Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułgarii)

01.08.07, 08:58
Przyjechaliśmy tu pod koniec czerwca na 2 miesiące do mojego Męża, który
pracuje i mieszka w Bukareszcie od 7 miesięcy. Bardzo chciałam poznać kraj,
kulturę, ludzi. Dlatego dużo jeździmy, zwiedzamy, nocujemy w różnych
miejscach. A relacja ze zwiedzania poniżej - zapraszam do letury :-)
    • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga 01.08.07, 09:00
      26.06.07

      Zaczęły się wakacje, a nas los rzucił do Rumunii. Pierwsze dni pobytu spędzimy
      w Bukareszcie.
      Lot z Warszawy odbył się bez problemów, dzieciaki zadowolone – fajny, nieduży
      samolot, miły steward, niezłe jedzonko. Do tego dobra widoczność za oknem, więc
      można popodziwiać widoki.
      Na lotnisku w Bukareszcie, przy wyjściu z samolotu, zabił nas upał. Już po
      chwili, po odebraniu bagaży, powitał nas Krzyś. W klimatyzowanym samochodzie,
      nie czując temperatury na zewnątrz, dojechaliśmy szczęśliwie do domu. Z
      radością zjedliśmy pyszny obiad, przygotowany przez Krzycha i w towarzystwie
      holenderskiego szefa Krzysia, a późnym wieczorem wybraliśmy się na spacer po
      okolicy.
      I tutaj zaczęliśmy odkrywać urok miasta. Uliczki zaniedbane, trawniki zasypane
      śmieciami, ale przy tych trawnikach można zobaczyć piękne domy – niestety, z
      powodu biedy lub niechlujstwa właścicieli często zaniedbane, ale przez to
      zaniedbanie przebijał kunszt i pomysłowość architektów – piękne zdobienia
      balkonów, okien, liczne facjatki, wymyślne dachy. Każdy dom inny, a jednak w
      podobnym stylu. Do tego ogrody, częstokroć równie zaniedbane, jak domostwa,
      choć i tu zdarzają się chlubne wyjątki.
      Pełni wrażeń i nadziei na dalsze wrażenia zapadliśmy w sen, oczekując kolejnych
      dni, spędzonych na zwiedzaniu i poznawaniu miasta, jego mieszkańców, historii,
      architektury.
      W poniedziałek młodzież namówiła na odpoczynek w domu i udało mi się tylko
      wyciągnąć je do pobliskiego parku – uroczy, fajnie zagospodarowany – liczne
      atrakcje dla młodszych dzieci. Do tego w pobliżu ciekawe Muzeum Geologiczne -
      zapewne wybierzemy się do niego niedługo.
      We wtorek zaczęła się moja prywatna przygoda z Bukaresztem. Po miłym śniadanku
      z mężem wyruszyłam w miasto. W planie miałam zwiedzenie okolic Placu Unirii. To
      właśnie tam znajduje się Parlament, sporo cerkwi kryje swe uroki pomiędzy
      blokami-molochami – jest co pooglądać.
      Na Plac Unirii miałam zamiar dojechać metrem, ale jak się później okazało, w
      ferworze walki wsiadłam do złej kolejki i pojechałam na podziemną wycieczkę
      dookoła miasta. W rezultacie wysiadłam na stacji Izvor – blisko od Pałacu
      Parlamentu.
      Dlatego swoje kroki skierowałam w kierunku tej monstrualnej budowli. Budynek,
      uznawany za jedną z największych atrakcji Bukaresztu, przytłacza swym
      rozmiarem – jest największą budowlą w Europie, drugim (po Pentagonie) na
      świecie. Budowę rozpoczęto w 1984 r. i trwa ona do dziś. Jego powstanie zmiotło
      z powierzchni ziemi kilkanaście cerkwi, trzy klasztory i steki wspaniałych
      kamienic. Budynek może się podobać i tylko pamięć o nieistniejących już
      budowlach nie pozwalała mi kontemplować dostatecznie jego ogromu i piękna.
      Z Placu Konstytucji, skrzętnie omijając główne arterie, wyruszam w kierunku
      Monastyru Antim. Budynek ten, ukryty wśród socrealistycznych bloków, robi na
      mnie ogromne wrażenie – piękny przedsionek, wspaniałe drzwi i okna, śliczne
      mozaiki i malowidła, zabytkowe wnętrze, atmosfera rozmodlenia (akurat trafiłam
      na święcenie chleba – chyba dziś jest jakieś święto prawosławne). Powstanie
      Klasztoru datuje się na XVIII w.
      Po zwiedzeniu Klasztoru postanawiam wdrapać się na niewielkie wzgórze, na
      którym znajduje się Katedra Prawosławna i Pałac Patriarchy. Po drodze podziwiam
      jeszcze widok na Bulwar Unirii, przez środek którego, chyba na wzór
      barceloński, rozmieszczono liczne fontanny. Tryskająca woda daje trochę
      ochłody, a poza tym tworzy ładną całość wraz z górującym w oddali Pałacem
      Parlamentu. Bulwar ten ma 3km długości (o 6 m dłużysz od Pól Elizejskich) i
      miał być konkurencją dla Pól Elizejskich. Czy jest ? Hm, rzecz gustu – ja
      jednak wolę zaciszniejsze miejsca, tym bardziej, że mam świadomość, że w celu
      uzyskania tak wielkich powierzchni na tą arterię, poświęcono kolejne cerkwie,
      klasztor i liczne domy mieszkalne.
      Katedra Prawosławna i Pałac Patriarchy zrobiły na mnie ogromne wrażenie. U stóp
      wzgórza stoi kamienny krzyż, dalej arteria dzieli się na ocienione przez drzewa
      chodniki i parking pośrodku. Po drodze mijam handlarzy dewocjonaliami, osoby
      proszące o pomoc finansową i liczne wycieczki – głównie, nie wiedzieć czemu,
      francuskie. Pałac Patriarchy wieńczy piękna, srebrna kopuła z aniołem na
      szczycie, a obok znajduje się Katedra – dziś bardzo zatłoczona. Wnętrze piękne,
      wspaniały, złoty ikonostas, i znów ta atmosfera – mężczyźni śpiewają, kobiety,
      w chustach na głowach, klęcząc, modlą się. Wiele osób podchodzi do
      poszczególnych obrazów, całuje je, żegna się wielokrotnie i dalej się modli.
      Drażni tylko ten francuskojęzyczny tłum, choć i tak, z szacunku, zachowuje
      względną ciszę. Wycofuję się powoli, coś jednak nie pozwala mi na szybkie
      opuszczenie tego miejsca.
      Dalej, bocznymi uliczkami udaję się do kolejnej Cerkwi – tym razem będzie to
      Cerkiew Księcia Serbana – odnajduję ją bez większych problemów. Kolejna
      perełka, zagubiona pomiędzy paskudnymi blokami. W środku 3 kobiety, jedna przed
      tablicą z wotami jakiegoś Świętego. Podchodzę po niej i robię zdjęcia, bo
      sposób przechowywani tych zabytków bardzo mi się podoba. Po wyjściu jakaś
      kobieta prosi o pieniądze, ale nie łamię się – na taką pomoc można tu zostawić
      fortunę.
      Ruszam dalej, w kierunku kolejnej cerkwi – tym razem Księcia Radu. Po drodze
      oglądam się jeszcze i co chwila, wśród innych budynków miga mi dach opuszczonej
      przed chwilą Cerkwii Księcia Serbana.
      Robię jeszcze parę zdjęć z innej perspektywy i nagle, przede mną wyrasta
      piękny, malutki domek – po prostu cudo. Malutkie okna, malutkie drzwi,
      wielospadzisty daszek, a obok socrealistyczne ”klocki”. Myślę sobie, że dla
      kontrastu dobrze by było i je uwiecznić na zdjęciu. Robię zdjęcie, a tu nagle
      podchodzi do mnie umundurowany pan i coś mówi po rumuńsku. Odpowiadam po
      angielsku, że nie rozumiem – on daje mi znak, że mam iść za nim. Podchodzi do
      nas kolejny umundurowany, tym razem anglojęzyczny i prosi o pokazanie zdjęcia,
      a następnie o dokumenty. Baranieję, do tego okazuje się, że paszport zostawiłam
      w domu. No i pięknie, zaczynam się denerwować, nie wiem o co chodzi, a oni
      zapraszają mnie do środka bloku, do swego szefa. No normalnie jakaś maniana –
      oni znów pytają po co mi zdjęcia tego budynku, skąd jestem, gdzie moje
      dokumenty itd. Mówię, że zaraz zadzwonię do mojego męża, on pracuje w
      Bukareszcie, zaraz przywiezie mój paszport itd. Ale oni nie, dalej swoje, po co
      mi zdjęcia tego budynku, a ja oczywiście mówię, że nie wiem co fotografowałam,
      po prostu jakiś blok, tak dla kontrastu do tego malutkiego domku. I tutaj mój
      wzrok pada na tablicę nad biurkiem szefa – no i tu mnie lekko zamurowało –
      oczywiście, jak to ja – nie mogłam sfotografować nic normalnego, przeciętnego.
      Ja od razu musze wycelować obiektyw aparatu w coś specjalnego – tym razem,
      nieszczęśliwie dla mnie, padło na Ambasadę Izraelską, a ja oczywiście wyglądam,
      jak ekstremistka palestyńska. Panowie, po moich dalszych tłumaczeniach godzą
      się na skasowanie zdjęcia bloku (z nerwów kasuję również domek) i puszczają
      mnie wolno, nie osadzając na szczęście w kazamatach o zaostrzonym rygorze ;-)))
      Cała w nerwach, ale już bez kolejnych głupich wybryków, dochodzę szczęśliwie do
      kolejnej Cerkwi (Księcia Radu) – chyba musze się pomodlić, bo przejścia z
      Ambasadą kosztują mnie wiele nerwów i potrzebuję wyciszenia. Przy wejściu wita
      mnie piękny krzyż, trochę na wzór naszych zakopiańskich. Cerkiew przechodzi
      właśnie gruntowne porządki, więc udaje mi się sfotografować różne precjoza,
      leżące spokojnie na uliczce przy cerkwi. W środku znów zachwycają mnie
      wspaniałe kandelabry, cudny ikonostas, piękne, barwne malowidła. Obok cerkwi
      stoi dzwonnica, również ozdobiona wspaniałymi malowidłami. Dalej, pod murami
      cerkwi widzę pojedyncze groby
      • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga 01.08.07, 09:12
        cd wcześniejszego wątku (coś tą część zżarło, albo była za długa):

        widziałam już takie przy poprzednich cerkwiach – myślę, że szczególnie
        zasłużonych dla danego klasztoru grzebie się właśnie w takich miejscach.
        Okrężną drogą, biegnącą wzdłuż rzeki, aby nie natknąć się znów na cudowny domek
        i groźnych ochroniarzy z Ambasady Izraela, wracam do Placu Unirii. Po drodze
        mijam jakiś ogromny budynek – straszak ze sterczącymi drutami, bez okien, a
        zaraz obok nowoczesny, przeszklony biurowiec – oto Bukareszt właśnie.
        Przy placu rosną super drzewa – ich owoce do złudzenia przypominają fasolkę
        szparagową. Tylko ten plac, jak większość w Bukareszcie, taki wielki,
        nieprzyjazny pieszym – trzeba go obchodzić dookoła, nie ma przejść w poprzek i
        trzeba ganiać po takim wielkoludzie (niczym jak wokół naszego Pałacu Kultury).
        Przy obejściu jednego takiego placu nie ma problemu, ale mam już za sobą kilka
        takich, a jeszcze sporo drogi przede mną.
        Z Placu Unirii wchodzę do kolejnej Cerkwi – tym razem to Cerkiew Bara –
        przycupnięta pomiędzy wielkimi budynkami, z ulicy widać tylko jej wąską fasadę.
        Łatwo ją przeoczyć, a szkoda – mnie zachwycają, poza wszystkimi innymi
        cudownościami, drzwi – pięknie rzeźbione.
        Powiecie, że oszalałam, ale na moim szlaku znajduje się jeszcze kilka cerkwi –
        chcę zobaczyć te, które poleca mój przewodnik (Pascala). Dlatego teraz idę na
        poszukiwania kolejnego zabytku, skrzętnie ukrytego przez budowlańców Ceausescu.
        To będzie Cerkiew Księżniczki Balasy, znajdująca się na tyłach XIX-wiecznego
        Pałacu Sprawiedliwości. I tutaj nagroda dla niestrudzonych poszukiwaczy
        bukareszteńskich cerkwi, a przy okazji zapalonych robótkowiczów – jedną z ozdób
        jest (uwaga !!!) serwetka wykonana techniką makramy szydełkowej – kontempluję
        jej piękno dosyć długo, aż zaczyna mi się podejrzliwie przyglądać jakaś
        rozmodlona niewiasta. Dlatego szybko robię zdjęcie serwetki (bez flesza) i
        wyruszam na dalsze zwiedzanie.
        Teraz kieruje się w stronę Starego Miasta. Ponoć niewiele z niego zostało, ale
        chcę je koniecznie zobaczyć. Po drodze przechodzę koło ogromnego Pałacu
        Sprawiedliwości (XIX w.) – podoba mi się jego zewnętrzna fasada, więc sobie
        siadam na schodkach i spożywam drugie śniadanko w miłej atmosferze.
        Teraz przychodzi pora na budynki świeckie – najpierw oglądam ogromny gmach, w
        którym mieści się Narodowe Muzeum Historii Rumunii, nie decyduję się jednak na
        zwiedzanie wnętrza. Dalej podziwiam Pałac Kasy Oszczędnościowej – równie
        okazały jak jego poprzednik. Stoją naprzeciw siebie i prezentują swoje
        wspaniałe kolumny i wieńczące dachy kopuły.
        Zaraz obok Muzeum przykucnęła kolejna cerkiewka – zaglądam do niej na chwilkę,
        bo przede mną jeszcze jedna perełka – Cerkiew Stavropoleos – uważana za
        najpiękniejszą cerkiew w Bukareszcie. Stylizowana lekko na styl mauretański –
        szczególnie przedsionek. W środku piękny ikonostas. Na odnowionym dziedzińcu
        można podziwiać zabytkowe zwieńczenia kolumn, stary dzwon, kamienne krzyże i
        liczne tablice.
        To już przedostatnia cerkiew dzisiejszego dnia. Pozostała jeszcze jedna,
        sąsiadująca z ruinami starego dworu, Cerkiew Świętego Antoniego – jest ona
        tłumnie odwiedzana przez wyznawców prawosławia, dodatkowo obsiadają ją osoby
        żebrzące. Kaplica ta służyła mieszkańcom dawnego dworu. Jej ściany były
        budowane w bardzo charakterystyczny sposób – cegły kładziono na przemian z
        bardzo grubą warstwą zaprawy, co sprawia obecnie wrażenie grubo ciosanych
        bloków kamiennych.
        Obok cerkwi znajduje się ciekawy architektonicznie dom – to Hanul lui Manuc,
        czyli Zajazd Manuka – jego powstanie datuje się na początek XIX w., a powstał
        on na miejscu dawnych zabudowań dworu książęcego. Ciekawym faktem z historii
        jest to, że właśnie tutaj w 1812 r. Rosja i Turcja podpisały traktat pokojowy.
        Według przewodnika budynek ten budową przypomina tureckie zajazdy – obecnie
        mieści się tu hotel i restauracja. Mnie, oprócz białej fasady, bardzo podoba
        się dach, kryty gontem.
        Na zakończenie zwiedzania pozostawiam sobie ruiny dworu – najpierw zakupuję
        bilety u osoby o trudnej do sprecyzowania płci, chyba u kobiety. Potem glamiący
        pan, z kanapką w reku i w pochlapanych spodniach sprowadza mnie w ruiny.
        Pokazuje 2 tablice informacyjne – na jednej plan zamku, na drugiej informacje o
        ruinach, po angielsku – po czym oddala się w nieznanym mi kierunku,
        pozostawiając mnie samą w tych ruinach. Ale cóż, jestem dzielna, zwiedzam co
        nieco, podziwiam, to co zostało z okazałego zapewne kiedyś, zamku i powolnym
        krokiem wracam na Plac Unirii. Tam odnajduję przystanek metra i udałję się do
        domku na zasłużony odpoczynek. Po drodze, w szybie widzę swoją czerwoną buzię i
        stwierdzam, że poza wieloma wrażeniami wzbogaciłam się jeszcze o pierwszą tego
        lata opaleniznę.
        No i tak na zakończenie tego zwiedzania – stwierdzam, że Bukareszt, w
        przeciwieństwie do tego co mówił mi mój Mąż, może się bardzo spodobać, pod
        warunkiem, że zwiedzający zejdzie co jakiś czas z utartych szlaków. Nie jest to
        łatwe, bo jak obrazują zdjęcia, życie pieszego w Bukareszcie nie jest usiane
        różami – oprócz ogromnych rozmiarów wszelkich placów i bulwarów, samochody
        parkują gdzie się da (a całkiem niezłe bryki tu jeżdżą), a pieszy zasuwa ulicą.
        Do tego w tym mieście (skąd my to znamy) ciągle się coś remontuje, przerabia
        lub buduje od nowa…
        Ponadto muszę powiedzieć, że ludzie tutaj są bardzo mili - w momencie, gdy
        rozkładałam mapę, zaraz ktoś do mnie podchodził i poprawną angielszczyzną
        pytał, czy nie potrzebuję jakiejś pomocy. Kobiety, które widuję na ulicach w
        przeważającej części są zadbane, ładnie ubrane, z delikatnym makijażem. Do tego
        bardzo wiele z nich używa perfum, których zapach uwielbiam - wyczułam wiele
        razy Lea d'Issey Issey Myake i Sunflowers Elizabeth Arden (mają dziewczyny
        gust). Panowie również mogą się podobać - nieźle ubrani, również wypachnieni.
        Nie brakuje oczywiście rodzimego folkloru, ale jednak nie czuję się tu jak na
        Antypodach.
        Cdn…


        Zdjęcia do tej części relacji:
        sylwka35.multiply.com/photos/album/26
        • Gość: andy Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga IP: *.netcologne.de 06.08.07, 18:12
          dlaczego francuzi w rumuni ? a wiec dlatego ze sa spokrewnieni jak np wegrzy z
          finami. pozdrawiam
    • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga 01.08.07, 09:01
      27.06.07

      Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem muzeów. Miałam co prawda
      jeszcze plany odnośnie Cmentarza Żydowskiego, ale po południu, gdy szykowałam
      się do wyjścia, doczytałam się, że Cmentarz otwarty jest do godz. 14, więc z
      tych planów nici.
      Najpierw rano pożegnaliśmy Krzysztofa, który opuścił nas na kilka dni i
      poleciał do Szwajcarii – wraca dopiero w piątek. Następnie, po pysznym
      śniadanku, pełni sił ruszyliśmy do dwóch, polecanych przez Przewodnik, Muzeów.
      Na pierwszy ogień poszło Muzeum Geologiczne. Wstęp niezbyt drogi (13
      lei za naszą czwórkę, co daje ok. 16 zł), za to muzeum okazałe – duże sale,
      ciekawe sklepienia, no i ekspozycja. Poszczególne plansze tłumaczyły powstanie
      ziemi, ruchy lądo- i górotwórcze, procesy powstawania skał itp. Ogromna ilość
      okazów przyrody nieożywionej uzmysławia nam jak bardzo ciekawe i pouczające
      może być grzebanie się w kamieniach ;-) Kuba, jako znakomity początkujący
      chemik, tłumaczył nam z jakich pierwiastków składają się poszczególne skały –
      pasjonujące. Do tego liczne przykłady odcisków roślin i żyjątek
      prahistorycznych – niemalże czuliśmy na plecach oddech dinozaurów. Na dodatek w
      podziemiach sala ze specjalnym światłem, dzięki któremu możemy zobaczyć, jak
      skały mogą świecić.
      Z Muzeum Geologicznego wyruszamy do Muzeum Historii Naturalnej. Po drodze
      mijamy ślady wczorajszej burzy.
      Budynek Muzeum równie wielki, jak poprzednik. W środku trochę dzieci, jakaś
      grupa przedszkolna. Kupujemy bilety i nagle znajdujemy się w czasach
      prehistorycznych – naszą uwagę przykuwa ciekawy okaz agatu – po bliższym
      przyjrzeniu zauważamy, że składa się on z kilku kawałków. Jednak te przejścia
      kolorystyczne robią wrażenie.
      W kolejnych salach możemy pooglądać lasy prehistoryczne, szkielety różnych
      zwierząt. Wchodzimy również do jaskini, w której podziwiamy przepiękne okazy
      stalaktytów i stalagmitów. Humory, jak widać na zdjęciu dopisują.
      Kolejne sale, to spreparowane egzemplarze pająków, piękne muszle – niektóre
      przecięte, aby oglądający zdał sobie sprawę, jak bardzo skomplikowanym
      organizmem jest taki stwór.
      Dalej oglądamy przepiękne motyle (niestety przekłute szpilkami). Następnie
      mamy okazję popodziwiać spreparowane ogromne okazy wężów, jak również szkielet
      pytona czy skórę ponad 6 metrowej Anakondy.
      W kolejnych salach różne wypchane ptaki, przykłady gniazd, przez nie
      zbudowanych. Moim dzieciom podoba się szczególnie jeden zwierzak, biały, z
      wielkimi uszami – nie pamiętam w tej chwili, jak się nazywał.
      Trochę to wszystko przerażające – tyle powypychanych zwierząt, ale cóż – niesie
      to jakiś pierwiastek edukacyjny, dzieci mogą przyjrzeć się różnym zwierzętom z
      bliska, a w naturze często mogłoby to być niebezpieczne.
      Muzeum w końcu zostaje przez nas dokładnie spenetrowane i możemy wrócić do domu
      na obiad. Młodzież zmęczona, więc na popołudniowy spacer ruszam samotnie –
      dzieciaki leżą, czytają, grają w różne gry no i pewnie posiedzą przy komputerze.
      Ja ruszam do Muzeum Chłopa Rumuńskiego. I znów wielki budynek, ogromne wejście.
      Muzeum ogłoszone w 1996 r. najlepszą jednostką muzealną Europy. No i chyba
      komisja się nie pomyliła. Ekspozycja wspaniała, przeogromna i bardzo
      różnorodna – niestety robienie zdjęć niemożliwe – mi udaje się przemycić aparat
      2 razy i robię 2 fotografie, ale Panie zauważają i dalej jestem już na
      cenzurowanym. Mam zamiar kupić sobie książkę o tym muzeum, więc wtedy się
      podzielę jakimiś zdjęciami. Muzeum w swojej kolekcji posiada liczne stroje
      regionalne, sprzęty codziennego użytku, stoi tam również prawdziwa chata,
      przewieziona gdzieś z Rumunii i kościółek (bez dachu i dzwonnicy), cudem
      ocalały z kompletnej rozbiórki. Do tego olbrzymi zbiór pisanek, kafli
      piecowych, ceramiki ludowej (ponoć około 18 tys. eksponatów) – jak dla mnie
      feria cudów, barw – emocje nie opuszczają mnie jeszcze długo po wyjściu z
      Muzeum. Zaglądam również do sklepiku muzealnego i widzę już, co przywiozę sobie
      z Rumunii – piękny kafel piecowy i zapewne jakąś misę. Za Muzeum mogę jeszcze
      popodziwiać kolejny przykład sztuki sakralnej – maleńki kościółek, który stał
      sobie gdzieś zapomniany przez Boga i ludzi, aż w końcu jakiś zapaleniec go
      odnalazł i przyciągnął do Bukaresztu.
      W drodze na Cmentarz Żydowski (może jednak jeszcze nie zamknęli – idę
      sprawdzić, ale niestety już za późno, pójdę jutro) mam okazje popodziwiać
      fantazję i beztroskę rumuńskich kierowców – piesi naprawdę nie mają tu łatwego
      życia.
      Ponieważ Cmentarz jest już zamknięty, więc fotografuje tylko wejście i wracam
      skonana do domu – upał jednak wykańcza…
      Cdn…

      Zdjęcia do tej częsci relacji:
      sylwka35.multiply.com/photos/album/26
      sylwka35
    • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (cz. 3) 01.08.07, 09:03
      28.06.07

      Kolejny dzień rozpoczynam bardzo wcześnie – wstaję o 7 rano (w Polsce
      jest 6). Po cichutku szykuję się do wyjścia, aby nie obudzić dzieci. Wczoraj
      opracowałam sobie szczegółowy plan zwiedzania i listę obiektów, które
      chciałabym dziś zobaczyć. Staram się tak opracować trasę, aby nie wracać dwa
      razy w to samo miejsce i aby jak najwięcej w trakcie takiej jednej wyprawy
      zobaczyć.
      Najpierw mam zamiar przejść się na pobliski Cmentarz Żydowski – powinien być
      otwarty od 8.
      Bramę otwiera mi starszy pan – na migi porozumiewamy się, płacę 4 leje, pan
      pyta czy jestem Zydówką. Po uzyskaniu przeczącej odpowiedzi pozwala mi zrobić
      parę zdjęć i wchodzę w ten cichy, czarodziejski świat. Najbliżej bramy dużo
      nowych grobów, im dalej – tym starsze tablice. Oprócz grobów przy cmentarnych
      uliczkach stoją ławki, poświęcone konkretnym osobom – na ich oparciach często
      widzę ich zdjęcia. Zapuszczam się coraz dalej, jest cicho i spokojnie, nikogo
      nie widzę w pobliżu.
      Cmentarz w tej części jest już mocno zapuszczony, groby pozarastane dziką
      roślinnością, często zniszczone przez upływ czasu. Nagle za plecami słyszę
      jakieś groźne poszczekiwanie – wyrywa mnie ono z zadumy i powoduje, że czuję
      się bardzo dziwnie. Z drugiej strony nadbiega właściciel psa, który chyba
      wystraszył się równie mocno, jak ja. Uspokaja rozeźlone zwierzę, a ja uznaję
      ten atak za znak, że czas wracać w stronę wyjścia.
      Robię jeszcze kilka zdjęć synagogi i po podziękowaniu (znów na migi) wychodzę
      na zewnątrz. Ruch na ulicy jakoś nie pasuje do mojego obecnego nastroju, ale
      pora wrócić do świata realnego, bo Bukareszt czeka.
      Dziś postanawiam skorzystać z komunikacji miejskiej. Pytam przechodnia o to,
      jak najlepiej dostać się na Plac Uniwersytetu, bo właśnie z tego miejsca
      zamierzam rozpocząć moją dzisiejszą wędrówkę. Młody człowiek poleca mi autobus
      nr 300, który kończy swoja trasę 200 m od wspomnianego placu.
      Wsiadam do zatłoczonego autobusu, kasuję bilet (1,10 ron) i ruszam w podróż.
      Mój autobusowy Cicerone zapomniał tylko wspomnieć, że autobus nie zatrzymuje
      się dłużej na ostatnim przystanku i traktuje go, jak normalny przystanek. No i
      oczywiście przegapiam moment w którym powinnam wysiąść, bo na żadnym przystanku
      autobus jakoś szczególnie nie pustoszeje. Orientuję się, że coś jest nie tak,
      gdy autobus dojeżdża do Placu Victorii, oddalonego od zaplanowanego punktu o
      jakieś 1,5 km. No cóż, przypominam sobie niektóre niecenzuralne słowa po
      polsku i wracam w stronę Placu Uniwersytetu.
      Najpierw zatrzymuję się pod Teatrem Narodowym. Bazując na wcześniejszych
      doświadczeniach, pytam napotkanych policjantów, którzy kręcą się w pobliżu, czy
      mogę zrobić zdjęcie. Zdziwieni wyrażają zgodę ;-)))).
      Po drugiej stronie ulicy, a raczej na jej środku, na trawiastej wysepce
      znajduje się Pomnik Bohaterów Rewolucji, na który składają się kamienne krzyże,
      upamiętniające ofiary Rewolucji z 1989 r.
      Z tego miejsca, mijając obłożony reklamami i rusztowaniami, Uniwersytet ruszam
      w stronę Muzeum Gminy Ormiańskiej. Mieści się ono w pięknej ormiańskiej cerkwi,
      stojącej przy bocznej, bynajmniej nie cichej, uliczce. Swiątynia ta powstała na
      początku XX w., a jej architekci wzorowali się na najważniejszej świątyni
      Armenii – katedrze w Eczmiadzynie. Mnie zachwyca jej biała, pięknie, niezbyt
      bogato zdobiona elewacja, wnętrze również zachwyca pięknem zdobień, malowideł.
      Obok świątyni stoi pomnik ormiańskiego bohatera narodowego – Grala Andranica.
      Ruszam dalej w drogę, bo nieopodal stoi Casa Melik – typowy przykład wołoskiego
      dworku bojarskiego. Budynek ten jest uważany za obecnie najstarszy dom
      mieszkalny w Bukareszcie. Jego powstanie datowane jest na drugą połowę XVIII w.
      Obecnie znajduje się tu Muzeum rumuńskiego malarza Theodora Palldy’ego – o tej
      porze jest jeszcze zamknięte, więc podziwiam je tylko z zewnątrz.
      Stąd mam już niedaleko do Muzeum Historii Zydów (wstęp wolny) . Urządzone w
      dawnej Synagodze Krawców, dokumentuje dzieje tego narodu na ziemiach rumuńskich
      od XVI w. do czasów współczesnych. Zydzi przed II wojną światową stanowili
      spory odsetek mieszkańców Rumunii – tuż przed jej wybuchem w Bukareszcie żyło
      ich 100 tys., modlili się w 80 synagogach. Po wojnie zostało ich tylko 4 tys. i
      zaledwie 3 synagogi. Muzeum jest bardzo poruszające – ukazuje codzienne życie
      Zydów na ziemiach rumuńskich, ich obrzędy, osiągnięcia w różnych dziedzinach
      nauki, można również popodziwiać malarstwo o tematyce żydowskiej. W Sali
      Pamięci ukazany jest również, udokumentowany zdjęciami, Holocaust – to miejsce
      wstrząsnęło mną szczególnie. Niby jestem świadoma, jak wyglądała eksterminacja
      Zydów, również na ziemiach polskich, ale dokumenty, przechowywane w Muzeum
      wywarły na mnie ogromne wrażenie. Bardzo miła Pani oprowadza mnie dzielnie,
      doradza, jakie jeszcze miejsca w Bukareszcie i całej Rumunii powinnam zobaczyć,
      a na zakończenie kupuję od niej książkę o tym Muzeum (5 ron).
      Zwiedzanie nie byłoby ważne, gdybym i dziś nie odwiedziła kilku cerkwi, dlatego
      teraz wkraczam w progi XVII-wiecznej Cerkwi Sw. Jerzego Nowego. W środku, pod
      nie ozdobioną żadnymi napisami, płytą nagrobną spoczywają szczątki fundatora
      świątyni. Obok Cerkwi stoi pomnik kilometra zerowego (oznaczający centrum
      miasta), jak również pomnik postawiony ku pamięci założyciela świątyni –
      Constantina Brancoveanu.
      Kolejna odwiedzona dziś przeze mnie Cerkiew, to Cerkiew Coltea – w cerkwi tej
      znajdowała się kiedyś szkoła śpiewu cerkiewnego. W przedsionku bardzo intrygują
      mnie zbudowane z pięknych kafli piece, nad nimi piękne, malowane sklepienie,
      kolumny mają ciekawie zdobione kapitele. Obok cerkwi stoi okazały szpital.
      Prężnym krokiem ruszam w kierunku Cerkwi Rosyjskiej, mijając po drodze okazały
      budynek Muzeum Historii Bukaresztu. Cerkiew z daleka widoczna z powodu wielkich
      cebul wieńczących kolumny budowli. Wchodząc po schodach do środka, zachwycam
      się pięknie zdobionym portykiem. A ikonostas powala mnie już kompletnie – nie
      chcę przeszkadzać modlącym się, więc robię tylko zdjęcie jego fragmentu.
      Jeszcze jeden rzut obiektywem na krzyż w pięknie utrzymanym, przycerkiwenym,
      ogrodzie i hajda dalej w podróż.
      Bez fotografowania (policja w pobliżu – nigdy nic nie wiadomo) mijam okazałe
      budynki Biblioteki Narodowej i Pałac Banku Narodowego i zmierzam w kierunku
      Domu Wojska. Obecnie znajduje się w nim kasyno i restauracje, dlatego bez obaw
      strzelam fotkę.
      Przedzieram się dalej przez ulice i pasy, często zabarykadowane przez
      zapóźnionego kierowcę, podziwiam różne nietypowe pojazdy i ciekawe rozwiązania
      architektoniczne i wkrótce na horyzoncie pojawia się maleńka, czerwona Cerkiew
      Cretulescu z kolejnymi przykładami pięknego malarstwa sakralnego, a za nią
      ogromny, ale brzydki (moim zdaniem) Pałac Królewski.
      Budynek ten, zbudowany na miejscu starego gmachu, w XXw w stylu
      neoklasycystycznym, za rządów komunistycznych służył jako siedziba rady
      państwa. Na tyłach tego molochu znajduje się jeszcze brzydsza Sala Pałacowa, z
      balkonu której 22 grudnia 1989 r. wygłosił swoje ostatni przemówienie Nicolae
      Ceausescu. Próbowałam znaleźć ten balkon, obeszłam budynek dookoła, kryjąc
      obrzydzenie do pomysłodawców i architektów tego dziwoląga, ale, wspominanego
      przez przewodnik, balkonu nie znalazłam.
      Naprzeciw Pałacu Królewskiego znajduje się dużo ciekawszy architektonicznie
      budynek Biblioteki Uniwersyteckiej. Był on niemym świadkiem i bardzo ucierpiał
      podczas krwawych zamieszek Rewolucji 1989r.
      Kieruję się dalej na północ, mijając po drodze Rumuńskie Ateneum – posiada ono
      ponoć świetną akustykę, choć z powodu zamkniętych drzwi nie udaje mi się tego
      sprawdzić. Zmierzam dzielnie w kierunku Katedry rzymskokatolickiej św. Józefa,
      która była miejscem odwiedzin Papieża Jana Pawła II podczas pielgrzym
      • sylwka35 cz. 3 - cd 01.08.07, 18:25
        Zmierzam dzielnie w kierunku Katedry rzymskokatolickiej św. Józefa, która była
        miejscem odwiedzin Papieża Jana Pawła II podczas pielgrzymki do Rumunii w
        1999r, co upamiętnia odlana z brązu tablica. Fasada świątyni jest ozdobiona
        piękną rozetą.
        Po krótkiej chwili odpoczynku ruszam w kierunku Muzeum Kolekcji Sztuki –
        ciągnie mnie tam z powodu wspaniałej ekspozycji ikon malowanych na szkle,
        których urok zdążyłam już docenić w Muzeum Chłopa Rumuńskiego. Niestety,
        okazuje się, że w moim przewodniku znalazł się błąd (albo cos się zmieniło w
        organizacji pracy Muzeum) i wbrew temu, co mówi przewodnik, Muzeum jest w
        czwartki i piątki zamknięte. No nic, muszę tu jeszcze wrócić.
        Po drodze, jakby na potwierdzenie opinii, że Bukareszt jest małym Paryżem,
        udaje mi się uchwycić reklamę nocnego klubu o wiele mówiącej nazwie – Moulin
        Rouge.
        Przy wylocie Calea Victoriei zachwycam się secesyjnym wejściem do Pałacu
        Cantacuzino i nagle zaczyna padać lekki deszczyk. Na horyzoncie pojawiają się
        czarne chmury, zaczyna grzmieć – więc prysznic murowany. Przyspieszam kroku,
        ale z lekkim żalem, bo miałam zamiar zajrzeć jeszcze do księgarni w Muzeum
        Chłopa Rumuńskiego, której wczoraj nie udało mi się odwiedzić (zamykana o 16) i
        chciałam kupić dzieciakom wielkie precle, sprzedawane niemalże z pieca w
        sklepiku obok przystanku autobusowego, na którym rozpoczynałam swoją dzisiejszą
        podróż. Ale trudno – może jutro się uda…

        Cdn…
    • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga 01.08.07, 09:04
      29.06.07

      W związku z wczorajszą długą wyprawą dziś postanawiam spędzić dzień bliżej
      domu. Nawet nie spodziewałam się, jak bardzo trafna będzie to decyzja. Ale
      zacznę od początku.
      Wstaję znów bardzo wcześnie – idę do piekarni po świeże pieczywo, potem do
      sklepiku z preclami – kupuję 4 (2 solone z makiem i 2 z sezamem, raczej
      słodkawe) i wracam do domu.
      Po dosyć późnym śniadaniu (młodzież odsypia wczorajszą piłkę nożną, rozgrywaną
      z nowo poznanymi rumuńskimi przyjaciółmi) postanawiamy wybrać się do Parku
      Herastrau i do znajdującego się w nim Muzeum Wsi . Towarzyszy nam nowy kolega
      moich chłopców – Florian.
      Spacerowym krokiem dochodzimy do ronda, na którym stoi Łuk Triumfalny –
      wzorowany na paryskim, ma wysokość 27 m. Upamiętnia żołnierzy I wojny światowej
      i zwycięstwo Rumunii.
      Przy rondzie zaczyna się Park Herastrau – szerokie, obsadzone pięknymi
      drzewami, aleje zapraszają do spacerów. Z przyjemnością zanurzamy się w tą
      świeżą zieleń. Przechodzimy przez mini-ogród japoński – troszkę zaniedbany, ale
      dzieciaki bardzo chętnie łażą tam po różnych mostkach, więc i my próbujemy.
      Następnie dochodzimy nad jezioro, po którym można popływać wypożyczona łódką
      lub rowerem wodnym, dalej kierujemy się w kierunku Muzeum, mijając pięknie
      kwitnące kaktusy, zadbane trawniki z kolorowymi rabatami, na których rosną
      niecierpki, surfinie i inne kwiaty.
      Młodzież odmawia oczywiście wejścia do tego Muzeum, zorganizowanego na świeżym
      powietrzu. Nie nalegam, bo, jak mówi mój Tata: „Z niewolnika nie ma robotnika”.
      Dzieciaki zostają na placu przed bramą i grają w piłkę, a ja zaczynam
      zwiedzanie. Nagle do moich uszu dobiegają dźwięki jakiejś muzyki – okazuje się,
      że właśnie od dziś do niedzieli trwa na tym terenie wielki festyn połączony z
      prezentacją i sprzedażą wyrobów rękodzieła wsi rumuńskiej z całego kraju.
      Moje serce zaczyna nerwowo przyspieszać, już wiem, że szybko stąd nie wyjdę, bo
      taka okazja może się nie powtórzyć – przecież jutro wyjeżdżamy na tydzień do
      Bułgarii, a nie wiem, kiedy jeszcze taki festyn będzie organizowany.
      Im głębiej wchodzę, tym większe cuda zaczynają mnie otaczać – ilość zabytkowych
      chat, zabudowań gospodarczych, młynów, kościółków, wiatraków mnie przerasta
      (przewodnik pisze o 300 autentycznych budynkach wiejskich) – jest to ponoć
      jeden z największych i najstarszych skansenów w Europie. W tym jednym miejscu
      mogę zobaczyć przedstawicieli architektury wiejskiej z całej Rumunii – stoją tu
      budynki z Bukowiny, Maramureszu, Transylwanii, Mołdawii i wielu innych miejsc.
      Są domki surowe - drewniane, bielone, wściekle kolorowe – do wyboru, do koloru.
      Do tego w wielu z nich odtworzono dokładnie wnętrza, wyposażenie, ozdoby,
      części garderoby. Po prostu bajkowa sceneria – człowiek, nie wiadomo kiedy,
      przenosi się w zupełnie inny świat, zapewne nie istniejący już, ale taki
      sielski, że nie zdziwiłoby muczenie krowy z obórki, czy, stojąca w progu chaty,
      kobieta z dzbankiem mleka w ręku.
      Wrażenie potęguje duża ilość twórców ludowych, w regionalnych strojach. Jedyny
      dysonans, to bazarowe namioty, choć niektórzy swoje prace wykładają na trawę.
      Kupić tu można wszystko – poczynając od regionalnej, tradycyjnie wytwarzanej
      żywności (można popróbować kiełbas, serów, pierników, mniam), poprzez ceramikę
      (piękne misy, dzbany, wazony, dwojaki, pojemniczki na przyprawy), odzież, torby
      do różnych przedmiotów użytkowych i ozdobnych (ręcznie malowane meble, włochate
      kapy, tkane makaty, haftowane obrusy i serwety, ikony malowane na szkle i
      drewnie, biżuteria, instrumenty muzyczne, pisanki). Nie jestem w stanie i nawet
      nie będę próbowała wymienić tego wszystkiego, co się tam znajduje. W stanie
      oszołomienia pozostaję do tej pory i zdaję sobie, że takiego nagromadzenia
      cudeniek długo będę musiała szukać.
      Z ogromnym żalem, ale również z mnóstwem wrażeń, zdjęć a nawet jednym filmem
      (nagrałam człowieka grającego na instrumencie powstałym z połączenia skrzypiec
      z trąbką – dziwne, nie ?) opuszczam to czarowne miejsce. Ach, móc tu przyjść
      raz jeszcze …
      W tęskno-melancholijnym nastroju wracam do domu – już do końca dnia będę w
      zaciszu domowym kontemplować, to co mnie dziś spotkało. Poza tym pora się
      pakować, bo jutro rano ruszamy rodzinnie na zasłużony wypoczynek nad bułgarskim
      wybrzeżem Morza Czarnego

      Cdn…

      Zdjęcia do tej części relacji:
      sylwka35.multiply.com/photos/album/26
    • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga 01.08.07, 09:06
      07.07.07

      Jak szybko mija czas. Dopiero co pakowaliśmy się na wyjazd do Bułgarii,
      a dziś tylko zdjęcia i złażąca z nas skóra przypomina o naszym tygodniowym tam
      pobycie.
      Wyjazd do Sv. Konstantina planowaliśmy będąc jeszcze w Polsce –
      wszystko czekało na nas, wybrane i opłacone w biurze Tui. W podróż wyruszamy
      wczesnym ranem w sobotę 30.07.07. Pogoda dopisuje, mamy bezchmurne niebo,
      słońce praży. W drodze możemy przyglądać się rumuńskim wioskom i miasteczkom.
      Mijamy olbrzymie połacie pól słoneczników (niesamowity widok – żółte kwiaty
      ciągnące się aż po horyzont), uprawy kukurydzy i trochę zboża (tutaj jest już
      chyba po żniwach).
      Granicę z Rumunią mijamy bezproblemowo i bez żadnych kolejek. Do Warny
      dojeżdżamy autostradą, więc niewiele widzimy, choć na pierwszy rzut oka
      Bułgaria wydaje nam się bardziej zacofana niż Rumunia !!!
      Z Warny troszkę gubimy drogę, ale dosyć szybko odnajdujemy się i szczęśliwie
      docieramy do naszego hotelu Delfin w Sv. Konstantynie. Śv. Konstantin to
      miejscowość typowo wypoczynkowa, z licznymi restauracjami, barami, dyskotekami,
      uliczki zastawione straganami, na których można kupić różnorodne pamiątki,
      sprzęt plażowy itp. Miasteczko leży w niedużej odległości od Warny. Plaże są
      całkiem sympatyczne, chociaż szpeci je skutecznie ogromna ilość betonowych
      falochronów i innych budowli niewiadomego przeznaczenia. Do naszych
      nadbałtyckich plaż tamtejsze się nie umywają, tylko morze dużo cieplejsze.
      Jednym z atutów tej miejscowości jest ilość zieleni, wspaniałe drzewa z
      przedziwnymi szyszkami.
      Na szczęście hotel okazuje się bardzo sympatyczny, w niedużej odległości od
      morza, z fajnymi basenami. Wykupiliśmy sobie opcję all inclusive, więc ze
      wszystkich atrakcji + wyżywienie możemy korzystać do woli. Na szczęście to
      tylko tygodniowy wypad, bo ten styl odpoczynku jest nie dla mnie – nie mogę tak
      siedzieć w jednym miejscu, lubię gdzieś pojechać, pozwiedzać, popróbować
      jedzenia w różnych miejscach, a przy takiej opcji to troszkę trudno ruszyć się
      poza hotel. Na szczęście mam ze sobą swoje robótki i one nie pozwalają mi
      zwariować w tym dobrobycie.
      Natomiast dla dzieciaków to jest raj na ziemi – dobre jedzonko, picie coli,
      fanty i innych tałatajstw bez ograniczeń (poza sprzeciwem rodziców). Na plażę
      chodzimy pograć w siatkę lub pospacerować wieczorem. Kąpieli zażywamy w
      przyhotelowych basenach, bo tu piaskiem nie sypie, wygodne leżaczki z
      parasolami czekają, drzewka szumią przyjaźnie, woda w basenie morska, na
      brzegach basenu poustawiane bramki do piłki ręcznej, z których moja rodzina
      skrzętnie korzysta. Młodzież codziennie gra w piłkę nożną – drużyna bez
      ograniczeń wiekowych i płciowych (żadnej dyskryminacji). Pokoje czyściutkie,
      panie codziennie sprzątają (mi nawet układają piżamkę!!!). No po prostu żyć,
      nie umierać.
      W trakcie naszego pobytu dużo czasu spędzamy z rodziną kolegi z pracy mojego
      Krzysia – Zlatanem. Bardzo mili Bułgarzy z Sofii, z dwójką uroczych synów –
      spotykamy się razem wieczorami na piwku albo umawiamy się na plaży.
      Jednego wieczora poznajemy również bardzo sympatyczną rodzinę z Łotwy – Lenę,
      Jurę i ich córeczkę Maszę. Mamy okazję przypomnieć sobie rosyjski, co nie
      przychodzi łatwo i stale na język cisną się słowa angielskie – daje to komiczny
      efekt językowy, wszyscy bawimy się świetnie. Niestety, następnego dnia nasi
      nowi znajomi wyjeżdżają już do siebie do Rygi, więc mamy niewiele czasu, aby
      się poznać. Myślę jednak, że spędzony razem wieczór (przy kieliszeczku Rakiji –
      pyszna !!!) zapoczątkował dłuższą znajomość. Lena być może odwiedzi nas już we
      wrześniu, gdyż przyjeżdża ze swoim synem na turniej taneczny do Warszawy.
      Czas w Bułgarii mija nam bardzo szybko i przyjemnie. Miłym akcentem na koniec
      naszego tam pobytu jest wyprawa do Warny. Jedziemy tam w piątek – dzień od rana
      zapowiada się zachmurzony i niezbyt upalny.
      Kolejka do delfinarium nie zaskakuje nas zbytnio (pogoda), ale posuwa się dosyć
      szybko i udaje nam się dostać na występ tych niesamowitych zwierząt. Wszyscy
      jesteśmy zachwyceni ich umiejętnościami i inteligencją. Delfiny skaczą, tańczą,
      grają w piłkę, ratują dziewczynkę, która odpłynęła w pontonie na środek basenu.
      Do tego robią mnóstwo hałasu swoim śpiewem, radosnym, ale bardzo świdrującym
      ludzkie uszy, szczególnie w zamkniętym pomieszczeniu. Z wstępu wychodzimy
      wszyscy z wypiekami na twarzy.
      Z Delfinarium postanawiamy się przejść po mieście, żeby zobaczyć co nieco.
      Najpierw spacerujemy przez ładnie i schludnie urządzony park. Po drodze mamy
      okazję pooglądać wystawione przy spacerowej alejce zabytkowe motory –
      szczególnie chłopcy (mali i duzi) mają popasanie. Z parku wychodzimy prosto na
      zatłoczoną i bardzo ruchliwą ulicę-deptak, po obu stronach sklepy, restauracje –
      typowy widok dla nadmorskiego miasta wypoczynkowego. Zlatan pokazuje nam
      piękną cerkiew Św. Mikołaja. W środku nie można, niestety, robić zdjęć, a
      szkoda, bo można tu popodziwiać piękne, zabytkowe freski. Dalej idziemy przez
      zatłoczony deptak w kierunku ogromnej katedry Zaśnięcia NMP. Po drodze mijamy
      kilka ciekawych domów z bogato zdobioną fasadą. Katedra jest rzeczywiście
      olbrzymia, zbudowana w końcu XIX w., imponuje rozmiarami i jest dosyć
      atrakcyjnie zlokalizowana – przy dużej arterii, tak, że nie zasłaniają jej
      drzewa. Z pod Katedry wolnym krokiem, wspomagając się pysznymi lodami (bo
      słonko znów zdrowo przygrzewa), wracamy do samochodu, a potem do hotelu, aby
      pożegnać się z morzem, basenami i Sv. Konstantynem.
      W podróż powrotną do Rumunii wybieramy się dosyć wcześnie w sobotę rano. Mamy
      jeszcze zamiar po drodze zwiedzić Bałczki i Nos Kaliakra.
      W Bałcziku koniecznie trzeba zwiedzić letni pałac królowej Marii (żony
      rumuńskiego króla Ferdynanda) i, otaczające to urokliwe miejsce, ogrody
      botaniczne. W ogrodach tych można podziwiać liczne okazy roślin zielonych,
      kwitnących oraz ogromną kolekcję kaktusów (druga co do wielkości w Europie),
      zwaną Ogrodem Allacha. Na terenie znajdują się również: cerkiew, liczne mostki,
      wodospady. Dodatkowym atutem tego miejsca jest piękny widok na morze.
      Z Bałczika wyruszamy na przylądek Kaliakra – jest to najdłuższy cypel wzdłuż
      bułgarskiego wybrzeża – jego długość, to 2 km. Przylądek ten, prawie w całości,
      wchodzi w skład Rezerwatu Przyrodu Kaliakra. Na terenie przez nas zwiedzanym
      znajdują się ruiny cytadeli z VIII w., z łaźniami, świątyniami i licznymi
      grotami (w jednej z nich znajduje się malutkie muzeum archeologiczne). Nas
      szczególnie zachwyca piękne klifowe zbocze, stromo opadające do morza.
      Z żalem żegnamy się z tym urokliwym miejscem, ale robi się późno, a przed nami
      jeszcze szmat drogi. Musimy jeszcze gdzieś zjeść obiad – przez przypadek
      zatrzymujemy się na niego w maleńkiej miejscowości Sabli. Gości nas przemiły
      Bułgar, który zabawia nas rozmową w mieszance bułgarsko-rosyjsko-polskiej,
      wspomagając się również angielskim. Obiad smakuje wyśmienicie, najadamy się po
      uszy i wreszcie ruszamy do Bukaresztu – w domu lądujemy około 22 (udaje nam się
      jeszcze zrobić zakupy w Carrefourze, bo w lodówce echo).

      Cdn…

      Zdjęcia do tej części relacji:
      sylwka35.multiply.com/photos/album/27
    • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (cz.6) 01.08.07, 09:07
      09.07.07

      No to przyszła pora do zwiedzania Rumunii, i to nie Bukaresztu, ale bardziej
      egzotycznych i chyba nieznanych u nas miejsc.
      Niedzielę spędzamy na zwiedzaniu okolic miasta Buzau. Celem naszej całodniowej
      wycieczki mają być przyrodnicze sekrety Wołoszczyzny. Mimo trudów podróży
      (głównie drogi słabej jakości – nasz, polskie zyskują przy tutejszych wiele
      uroku) decydujemy się na tą karkołomną wyprawę w nieznane, gdyż ciągnie nas w
      takie miejsca, szczególnie po tygodniu spędzonym w czarnomorskim kurorcie.
      Niestety nie wiemy, jak mają się oznakowania dróg na mapie do tego, co
      zastaniemy na miejscu.
      W planach mamy odwiedzenie Błotnych Wulkanów w okolicach wsi Paclele, wdrapanie
      się na solny płaskowyż Meledic i rezerwat „Żywy ogień” (rum. Focul Viu) w
      okolicach wsi Terca (przewodnik Pascala proponuje co prawda odwiedzenie innego
      rezerwatu z takimi samymi wyziewami ognistymi z ziemi, ale my decydujemy się na
      te, gdyż mamy je po drodze).
      Wyjazd z Bukaresztu zajmuje nam sporo czasu, ale w końcu udaje nam się wyjechać
      z miasta i dosyć sprawnie dojeżdżamy do Buzau, a dalej w okolice wsi Paclele –
      o dziwo, kierunkowskazy do wulkanów pojawiają się dosyć szybko i bez przeszkód
      i zbędnego kręcenia odnajdujemy to ciekawe miejsce.
      Parkujemy samochód i naszym oczom ukazuje się pejzaż iście księżycowy – szare
      wzniesienie, całe pokryte dziwnym nalotem. Gdzieniegdzie z oddali widać nieduże
      szare stożki. Podchodzimy bliżej i zauważamy, że stożki mają różne wielkości,
      różne średnice i do tego żyją – cały czas wydobywają się z nich bulgotania i
      błotne bąble. Wzmianka w przewodniku Pascala mówi, że „… wzniesienia te
      zbudowane są z margli, gliny tortońskiej i sarmackiej oraz brekcji
      zawierających duże ilości węglowodorów lotnych oraz związków soli. Wulkany
      błotne powstają w miejscach wycieku tych substancji; wydobywające się gazy
      mieszają się z wodą i zwietrzeliną, a gdy ciśnienie wzrasta, następuje wyrzut
      błotnistej mazi.” Wyrzut tej mazi może mieć nawet wysokość 1 m – na szczęście
      przy nas mają miejsce tylko niegroźne bulgotania i nieduże wyrzuty.
      Gdzieniegdzie rośnie tu urocza roślinka o fioletowym kwieciu, ale nie jestem w
      stanie stwierdzić, co to za cudo. W każdym bądź razie ładnie się prezentuje na
      tej spękanej i wyjałowionej ziemi.
      Miejsce to jest jeszcze o tyle ciekawe, że w pewnej odległości od stożków
      błotnych ziemia nadal ma dosyć charakterystyczna pokrywę (mi przypomina ona
      skórę słonia), a im dalej, tym głębsze są w niej żłobienia po spływającej
      (chyba) deszczówce i roztopach śniegu – żłobienia te w niektórych miejscach są
      tak głębokie i szerokie, że trudno przez nie przeskoczyć dorosłemu człowiekowi.
      Miejsce naprawdę z lekka czarowne i tajemnicze.
      Na nas jednak czekają kolejne ciekawostki, dlatego, po uzyskaniu informacji od
      pana sprzedającego bilety, wracamy na główną drogę i jedziemy w kierunku
      solnego płaskowyżu Meledic. Czynimy to niespiesznie, gdyż droga coraz gorsza
      nawierzchniowo, a dojazd do płaskowyżu nie jest już tak dobrze oznakowany, jak
      do wulkanów błotnych. W końcu jednak udaje nam się go odnaleźć, co więcej –
      wjeżdżamy na niego samochodem, co oszczędza nam karkołomnego wdrapywania się na
      tą wysokość w skwarze i kurzu.
      Widok, rozciągający się z tego miejsca jest jednak wart wszelkich poświęceń –
      oprócz ścian solnych (na których sól wychodząca z podłoża miesza się ziemią)
      możemy podziwiać panoramę Karpat Wschodnich i Południowych. W dole widać koryto
      rzeki, po której został tylko słony, biały ślad. Spacer po płaskowyżu,
      wdrapywanie na kolejne skarpy (bywa, że drżą mi łydki), spoglądanie w dół z
      różnych miejsc, odkrywanie kolejnych cudów natury w postaci zasolonych
      jeziorek, ostańców solnych sprawia nam ogromna frajdę. Do tego chłodzący
      wiaterek – w sam raz miejsce na II śniadanie. Sądząc po licznych śladach na
      ścieżkach (czytaj: bobki) owce upodobały sobie to miejsce, podobnie jak my. Ale
      my jesteśmy tu tylko gośćmi i pora na nas.
      Powoli zjeżdżamy na dół i na chwilę zatrzymujemy się przy pensjonacie Meledic,
      aby uzyskać tam informację, czy uda nam się dostać do rezerwatu „Żywy ogień”
      (tak na marginesie, to w rezerwacie tym występują naturalne wyziewy
      węglowodorów, które zapalone płoną wysokim do 0,5 m płomieniem). W pensjonacie
      odbywa się jakaś głośna impreza, z pieczeniem barana, no i oczywiście suto
      zakrapiana – już tu możemy sobie na wyziewach alkoholowych stworzyć własny
      rezerwat Żywego ognia. Wśród gości jest jeden młodzieniec władający, bynajmniej
      nie płynnie, angielskim. Z wielkim trudem (niczym miałby tam iść na piechotę)
      tłumaczy nam to, co sami widzimy na mapie, tj. jak mamy jechać – pozostali
      goście patrzą z podziwem na swego poliglotę, my z lekkim niedowierzaniem i
      strachem, przed tym co nas czeka (jakbyśmy byli jasnowidzami). Nam chodzi tylko
      o to w jakim stanie zastaniemy drogę i czy da się tam dojechać samochodem typu
      Peugeot (mamy już pewne doświadczenie, bo np. pan przy wulkanach błotnych
      odradził nam drogę na skróty na płaskowyż, jako drogę dla terenówek i Daci i
      kazał jechać dookoła). Nasz Cicerone stwierdza na wpół czystą i niezbyt płynną
      angielszczyzną – yes, good road, good road. Pytany o dystans, patrzy na swoje
      palce u rąk i mówi – och, ten kilometers (ciekawe ile by powiedział, jakby miał
      20 palców u rąk)
      Hm, ryzykujemy – ruszamy powoli we wskazanym kierunku. Na początku droga nie
      wzbudza naszych zastrzeżeń ani podejrzeń. Nie jest zbyt rewelacyjna – asfalt
      poszatkowany, nierówny, ale jakoś się jedzie. Jednak w pewnym miejscu asfalt
      się kończy, droga robi się bardzo kręta, leży na niej mnóstwo kamieni, z góry
      zjeżdżają radosne Dacie z radosnymi rumuńskimi kierowcami, przy płotach stoją
      ludzie, którzy jakby z lekkim powątpiewaniem spoglądają na nasz samochód, a my
      powoli i ostrożnie wspinamy się do góry. W niektórych miejscach w samochodzie
      zapada zupełna cisza i słychać tylko ciężki oddech kierowcy. Chyba zaczynamy
      się bać – najpierw o samochód, potem o nasze zdrowie, a kiedy zaczynamy
      przypominać sobie wszelkie litanie i inne modlitwy na sytuacje ostateczne,
      stwierdzamy, że najwyższa pora się poddać (w przybliżeniu na szóstym kilometrze
      tej drogi). W końcu to nie jedyne Żywe ognie w Rumunii – może inne są
      łatwiejsze do odwiedzenia. Decydujemy się na odwrót.
      Droga powrotna jakby radośniejsza, pozbawiona tego pierwiastka strachu i
      niepewności, który towarzyszył nam w tamtą stronę. Młodzież zaczyna
      odreagowywać radosnym błaznowaniem, Kuba filmuje jakieś scenki rodzajowe,
      okoliczne domki, przydomowe kapliczki, cerkwie, stan drogi, ludzi przy drodze i
      na dół zjeżdżamy całkowicie odprężeni i niemal radośni. Na poprawę nastroju
      wpływa radosna gromada kóz, którą mijamy po drodze, następnie 2 woły zaprzężone
      do wozu. Na równej już drodze spotykamy jeszcze 3 wozy – stare, sfatygowane,
      pokryte jakimiś derkami, w kształcie przypominającym wozy z Dzikiego Zachodu
      (Krzysztof mówi, że widział już ich tutaj wiele) – tutaj poruszają się nimi
      głównie Romowie.
      Droga powrotna do domu mija nam bardzo szybko, na przydrożnym kramie kupujemy
      sobie zapas owoców na najbliższe dni – arbuza, morele, brzoskwinie, winogrona –
      taniocha i sama słodycz (to ostatnie sprawdziłam dopiero w domu, po umyciu). Na
      pociechę mogę tylko dodać, że rumuński kolega Krzysia, już po naszym powrocie,
      powiedział, że dobrze, że zrezygnowaliśmy z tego rezerwatu, bo po dojechaniu na
      miejsce, trzeba się jeszcze wspinać około pół godziny pod stromą górę – chyba
      bym sobie cos zrobiła.
      Tak, czy siak, ta niedziela pozostanie w naszej pamięci, jako dzień pełen
      wrażeń, w którym Rumunia odkryła przed nami swoje kolejne oblicze – ciekawe,
      pełne tajemnic i czarownych miejsc, miejsc, które warto odkrywać i
    • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (cz.7) 01.08.07, 09:08
      16.07.07

      Cały ostatni tydzień minął nam na odpoczynku, niedalekich spacerach, byliśmy na
      spotkaniu z mieszkającymi tutaj Polakami, aż przyszła sobota, a z nią czas na
      kolejną przygodę.
      Plan naszej wycieczki opracowaliśmy przez czwartkowy i piątkowy wieczór.
      Postanowiliśmy wybrać się w góry w okolice Brashova. Pierwszy dzień mamy
      zwiedzać zamki w Sinai, Branie, Rashnovie i Starówkę w Brashovie, natomiast na
      niedzielę planujemy wędrówkę górską.
      W sobotę nie udaje nam się wstać o planowanej porze, zrywamy się zaspani o
      ósmej i w popłochu przygotowujemy się do wyjazdu. Przy wyjeździe z miasta nie
      mamy najmniejszych problemów – główny tłok już się przewalił, więc w spokoju
      kierujemy się na północ.
      Na horyzoncie pojawiają się coraz wyższe góry – najpierw niższe łańcuchy,
      obrośnięte lasami, dalej wyższe ze skalistymi szczytami. Dojeżdżamy do Sinai i
      tutaj, po zaparkowaniu samochodu na parkingu, wyruszamy do zamku Peles –
      letniej rezydencji rumuńskich monarchów. Zamek stoi w bajkowej scenerii i do
      tego sam w sobie prezentuje ciekawy styl architektoniczny – niemiecki renesans
      z dodatkami stylu hiszpańsko-mauretańskiego. Mi przypomina on trochę atmosferą
      zamki bawarskie z filmu o cesarzowej austryjackiej Sissi. Na zewnątrz Pałacu
      znajduje się zadbany ogród, do tego dookoła wystawione są liczne rzeźby. Moją
      uwagę przykuwa pomnik królowej Elżbiety (żony Karola I) – postać w pozycji
      półsiedzącej, na sofie, trzyma w rękach robótkę – zauważam, że w jej prawej
      ręce leży sobie spokojnie czółenko (!!!), a na kolanach spoczywa wielka
      serweta. Oj, jak mi się podoba ten pomnik.
      Z żalem schodzę w dół do Sinai, mijamy stragany z rękodziełem i plastikową
      tandetą. Z trudem udaje mi się zaciągnąć moją rodzinę do monastyru Sinania –
      piękny, zabytkowy kompleks. Do tego z tym miejscem jest związana pierwsza
      wzmianka (z 1702r.) o rumuńskiej ropie. Bardzo ciekawe miejsce, niestety,
      niezbyt ciekawe dla mojej rodziny. Dlatego kierujemy się do samochodu i ruszamy
      w dalszą drogę. W Predeal zjeżdżamy z główniej trasy i przez piękną przełęcz
      dostajemy się do Rasnova, a dalej do Branu.
      Zamek w tym mieście, reklamowany jest przez przewodniki, jak rodowa siedziba
      Włada Palownika, znanego jako Drakula. Ta górska warownia nie miała nic
      wspólnego z tą krwawą postacią, ale otoczona jest mnóstwem straganów z
      podobiznami Włada, umieszczonego na różnych przedmiotach – tandeta, ble i fuj.
      Natomiast sama warownia malowniczo osadzona jest na zboczu góry, ma ciekawą
      architekturę, a jej pochodzenie datuje się na XIV w. Na początku XX w. stała
      się letnią rezydencja królowej Marii, rolę tą pełniła do 1947 r. Zwiedzamy
      zamek dokładnie, odwiedzając poszczególne pokoje, w których pozostało wiele
      śladów po ostatnich właścicielach – wielkie łoża, piękne piece, elementy
      zastawy, obrazy i wiele innych. Zamek ma piękny dziedziniec, który można
      podziwiać z licznych balkonów i wykuszy.
      Z zamku wychodzimy zupełnie nieprzygotowani na czekającą nas komercję i na
      szczęście okazuje się, że przy zamku znajduje się nieduży skansen z
      przykładowymi zabudowaniami rumuńskiej wsi. Z ogromnym zaciekawieniem oglądamy
      te budynki. Dalej przebijamy się przez tłumy turystów, mijamy stragany i
      natykamy się na nieduży sklepik z bardzo ciekawymi wypiekami. Paskami ciasta
      okleja się drewniane wałki i zawiesza nad paleniskiem z rozżarzonymi węglami –
      ciasto się piecze, następnie oblewa płynnym karmelem i obsypuje orzechami,
      wiórkami kokosowymi itp. Kupiliśmy sobie takie ciasto – zdążyło wystygnąć, po
      czym znikło w 5 minut – pyszota.
      Jadąc w kierunku Brashova dojeżdżamy do Rasnova. W oddali widzimy górujący nad
      miastem chłopski zamek, zwany rumuńskim Carccasonne – zbudowany przez
      Krzyżaków. Ten kompleks zamkowy to prawdziwe, małe miasteczko, obecnie w części
      zrujnowane, ale parę zabudowań przetrwało do dziś – znajdują się w nich małe
      restauracyjki, sklepiki z pamiątkami, nieduże muzeum. Znajduje się tu również,
      głęboka na 146 m, studnia, zbudowana w latach 1625 – 1640 przez 2 tureckich
      więźniów. Z murów zamku roztacza się piękny widok na pobliskie lasy i góry.
      Kolejnym celem na naszej drodze, ostatnim już tego dnia, jest Brashov. Najpierw
      postanawiamy znaleźć nocleg, co nie przychodzi nam łatwo – do miasta ściąga
      mnóstwo turystów, w pensjonatach i hotelach tłok, ale w końcu udaje nam się
      znaleźć czysty i przestronny apartament blisko Starego Miasta.
      Ruszamy na spacer – najpierw na obiad, następnie do Czarnego Kościoła.
      Zwiedzanie możliwe jest tylko do 17.00, a w niedzielę obiekt jest w ogóle
      zamknięty, więc możemy go tylko obejrzeć z zewnątrz. Kościół jest największym
      gotyckim zabytkiem w Transylwanii, góruje nad miastem, a swoją nazwę zawdzięcza
      zniszczeniom po pożarze, który trawił budowlę w XIV w.
      Dalej ruszamy przez rynek, podziwiamy zabudowę dookoła z Ratuszem na środku
      placu, obok niego fontannę, wokół której siedzą turyści i mieszkańcy miasta.,
      jak również Cerkiew Zaśnięcia NMP – niestety, zamkniętą już o tej porze. Spod
      cerkwi kierujemy się do Bastionu Graft, górującego nad miastem, podobnie, jak
      inne wieże zamykające obronne mury miasta. Z wieży wracamy okrężną drogą do
      hotelu i, zmęczeni, padamy do łóżek.
      Niedziela wita nas piękną pogodą, humory dopisują – sprawnie opuszczamy hotel i
      kierujemy się w stronę miejscowości Busteni, z której kolejką gondolową mamy
      zamiar wjechać na szczyt Babele 2200 m npm.
      Na miejscu okazuje się, że z powodu silnego wiatru kolejka na razie nie chodzi,
      kolejka do kolejki coraz dłuższa, ale cierpliwie czekamy, mając nadzieję, że
      uda nam się wjechać na górę. Nasz cierpliwość opłaca się i w końcu po 45
      minutach wsiadamy do wagonika i ruszamy w góry – pod nami rozpościera się coraz
      piękniejszy widok, w pewnym momencie zauważamy w dole stado owiec, a jeszcze
      wyżej – nie do wiary !!! – 3 kozice.
      Wysiadamy na szczycie i od razu kierujemy się w stronę rezerwatu Babele – można
      tam popodziwiać piękne twory skalne – jeden przypomina z profilu Sfinksa.
      Dzieciaki mają wielka radochę, mogą powspinać się na skałki i poskakać sobie.
      Mamy również okazję pooglądać wyczyny motokrosowców, którzy wjechali tu swoimi
      motorami. Ja podziwiam widoki, roślinność. Dziarskim krokiem zmierzamy w
      kierunku schroniska Piatra Arsa (2001 m npm) – najpierw schodzimy w dół w
      okolice klasztoru Pestera (1600 m npm), potem wspinamy się po bardzo stromym
      zboczu – serce mi wali jak szalone, brakuje tchu –rodzina zaczyna wątpić, czy
      dam radę. Ale ja się zacinam i maszeruję dzielnie w górę. Po ponownym wejściu
      na wysokość 2000 m npm idzie już łatwiej - znów możemy podziwiać piękne widoki.
      Zbliżamy się do skraju zbocza, stąd rozpościera się widok na przepiękną
      panoramę gór i wspaniały widok na pobliskie szczyty, min. na Crucea Caraiman
      2284 m npm.
      Zaczynamy schodzenie w dół – karkołomne straszliwie. Najpierw musimy schodzić
      po skałkach, luźnych kamieniach, rozwalonych mostkach. Towarzyszy nam nieduża
      grupka dzieci z wychowawczynią. Sądząc po stopniu trudności zejścia, pani ta
      nie należy do zbyt odpowiedzialnych osób – Roman załamał by ręce nad takim
      pedagogiem. Męczymy się więc wspólnie dalej z dziećmi i w końcu dochodzimy do
      jakiegoś bardziej ludzkiego szlaku – jednak nasze kolana są w takim stanie, że
      dalszą część trasy pokonujemy jak grupa paralityków – ja już nie mam siły i
      schodzę prawie płacząc. Jakimś cudem udaje nam się dojść do przystanku busów w
      Sinani i szczęśliwie docieramy do naszego samochodu, zaparkowanego w Busteni.
      Powrót do domu, o dziwo i wbrew naszym obawom, zajmuje stosunkowo niedużo
      czasu – zmęczeni, ale bardzo zadowoleni (mimo bólu nóg) wracamy do domu. Ta
      niedługa, 2-dniowa wyprawa wzbogaca nas o nowe doznania i wspomnienia. Rumun
      • avroml Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (cz.7) 01.08.07, 14:00
        Świetna relacja, pisz dalej;) Patrzcie państwo, od roku mieszkam w Bukareszcie, a o wielu atrakcjach nie wiedziałem:)
        Czy mogłabyś podzielić się zdjęciami? np. tutaj
        • sylwka35 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (cz.7) 01.08.07, 15:00
          dzięki za komplemet - cieszę się, że moje opowiadanie może coś nowego wnieść.
          Piszę dalej - teraz na tapecie zeszłotygodniowy wyjazd do Transylwanii, na
          Szklerszczyznę, do Bukowiny i w Deltę Dunaju - zdjęcia też będą...
    • sylwka35 część 8 - Transylwania, Sighishoara 01.08.07, 15:01
      21.07.07

      Tym razem udaje nam się wstać planowo (6.00) i wyjechać wcześnie rano z
      Bukaresztu – nie przeszkadza to oczywiście odstać swoje w korkach. Ale tak to
      już jest w tym kraju w weekendy – każdy, kto żyw i kto posiada własne 4 kółka,
      wyjeżdża na sobotę i niedzielę za miasto. A potem następuje zbiorowe rozbijanie
      namiotów, wyciąganie krzeseł, stolików, grilli i różnorodnego jadła, gdzie się
      da – nad rzeczką, stawikiem, na kempingu, a nawet na poboczu drogi (oby tylko
      rodzinka ze sprzętem i samochód się zmieścił). Nikt nie oczekuje wygód, ciszy i
      spokoju – tiry mogą huczeć nad głową, oby wyjechać z miasta !
      W dniu dzisiejszym chcemy dojechać do Sighisoary – jest to wyczyn, jak
      na rumuński, zatłoczone drogi, wyczyn nie lada – nasz droga (niestety wg. Planu
      nie najprostsza, ale najciekawsza) to 400 km. Na domiar złego na dzisiejszą noc
      nie mamy zarezerwowanego noclegu – Krzyś wykonał parę telefonów do tamtejszych
      hoteli, ale nie znalazł nic wolnego, więc stwierdziliśmy, że znajdziemy coś na
      miejscu, w najgorszym przypadku przytulimy się do jakichś biwakujących
      Rumunów ;-) (tylko nasze śpiworki zostały w Polsce).
      Sprawnie docieramy do obwodnicy Pitesti, omijamy I pkt. planu zwiedzania
      (skansen w Golesti) – ku uciesze 4 członków mojej Rodziny (zganijmy których ;-
      ), następnie mylnie zjeżdżamy na trasę dla ciężarówek i tak załatwiamy sobie I
      zawracanie. Dalej, sprawnie już, odnajdujemy drogę do Curtea de Arges. W
      miasteczku tym planujemy odwiedzić zabytkowy monastyr Curtea de Arges,
      zbudowany w XVI w. Mimo rusztowań, które obecnie zakrywają wieże cerkwi możemy
      zauważyć jak pięknie jest zdobiona (przewodnik Pascala mówi o 150 wzorach) – ja
      szczególnie podziwiam te arabskie i perskie motywy.
      Miejsce zatłoczone, pełne wiernych i turystów, ale nie pozbawione uroku. Wiele
      osób przyjeżdża tu w celach religijnych, panie z chustkami na głowach (ale
      niektórym nie przeszkadza wejść do cerkwi w koszulce na cieniutkich ramiączkach
      i w bardzo krótkich spodenkach). W środku głośny płacz dziecka – akurat odbywa
      się prawosławny chrzest. My z zainteresowaniem oglądamy płyty nagrobne króla
      Karola I i jego żony Elżbiety (tej od czółenka z zamku Peles) oraz króla
      Ferdynanda I i jego żony Marii (tej od zamku w Bałcziku w Bułgarii i zamku Bran
      w Rumunii). W szklanej gablocie możemy podziwiać Biblię przepisaną i
      własnoręcznie ilustrowaną przez królową Elżbietę.
      Z Curtea de Arges zmierzamy na północ – kolejnym punktem naszego programu jest
      zamek Poienari – prawdziwa siedziba Włada Palownika. Zamek powstał pierwotnie
      jako nieduża warownia w I połowie XIV w. Ruiny znajdują się na szczycie góry –
      prowadzi do nich 1480 stopni, wiodąc turystów przez dosyć mroczny las. W
      połowie trasy (lekko zsiniali na twarzach) spotykamy znajomego Polaka –
      zachwala widoki z góry i to pomaga nam po jakiś 15 minutach mozolnego marszu
      wejść na górę. Ruiny są rzeczywiście w nienajlepszym stanie, ale roztacza się z
      nich piękny widok. Podziwiamy panoramę gór, z Gabrysią i Kubą wdrapujemy się na
      różne balkoniki i występy skalne, aby nasycić oczy tymi widokami, zrobić
      zdjęcia i nakręcić krótki filmik. Krzyś z Filipem przyglądają nam się z lekką
      ironią – ich poziom adrenaliny, po wędrówce przez metalowy mostek i schodki z
      pełną panoramą na boki i w dół, nadal balansuje na groźnie wysokim poziomie,
      więc wolą nie powiększać sobie ilości mocnych wrażeń . Po obejściu całych
      ruin, zapełnieniu odpowiedniej ilości karty w aparacie i twardego dysku w
      kamerze, decydujemy się na wędrówkę w dół, do samochodu. Zejście nie jest
      szczególnie mordercze, ale na dole czujemy lekki ból w kolanach.
      Po chwili odpoczynku, krótkim posiłku regeneracyjnym wsiadamy do samochodu i
      ruszamy w kierunku Trasy Transfogaraskiej. Słyszeliśmy o niej wiele achów i
      ochów i postanawiamy naocznie te zachwyty skonfrontować z rzeczywistością.
      Co kilka kilometrów na poboczu są miejsca widokowe, co nie przeszkadza turystom
      zatrzymywać się gdzie popadnie. My również parkujemy w takim dzikim miejscu,
      aby móc chłonąć piękno tego, co roztacza się przed maską samochodu (pan
      policjant pomaga kierowcom bezpiecznie zaparkować w miejscu, w którym nasz
      polski pan władza wlepiłby mandat i parę punktów karnych) – miejsce ciekawe –
      przed nami ogromne jezioro, wzdłuż którego będziemy jechać jeszcze przez wiele
      kilometrów, w dalszej perspektywie zalesione góry.
      Wspinamy się (samochodem) coraz wyżej, a kierując się dalej na północ widzimy
      coraz większą ilość turystów, biwakujących na poboczu, droga coraz ostrzej pnie
      się w górę, wysokie drzewa zamieniają się w coraz niższe krzaczki i coraz
      piękniejszy widok roztacza się przed naszymi oczami. Ponownie zatrzymujemy się
      w pobliżu pięknego wodospadu – widok jest zachwycający, w dole wije się
      serpentyna jezdni, samochody cierpliwie wspinają się na wysokość 2042 m (na tej
      wysokości znajduje się tunel, prowadzący przez szczyt góry). Turyści w tym
      miejscu gromadnie nabierają wodę z wodospadu do butelek – woda zimna,
      krystalicznie czysta, pyszna – jak znalazł na dzisiejszy upał.
      Ostatni raz po tej stronie góry zatrzymujemy się kawałek przed tunelem – dokoła
      wspaniała panorama gór, porośniętych niską roślinnością. W dole, na zboczach
      gór widzimy stada owiec z pasterzami - spokojnie, nie zważając na tłumy na
      drodze, spacerują po łąkach. Mnóstwo turystów rozłożyło tutaj swoje sprzęty
      kempingowe z zamiarem pozostania w tym miejscu przez cały weekend – zazdroszczę
      im, że będą się mogli napawać tymi widokami przez 2 dni, mając u stóp zbocza
      gór, strumień z lodowatą, czystą wodą, a za sąsiadów dzwoniące swymi dzwonkami
      owce (no i jeszcze kilkuset innych turystów ;-)
      Przejeżdżamy przez tunel i teraz możemy podziwiać widoki na drugą stronę Gór
      Fogaraskich – widok nie mniej piękny, niż przed tunelem. Zjeżdżamy powoli,
      fotografując co się da, podziwiając wyczyny lotniarza, swobodnie
      przemierzającego drogę powietrzną nad nami – on to musi mieć widoki !!!
      No cóż, Ceausescu był paskudnym, złym dyktatorem, ale Trasa Transfogaraska mu
      się wyjątkowo udała (pod warunkiem, że zapomnimy o 20 ofiarach śmiertelnych,
      które pochłonęła jej budowa) – tak dla ciekawskich dodaję (za przewodnikiem
      Pascala), że budowano ją przez 5 lat, zużyto 6 mln kg dynamitu do wysadzania
      skał, a jej głównymi budowniczymi byli żołnierze. Jak droga tłuczniowa została
      oddana do użytku w 1974 r., a do 1980 r. pokryto ją asfaltem. Trasa na całej
      swej długości jest otwarta dla ruchu samochodowego od 15 VI do 15 IX.
      Dla nas Trasa staje się powoli przeszłością, bo wolno, ale systematycznie,
      wjeżdżając na teren Transylwanii, zbliżamy się do Sighisoary. Próbujemy zjechać
      na jakieś boczne drogi, wydające się krótszymi, ale są one dla naszego
      samochodu nieprzejezdne (dziurawy asfalt, albo zupełny jego brak, a zamiast
      tego droga szutrowa – to nawierzchnia dla terenówek i Daci). Dlatego decydujemy
      się na dłuższą, ale pewniejszą drogę przez Fagaras i w końcu, około 19.00
      lądujemy w Sighisoarze. W poszukiwaniu noclegu zatrzymujemy się najpierw kilka
      kilometrów przed miasteczkiem w sympatycznym hotelu – tu jednak ma się odbywać
      wesele, więc rezygnujemy z obawy prze hałasami w nocy.
      W Sighisoarze zaczynamy poszukiwania w części zwanej Dolnym Miastem – na
      Wzgórze Zamkowe samochody mają ograniczony wjazd. Niestety, w kolejnych, bardzo
      sympatycznych hotelikach nie ma miejsc – mamy pecha – w ten weekend odbywa się
      coroczny Festiwal Średniowieczny, ściągający tu turystów z całej Europy.
      Za poradą jednego recepcjonisty idziemy do hotelu Steaua – nazwę podaję jako
      przestrogę – zapamiętajcie ją i na pewno tam NIE NOCUJCIE !!! (jeśli oczywiście
      będziecie mieli inne wyjście, nawet bardzo drogie). My nie
    • sylwka35 cz.9 - Shighisoara, Szeklerszczyzna 01.08.07, 15:03
      22.07.07

      Rano okazuje się, że noc minęła niepostrzeżenie, przespaliśmy ją bez problemów –
      co prawda Gaba spała z Filipem w jednym łóżku (mimo, że każde miało swoje),
      ale też się wyspali. Szybko i sprawnie opuszczamy hotel, „strzepując” z siebie
      resztki niemiłych wspomnień podczas spaceru po mieście, zakończonego pysznym
      śniadankiem (omleciki z szyneczką i serkiem cascaval – mniam).
      W trakcie spaceru kierujemy się na Wzgórze Zamkowe (425 m npm). Wchodzimy na
      nie przez Wieżę Zegarową (wys. 64) – kiedyś pełniła rolę Ratusza, obecnie
      mieści się w niej Muzeum Historyczne. Dalej oglądamy z zewnątrz Kościół
      Klasztorny NMP i znajdujące się naprzeciwko 2 znane kamienicy – Dom Drakuli
      (jeden z najstarszych budynków w mieście, tutaj prawdopodobnie pomieszkiwał
      swego czasu ojciec Włada Palownika – Wład Dracul) i Dom Wenecki
      charakterystyczna, seledynowa kamienica z oknami w stylu weneckim). Wchodzimy
      dalej i naszym oczom ukazują się urocze, wąskie uliczki z kolorowymi domkami.
      Uliczki rozkopane (zapewne jakieś remonty lub instalacja sieci wodno-
      kanalizacyjnej) , ale to i tak nie odbiera uroku tej części miasta – w płn-zach
      rogu Placu Cetatii stoi kolejna ciekawa kamienica – nosi nazwę „Dom pod
      Jeleniami” – pochodzącą od poroża jelenia, umieszczonego na rogu budynku, do
      którego domalowano resztę zwierząt na dwóch jego ścianach. Teraz zaczynamy
      podchodzić pod górkę, zbliżając się do Schodów szkolnych (XVII w), które
      prowadzą do starego (pocz. XVII w) i nowego (XVIII/XIX w) budynku szkoły.
      Schody wraz z zabudową nad nimi tworzą swoisty tunel, którym uczniowie i
      nauczyciele wchodzili do szkoły, nie narażeni na różne warunki pogodowe. Nasze
      dzieciaki cierpliwie liczą stopnie i wychodzi im, że schody maja ich 176. Spod
      szkoły widać już Kościół na Wzgórzu (XIV w) – jest wcześnie, więc nie udaje nam
      się wejść do środka, ale obchodzimy ją dookoła i natrafiamy na szeroko i
      zapraszająco otwartą bramę na Cmentarz Ewangelicki – wchodzimy na jego teren,
      oglądamy zabytkowe pomniki, nagrobki i stare płyty nagrobne, na których możemy
      odczytać nazwiska tutejszych mieszkańców (różnych narodowości), jak również ich
      profesje. Na cmentarzu, podobnie jak w całym miasteczku o tej porze, panuje
      spokojna atmosfera, cicho szeleszczą liście na drzewach, ptaszki ćwierkają,
      przysiadając na gałęziach, a słońce nieśmiało prześwituje przez ich korony. W
      takim nastroju ruszamy w kierunku murów obronnych miasta. Po drodze mijamy
      kościół rzymskokatolicki – trwa tam teraz msza, więc wchodzimy tylko na chwilę
      do przedsionka. Dochodzimy do Baszty Szewców z XVII w, a następnie kierujemy
      się w stronę Baszty Krawców (XIV w), przez którą prowadzi jedyna droga dla
      samochodów prowadząca na Wzgórze. Wracamy do rynku – miasto zaczyna życie,
      coraz więcej ludzi na ulicach i w kafejkach, coraz większy szum i hałas – pora
      otrząsnąć się z wczesno-rannego, sielskiego nastroju – żołądki domagają się
      swojego – pora na śniadanie (pychota !!!)
      Po obfitym posiłku i pysznej, aromatycznej kawie espresso pora wsiadać do
      samochodu i ruszać w dalszą trasę. Dzisiaj jedziemy na północny wschód od
      Shighisoary na tereny zwane Szeklerszczyną – zamieszkiwane głównie przez
      Węgrów, którzy do dzisiejszych czasów posługują się językiem węgierskim (a
      raczej jego dialektem). Chcemy dotrzeć i zanocować w Gheorgheni, ale po drodze
      mamy zwiedzić kopalnię soli w Praid i pooglądać ceramiczne cudeńka, sprzedawane
      w przydrożnych kramach w Corund. Może uda nam się również wykąpać w mocno
      mineralizowanym Jeziorze Ursus (Niedźwiedzim).
      Pierwszą rzeczą, która nam się rzuca w oczy są nazwy miejscowości na tablicach –
      w dwóch językach – rumuńskim i niemieckim (tereny te są również zamieszkiwane
      przez Sasów), a bliżej Gheorgheni rumuńskim i węgierskim. Niespiesznie
      przejeżdżamy przez małe i większe wioseczki, z jakże odmienną od wczorajszej,
      typowo rumuńskiej, zabudową. Piękne, wielkie rzeźbione bramy i ogrodzenia kryją
      czyste podwórka, zadbane domy i ogródeczki. Skromnie tu, czasami nawet ubogo,
      ale czysto, wsie uporządkowane – znać, że jesteśmy w innej krainie. Na płotach
      wiszą, wyrabiane przez mieszkańców, piękne wyroby z wikliny – kosze, koszyczki,
      kwietniki, na podwórkach stoją fotele, kosze, gdzieniegdzie widać suszącą się
      wiklinę w wielkich stosach.
      Pierwszym postojem na naszej drodze jest Corund – miejscowość słynie z pięknych
      wyrobów ceramicznych, które można pooglądać i nabyć w licznych straganach,
      rozstawionych przy drodze. Mimo upału lejącego się z nieba, zatrzymujemy się i
      zaczynamy przechadzkę wśród ogromnej ilości dzbanów, garnków, wazonów i
      wazoników, talerzy i innych cudeniek ceramicznych. Możemy tu również
      popodziwiać pięknie haftowaną odzież, wyroby z wełny – pledy, chodniczki,
      kilimy, przedmioty użytkowe i ozdobne z drewna, jak również liczne przykłady
      zdolności wyplatania wikliny. Nie brakuje oczywiście plastikowej tandety rodem
      z Chin, ale tą skwapliwie omijamy. Po obejrzeniu większej części oferty
      handlowej decydujemy się na szybkie zakupy – piękne wyroby ceramiczne lądują w
      naszym samochodzie, udaje nam się zakupić małe wałki z metalową rynienką na żar
      do pieczenia tych pysznych płaskich węgierskich sękaczy, które mieliśmy okazje
      popróbować w Bran. Mąż kupuje mi również piękne poncho z owczej wełny i możemy
      ruszać w dalszą drogę. Szybko dojeżdżamy do nieodległego Praid, gdzie chcemy
      zwiedzić kopalnię soli.
      Łatwo odnajdujemy parkingi przy kasach – jest to również droga do położonych
      niedaleko basenów, stąd tłumy golasów, robiących zakupy w pobliskich
      sklepikach. Po zakupieniu biletów czujemy się lekko zagubieni – nigdzie nie
      widać jakiegoś wejścia, wind itp. Za to przy poboczu drogi, obok kasy zebrał
      się spory tłumek ludzi z bluzami, polarami i wielkimi siatami w rękach –
      okazuje się, że czekają oni na autobus, który zawiezie ich do kopalni. Stajemy
      pokornie w kolejce, żar się z nieba leje, ale bilety już w kieszeni, więc nie
      mamy wyjścia. Filip narzeka na swoja tragedię – on nie znosi podziemi, trochę
      się ich boi, a przecież był już w Wieliczce, więc nie może zrozumieć, co za
      cholera pcha nas znów w ciemne, podziemne korytarze.
      Ale autobus właśnie podjeżdża, więc nie ma już czasu na zastanawianie się –
      wsiadamy, autobus po chwili rusza i za parę minut wjeżdża w tunel, który
      prowadzi nas w głąb ziemi – wrażenie niesamowite, ciemność, chłód. Wszyscy
      zaczynają się ubierać – tylko my, gamonie, w krótkich rękawkach. Wysiadamy na
      podziemnym przystanku, autobus odjeżdża dalej w czarną czeluść w ścianie, a my
      zaczynamy dalszą wędrówkę schodami w dół. Za kolejnymi drzwiami ukazuje nam się
      ogromna sala z ….podziemnym placem zabaw – dzieci huśtają się na huśtawkach,
      zjeżdżają z wielkiego, dmuchanego zamku, skaczą w kulkach. Dorośli grają w
      badmingtona, spacerują, podziwiają ściany i sufity tej podziemnej budowli.
      Niektórzy, siedząc na ławkach, czytają książki. Prawdziwy piknik, sama radość i
      wypoczynek – brakuje mi tylko rolkarzy i dzieci na wrotkach – ale podłoże nie
      sprzyja takim sportom, w innym przypadku na pewno by ich tutaj nie zabrakło.
      Przechodzimy z jednej wielkiej sali do drugiej i do kolejnej – w jednej
      znajduje się kaplica, służąca wyznawcom aż pięciu wyznań, w innej sklepiki z
      pamiątkami, art. spożywczymi. Jest tu również wystawa czasowa – zdjęcia
      dokumentujące kulturę Szeklerszczyzny, życie tutejszej ludności, zwyczaje,
      religię, budownictwo, a także florę i faunę tego regionu – wystawa bardzo
      ciekawa, ukazująca, jak duże są starania tego narodu o utrzymanie własnej
      odrębności kulturowej na tym skrawku obcej, a jednak własnej ziemi.
      Ciężko jest nam wyjść z tego miejsca – po pier
      • sylwka35 Re: cz.9 - Shighisoara, Szeklerszczyzna 01.08.07, 18:21
        ciąg dalszy z poprzedniego wątku:

        Ciężko jest nam wyjść z tego miejsca – po pierwsze chłodno, co stanowi
        wspaniały wypoczynek po upałach na górze, poza tym miejsce to ma jakąś cudowną
        atmosferę, trochę tajemniczości i mroczności, a z drugiej strony ci rozbawieni,
        zrelaksowani ludzie – niesamowita mieszanka. Ale czas nas troszkę goni –
        ponownie schodami (tym razem w górę) wydostajemy się na kolejny podziemny
        przystanek – w sporym ścisku czekamy na autobus, który wkrótce przyjeżdża i
        wywozi na powierzchnię ziemi (tym razem podróż trwa trochę dłużej, co wydłuża
        nam przyjemność pobytu w chłodnym miejscu).
        W pobliskiej piekarni kupujemy znany nam już wałek ciasta węgierskiego – tym
        razem w posypce orzechowej i ruszamy na poszukiwanie jeziora Ursus w Sovacie –
        może uda nam się w nim wykąpać, chociaż zastanawiamy się, czy to ma sens – na
        dworzu gorąco, a jezioro jest ciepłe (ok. 36 st.). Tłum samochodów wokół
        parkingów w Sovacie skutecznie nas zniechęca do poszukiwania jeziora –
        miasteczko wygląda jak nasze Władysławowo w szczytowym okresie, dlatego
        kierujemy się już do Gheorghieni.
        W czasie drogi udaje nam się skontaktować z tamtejszą Agencją turystyczną,
        która znajduje nam noclegi w motelu. Z pewną nieśmiałością, bazując na
        wczorajszych doświadczeniach, poszukujemy tego miejsca – w końcu udaje nam się
        znaleźć nasz motel i w tym momencie z 5 ust wydobywa się odgłos ulgi.
        Wchodzimy do środka i nasze opinie się nie zmieniają – czyste, przyjemne
        miejsce, duża restauracja, na piętrach słoneczne, nowocześnie urządzone pokoje
        z czyściutkimi łazienkami – bosko !!! Z dziką radości wskakujemy po kolei pod
        prysznice – dzieci w swoim pokoju, my w swoim. Czyści i z pustymi żołądkami
        schodzimy do restauracji, gdzie zjadamy pyszny, węgierski posiłek. Na stole
        króluje zupa gularzowa, gularz i inne takie – pyszota. Tylko Krzyś zaczyna
        narzekać na ból lewej dłoni – okazuje się, że w trakcie szybkiego wyjeżdżania
        spod kopalni soli (panował tam straszny tłok i wiele samochodów chciało
        zaparkować) nie miał czasu uważać na rozgrzaną, do przysłowiowej czerwoności,
        kierownicę i prozaicznie poparzył sobie dłoń – pierwszy raz z czymś takim się
        spotkaliśmy – poparzenie dosyć rozległe i bolesne, ale nic, do wesela się
        zagoi. Po posiłku leniwy odpoczynek, piwko pod parasolem w ogródku na zewnątrz
        i planowanie jutrzejszej trasy – mamy kawałek drogi do przejechania i co nieco
        do zobaczenia. A potem do czystych łóżeczek w czystych pokoikach !!!

        Cdn…
    • sylwka35 cz.10 Bicaz, Bukowina 01.08.07, 18:23
      23.07.07

      Poranne wstawanie idzie nam sprawnie – śniadanko szybko zjedzone, torby
      spakowane i o 9.00 możemy wyruszyć w dalszą włóczęgę. Dalej kierujemy się na
      północny zachód, aby dotrzeć do Wąwozu Bicaz.
      Powoli wjeżdżamy pomiędzy skały – z kierunku, z którego przybywamy Wąwóz
      zaczyna się od niedużych skałek i dosyć szerokiej doliny, wyżłobionej przez
      rzekę – jesteśmy trochę zawiedzeni, myśląc, że to już wszystko. Jednak za
      chwilę drogą zaczyna się wić mocniej, niedostępne skały sięgają coraz wyżej
      nieba (aż do 400 m wysokości), na szosą pojawiają się coraz większe nawisy
      skalne – pejzaż jak z bajki o Paluszku – wszystko wokoło wielkie, a my tacy
      malutcy. Wąwóz robi na nas ogromne wrażenie, zatrzymujemy się co chwilę, żeby
      pozadzierać głowy do góry i popodziwiać świat nad nami oraz popatrzeć w dół, na
      rzekę, która wije się wzdłuż szosy. Dzieciaki, w ramach rozprostowania nóg,
      schodzą nad rzekę, żeby poskakać trochę po kamieniach. My przyglądamy się
      krzyżowi na szczycie Piatra Altarului – nie dość, że ktoś się wdrapał na tą,
      wyglądającą na nie do zdobycia, skałę, to jeszcze postawił tam olbrzymi krzyż,
      widoczny z dużej odległości. Naprawdę, widoki zapierają dech w piersiach, a mi,
      jak to zwykle w takich sytuacjach ze mną bywa, wzruszenie odbiera głos (kiedyś,
      pod wodospadem w Plitwickich Jeziorach w Chorwacji popłakałam się ze
      wzruszenia). Jedyny dysonans w tym kontemplowaniu piękna natury, niemalże
      nieskażonej ludzką ręką, stanowią liczne straganych, rozstawione w miejscach
      szczególnie urokliwych widokowo. Ale cóż – ludność, pozbawiona możliwości
      zarobkowania w fabrykach-molochach, których na szczęście brakuje w tym
      regionie, zmuszona jest w jakiś sposób zarobić na życie.
      Wkrótce, pełni jeszcze świeżych wrażeń z wąwozu, zbliżamy się do Bicaz, a dalej
      kierujemy się do Piatra Neamt – zbaczamy jednak z drogi, aby zobaczyć monastyr
      Bistrita – wielka brama prowadzi na teren monastyru, gdzie znajduje się całkiem
      spora Cerkiew. Ponoć kiedyś jej zewnętrzne ściany pokryte były freskami, ale
      zakryto je podczas kolejnych bieleń ścian. W klasztorze panuje przyjemna cisza
      i atmosfera skupienia, nie ma zbyt wielu zwiedzających, więc w spokoju możemy
      pokontemplować urok tego miejsca.
      Kolejnym punktem naszego zwiedzania ma być Zamek Neamt w Targu Neamt.
      Dojeżdżamy na miejsce i dowiadujemy się, że niestety na Zamku trwa remont i
      jest on zamknięty dla zwiedzających. Dlatego szybko wracamy na szlak i niedługo
      znajdujemy się we wsi Rasca, gdzie rozpoczyna się nasza 3-dniowa przygoda z
      malowanymi cerkwiami na Bukowinie.
      Monastyr Rasca, pięknie położony – z dala od głównych arterii i zabudowań
      wiejskich, wśród pól i łąk, to miejsce niezbyt często odwiedzane przez
      turystów, dlatego wejście jest bezpłatne, a z daleka słychać śpiew zakonników.
      Po wejściu na teren klasztoru okazuje się, że śpiew pochodzi z płyty CD, ale ta
      świadomość nie psuje nastroju, w który nas ta muzyka wprowadziła. Miejsce
      urokliwe, ciche i spokojne, sprzyjające kontemplacji i modlitwie. Budynek
      cerkwi z zewnątrz pięknie zdobiony XVI-wiecznymi malowidłami, wewnątrz
      wspaniały ikonostas i niemalże namacalna obecność Istoty Wyższej.
      W pewnym momencie powraca świadomość nieubłagalnego upływu czasu – pora wracać
      do świata zewnętrznego. No i chyba najwyższy czas dotrzeć na nocleg, sprawdzić
      jego stan i uspokoić się, że wszystko będzie w porządku – w końcu mamy tu
      spędzić 3 noce.
      Teraz, bardzo sprawnie i bez ociągania, dojeżdżamy do Gura Humorului – nie
      wjeżdżamy nawet do miasta i od razu, po lewej stronie ukazuje się naszym oczom
      nasz nocleg – to znowu motel, znowu na pograniczu miasta i znowu zadowala nas
      jego poziom – czysto, miło, jest restauracja, obok korty tenisowe (dzieciaki
      już się cieszą). Wpadamy do pokoi, rozpakowujemy się i schodzimy na obiad. I
      tutaj rozczarowanie – jedzenie nie jest zbyt smaczne, ale szybko zjadamy nasz
      posiłek bo chcemy jeszcze dzisiaj co nieco zobaczyć (poza tym głód czasami
      poprawia smak potraw i pozwala nie zauważać pewnych niedociągnięć kucharza).
      Ponownie wsiadamy do samochodu i ruszamy do miasta – główne ulice w przebudowie
      i troszkę się gubimy, ale w końcu udaje nam się znaleźć drogę dojazdową do
      kolejnego monastyru – tym razem to Monastyr Humor (lub Humorolui – spotkałam
      się w różnych miejscach z różnym nazewnictwem tego klasztoru) powstał w XVI w.,
      ale od XVIII w aż do 1990 r. nie był zamieszkany przez mniszki. Powstanie
      tutejszych fresków datowane jest na XVI w, natomiast na początku lat 70-tych XX
      w. odrestaurowywali je polscy konserwatorzy – tym chętniej przyglądamy się im,
      doceniając urok tych arcydzieł sztuki malarskiej. Zadziwiające, jak trwałe
      dzieła potrafili stworzyć malarze tamtych czasów, nie mając do dyspozycji
      nowoczesnych technik, a tylko wykorzystując naturalne, roślinne barwniki –
      przez tyle lat malowidła te, narażone na zmienne warunki pogody, nie poddały
      się upływowi czasu i po dziś dzień cieszą oczy oglądających je ludzi.
      Do tego, pomiędzy zabudowaniami klasztornymi cicho i niepostrzeżenie przechodzą
      siostry, dodając szczególnego uroku temu miejscu – widzimy je przy pracy w
      ogrodzie, wśród krzaków róż, modlące się w cerkwi – czas zdał się cofnąć do XVI
      w., a my, to jakby goście z przyszłości, oglądający wszystko przez niewidzialną
      szybę. Wśród murów Monastyru góruje wieża-dzwonnica (która świadczy o obronnym
      charakterze tej budowli) – wspinam się na nią razem z dziećmi po stromych
      schodach, wchodzimy do wewnątrz – kolejne schody w wąziutkim korytarzu, kolejne
      pięterko i kolejne schodki – tutaj trzeba wdrapywać się niemal na czworaka.
      Wychodzimy na drewniany balkonik na zewnątrz murów – w podłodze z desek szpary,
      przez które widać ziemię (parę metrów pod nami !!!) – ostrożnie posuwamy się
      dokoła i z ulgą wchodzimy z powrotem do środka. Teraz jeszcze tylko zejście
      tyłem po karkołomnych, ciasnych schodkach i jesteśmy ocaleni – niektórzy chyba
      obawiali się, że zostaną tutaj już na zawsze. Krzyś (nasz rodzinny cykorek
      wysokościowy) radośnie wita nas na dole i cieszy się, że nie dał się namówić na
      wycieczkę na górę. Powoli opuszczamy to urokliwe miejsce, rzucając raz jeszcze
      oczkiem na piękne, zabytkowe malowidła, które tak dzielnie oparły się
      niszczącej mocy upływu czasu i niekorzystnych warunków pogodowych. Za bramą,
      przy parkingu mamy jeszcze okazję popodziwiać wyroby rękodzielnicze tutejszych
      hafciarek – między innymi piękne bluzki i kożuchy bogato zdobione haftem
      płaskim i haftem z wykorzystaniem koralików. Oj, moje Kuferkowe koleżanki miały
      by tutaj niezłe popasanie.
      Napawamy się do woli urokiem tego miejsca (niektórzy maja dosyć) i niespiesznie
      zmierzamy w kierunku jeszcze jednego monastyru, który jest w dzisiejszym planie
      zwiedzania.
      Monastyr Voronet, to jeden z kilku na Bukowinie, wpisanych na Listę Światowego
      Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO (stąd pobierane tutaj opłaty
      za wstęp, fotografowanie itp.) Monastyr został ufundowany w XV w, a jego budowa
      trwała 3 miesiące i 21 dni. Piękne freski wewnętrzne i zewnętrzne pochodzą z XV
      i XVI w. Są one uważane, podobnie, jak cały klasztor, za najpiękniejsze ze
      wszystkich tego typu obiektów na Bukowinie. Stąd najwyższe ceny za wstęp i
      fotografowanie.
      Zmęczeni, ale zadowoleni wracamy do motelu – na kolację zjadamy świeże bułeczki
      i popijamy jogurtami owocowymi (mniam) i udajemy się na zasłużony wypoczynek.

      Cdn…
    • sylwka35 cz 11. Bukowina 01.08.07, 19:27
      24.07.07

      Dzień wita nas pięknym słonkiem, noc przespaliśmy spokojnie, więc wszyscy czują
      się wyspani i wypoczęci. Śniadanie zjadamy w naszym hotelu – znów pyszne omlety
      z serem i wędliną, do tego dżem, bułeczki – ach, żyć, nie umierać ! Do tego
      tyle nas dziś czeka pięknych zabytków – prawdziwa uczta dla oka i duszy (nie
      wiem dlaczego, ale niektórzy z uczestników wycieczki narzekają na program i
      organizatora – ale nic, nad Dunajem im to wynagrodzę – tam żadnych zabytków nie
      będzie).
      Na pierwszy ogień idzie Monastyr Moldovita, ufundowany w XVI w. Z tego samego
      okresu pochodzą freski, zdobiące zewnętrzne ściany cerkwi – najlepiej zachowane
      na ścianie południowej. Nas zachwyca również przepiękny ikonostas z XVI w. Z
      cerkwi idziemy jeszcze do maleńkiego Muzeum, które znajduje się na terenie
      monastyru – najcenniejszym zabytkiem jest tron hospodara Petru Aresa, fundatora
      tego klasztoru. Obiekt został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa
      Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO
      Kolejnym zabytkiem z tej Listy, który udaje nam się odwiedzić jest Monastyr
      Sucevita. Zabytek ten powstał w XVII w., uważany jest za kwintesencję stylu
      mołdawskiego. Otoczony grubymi i wysokimi murami obronnymi, przyciąga turystów
      swymi freskami. Ich barwa i dominujące kolory – czerwień i niebieski –
      sprawiają, że malowidła wyglądają bardzo świeżo. Momentami przygniata ich
      różnorodność i dbałość twórców o szczegóły. Tak czy siak, sceny biblijne,
      drzewo Jessego, drabina cnót monastycznych i wszystkie inne malowidła są
      zachwycające i warte zobaczenia. Również malowidła wewnątrz cerkwi, a dla mnie
      przede wszystkim przedstawienie Chrystusa Pantokratora (Władcy i Pana
      Wszechświata) w kopule nad nawą główną mogą rzucić na kolana. Świadomość, że
      jest to ostatni klasztor na Bukowinie, którego zewnętrzne ściany ozdobiono
      malowidłami, jeszcze bardziej podnosi wartość tego zabytku w naszych oczach.
      Aby dać odpocząć rodzinie od zabytków w drodze do ostatniego z zaplanowanych na
      dziś Monastyrów zatrzymujemy się w Marginei. Pomnik – wielki czarny dzban -
      przy tablicy z nazwą miasta od razu wskazuje czym zajmują się tutejsi
      mieszkańcy. Miejscowość ta znana jest z wyrobu charakterystycznej, czarnej
      ceramiki, zdobionej geometrycznymi wzorami. Wstępujemy na chwilę do zakładu
      produkującego taką ceramikę, przyglądamy się procesowi jej tworzenia i
      oczywiście robimy nieduże, symboliczne zakupy.
      Ruszamy dalej do, ostatniego już dziś, Monastyru Dragomirna. Klasztor schowany
      za wielkimi murami obronnymi (10 m wysokie), kryje ciekawą w budowie cerkiew –
      budynek odmienny w stylu od poprzednich, tak z zewnątrz (tu nawiązuje do
      budowli islamskich), jak i wewnątrz – przestronne wnętrze, brak stałego
      podziału na 3 części (przednawie, komora grobowa, nawa główna) – jedynymi
      elementami dzielącymi są kolumny. Klasztor jest bardzo malowniczo położony nad
      małym jeziorkiem, a cisza i spokój tam panujące zapraszają do spędzenia tej
      okolicy więcej czasu.
      My jednak chcemy jeszcze dziś odwiedzić Suczawę. Poza tym panuje dziś
      straszliwy skwar – w Bukareszcie jest ponad 40 st i ogłoszono czerwony alarm
      (biura państwowe działają tylko do 11.00) – na północy niewiele lepiej, dlatego
      chcemy wrócić jak najszybciej do klimatyzowanego samochodu, potem udać się na
      obiad do jakiejś miłej restauracyjki. Ze zwiedzania Suczawy też nici, bo upał
      skutecznie zniechęca do łażenia po mieście. Po obiedzie w bardzo sympatycznej,
      włoskiej knajpie idziemy na lody i wracamy do motelu. Dzieciaki szybko się
      regenerują i spędzają jeszcze 2 godziny na korcie. Wieczór mija nam na
      zajęciach w podgrupach ;-)

      Cdn…
    • sylwka35 cz.12 Bukowina - polskie wsie 02.08.07, 07:10
      25.07.07

      Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy odwiedziny w polskich wsiach –
      chcemy zobaczyć, jak żyją tutaj nasi rodacy, jak wyglądają Domy Polskie i
      osławiona droga asfaltowa do Kaczycy, wybudowana z inicjatywy naszego
      poprzedniego prezydenta.
      Najpierw chcemy dostać się do Pleszy, ale omijamy znak, który miał rzekomo stać
      na rozwidleniu dróg i w końcu drogą szutrową, z mnóstwem dziur, dojeżdżamy do
      Pojana Mikuli – napis na tablicy w dwóch językach. Po drodze kapliczka z
      mądrością życiową w języku polskim i niemieckim – „Pracuj całe życie dla
      wieczności”. Wioska cicha i spokojna, ludzie pracują w obejściach lub na
      pobliskich łąkach – właśnie przyszła pora sianokosów. Mijając polską szkołę,
      docieramy do końca wsi, droga robi się nieprzejezdna, więc zawracamy. Na
      poboczu drogi widzimy grupkę ludzi i samochód na polskich numerach.
      Zatrzymujemy się, aby zapytać o zjazd na Pleszę. Przy okazji dowiadujemy się,
      że kierowca samochodu z polską rejestracją przyjechał tu po 60 latach (urodzony
      w 1946 r. w Kaczycy, wyjechał stąd w 1947 r. i dopiero teraz po raz pierwszy tu
      przyjechał). Mieszkanka Pojany, która stoi w tej niedużej grupce opowiada
      czystą polszczyzną o tym, jak żyje się tutaj Polakom – jak bardzo chcieliby
      drogi asfaltowej do wsi (mają ją obiecaną przez polską ambasadę), jak działa
      tutejsza Polonia, jak dzieci uczą się polskiego, jak wyjeżdżają na festiwal
      Bukowiny do Piły – miło posłuchać tej opowieści, relacji w języku ojczystym od
      osoby, która w Polsce tylko bywa. Naprawdę powinniśmy być dumni, że polskość w
      tych ludziach trwa, że tak dbają o to, aby dzieci nie zapomniały gdzie są ich
      korzenie – szczególnie jest to widoczne, gdy miało się do czynienia
      z „Amerykaninem” polskiego pochodzenia, który wyjechał z kraju przed 5 laty i
      nie pamięta połowy polskich słów. Tutejsi Polacy, to już 11, 12 pokolenie
      naszych rodaków, mieszkające na tych terenach. Żegnamy się, zostawiając naszego
      rodaka, mieszkającego obecnie w Jeleniej Górze z jego przeszłością i ludźmi,
      którzy mogli by być jego sąsiadami, gdyby stąd nigdy nie wyjechał.
      Rezygnujemy z wizyty w Pleszy, gdyż droga do niej prowadząca jest absolutnie
      nie dla nas i jedziemy do Nowego Sołońca (to właśnie do tej wsi prowadzi
      asfaltowa droga, której fundatorem był Aleksander Kwaśniewski), a dalej do
      Kaczycy. Tu również wita nas napis w dwóch językach – rumuńskim i polskim.
      Polacy są mieszkańcami tej wsi od 1792r., kiedy to sprawdzono to polskie
      rodziny górnicze z Wieliczki i Bochni. Ich przeprowadzka wiązała się z
      otwarciem tutaj kopalni soli – obecnie zabytkowej. Zwiedzamy to miejsce, choć
      silny zapach nafty, unoszący się wszędzie, skutecznie zniechęca nas do
      dokładnego jej spenetrowania. Kopalnię zwiedza się samodzielnie, wiele miejsc
      jest słabo oświetlonych i często mamy niezłego pietra, bo taka pełna swoboda w
      takim miejscu może się źle skończyć – naszą wycieczkę kończymy przed czasem,
      nie docierając niestety (ku mojemu niezadowoleniu) do Sali balowej. Filip jest
      jednak szczęśliwy – tyle wrażeń w jednym miejscu, to jednak zbyt wiele dla
      niego.
      Ruszamy w dalszą drogę – teraz do Suczawy. Zamierzamy zwiedzić ruiny Zamku
      Tronowego, a potem zjeść obiad w tej samej, co wczoraj, restauracji. Po drodze
      mijamy ciekawe widokowo miejsca – zielone pagórki, często porośnięte lasami,
      wioseczki ukryte w dolinach – urocze miejsca.
      Do Zamku w Suczawie trafiamy bezbłędnie – w pobliżu duży parking, więc jest
      gdzie zostawić samochód. Zamek powstał w XIV w., otoczony był najpierw dwoma, a
      potem trzema pierścieniami fortyfikacji. Do dzisiejszych czasów przetrwał w
      niezłym stanie, dlatego spacerujemy po nim dosyć długo. Dzieciaki mają niezła
      frajdę włażąc w różne miejsca, chowając się nam – fajnie, że mogą odreagować po
      wczorajszych monastyrach. Do tego, już przy wyjściu z zamku, natykamy się na
      namiot, obłożony folią aluminiową – okazuje się, że jest tu czasowa wystawa
      figur woskowych – możemy pooglądać podobizny min. Papieża Jana Pawła II,
      Księżnej Diany, Pele, Pavarottiego i wielu innych.
      Ze wzgórza zamkowego zjeżdżamy do miasta i z radością zmierzamy w kierunku
      restauracji – pyszne makarony i pizze zaspokajają nasz głód, więc rodzin
      planuje jeszcze lody. Ja w tym czasie idę zwiedzić Muzeum Etnograficzne –
      piękne eksponaty bogato zdobionej odzieży, drewniane przedmioty codziennego
      użytku (szczególnie rzeźbione łyżki) zachwycają mnie, nie chce mi się stąd
      wychodzić, ale moja rodzinka już się pewnie tam niecierpliwi, więc gnam do
      nich. Dzieciaki cieszą się z mojego szybkiego powrotu, bo możemy już jechać do
      naszego motelu, a oni chcą jeszcze dziś znów pograć w tenisa.
      Wracamy więc do Gura Humorului – dzieciaki z Tatą na kort, a ja do szydełka i
      swojej dzierganki. Rano trzeba będzie się jeszcze spakować i wyruszyć w
      kierunku Delty Dunaju.

      Cdn…
    • sylwka35 cz.14 Delta Dunaju 02.08.07, 07:13
      26.07.07

      To już ostatnia noc w naszym uroczym moteliku, dalej czeka nas nieznane.
      Rozliczamy się za pokój – nie bez niespodzianek – pan z recepcji mówił o 16 ron
      za godzinę wynajęcia kortu, przy płaceniu za pokój okazuje się, że to miało być
      60 ron. No cóż, jakoś trzeba się dogadać – w końcu płacimy 70 ron w sumie za
      3,5 godziny grania – więc staje na naszym.
      Ruszamy w drogę i nagle nasz komputer sygnalizuje brak powietrza w oponie. Już
      wczoraj dawał nam znaki, że coś jest z tym kołem nie tak, ale Krzyś
      zbagatelizował ten sygnał, twierdząc, że to na pewno czujnik się popsuł.
      Wracamy więc do naszego motelu, bo obok niego znajduje się punkt wulkanizacji.
      Pan mechanik sprawnie zdejmuje koło – w oponie mamy wielki gwóźdź z końskiej
      podkowy. Naprawa trwa 15 minut, pytamy o cenę, pan pisze palcem 60. Krzychu
      łapie się za głowę – za 60 ron miałby nowa oponę. Krzyś w związku z tym prosi o
      rachunek, wchodzi na zaplecze i dostaje kwit na … 6 ron (w styczniu w Rumunii
      była denominacja i wiele osób posługuje się starą walutą) . Na to konto myjemy
      jeszcze samochód i w świetnym nastroju ruszamy na wschód. Słońce cały czas
      mocno przygrzewa, zapowiada się piękna pogoda – a dziś czeka nas delta Dunaju,
      jutro może wypłyniemy w rejs po rzece.
      Droga do Galati mija spokojnie – przejeżdżamy przez wioski i wioseczki, podobne
      architektonicznie do tych podbukareszteńskich. W Galati parkujemy na promie i
      przepływamy na drugą stronę rzeki, stamtąd ruszamy do Tulczy. Z tego miasta
      ruszają statki wycieczkowe po Dunaju, tutaj również planujemy znaleźć jakieś
      noclegi. Droga z Galati do Tulczy bardzo zróżnicowana, teren pofałdowany,
      mnóstwo wzgórz na horyzoncie, malutkie, biedne wioski – mamy co oglądać.
      W Tulczy z łatwością odnajdujemy port, parkujemy w pobliżu i ruszamy pieszo na
      rekonesans. Dosyć szybko trafiamy na łodź-hotel – młody chłopak, dobrze
      władający angielskim, pokazuje nam kajutki – proponują nam 3 pokoiki 2-osobowe.
      (40 ron za łóżko) Pokoiki malutkie, ale czyste, przytulne – każdy z
      łazieneczką. Takie miniaturki, ale fajne – bardzo nam się tu podoba. Do tego
      nasz przewodnik ma łódź motorową i proponuje nam 3-godzinną (za 450 ron)
      wycieczkę po Delcie jutro rano – zobaczymy dużo więcej niż podczas 12 godzinnej
      wycieczki na dużej łodzi wycieczkowej (pyr pyr pyr, jak to określił mój
      małżonek). Ma to sens, bo rejs nie będzie zbyt długi, a co za tym idzie
      dzieciaki się nie znudzą. Poza tym nigdy nie pływaliśmy porządną motorówką.
      Postanawiamy się jeszcze zastanowić, ale już nam się ta oferta podoba. Najpierw
      jednak pora na obiad – siadamy w pobliskiej restauracji, serwującej ryby i
      pochłaniamy pysznego suma.
      Z pełnymi brzuchami ruszamy na dalsze poszukiwania noclegu i oferty na
      jutrzejszą wycieczkę – najpierw zaczepia nas chłopak nieźle mówiący po
      angielsku, ale występuje on w imieniu swojego kolegi, który ani w ząb nie zna
      tego języka, co może nam skutecznie utrudnić porozumiewanie się w czasie
      wycieczki. Rezygnujemy a decyzję pomaga nam podjąć przesympatyczny agent
      turystyczny, który na tej promenadzie szuka chętnych na 12-godzinne wycieczki
      statkiem wycieczkowym. Po tym jak dowiaduje się, kto proponował nam swoje
      usługi stwierdza, że super trafiliśmy i powinniśmy się zdecydować na tą 3-
      godzinną wycieczkę motorówką – nasz przewodnik jest ponoć super, zna miejsca,
      gdzie można zobaczyć ciekawe okazy ptaków i warto mu zaufać.
      W ten sposób wracamy na łódź-hotel – rezerwujemy noclegi (liczą nam w końcu za
      4 osoby, a jest nas 5) i wycieczkę i wracamy do samochodu po bagaże. Pokoiki na
      statku malutkie, ale wygodne. Urządzamy się w nich szybko i lądujemy z piwkiem
      na pokładzie. Możemy popodziwiać nadchodzący zachód słońca, ochłodzić się w
      wieczornej bryzie i poprowadzić nasze ulubione, rodzinne pogaduchy o tym co
      było kiedyś, o marzeniach o przyszłości.
      Cdn…

      27.07.07

      Zasypiamy w naszych łóżkach szybko, równie szybko mija noc i o 7 rano jesteśmy
      gotowi do rejsu. Nasz przewodnik jest punktualny, ma bardzo fajną motorówkę.
      Wsiadamy, zakładamy kapoki i sprawnie wypływamy na rzekę.
      Najpierw płyniemy szeroką odnogą Dunaju, potem skręcamy w lewo, w węższy kanał –
      tutaj rzeka ma mnóstwo odnóg, po drodze natykamy się na liczne jeziorka. Na
      brzegach widać liczne ptactwo – czaple, żurawie, mewy. Wysoko na drzewach
      siedzą kormorany. W pewnym momencie zatrzymujemy się przy jeziorze – przewodnik
      gasi silnik, a przed nami na wodzie widzimy setki, a nawet tysiące ptaków – nie
      można tutaj wpływać – to jest strefa pod ścisłą ochroną, dlatego pozostajemy na
      jego początku. W oddali widzimy 2 pelikany – po raz pierwszy widzę te ptaki na
      wolności.
      Ruszamy w dalszy rejs, podziwiając okoliczne widoki – rzeka meandruje, raz jest
      szersza, raz węższa. Co chwila mijamy inne jednostki pływające – łódki, nieduże
      motorówki. Na brzegu co jakiś czas widzimy rybaków i rozbite namioty – ludzie
      szykują sobie śniadanie.
      Kolejnym etapem naszej podróży jest przystanek we wsi Mila 23 – malutka, kilka
      domków na brzegu. Wypijamy kawę (parzoną po turecku) w pobliskiej knajpce i po
      chwili przerwy ruszamy w dalszy rejs. Po chwili wypływamy ponownie na główny
      kanał – szeroki, rozległy, o uregulowanym brzegu. Widoki mniej ciekawe, mijamy
      kolejne wioski, leżące na szlaku – czasami widać kormorany, siedzące na
      drzewach. Mijamy również coraz większe statki, które robią wielkie fale – nasza
      motorówka opada na nich jak mała łupina od orzecha, ale wrażenie jest fajne.
      Wkrótce dopływamy z powrotem do Tulczy – nasz wycieczka dobiega końca.
      Zabieramy nasze rzeczy ze statku i kierujemy się do naszego samochodu – powoli
      ruszamy w kierunku Bukaresztu. Może jutro wybierzemy się w góry, jeśli pogoda
      pozwoli. Jeśli nie, to poodpoczywamy w domu, może pozwiedzamy trochę miasto.

      Cdn…
      • Gość: josip_broz_tito Re: cz.14 Delta Dunaju IP: *.1.telkab.pl 06.08.07, 16:04
        Co widzieliście w Delcie? Ja byłem w Sulinie i to nawet prawie wtedy co Wy -
        myśmy wypływali z Tulcei statkiem o 13:30 30.07 i wracaliśmy następnego dnia
        31.07. o 7 rano. Ja tam jeszcze muszę wrócić - na ryby :)

        A jeśli chodzi o dalsze podróże - NIE dla wybrzeża! Zwłaszcza części na pn od
        Konstancy (Navodari, Mamaia). Na południe można, ale im bliżej Bułgarii tym
        lepiej.

        Pozdrawiam:)
    • Gość: pegasso Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.08.07, 23:44
      Rumunia na zawsze zostanie w moim sercu. To niesamowite państwo,
      fantastyczni ludzie i klimat który można jeszcze odszukać a Mołdawi
      i Albanii. Polecam Rumunie każdemu!!!!!!
    • Gość: jankop [...] IP: *.chello.pl 07.08.07, 04:33
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: Pączek Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga IP: *.adsl.inetia.pl 07.08.07, 06:59
      Super relacja Tylko trochę długa,,,
      • Gość: gtw [...] IP: *.rzeszow158.tnp.pl 07.08.07, 08:26
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: lechu Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga IP: *.res.pl 07.08.07, 09:34
      ps, wlasnie wrocilem z Rumunii po tygodniu tam spedzonym - mozna sie zakochac :)
    • Gość: Milo110 Re: Nasze 2-miesięczne wakacje w Rumunii (i Bułga IP: *.um.wroc.pl 07.08.07, 14:07
      Świetny opis, chociaż znam Rumunię, to czytałam z zainteresowaniem.
      A jeśli się komuś nie podoba - to dlaczego czyta? Niektóre głupie
      komentarze lepiej zachować dla siebie.
Pełna wersja