ech_o
07.07.05, 20:45
Od czasu kiedy zrozumiałam i zaakceptowałam moje "naznaczenie" nauczyłam się
patrzeć na siebie i swoje działania nieco z boku.
Wiem, że pokrzywdzone dziecko wewnętrzne już zawsze we mnie pozostanie, ale
mogę coś dla niego zrobić. Mogę być dla niego dobrym rodzicem i
przewodnikiem:)
Moje życie dzielę umownie na swój użytek jako "czas ciemności" i "czas
światła". Kiedy zaobserwuję w sobie reakcje z czasu ciemności, to zaczynam
gadać ze swoimi myślami. Z lekką, ale dobroduszną ironią mówię do
siebie "Mała, nic się nie bój, znamy te wzorce, zawracaj, jestem z Tobą, nie
bój się" :)
Ot, takie małe śmieszne dialogi dodające siły i odwagi.
Dużo pracowałam nad całkowitym oczyszczeniem i wybaczeniem. Czasem wydaje mi
się, że już-już jestem u progu, ale jeszcze nie przekroczyłam granicy
wybaczenia.
Czasami mam wyrzuty sumienia, że beztrosko zajmuję się sama sobą, kiedy tuż
obok jest sprawa, której mogłabym się poświęcić.
Taki nawyk - rób wszystko dla innych byle zagłuszyć swój ból: "myj okna,
sprzątaj, cokolwiek rób, byleby nie wejrzeć w siebie. A potem czuj się
zmęczona, o tak, doskonale jest być ofiarą:)".
Idąc na spacer, albo na beztroskie spotkanie z przyjaciółką miewam jeszcze
wyrzuty sumienia.
Ale wreszcie prawdziwie dbam o siebie, o swoje wewnętrzne dziecko, o swoje
człowieczeństwo.
Moje nowe Ja wypracowane w trakcie pojmowania samej siebie bardzo mi pomaga i
pozwala zyć bardziej świadomie.
Wszystkim życzę najlepszej opieki jaką możecie dać swoim wewnętrznym
dzieciom. Zapewnijcie im miłość i dość uwagi, na tyle dużo ile tego wymagają.
Uciszone, uspokojone i szczęsliwe dziecko przestaje krzyczeć, uczy się śmiać
i zaczyna postrzegać świat jako koszmar.