gph
23.02.05, 17:23
Kiedy wracałem do samochodu, zauważyłem ten sklepik. Wchodziło się po kilku
stopniach, a w środku było tyle miejsca, by stanąć i się obrócić. Izdebkę
przedzielała na pół wąska lada. Na ścianie za kontuarem wisiało parę półek.
Wybór towarów był taki sam jak w innych sklepikach na rumuńskiej prowincji:
trochę tego, trochę tamtego, wszystko nieco spłowiałe, wyblakłe i bez
ostentacji. Słoiki, torebki i butelki wyglądały tak, jakby stały tu od zawsze
i miały pozostać do swojego końca, do czasu jakiejś łagodnej
dematerializacji. Ale ten smutek znikomości, to memento artykułów
podstawowych - cukru, ryżu, zapałek i papierosów carpati roztaczały w ciemnym
i ciasnym wnętrzu jakąś bohaterską aurę. Wszystko stało w absolutnym
porządku, w nienaruszalnej schludności. Półeczki wyścielone były czystym
papierem, rzeczy oddzielała od siebie precyzyjnie odmierzona przestrzeń. Tak,
to był świat, który zanikał i zamierał, ale miał swoją przemyślaną i celową
formę zabrać ze sobą do grobu.