pi.asia
14.04.12, 18:16
W sąsiednim wątku jest mowa o książkach, które kiedyś nam się podobały, a teraz widzimy je z innej strony.
A ja zapraszam do dyskusji o książkach, które już w dzieciństwie uważaliśmy za makabrę, czysty koszmar i totalne nieporozumienie.
Zacznę od ataku na sacrum - baśnie Andersena. Nie cierpiałam ich. Były ponure, mroczne, a główny bohater z reguły umierał. "Dziewczynka z zapałkami" powinna się znaleźć gdzieś między "Jankiem Muzykantem", "Naszą szkapą" a "Anielką".
To też zresztą nie są opowiadania dla dzieci!
Inna książka, którą dorośli się zachwycali, a mnie odrzucało, to "Serce" Amicisa, a ściślej "Opowiadania miesięczne". Można było z nich wyczytać, że jeśli ukradkiem pomaga się ojcu, to podupadnie się na zdrowiu, ma się gorsze oceny i w efekcie ojciec ma pretensje. Jeśli jest się szlachetnym to albo się tonie, albo dostaje nożem w kręgosłup. Jeśli jest się patriotą i chce pomóc żołnierzom, to ginie się na samym początku. A jeśli się opiekuje ciężko chorym ojcem, to ojciec i tak umiera, a potem jeszcze wychodzi na jaw, że to wcale nie był ojciec.
Ogólne przesłanie - każdy dobry uczynek zostanie ukarany ;)