maria55
06.03.05, 16:55
Cześć! Jestem tu nowa, jakoś przyprowadzona na Wasze forum. Nie
przestudiowałam go jeszcze dokładnie, więc wybaczcie jeśli nie jestem
świadoma którejś z wypowiedzi nawiązującej już do tematu który chciałabym
poruszyć.
Chce Was zapytać, jak Wy znosicie to nasze, ubliżające zdrowej inteligencji i
wszelkiemu rozsądkowi, otoczenie? (Czytaliście dziś wiadomości?..)
Jestem osobą bardzo wrażliwą, wyczuwającą jakoby podskórnie wszelkie
wibracje, kłamstwa, nieuczciwości itp, co często prowadzi do wręcz fizycznych
reakcji mojego organizmu. Wzbudza wstręt i ból. Nie radzę sobie z tym i jest
to często powodem do mojego wycofywania się z sytuacji które takie reakcje
prowokują lub mogą prowokować. Całe życie starałam się rozwijać i naprawiać
siebie, być dobrą, przyjazną, wspierającą, dzielącą się doświadczeniem.
Wyraźnie ku uciesze innych którzy chętnie to wykorzystują, często porzucając
mnie wyczerpaną. Problem w tym że tych sytuacji jest coraz więcej w moim
otoczeniu. Spostrzegam w nim coraz więcej przemocy. Nasz codzienny język jest
nią przepojony. Nie chcę w tym partycypować! Niepodawanie się czy
protestowanie doprowadziły już do utraty pracy, zerwania znajomości (których
wcale nie żałuję). Patrząc wstecz, moja rodzina nic tylko nadużywała mojej
lojalności. Najlepiej czuję się gdy jestem sama. Doszło teraz do, uważam,
niebezpiecznej sytuacji kiedy z olbrzymia niechęcią nawiązuję kontakt z
otoczeniem bo każdy prawie taki kontakt jest dla mnie bardzo nieprzyjemnym
doświadczeniem. Nie wnosi nic pozytywnego. A muszę wyjść i jakoś zarobić na
siebie...
No i tak się zastanawiam.. jaki jest sens rozwijać się, i duchowo, jeśli
tworzy to tak ogromną przepaść? Robi z człowieka frajera w kraju w którym dla
większości liczą się tylko układy i kasa ...
hmmm.. sporo tu pytań