08, 18:42
      NUMER 10/2008
      Najazd wikingów
      Jak Norwegowie podarli polskie gazety
      Darczyńca oświadcza, iż przekazuje na rzecz Obdarowanej darowiznę w
      kwocie 4.200.000 PLN (cztery miliony dwieście tysięcy złotych).
      Przekazanie pieniędzy nastąpi na rachunek bankowy (tu numer
      prywatnego konta). Obdarowany oświadcza, że przyjmuje darowiznę.
      Darczyńcą w zawartej 12 kwietnia 2000 r. umowie darowizny jest
      koncern Orkla Media Polen AS z siedzibą w Oslo reprezentowany przez
      prezesa zarządu Terje Bertheussena, niepodzielnego pana i władcę
      wszystkich orklowskich pism w Polsce, z „Rzeczpospolitą” na czele.
      Obdarowaną nie jest bynajmniej kobieta, lecz Jerzy Hankiewicz, nieco
      zapomniany obecnie mieszkaniec Wrocławia. Użycie żeńskiej formy
      słowa „obdarowany” nie jest najdziwniejszą rzeczą w tej historii.
      Na początku było „Słowo”
      Wychodzące we Wrocławiu „Słowo Polskie” było najstarszą gazetą na
      tzw. ziemiach odzyskanych. Do 1989 r. jego wydawcą – podobnie jak
      dwóch innych wrocławskich dzienników „Gazety Robotniczej” (organu KW
      PZPR) i „Wieczoru Wrocławia” – był moloch RSW Prasa-Książka-Ruch.
      Po upaństwowieniu RSW dolnośląska prasa lokalna przeszła w ręce
      dotychczasowych pracowników. Spółdzielnie dziennikarskie otrzymywały
      najczęściej tytuły za darmo. Na ich samodzielne wydawanie nie miały
      jednak żadnych szans. Niedoinwestowane, pozbawione nowoczesnej bazy
      technicznej gazety musiały wchodzić w układy z wielkimi graczami na
      rynku mediów. W pierwszej połowie lat 90. udziałowcem „Słowa
      Polskiego” i „Wieczoru Wrocławia” stała się norweska
      Orkla, „Robotnicza” zaś, przechrzczona na „Gazetę Wrocławską”,
      weszła w układ z niemieckim Passauerem.
      Polskie drogi
      Droga Hankiewicza do norweskiego potentata także wiodła szlakiem
      rodzimej prywatyzacji. Do roku 1989 r. cieszył się wśród
      załogi „Słowa Polskiego” opinią porządnego, niepolitykującego
      faceta. W nowych realiach włączył się od razu w kierowanie
      spółdzielnią wydającą „Słowo”. Początki wydawały się obiecujące. W
      pierwszej połowie lat 90. Orkla posiadała zaledwie jedną trzecią
      udziałów w spółce wydającej tytuł, a interes rozwijał się w
      imponującym tempie.
      – Byliśmy jak dzieci we mgle – wspomina Jan Wawrzyniak, jeden z
      byłych naczelnych „Słowa”. – Norwegowie wydawali się sympatycznymi,
      otwartymi ludźmi, którzy nauczą nas nowoczesnego dziennikarstwa.
      Jako udziałowcy mniejszościowi menedżerowie Orkli zadowalali się
      rocznymi sprawozdaniami finansowymi. Te zaś wykazywały głównie
      rosnące zyski. Prócz zysków Norwegów żywo interesowała jeszcze jedna
      sprawa – stałe zwiększanie udziałów we wrocławskim biznesie. Na
      przełomie lat 1995/96 Orkla posiadała już równo połowę udziałów w
      wydawnictwie. Wzrost osiągnęła wnosząc aportem sprowadzoną z
      Norwegii maszynę drukarską.
      Wraz ze wzrostem udziałów skandynawscy inwestorzy stawali się
      stopniowo coraz mniej sympatyczni. Wzrosło parcie Norwegów na stałe
      zwiększanie zysków. Pierwszym przykazaniem miało być dążenie do
      przejęcia 100 proc. akcji spółki, do której wkracza Orkla. Było
      oczywiste, że rozwój wypadków zmierza do całkowitego przejęcia gazet
      przez Orklę. Przed polskimi udziałowcami „Słowa” pojawił się
      niełatwy dylemat: trzymać swoje papiery, czy sprzedawać?
      Sprzedajemy się
      Udziały kupowało kilka osób. Zdecydowanie najwięcej udziałów
      zgromadził Hankiewicz. Zainwestował kilkaset tysięcy złotych. Jak
      mówi, włożył w to swe niemałe zarobki (był w tym czasie jednym z
      prezesów wydawnictwa), kapitał z gry na giełdzie i pożyczki od
      rodziny. W sumie zebrał około 23 proc. udziałów reprezentowanych na
      zgromadzeniu.
      Skup udziałów wiązał się z ryzykiem. W końcówce lat 90. „Słowo”
      zaczęło wyraźnie przegrywać konkurencję z wydawaną przez
      Niemców „Gazetą Wrocławską” i lokalną mutacją „Wyborczej”. Interesy
      wydawnictwa ratowała jedynie przynosząca dochody drukarnia. W samej
      redakcji mnożyły się roszczenia płacowe, doszło nawet do strajku
      ostrzegawczego.
      – Jurek był człowiekiem Norwegów, to on prowadził wszelkie rozmowy z
      Orklą – twierdzą zgodnie byli koledzy Hankiewicza.
      – Prowadzić prowadziłem, ale nie sam. O wszystkim wiedziały
      pozostałe trzy osoby w czteroosobowym zarządzie Wydawnictwa „Słowo
      Polskie” skupiającym polskich udziałowców – ripostuje Hankiewicz.
      Norweg daje i odbiera
      – To prawda, że posiadam umowę darowizny od Orkli. Kłopot w tym, że
      jest ona jedynie na papierze – potwierdza Hankiewicz. Były
      prezes „Słowa” procesuje się obecnie z Orklą przed
      polskimi i norweskimi sądami.
      Jakie znaczenie miała darowizna w procesie przejmowania „Słowa”
      i „Wieczoru”? Wydaje się, że zasadnicze. Wielu byłych dziennikarzy
      gazety mówi wprost o łapówce. Zdaniem Hankiewicza, pieniądze były
      wywalczone i przeznaczone dla wszystkich. Fakt, że Norwegowie
      obiecali przelać kasę na prywatne konto, wynikać miał z zaufania do
      niego. Liczy na odzyskanie darowanych pieniędzy na drodze sądowej.
      Nie wiemy, co o sprawie myśli darczyńca Terje Bertheussen. Mimo
      wielomiesięcznego oczekiwania i parokrotnych monitów nie
      doczekaliśmy się od Orkli odpowiedzi na postawione na piśmie
      pytania. Szkoda, zwłaszcza że w wydawanych w Polsce gazetach Orkla
      uprawia kult publicznej przejrzystości i walki z korupcją.
      Hankiewicz uważa dziś, że Orkla od początku nie miała zamiaru
      wywiązać się z umowy darowizny. W umowie i klauzulach towarzyszących
      zastawione są chytre sidła. Niewątpliwe jest tylko jedno: Hankiewicz
      obiecanych pieniędzy nie dostał i w sposób niemiły rozstał się z
      pracą w koncernie.
      Drugim obok darowizny elementem skłaniającym polskich udziałowców do
      odstąpienia udziałów Norwegom była obietnica pracy w Orkli. Jerzy
      Hankiewicz wynegocjował dla siebie wieloletni kontrakt dyrektorski.
      Gdy jednak zaczął stawiać się w sprawie darowizny, szybko znalazł
      się w opałach. Wpierw przesunięto go na stanowisko szefa rady
      nadzorczej. Potem zlikwidowano radę.
      Osoby zachowujące się powściągliwiej pracują w Orkli nadal. Na
      przykład Krzysztof Paliński, ostatni orklowski prezes na Dolnym
      Śląsku, jest dziś dyrektorem ds. rozwoju w „Rzeczpospolitej”.
      Jerzy Hankiewicz jest dziś emerytem. Liczy na to, że gdy wygra
      sprawę w norweskim sądzie, jego byli koledzy przyznają mu rację.
      – Ostatnie lata panowania Orkli to było piekło – wspominają zgodnie
      osoby sprawujące kierownicze stanowiska w gazecie po roku 2000.
      Żądano stałego wzrostu dochodów ograniczając jednocześnie do minimum
      nakłady. Sprzedaż gazet szła cały czas w dół.
      Guten Tag
      Mimo iż przedstawiciele Orkli zapewniali polskich udziałowców, że
      nigdy nie sprzedadzą „Słowa” i „Wieczoru” Niemcom, mimo protestów i
      strajku załogi, „Słowo” i „Wieczór” trafiły we wrześniu 2003 r. w
      ręce niemieckie. W rękach Verlagsgruppe Passau znalazły się
      wszystkie dzienniki regionalne Dolnego Śląska. „Gazetę Wrocławską”
      połączono ze „Słowem”. Nowy twór nazywa się „Słowo Polskie – Gazeta
      Wrocławska” we Wrocławiu (gdzie wcześniej lepiej sprzedawało
      się „Słowo”) i „Gazeta Wrocławska – Słowo Polskie” w pozostałej
      części województwa, gdzie wcześniej królowała „Wrocławska”
      i „Robotnicza”. „Wieczór” zamieniono w niewiele znaczący dodatek do
      gazety.
      Z połączonej gazety odeszła lub do odejścia została zmuszona większa
      część znanych dziennikarzy. Wzorowane po części na „Fakcie” pismo
      robione jest siłami praktykantów i dziennikarzy zatrudnionych na
      groszowych, niepełnych etatach. Chętnych do pracy nie brak. Po
      redukcjach zatrudn
      • kaukonsky cd. 20.03.08, 18:46
        Po redukcjach zatrudnienia w dolnośląskich oddziałach gazet
        ogólnopolskich bezrobocie wśród dziennikarzy na Dolnym Śląsku bije
        rekordy.
        Próba budowy opiniotwórczej prasy regionalnej z prawdziwego
        zdarzenia okazała się, przynajmniej na Dolnym Śląsku, mission
        impossible.
        Autor : Maciej Wełyczko
        www.nie.com.pl/art4077.htm
        • stepby Re: cd. 20.03.08, 19:02
          Myśle, ze gdyby czesc zysków z abonamentu była kierowana na wszystkie media, w tym i "papierowe" to "prawdziwe opiniotwórcze dziennikarstwo" miałoby rację bytu. Teraz wszystcy chcą się utrzymac na rynku i jest jak jest.
        • pawlozsiul Lokalna gazeta w Bolesławcu 20.03.08, 21:00
          Ja mam taki dziwny zwyczaj, że gdzie się nie pojawię kupuję gazetę.
          Najchętniej lokalną. Z Dolnego Śląska najlepiej znałem "Wiadomości
          Bolesławca" [wiadomo - Bolesławiec to albo ostatnie miasto w Polsce
          przed wjazdem do Niemiec, albo pierwsze po powrocie - często tam się
          zatrzymywałem]. Zupełnie profesjonalne pismo, nie wywodziło się z
          dawnej RSW, na brak reklam nie narzekało, nie kupili go żadni
          Norwegowie. I jakież było moje zdumienie, kiedy w czerwcu ub.r.
          poprosiłem w kiosku o "Głos Bolesławca" i usłyszałem: "nie ma od
          roku". No to proszę o inną lokalną gazetę. Nie ma innej. To była dla
          mnie większa zaskoczka niż perypetie "Słowa". Za grzyb nie pojmuję
          fenomenu upadku tego tytułu.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka