Dodaj do ulubionych

Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :).

    • nighthrill Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 28.12.12, 18:43
      Na fali świątecznego podczytywania "Noelki" - wkurza mnie "dzietność" Cesi i Hajduka, a raczej liczba dzieci w tak młodym wieku. Kiedy niby Cesia zdążyła zostać lekarką i w jaki sposób praktykuje? Dziećmi zajmuje się mama Żakowa? Ida nie ma czasu dla dwójki, a Cesia ma czwórkę...
      Najbardziej nieprawdopodobna sprawa jest z wiekiem, który kupy się nie trzyma z żadnej strony. W "Klepce" jest rok 1975 i Cesia ma 16 lat. W BB w 1988 Cesia ma troje dzieci, i na podstawie prostego rachunku widać, że lat ma 29. Tylko że "Noelka" burzy te obliczenia.

      W scenie wigilii u Żaków "piękna brunetka w czerni, może trzydziestoletnia" wiesza ozdoby na choince. To Julia. Julia jest od Cesi starsza jakieś 4 lata ( kiedy Cesia była w I klasie LO, Julia zaczynała właśnie studia, na które dostała się nie za pierwszym podejściem, więc miała w plecy przynajmniej rok). Powiedzmy, że w "Klepce" Julia ma 20-21 lat. Osoba 21 letnia w 1975 nie może mieć "najwyżej trzydziestki" w 1991...

      Z drugiej strony, jeśli weźmiemy odautorski komentarz o "prawie trzydziestce" za dobrą monetę, to w takim razie w "Noelce" Cesia ma góra 26 lat. Kiedy zdążyła skończyć medycynę i urodzić czwórkę dzieci? Pobrali się z Hajdukiem od razu po maturze? Nawet jeśli, to musiała urodzić czwórkę w 6-7 lat.
      • piotr7777 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 28.12.12, 19:30
        1. Nigdzie nie jest napisane, że Cesia jest lekarką. Występuje wyłącznie w roli matki. O jej życiu zawodowym i wykształceniu nie wiemy nic, więc ciężko snuć jakiekolwiek hipotezy.
        2. Julia nie jest określona jako "najwyżej trzydziestoletnia" tylko "może trzydziestoletnia". I to przez Elkę, która widzi ją pierwszy raz w życiu a raczej nie szacuje wieku na podstawie dowodu osobistego a wyglądu. Więc Elka ocenia Julię jako osobę w wieku około 30 lat, co biorąc pod uwagę, że Julia jest osobą atrakcyjną i zadbaną jest dość logiczne.
      • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 28.12.12, 19:42
        Ida nie tyle nie ma czasu, co ochoty. A na marginesie - Idusia ma troje dzieci, nie dwoje: Józef, Łucja i Ziutek. I żadnym się nie specjalnie zajmuje.
        Nie wiemy nic o "karierze" Cesi - wiadomo jest [z "Szóstej Klepki"], że marzyło jej się zostać lekarzem, ale czy ukończyła medycynę? Często marzenia nie idą w parze z realiami, bądź marzenia się zmienia w zależności od możliwości...
        Co do dat to [moim zdaniem] typowy dosyć lapsus matematyczny MM można by "naciągnąć", że po prostu Julia mimo 35 lat wyglądała na najwyżej trzydziestkę. W końcu Elce dowodu nie pokazywała, o ile pamiętam? Różnica wieku między Cesią i Julią wynosiła 5 lat - jak widać na okładce JT [z tyłu]: Cesia to rocznik '61, a Julia '56. Więc nie ma bata, w 1991 Julka ma 35 lat, Cesia zaś 30. Czwórka dzieci też nie jest jakąś kompletną niemożliwością - jedno raczkujące [czyli pewnie coś mniej niż rok, drugie lat około trzech, czwarte prawie cztery i czwarte mniej niż pięć. Czyli Cesia mogła zacząć "sypać" dzieci mając około 25 - 6 lat, studia dałaby radę skończyć, zwłaszcza, że pierwsze mogła urodzić jeszcze na studiach i np. wziąść dziekankę, albo coś w tym rodzaju. I wówczas daty te mniej więcej pasują do BBB - rzecz dzieje się w 1988 roku, Cesia ma mniej więcej 27 lat i "Na dzwonek Anieli drzwi otwarły się wreszcie i w progu stanęła miła, rumiana blondynka z noworodkiem w ramionach. Maleńki chłopczyk o zielonych oczkach wyzierał nieśmiało zza jej nogi. Z rozwartych na przestrzał drzwi kuchennych wyszedł na czworakach zaśliniony osobnik w kaftaniku i krótkich foliowych majteczkach, które ukazywały aż po nasadę jego pulchne, brązowe nóżki." - czyli ma troje dzieci. Potem wzięła i urodziła czwarte. A o jej wieku w BBB nie ma słowa.
        • zla.m Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 28.12.12, 20:29
          > "Na dzwonek Anieli drzwi otwarły się wreszcie i w progu stanęła miła, rumian
          > a blondynka z noworodkiem w ramionach. Maleńki chłopczyk o zielonych oczkach wy
          > zierał nieśmiało zza jej nogi. Z rozwartych na przestrzał drzwi kuchennych wysz
          > edł na czworakach zaśliniony osobnik w kaftaniku i krótkich foliowych majteczka
          > ch, które ukazywały aż po nasadę jego pulchne, brązowe nóżki."

          Swoją drogą, to chyba na rekord w produkcji potomstwa szli. Jedno raczkujące, a już kolejne w ramionach...
          • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 28.12.12, 20:43
            Co rok to prorok?
            A może Cesia po prostu miała uczulenie na tabletki? A Jurek nie lubił prezerwatyw? A może po prostu uznał, że fundując Ceśce zajęcie przy kolejnym maluchu łatwiej utrzyma ją w domu i nie wymyśli jakichś głupot, np. że jako lekarka pojedzie na misję do Afganistanu czy gdzieś?
              • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 01:33
                Nie czepiam się Afganistanu, może być do Afryki na pomoc biednym małym murzyniątkom. Albo też inne głupoty, których KAŻDA kobieta potrafi wymyślić dowolną ilość [wiem, bo sama jestem]. I może jak tylko Cesia zaczynała wymyślać jakąś głupotę, to on przezornie mach - mach i kolejne dziecko w drodze, a o głupotach nie było mowy, przynajmniej na jakiś czas? ;)
                    • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 10:50
                      Sprawdziłam! Za wikipedią: "W "Panu Wołodyjowskim" pojawia się tylko w rozmowach bohaterów. Wiadomo z nich, że oprócz 12 synów w 1672 roku urodziła jeszcze córkę. Z jej synów trzech najstarszych już w 1672 roku w czasie wojny z Turcją służyło wraz z ojcem. Z kolei w 1673 w bitwie pod Chocimiem oprócz męża brało udział już sześciu synów Heleny." Gratulujemy i stwierdzamy, że Hajdukom jeszcze duuużo brakuje.

                      • zla.m Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 13:14
                        > Z jej synów trzech najstarszych już w 1672 roku w czasie wojny z Turcją sł
                        > użyło wraz z ojcem. Z kolei w 1673 w bitwie pod Chocimiem oprócz męża brało udz
                        > iał już sześciu synów Heleny.

                        Nie ma to jak rodzić mięso armatnie :( Ja wiem, że Sienkiewicz, pokrzepienie serc i takie tam. Ale jak myślicie - w XVII. albo XIX. wieku takie wysłanie połowy dzieci na wojnę bo "ojczyzna wzywa" - było naprawdę traktowane jak coś normalnego albo i zaszczytnego? Przynajmniej wśród szlachty? Czy raczej matka/rodzice, by protestowali przeciwko takim pomysłom? Chociaż z drugiej strony - dzisiejsi Amerykanie też ponoć są wielce dumni, że syn jedzie zabijać/zostać zabitym do Iraku. Więc może ten pęd do bohaterstwa jest taki silny...
                        • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 15:58
                          Zasadniczo Helena wiążąc się ze Skrzetuskim wiedziała kto on zacz i czym się trudni, więc raczej nie była zaskoczona. A co do synów... Po primo: czasy były jakieś inne, i wojna też była jakby inna - tzn krwawa takoż, ale jakby dająca większe szanse przeżycia, nie używano broni o tak masowym zasięgu: w końcu za broń masowego rażenia uznawano nieszczęsnego Zerwikaptura, co to trzy łby; po secundo: mało wiadomo jak Halszka reagowała na "bitność" dziatek, bo może mając dwunastu łobuzów w majątku, którym "się nudziło" więc dla rozrywki wymyślali co lepsze wariactwa, może była wdzięczna, że chociaż połowa poszła rozrabiać gdzieś indziej? Zwłaszcza, że w końcu zostawali pod opieką swego tatusia, który może zbytnio się z dziećmi nie certolił, ale bez sensu na śmierć pewną raczej by nie wysłał; po tertio: ponoć faceci tak mają, i to nie tylko ludzie. Szczenięta, lwiątka itp też na chwilę zostawione same sobie zaczynają się podgryzać, przepychać - i płeć nadobna wykazuje w tym znacznie więcej umiaru, niż samce. Więc wojna wszelkiego autoramentu to dla chłopców substytut tego rodzaju zapasów, okazja do sprawdzenia się itp., żadko który natomiast liczy się z tym czym na prawdę jest wojna, zwłaszcza w naszych czasach; po quatro w końcu: może nie traktowano służby wojskowej jako czegoś zaszczytnego, ale jako normalne - na pewno. Zwłaszcza w rodzinach szlacheckich, ze szczególnym uwzględnieniem tych, gdzie głowa rodziny służyła pod rozkazami [jak np. Skrzetuski], matka mogła sobie cierpieć w miloczeniu [bo w końcu to jej dzieci], ale też i DOROŚLI synowie niezbyt się ze zdaniem matki liczyli, jeśli idzie o wybór drogi życiowej. W kwestii Amerykanów nie mam zdania, ale ponoć, przynajmniej w gębie, dumni są, że ich synowie [i córki] jadą do Iraku "wyzwalać". Ale myślę, że to raczej "dorabianie legendy" do czegoś, na co się wpływu nie ma kompletnie, niż faktyczna duma i entuzjazm. No, bo co ma powiedzieć matka, której syn pojechał? Że jest głupi gojek i wpieprza się w bagno? No to mówi, że jest dumna, bo jej syn walczy w imie Ojczyzny, Wolności, Honoru i innych wielkich słów - zawszeć to lepiej brzmi. :(
                          • dakota77 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 16:08
                            Jest zupelnie odwrotnie. Dzisiejsze wojny przynosza o wielemniej ofiar niz kiedys, a rodzaj uzywanej broni i rozwoj medycyny sprawia, ze o wiele latwiej je przezyc niz te w przeszlosci.

                            Amerykanie z Iraku sie wycofali, pragne zauwazyc, juz jakis czas temu, wiecniczego tam "nie wyzwalaja". A jeski o dume Amerykanow chodzi, to tak, sa dumni. Uzasadniaja to tym, ze ich dzieci sluza krajowi. To jest ten najwazniejszy czynnik,nie to, co i gdzie w ramach tej sluzby robia.


                            A za blad ortograficzny odspiewasz nago ona srodku rynku swojego miasta My heart will go on :P
                            • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 18:44
                              W kwestii czy dzisiejsze czy niegdysiejsze wojny były bardziej krwawe i więcej ofiar prezynosiły nie będę się spierać, śmiem natomiast sądzić, że jakby lepsze wrażenie robią na mnie bitwy z XVII wieku, niż bomba atomowa na Hiroszimie. Nie wiem czemu, może dlatego, że w tych dawnych wojnach ginęły jednak GŁÓWNIE [głównie - nie znaczy wyłącznie] osoby zaangażowane po którejś ze stron konfliktu, nie było tylu ofiar, ujmijmy to, "cywilnych". Nie wartościuję ogólnie, wyrażam tylko moje osobiste zdanie.
                              Co do dumy Amerykanów, to może i masz rację? Aczkolwiek z wielu swoich [w kontekście nie osobistym, konkretnego człowieka, a bardziej "ogólnoarmijnym] "sukcesów" nie bardzo mają z czego być dumni - vide Irak [nawet jeśli się wycofali, to ONI zaczęli tą wojnę!] i co najmniej kilka innych konfliktów zbrojnych. Również tych w których [mimo uwielbienia i wycierania sobie ust wielkimi słowami] nie wzięli udziału. No, ale to już zaczyna trącić sprawami politycznymi, przepraszam Adminki.
                              Na robienie czegokolwiek nago na dworze jest za zimno - dziś było - 11 st. Celsjusza. A poza tym by mnie zamknęli za stwarzanie niebezpiecznych sytuacji - u nas po rynku działa ruch uliczny i jeszcze by do wypadku doszło... Wymyśl coś innego, to chętnie :)
                              • dakota77 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 19:20
                                Przepraszam cie, ale nie wiem, na jakim ty swiecie zyjesz. Dawne wojny potrafily wymiesc cale spolecznosci, teraz 10 zabitych cywilow to szok, z ktorego swiat dlugo sie otrzasa. To wlasnie teraz wojny prowadzone sa tak, ze tocza sie miedzy wrogimi armiami. Rzadko dotycza ludnosci cywilnej, choc oczywicie nigdy nie da sie ustrzec przypadkowych ofiar.
                                Teraz ostrzeliwuje sie cele rakietami/ atakuje dronami/snajper namierza konkretny cel. Nie wysyla sie ilus tysiecznych armii, zeby obrocily w perzyne terytorium wroga.
                                • kkokos Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 19:54
                                  Dawne wojny potrafil
                                  > y wymiesc cale spolecznosci, teraz 10 zabitych cywilow to szok, z ktorego swiat
                                  > dlugo sie otrzasa. To wlasnie teraz wojny prowadzone sa tak, ze tocza sie mied
                                  > zy wrogimi armiami. Rzadko dotycza ludnosci cywilnej, choc oczywicie nigdy nie
                                  > da sie ustrzec przypadkowych ofiar.

                                  mówisz oczywiście o naszym kręgu kulturowym, ew. wojnach na granicy tego kręgu. kiedy ginie 10 afgańskich czy irakijskich cywilów z rąk usa i sojuszników, jest szok w mediach tegoż kręgu kulturowego - ale wojny w afryce? tutsi i hutu, darfur? ile lat to trwało/trwa - i czy naprawdę szokowało/szokuje nasz świat?

                                  oraz mówisz o ostatnich 10? 15? latach - wojna bałkańska była 20 lat temu i ludność cywilna traktowana w niej była tak jak za skrzetuskiego: front przechodzi i to, co żołnierz znajdzie, jest jego zdobyczą. może rabować, gwałcić i mordować, to jego dodatkowa nagroda za służbę. zbydlęcenie, ale trwa i będzie trwać, póki wojny istnieją. drony i poprawność polityczna tego niestety nie zmienią :(
                                  • dakota77 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 20:22
                                    Nie widzisz roznicy miedzy zinstytucjonalizowana wojna, toczona miedzy armiami dwoch panstw, a wojnami domowymi, wzglednie miedzyplemiennymi rzeziami?

                                    I prosze o bardzo staranne wyjasnienie, co w odpowiedzi na moj post robi termin "poprawnosc polityczna" .


                                    A tu artykul o wojnach autorstwa kogos, kto naprawde wie co mowi: www.foreignpolicy.com/articles/2011/08/15/think_again_war
                                    • kkokos Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 21:24
                                      dakota77 napisała:

                                      > Nie widzisz roznicy miedzy zinstytucjonalizowana wojna, toczona miedzy armiami
                                      > dwoch panstw, a wojnami domowymi, wzglednie miedzyplemiennymi rzeziami?

                                      wytłumacz to dowolnej ofierze, na pewno będzie żywo zainteresowana.

                                      > I prosze o bardzo staranne wyjasnienie, co w odpowiedzi na moj post robi termin
                                      > "poprawnosc polityczna" .
                                      >

                                      staranniej nie będzie:
                                      uważam, że żyjemy w kulturze pełnej hipokryzji i tak naprawdę - póki nas to osobiście nie dotyczy - generalnie mamy serdecznie gdzieś, że ludzie się nawzajem mordują, gwałcą i torturują, a ten "szok, z którego świat bardzo długo się otrząsa", to zwykle tylko poprawność polityczna nakazująca wyrazić oburzenie/wstrząs/rozpacz/przejęcie i inne takie.
                                      (daruj sobie, proszę, ewentualną odpowiedź, że ty się naprawdę przejmujesz)

                                      artykułu niestety nie przeczytam, bo nie mam tam konta
                                        • kkokos Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 23:30
                                          > Ty i tak sobie nie zadasz trudu, zeby porownac chocby na Wikipedii liczbe cywil
                                          > nych ofiar wojny powiedzmy w Wietnamie z liczba takich ofiar w Iranie czy Afgan
                                          > istanie.

                                          nie zadam, vi_san już statystyki przytoczyła.

                                          ale zaraz, zdaje się, że zaczęłaś się rzucać po moim poście, że w naszym kręgu kulturowym 10 zabitych to głośna medialna sprawa, a poza tym kręgiem to już nie. dlaczego reagujesz tak nerwowo? nagle zaczynasz mi udowadniać, jaka to ja głupia i pełna złej woli jestem, że nie doceniam, jakie to piękne a humanitarne mamy teraz wojny... przecież nie jesteś niedocenianym w swej pracy pułkownikiem? o co ci właściwie chodzi?
                                          • dakota77 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 30.12.12, 12:19
                                            Nie twierdze, ze mamy teraz "piekne humaniratne wojny" Nie sa takie i pewnie nigdy nie beda.
                                            Ale z twierdzeniem, ze kiedys latwiej bylo przezyc wojne niz wojne wspolczesna nie moglam sie zgodzic, bo to twierdzenie absolutnie wbrew faktom historycznym.

                                            A "rzucam sie" dlatego, ze nienawidze wrecz, kiedy rzuca mi sie w twarz haselko o poprawnosci politycznej, ktorej naprawde nie jestem wyznawczynia.
                                • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 21:35
                                  W kwestii zabitych 10 cywilów: "Od ataku wojsk USA w 2003 roku aż do wycofania się ostatnich oddziałów w grudniu 2011 roku, w Iraku zginęło 128 tys. cywili, 4,4 tys. żołnierzy USA oraz ponad 29 tys. członków sił bezpieczeństwa Iraku i członków islamskich grup zbrojnych - wylicza france24.com.". Podsumować? To daje ponad 160 000 ofiar wojny. I nie wnikam, czy to byli Irakijczycy czy Amerykanie. Aczkolwiek Irakijczycy byli na "swojej" ziemi i zginęli w wojnie o SWÓJ kraj, a nie o wielkie słowa i kasę z ropy, jak armia Amerykańska.

                          • anutek115 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 19:50
                            vi_san napisała:
                            po secun
                            > do: mało wiadomo jak Halszka reagowała na "bitność" dziatek, bo może mając dwun
                            > astu łobuzów w majątku, którym "się nudziło" więc dla rozrywki wymyślali co lep
                            > sze wariactwa, może była wdzięczna, że chociaż połowa poszła rozrabiać gdzieś i
                            > ndziej?

                            Wiadomo, wiadomo, i to nie tylko jak ona, ale i jak tatuś, przyznam, że nie chce mi sie szukac cytatów, ale na pewno pamiętam opowieści pana Zagłoby o tym, że rodzice skrzetusiątek rwa włosy z glowy, bo dzieci do szkół posłali, a dzieci ze szkół uciekły i do wojska poszli.

                            Tak więc Skrzetuscy jednak starali sie dzieci wykształcić (chwali im się), ale krew okazała się ognista (po obojgu rodzicach ani chybi :)) i najstarsi chłopcy woleli do bitki niż do ksiąg.
                            • vi_san Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 21:41
                              I właściwie trudno im się dziwić. Mama specjalnie "uczoną" nie była -tyle co przy kuzynach w Rozłogach [ale kuzyni zbytnio się chyba nie palili do książek?], sam Skrzetuski zaś [ojciec] nie pomnę, czy wykształcenie posiadł czy jeno talenta rozliczne poselskie i inaksze w wojennym rzemiośle zdatne? W każdym razie [sięgnęłam i przeczytałam] mi to wygląda na to, że bardziej Halszkę martwiło, że się nie chcą uczyć, niż to, że się pchają na wojnę - a to wcale nie to samo! Bo ucieczka ze szkół zmartwiłaby ją w równym stopniu, gdyby synaczkowie powrócili w rodzinne pielesze [ a może nawet wówczas bardziej?]...
                        • kkokos Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.12.12, 19:57
                          > Nie ma to jak rodzić mięso armatnie :( Ja wiem, że Sienkiewicz, pokrzepienie se
                          > rc i takie tam. Ale jak myślicie - w XVII. albo XIX. wieku takie wysłanie połow
                          > y dzieci na wojnę bo "ojczyzna wzywa" - było naprawdę traktowane jak coś normal
                          > nego albo i zaszczytnego?

                          myślę, że tak. a poza tym śmierć była znacznie bliższą towarzyszką codziennego życia niż dziś. wszak to i tak cud, że im żadne z tej trzynastki nie zmarło w dzieciństwie.
                          • verdana Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 01.01.13, 22:28
                            Szlachta czeropała ogromne korzyści z tego, że broniła ojczyzny - dlatego też nie chciano za nic dopuścić do pospolitego ruszenia i powoływania do wojsk ludzi nizszych stanów.
                            Poza tym na wojnie mozna się było wzbogacić. Dwunastu synów szlachcica nie miałoby z czeo żyć, gdyby nie wojny i łupy. A przy tym nalezy pamiętać, ze śmierć wtedy groziła wszystkim - wystarczył błahy wypadek, czy choroba, na która dziś bierze sie tydzień zwolnienia...
                            • zla.m Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 03.01.13, 19:46
                              Mnie właściwie bardziej ciekawią nie tyle szanse na przeżycie tych 12 synów (i czy były większe wtedy czy teraz) ale raczej zmiana mentalności. Literatura ówczesna przedstawia właściwie tylko matki, żony i koch... ups, kochanki nie. Matki, żony i siostry dumne z synów, mężów, braci, którzy idą na wojnę. I witające ich, gdy wrócą w chwale lub czczące fakt, że wypadło im "z honorem lec". Nie ma mowy o powrocie do narzeczonej z przetrąconym kręgosłupem, co skutkuje napadami depresji, powłóczeniem nogi oraz niesprawną "hydrauliką" oraz o dylemacie, czy teraz z takim narzeczonym ślub brać. Ale - przynajmniej na naszej półkuli i w naszej "strefie cywilizacyjnej" - od co najmniej I WŚ wojna jest przedstawiana jako tragedia i trauma, i dla żołnierzy, i dla ich rodzin. I zastanawiałam się, czy naprawdę taka była XVII czy XIX-wieczna mentalność, takie podejście - dość beztroskie właściwie, a jednocześnie (w przypadku progenitury) takie bardziej instynktowne: "młode odchowane, niech młode żyje samo i nie przeszkadza".
                              • kooreczka Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 03.01.13, 20:32
                                Dokładnie- wojna była bohaterska, wracało się z tarczą albo na tarczy, o reszcie milczano. Litościwi krewni zamykali ich w dworach, mniej zamożnym zostawało dziadowanie po kościołach ew. snucie opowieści w zamian za dach i strawę. I to było życie, którym literatura się nie zajmowała.
                                Kiedyś na forum L.M. Montgomery jakaś użytkowniczka przez długą dyskusję tkwiła w stuporze, czemu w "Rilli" chłopaki tak chętnie gnają na wojnę. Gnali, bo nie znali jej brudnego oblicza. Nawet wtedy o okaleczonych np. w wojnach burskich przeczytać można było co najwyżej w naukowych publikacjach zajmujących się raczkującą chirurgią plastyczną. Tym większym szokiem było "Na Zachodzie Bez Zmian", ale to dopiero XX lecie.

                                Do XVIII wieku istotny był też czynnik ekonomiczny- jakby gospodarkę podzielić na tych 12 synów plus posag dla siostry, to spadliby wszyscy do poziomu zaścianka. Nawet jakby któregoś dla Boga przeznaczyć, to nie na bosego mnicha, a żeby mieć jakąś funkcję to trzeba było konkretnych pieniędzy. Handel niet, uprawa ziemi udała się albo nie- zostawała wojaczka. Później sytuacja zmieniła się o tyle, że synowie arystokracji i burżuazji startowali od razu na oficerskie stanowiska i na dobrą sprawę na Zachodzie mogli życie przeżyć awansując, a wojsko prowadząc na parady.
                                • soova Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 03.01.13, 22:30
                                  Myślę, że dobrym przykładem jest tu XX-wieczna Krystyna córka Lawransa, oczywiście powieść, nie postać. Pamiętam, że w pewnym momencie Szymon na wieść o tym, że Krystyna i Erlend mają już ok. 8 synów, mówi po prostu: dziedzinę będą musieli rozkawałkować. A potem, po utracie majątku przez Erlenda, cała rodzina przenosi się do majątku, który po rodzicach przypadł po podziale z siostrą Krystynie, synowie dorośleją, dwóch najstarszych idzie do klasztoru, na ziemi zostaje trzeci z kolei, a reszta ma sobie radzić, jak potrafią, co zresztą im się w różnym stopniu udaje, bo jeden zostaje żołnierzem, inny dobrze się żeni, a dwóch najmłodszych umiera w dzieciństwie, co oczywiście w powieści jest zabiegiem fabularnym, ale w realu też by się zdarzyć mogło.
                                  • kooreczka Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 06.01.13, 08:34
                                    Zwróć uwagę, że w tym czasie nie było już sił ani środków na zorganizowaną kampanię przeciwko komukolwiek. W ciągu całego wieku mieliśmy chyba 8 lat pokoju. Nawet zresztą jeśli panowie szlachta chcieli, by ich osobista cześć kraju została w spokoju to Lisowczycy czy Czarniecki podczas duńskiej wyprawy nie uskarżali się na brak ochotników.
    • illegal.alien Jezyk Trolli 03.01.13, 15:25
      Zaczelam czytac dzis rano. I juz mam irytacje.
      'Wreszcie w mrokach hallu zamajaczyla jakby kupa pakul; rychlo rozpoznano w nich wspaniale dredy. Cala bujna ich masa pokrywala glowe i barki chudego, wysokiego Murzyna, ktory - przyodziany w powiewne, zolte, czerwone i zielone szaty - kroczyl wlasnie korytarzem (...)'.
      Szkoda, ze nie przyszedl w spodniczce z trawy i z dzida.
      • zla.m Re: Jezyk Trolli 07.01.13, 11:26

        illegal.alien napisała:

        > Zaczelam czytac dzis rano. I juz mam irytacje.
        > 'Wreszcie w mrokach hallu zamajaczyla jakby kupa pakul; rychlo rozpoznano w nic
        > h wspaniale dredy. Cala bujna ich masa pokrywala glowe i barki chudego, wysokie
        > go Murzyna, ktory - przyodziany w powiewne, zolte, czerwone i zielone szaty - k
        > roczyl wlasnie korytarzem (...)'.
        > Szkoda, ze nie przyszedl w spodniczce z trawy i z dzida.

        Zwizualizowałam sobie :D :D :D
      • rudzik85 Re: Jezyk Trolli 07.01.13, 21:38
        Rodzina Orcabesców miała być rażąco różna od Borejków- miała pokazać, że oni, panie każdego człowieka, choćby: innej wiary, innego koloru skóry, innej kultury - przygarną i do łona borejczanego przytulą, ot co. Wyszło ostro i prosto, jak zawsze kiedy się najpierw ma tezę, a potem sie ją po prostu udowadnia. Z drugiej strony MM odpowiada na zarzuty czytelników i jakby pominęła kolor skóry czy narodowość to zawsze pojawią sie tacy, co zarzucą "Ale jakby był ....[wstawić dowolne] to już by tacy mili nie byli". Tak źle, tak niedobrze, wszystkim nie dogodzisz :)
    • lavanta Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 08.03.13, 15:02
      Może to jest odrobinę zbyt czepliwa irytacja, ale od dłuższego czasu zastanawia mnie długość włosów Laury w Sprężynie. Wiemy, że w JT były bardzo krótkie, można przypuszczać, że miały wtedy długość ok. 4-5 cm. W Sprężynie ma włosy "piękne jak wodorosty", które sięgają do pasa. Nie wiem, jakiego wzrostu jest Laura, ale nie jest raczej niska, więc tak długie włosy powinny mieć długość przynajmniej 60 cm. Zakładając, że włosy rosną centymetr na miesiąc, to niby wszystko się zgadza, ale musiałoby oznaczać, że Laura przez 4,5 roku nie odwiedziła fryzjera, więc rzekoma uroda jej włosów, które są w dodatku proste, więc zniszczenia widać na nich bardzo, jest mocno wątpliwa... ;)
        • lavanta Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 08.03.13, 16:38
          Samo cieniowanie nie pomoże, żeby włosy były ładne, trzeba im co jakiś czas przyciąć końcówki, a nawet jeśli robi się to bardzo oszczędnie, to myślę, że przynajmniej o 5 cm w ciągu roku się je wtedy skraca. Nawet jeśli bardzo dba się o włosy, nie ma szans, żeby były ładne, jeśli pozwala im się tak rosnąć bez kontroli :).
          • slotna Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 29.03.13, 15:56
            > Samo cieniowanie nie pomoże, żeby włosy były ładne, trzeba im co jakiś czas prz
            > yciąć końcówki, a nawet jeśli robi się to bardzo oszczędnie, to myślę, że przyn
            > ajmniej o 5 cm w ciągu roku się je wtedy skraca. Nawet jeśli bardzo dba się o w
            > łosy, nie ma szans, żeby były ładne, jeśli pozwala im się tak rosnąć bez kontro
            > li :).

            Postanowilam zapuszczac wlosy w 6 klasie podstawowki, obcielam dopiero w 2 klasie liceum. Przez caly ten czas nie podcinalam, nie bylam ani razu u fryzjera i wcale im to nie zaszkodzilo.
            • ciotka_scholastyka Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 02.04.13, 10:24

              Sięgnęłam pamięcią do zamierzchłych czasów mojego nastolęctwa - miałam długie, grube, mocne włosy i nigdy nie podcinałam im końcówek. Zaczęłam dopiero około trzydziestki, bo zaczęły mi się rozdwajać. Przyjaciółka mojego dziecka chodzi do fryzjera i podcina końcówki (spytałam), ale ma bardzo skrupulatną fryzjerkę i jest to malutki ubytek, maksymalnie 5 mm. Tak że spokojnie wierzę, że Laura mogła (choć nie musiała) chodzić do fryzjera, a mimo to zapuścić długie włosy.

              Co do tego, że włosy nie mają szans być ładne, jeżeli rosną "bez kontroli" to nieprawda, pamiętam, jak się mówiło: "do fryzjera? nie, bo zapuszczam" i dziewczątka miały grzywy jak tarpany. A co dopiero teraz, kiedy mnóstwo profesjonalnych kosmetyków można sobie kupić do użytku domowego, a darmowe porady w internecie?
              • lavanta Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 03.04.13, 22:49
                No właśnie - nastolatki mają jednak zupełnie inne włosy niż starsze dziewczyny. Laura ma zdaje się ok. 24 lat, więc jej włosy są naturalnie bardziej rzadkie i mają większą tendencję do "wycierania się" i osłabiania. Nie neguję tego, że być może są kobiety, które mogą rzadko przycinać końcówki albo nie robić tego wcale i mieć ładne włosy, ale ja nie znam ani jednej ze sobą włącznie ;). Mało tego, kilka moich koleżanek usiłowało zapuszczać włosy właśnie tak bez podcinania i efekt był zawsze taki sam - musiały koniec końców obciąć dużą część włosów naraz, bo były w opłakanym stanie pomimo dbania o nie.
    • piotr7777 to może nie irytacja 04.04.13, 18:19
      ...ale czy pan Jankowiak udzielający ciężarnej Gabrieli rad co do diety nie jest pewną przesadą? Mężczyźni raczej nie interesują się tą kwestią. No chyba, że mają żonę albo córkę w ciąży, ale pan Jankowiak jest wdowcem, jego córka (z którą kontaktów nie utrzymuje) dzieci nie ma a w czasach gdy jego żona była w ciąży, jeśli w ogóle były jakieś porady dietetyczne to w pismach typu "Przyjaciółka", po które taki pan Jankowiak raczej by nie sięgał. Zwróćmy uwagę, ze pan Jankowiak z sentymentem wspomina obiady żony, przez co można zakładać, że sam gotować nauczył się dopiero po jej śmierci (gdy już właściwie nie miał wyjścia), więc wątpię by był jakoś zainteresowany w kwestiach kulinariów czy dietetyki.
      • zla.m Re: to może nie irytacja 05.04.13, 09:25
        Jako niedawna ciężarówka zapewniam, że w Polsce na diecie kobiet w ciąży znają się wszyscy. Więc skoro mnie mógł pouczać około sześćdziesięcioletni kierowca tirów (serio), to dlaczego nie pan Jankowiak.

        Nie to chyba chciała pani MM osiągnąć ale udało jej się tą piękną naszą cechę zapisać.
        • anemone.nemorosa Re: to może nie irytacja 05.04.13, 10:37
          Może właśnie w tym sęk, że najwięcej do powiedzenia w takiej sytuacji maja kierowcy tirów, starsi panowie z portierni, bezdzietna sąsiadka z piątego czy babcia w autobusie. Pan Jankowiak akurat tutaj jak najbardziej pasuje. Jak Laura będzie w ciaży, to na pewno najwięcej do powiedzenia będzie miał pan Gruszka :D
    • filipika Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 17.04.13, 09:26
      W Pulpecji jest informacja, że Pulpa uwielbia dobranocki i że jak dotąd nie opuściła ani jednej. Na tym zdaniu zawsze się zawieszam. Bo jakkolwiek miłość do dobranocek (zwłaszcza produkcji czeskiej) jest dla mnie zrozumiała, to jakoś nie potrafię sobie wyobrazić dziewiętnastoletniej dziewczyny, która codziennie punkt dziewiętnasta jest w domu, żeby przypadkiem nie przegapić Krecika. Tym bardziej, że w późniejszych rozdziałach tomu Pulpa jak najbardziej prowadzi wieczorne życie poza gniazdem rodzinnym i nie ma nigdzie wzmianki typu "to był pierwszy wieczór w życiu Pulpy, w którym nie obejrzała dobranocki".
    • floress Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 18.04.13, 09:27
      Mnie strasznie irytuje kwestia Baltony w Noelce i Pulpecji.
      W Noelce Elka przychodzi do Pulpy zapytać o adres Baltony. Patrycji nei ma, jest Gaba i tak od słowa do słowa Elka wyznaje o co jej chodzi. Na to Gabriela zachowuje się jakby o Baltonie pierwsze słyszała i odsyła Elkę do Tomka.
      Następnie w Pulpecji, podczas sceny oświadczyn Baltony, Gabrysia biorąc go w obronę przed ojcem mówi, że jest to wnuk pana Żaka ze Słowackiego. No to jednak zna i wie, gdzie można go spotkać.
      W dodatku Gaba niby przyjaźni się z Cesią, więc musi znać kuzyna Cesi, który z nią mieszka od zawsze.
      Kolejna rzecz, to te właśnie niby przyjaźnie. Czy wszyscy w tych książkach muszą się ze sobą przyjaźnić? Gabrysia przyjaciółka Cesi, Gabrysia przyjaciółka Anieli, Gabrysia przyjaciółka Kreski, Gabrysia przyjaciółka Dmuchawca. A jak przychodzi co do czego, to nawet nie wie co się dzieje u jej przyjaciół, z nikim się nie spotyka i nawet na ślub córki nie ma kogo zaprosić.
      Od pierwszego momentu irytowała mnie też mama Borejko. Niemiła, niesympatyczna, wredna i nieczuła. Nie wspominając o jej wywyższaniu się nad wszystkimi dokoła.
        • piotr7777 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 18.04.13, 19:20
          > Właśnie à propos Gaby i Cesi - wszędzie w tomach od Pulpy wzwyż podkreślan
          > a jest ich wielka przyjaźń, a za chiny nie mogę sobie przypomnieć ani jednej sc
          > eny, w której byłyby we dwie.

          Siedziały razem w ławce. Przynajmniej w Kwiecie kalafiora (bo w Szóstej klepce Cesia siedziała najpierw z Pawłem a potem chyba sama).
          Tyle, że z tamtej sceny wynika, że wielkiej przyjaźni między nimi nie było.
          Bo na 74 stronie KK stoi:
          "Mam pustkę w głowie - szepnęła Gabrysia do swojej sąsiadki, Cesi Żak. Ale i u niej nie znalazła zrozumienia, ponieważ Cesia zakochana była z wzajemnością w Jurku Hajduku a Jurek był najlepszym fizykiem w całym liceum".
          Nie wiemy jaka była reakcja Cesi w tej scenie. Może nie było żadnej reakcji (co w sumie jest dość niefajnym zachowaniem) a może jakaś odpowiedź w rodzaju: "no co ty, to przecież proste, Jurek mi wszystko wytłumaczył". Tak czy inaczej nie jest to zachowanie przyjaciółki.
          Moim zdaniem Gabriela nie była przyjaciółką Cesi, ani też odwrotnie. Co najwyżej miały wspólną przyjaciółkę - Anielę Kowalik. Bo już chyba nie Dankę Filipiak, za którą Gabrysia raczej nie przepadała.
          Jeżeli w Noelce Gabrysia mówi o Tomku Kowaliku : "kuzyn Anieli, mojej najlepszej przyjaciółki" a nie no. "kolega szkolny mojej młodszej siostry, Natalii" czy "syn doktora Kowalika, naszego rodzinnego lekarza" to znaczy, że Aniela jest dla niej oczywistym punktem odniesienia. Skoro Baltona to "wnuk pana Żaka" a nie "kuzyn mojej przyjaciółki, Cesi", to wnioski nasuwają się same.
          Poza tym nie wiem czy w jakimkolwiek miejscu autorka pisze o przyjaźni Gabrieli z Cesią. Może i w Pulpecji takie uwagi się pojawiają, ale chyba tylko tam.
            • nessie-jp Re: Ciekawe zatem,skąd Ignac ma znać"pana Żaka"se 18.04.13, 19:47
              Może Borejkowie poznali Żaków przez najmłodsze pokolenie, Ulkę Kołodziejankę i Laurę i Pyzę? Czy one nie chodziły razem do 1. klasy albo może przedszkola? Scenka z Leonardo?

              Tak czy inaczej, niedopatrzenie autorki.


              A że Cesia nie była przyjaciółką Gabryjeli Męczennicy to jest na 100% pewne. Cesia nie wytrzymałaby dwóch miesięcy dzielnego narzekania i dzielnego a miłego umartwiania się z miłym a dzielnym uśmiechem na twarzy (a co dopiero 25 lat takich akcji). Psychiczny trzeci migdał Gabryjelli w osobie Podłego Pyziaka doprowadziłby ją do szału.
                • piotr7777 a to mi się coś przypomniało 18.04.13, 21:36
                  W Nutrii i Nerwusie siostry Borejko oglądają monodram Anieli w TV.
                  Patrycja się zachwyca tym, że ma tak uzdolnioną koleżankę a Ida ją wyśmiewa, że jaka tam z niej koleżanka Anieli, jak one zakładały z Anielą ESD, to Patrycja (i Natalia) potrafiły chorować na świnkę. W sumie to może ma podkreślać pawianowatość Idy, no, ale fakty były inne - ESD założyła tylko Gabrysia (z Anielą i Robrojkiem) a Ida sama wtedy chorowała na tę samą chorobę co młodsze siostry. W sumie szkoda, że Gabrysia tego siostrze nie przypomina (ot, choćby: "no, no Iduś, to już zapomniałaś jak to było z tobą"). W ogóle taktowna Gabrysia jest głucha na złośliwości Idy względem wszystkich, no może z wyjątkiem Ignasia.
                  A druga rzecz - w Noelce Aniela jest zaledwie początkującą aktorką wynajmującą pokój u jakiejś antypatycznej staruszki (jakim sposobem Żeromscy przejęli od niej cała nieruchomość?), w Dziecku piątku raczej też kariery nie zrobiła (Kozio myśli o Bernardzie zajmującym się dla utrzymania rodziny malarstwem komercyjnym, mówi o kuzynce, od której dostał książkę prof. Raszewskiego, ale nie wspomina jej nazwiska - gdyby była znana nie omieszkałby się pochwalić) a zaledwie po roku monodram w telewizji. No, taki zaszczyt spotyka raczej uznane aktorki, no chyba, że to był jakiś cykl: "nadzieje polskiego teatru" czy coś takiego, ale nie sądzę. W typowym dramacie można wystawić do dużej roli debiutanta i liczyć, że w razie czego doświadczeni koledzy udzielą mu wsparcia a ewentualne słabości jednego aktora mogą zrównoważyć inni, monodram opiera się na jednym wykonawcy.
                  Był taki wątek o nadzwyczajnych talentach, o ile dramatopisarka Mila czy sopranistka Laura, to kompletnie nierealne pomysły, o tyle kariera aktorska Anieli (od gwiazdy szkolnego przedstawienia do uznanej lokalnej aktorki) jest w sumie dość realna. Mimo to taki nagły zwrot w karierze w ciągu zaledwie roku jakoś mnie nie przekonuje.
                  • lavanta Re: a to mi się coś przypomniało 18.04.13, 23:51
                    To prawda, że Ida dosłownie nie założyła ESD, ale należała do grupy i udzielała się na spotkaniach, co jest odnotowane w sprawozdaniu :). A Pulpa miała wtedy 5 lat, więc co prawda złośliwość Ida mogłaby sobie darować, ale jednak miała rację.
            • ciotka_scholastyka Jakiego seniora?! 24.04.13, 10:04
              > emerytowanego inżyniera z pokolenia swoich rodziców?

              Gaba mówi: - Balotna jest siostrzeńcem pana Żaka ze Słowackiego.
              Siostrzeńcem! Czyli ma na myśli Żaczka, a nie dziadka, przedwojennego inżyniera.
              • nessie-jp Re: Jakiego seniora?! 24.04.13, 19:29
                ciotka_scholastyka napisała:

                > > emerytowanego inżyniera z pokolenia swoich rodziców?
                >
                > Gaba mówi: - Balotna jest siostrzeńcem pana Żaka ze Słowackiego.
                > Siostrzeńcem! Czyli ma na myśli Żaczka, a nie dziadka, przedwojennego inżyniera

                Co totalnie nic nie zmienia, bo niby skąd starsi Borejko mieliby znać "tego" pana Żaka ze Słowackiego? Jeszcze Mila, od biedy, uwierzę
              • floress Re: Jakiego seniora?! 28.04.13, 13:42
                Jakoś mi się uczepiło, że mówi o wnuku. Ale to i tak miałoby jakiś sens, gdyby Gaba i Cesia faktycznie się przyjaźniły. I Gdyby Gaba we Wigilię nie zachowywała się jak kretynka, która człowieka na oczy nie widziała, a pół roku później, nie dość, że go zna, to jeszcze wie, czyj to siostrzeniec.
                Swoją drogą cała ta akcja Elka-Baltona jest głupia. Która dziewczyna poszłaby do zupełnie obcego chłopaka, pytać o adres drugiego obcego, ledwo kojarzonego z kursu komputerowego.
    • meduza7 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 20.04.13, 12:09
      Nożeż. Otworzyłam sobie "Sprężynę" i trafiłam na scenę, kiedy to Laura dzwoni do Róży i odbywają taką rozmowę:

      - (...) A co to za sprawa?
      - Sercowa. Po pierwsze, zerwałam z Wolfim.
      - Proszę? A jednak to sen. Nierealistyczny. Miałabyś zerwać z mężczyzną z rodu Schoppe? Oni są wspaniali.
      - I co teraz? Coś ty zrobiła? Drugiego takiego nie znajdziesz. Ratunku, śni mi się koszmar.
      (...)
      - Stoję w obliczu zakochania się na wieki.
      - To dlaczego go porzuciłaś?
      - Nie w nim!...

      Rany, co to jest, po jakiemu one rozmawiają, czy to jakieś perypetie następczyni tronu, która musi poślubić mężczyznę z odpowiedniego rodu, czy co?! I dlaczego Róża w ogóle sądzi, że "zakochanie na wieki" też odnosi się do Wolfiego? Bessęsu.
      • molly_bloom Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 20.04.13, 13:24
        I dlaczeg
        > o Róża w ogóle sądzi, że "zakochanie na wieki" też odnosi się do Wolfiego? Bess
        > ęsu.

        Bo jest zaspana? Ale cała rozmowa jest kuriozalna tak czy inaczej.

        A mnie irytuje ta Aniela biegająca w BBB boso. Po mieście. Chyba że chodziło o to, że z gołymi łydkami, ale w takim razie jestem zirytowana podwójnie - boso to boso. W Poznaniu mówi się inaczej?
        • lilith_tempscire Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 20.04.13, 14:42
          molly_bloom napisała:
          >
          > A mnie irytuje ta Aniela biegająca w BBB boso. Po mieście. Chyba że chodziło o
          > to, że z gołymi łydkami, ale w takim razie jestem zirytowana podwójnie - boso t
          > o boso. W Poznaniu mówi się inaczej?

          O tak, to mnie tez zawsze irytowalo. To ma niby byc taka romantyczna wizja cyganskiej, nieokielznanej pieknosci, ale dla mnie ona zasuwa na boso po brudzie, smieciach i szklach. No i co ja poradze, kojarzy me sie stara Kondracka z "Jadwigi i Jagienki": Stopy jej czarne, sekate, moze dwa razy do roku myte, zgrubiale na rzemien, przypominaly raczej jakies zwierzece lapy.

          A moze "boso" znaczy: "w sandalkach, ale bez skarpet"? ;-)
          • melomanka87 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 20.04.13, 14:58
            Była taka sprawność harcerska (może nadal jest), której zdobycie polegało na żywieniu się tylko chlebem i wodą i chodzeniu boso. W praktyce chodziło się w sandałkach, bo nikt nie był na tyle szalony, żeby odpowiadać przed rodzicami nastolatka za jego poranione stopy.

            A swoją drogą, przypomniała mi się książka Milczący lud, w której irlandzcy górale preferowali chodzenie na boso. Jedna dziewczynka tłumacząc, czemu nie potrzebuje butów, mówi, że ma już wystarczająco stwardniałe powierzchnie stóp. No dobra, ale czy ona je jeszcze czymś specjalnie natłuszczała? Przecież pękająca skóra na piętach cholernie boli i mogłaby prowadzić do zakażeń!
    • anemone.nemorosa Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 20.04.13, 19:33
      Mozliwe, że ktoś już tu na to narzekał, ale nie mogę zmilczeć: odświeżyłam sobie ostatnio "Dziecko piątku" i przez całą książkę okrutnie mnie raziła kreacja Pyzy. Jedenastolatka która nie potrafi zjeść lodów bez usmarowania się czekoladą od głowy po pas? Mamusia pakuje ją do łóżeczka i wręcza książeczkę dla dzieci? No błagam. Narrator też mówi o niej jakby miała osiem lat. To wszystko jest nienaturalne zwłaszcza, że podobno Pyza jest spokojna i odpowiedzialna, a do tego ma młodszą walniętą siostrę - w kontekście Tygryska chyba własnie pasowałoby podkreślić różnice między nimi, a tu wiecznie i sam narrator i członkowie rodziny (zwłaszcza Gaba) traktują Pyzę jakby była z lekka opóźniona w rozwoju (co u Borejków jest niedozwolone).
      • lavanta Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 21.04.13, 13:44
        Właśnie mam wrażenie, że u Pyzy ta "odpowiedzialność" i "dojrzałość" jest wyłącznie odautorska, zarówno, kiedy była dzieckiem, jak i kiedy stała się dorosła, co nasunęło mi się przy ponownym czytaniu Neojeżycjady.
        Niezmiernie irytuje mnie postawa Borejków wobec jej ciąży. Wszyscy, włącznie z nią samą podchodzą do tego na zasadzie "jakoś to będzie". W sytuacji, w której Róża nie ma środków do życia ani perspektyw na podjęcie pracy, która mogłaby utrzymać ją i dziecko, a Fryderyk zniknął się z pola widzenia, nikt nie pyta Pyzy jaki ma plan, co zamierza zrobić ze studiami, czy planuje zdobyć jakieś pieniądze, a czy tak, to w jaki sposób. Nikt się nad tym problemem w żaden sposób nie zawiesza. Rozumiem, że kochająca rodzina, wsparcie ciężarnej przyjmuje jako coś oczywistego. Ale nikt, w najmniejszym stopniu, w tej skądinąd konserwatywnej rodzinie, nie okazuje, że dziewczyna w nieślubnej ciąży, bez kasy, wykształcenia ani pomysłu na życie, to jakiś problem. "Wszyscy byli dla niej bardzo mili, zupełnie jakby oblała kolejny egzamin z astronomii, i nikt nie drążył tematu(...)". No tak, przecież niezdany egzamin, ciąża - jaka to różnica? Nie mówię, że powinni jej prawić umoralniające kazania, bo na to już może trochę za późno, poza tym krzyczeć na ciężarną faktycznie trochę nie wypada. Ale brakuje mi rozmowy Gabrysi z Idą albo Milą, że jest zła na Różę, bo ta zawiodła jej zaufanie albo że ma do siebie żal, bo córka powiela jej własne błędy. Już nie mówiąc o tym, że Gabrysia nie wyciąga z tej sytuacji żadnych wniosków, np. żeby jednak porozmawiać ze swoimi dziećmi na temat seksu.
        Ogólnie przekaz historii z ciążą Pyzy jest taki: nie musisz brać żadnej odpowiedzialności za swoje działania, w ogóle niczym się nie martw - zawsze znajdzie się ktoś, kto odwali wszystko za ciebie, czy to rodzina, czy to mąż.

    • dobrawrozkajudyta11 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 22.04.13, 00:42
      W Jeżycjadzie, czytanej z pozycji dorosłej już kobiety, irytuje mnie mnóstwo rzeczy, z papą Borejko na czele. Ale teraz napiszę o czymś innym. Pierwsza rzecz to to, że cała rodzina składa się z megasupermenów. Wszystko takie zdolne, że już w życiu płodowym cytuje z pamięci tego cholernego Plutarcha. Wszystkie Borejkówny "przerzucają się w towarzystwie cytatami", chociaż nie potrafią porządnie zachować się przy stole (ci zbóje Lisieccy mają lepsze od nich maniery!). Róża i Laura jadąc pociągiem na wakacje, nie dość, że podkradają współpasażerowi zeszyt z krzyżówkami, co samo w sobie jest chamstwem, to jeszcze rozwiązują wszystkie krzyżówki, anagramy i rebusy od ręki, chociaż prawowity właściciel nie był w stanie tego zrobić (oczywiście!). A obie są w wieku, w którym normalne dzieci czytają Muminki, no, może "Anię z Zielonego Wzgórza". Ignacy jest, rzecz jasna, genialny z samej definicji, w końcu krzyżówka genów Borejków i Strybów jest jak noblesse, które oblizuje. Kilkuletni gówniarz, którego podstawową zabawką jest mikroskop, a główną zabawą podlizywanie się i donosicielstwo i który czyta książki podkreślając ołówkiem błędy korektorskie jest po prostu do urzygania niestrawny. I do tego wiewszystkoowszystkim i wpędza w zakłopotanie oraz kozi róg cały regiment poznańskiej policji. A prócz tego jest nieprawdopodobnie rozpuszczony przez świętą Gabryjelę, która pozwala mu na wszystko. Aż się dziwię, że Laura go w dzieciństwie nie zatłukła. Gdybym miała takiego brata, do tego faworyzowanego przez rodzinę - próbowałabym na pewno. No i wyrasta z niego potworny snob, który idzie do kina tylko po to, by poczuć jak żyją te niższe intelektualnie sfery. Druga taka to Łucja. Imię przepiękne - bachor okropny. Po pierwsze, ględzi bez przerwy. Tym tylko się różni od głośnika zwanego "kołchoźnikiem", że tamten miał przynajmniej wyłącznik. Oczywiście jest genialna i na kółku polonistycznym bez trudu "zagina" dzieci starsze o kilka lat. Poprawia wszystkich wkoło, co dowodzi braku wychowania. W starszym pokoleniu też nieźle. Mila, niby nic, a tu proszę, proszę - hop i genialna pisarka. Ida, która bała się krwi, bohatersko, nadludzkim wysiłkiem przełamuje niegodne Borejkówny słabości i zostaje lekarką. Natalia, ta zwiędła mimoza, która potrafi ni z tego ni z owego wybuchnąć dziką złością, zostaje wprawdzie polonistką w liceum, ale za to jest uwielbiana przez uczniów i stanowi dla nich wzór. Leniwa do szpiku kości Pulepcja wybiera sobie studia i życie, które wymaga gigapracy. No i święta Gabriela, która robi karierę naukową w takim tempie, że chyba ją poproszę o napisanie mojej habilitacji. W Opium... jest porzuconą dwudziestolatką, która przerwała studia, bodajże na pierwszym roku (zapewne zaliczyła "wpadkę"). Zważywszy, że zaraz potem zaszła w drugą ciążę, należy dodać jej jeszcze jakieś półtora roku pauzowania, w końcu ciążę trzeba donosić, dziecię wychować. Potem 5 lat studiów, magisterium a potem dopiero asystentura. Tymczasem w Pulpecji Gaba jest już doktorem (o ile dobrze pamiętam), by w trakcie ucieczki Laury do Torunia być już ładnych parę lat po habilitacji. Normalnie russkaja żenszczyna, Gabryjela Stachanowna. Zastanawiam się czy autorce nie zabraknie brązu do tworzenia tych wiekopomnych, przygniatających wzorówdonaśladowania.
      • lavanta Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 22.04.13, 22:01
        Bo kiedyś Borejkowie byli ludźmi. Mila była zmęczoną gospodynią domową, nieco tyranizującą rodzinę, Ignacy rozkojarzonym mężem i ojcem, Gabę irytował płacz i wrzeszczała na młodsze siostry, Ida była zakompleksioną neurotyczką, Nutria miała problemy w szkole, Pulpa była leniem i oblała maturę... Ale wszystkie te cechy były przedstawione nie jako "dobre i miłe", bo borejcze, tylko zwykłe wady zwykłych ludzi. W którymś momencie MM zdecydowała, nie wiadomo dlaczego, że zrobi z Borejków rodzinę idealną, co oprócz braku realizmu, wprowadziło do fabuły masę nieścisłości.
      • slotna Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 23.04.13, 01:36
        > to jeszcze rozwiązują wszys
        > tkie krzyżówki, anagramy i rebusy od ręki, chociaż prawowity właściciel nie był
        > w stanie tego zrobić (oczywiście!)

        To jest megakretynskie. Doswiadczony, oczytany, wyksztalcony i dorosly szaradzista nie da rady rozwiazac wszystkiego w "Rozrywce" od reki, bez leksykonow, atlasow itp. (ew. internetu ;)) - zwlaszcza rebusow. Nie ma najmniejszych szans, zeby zrobily to dwie male dziewczynki.
        • emae Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 23.04.13, 02:05
          slotna napisała:

          >
          > To jest megakretynskie. Doswiadczony, oczytany, wyksztalcony i dorosly szaradzi
          > sta nie da rady rozwiazac wszystkiego w "Rozrywce" od reki, bez leksykonow, atl
          > asow itp. (ew. internetu ;)) - zwlaszcza rebusow. Nie ma najmniejszych szans, z
          > eby zrobily to dwie male dziewczynki.

          Niby racja... One rozwiązały wszystkie rebusy, nie wszystkie zadania w ogóle. Autorka chyba myślała, że rebusy to taka rozrywka dla dzieci, proste itd. Oczywiście była w błędzie, bo rebusy w "Rozrywce" to jedne z najtrudniejszych zadań, szczególnie często zawierają pytania o imieniny (kto zna kalendarz na pamięć?), rysunki są niewyraźne, słabo czytelne.

          Poza tym jak one technicznie rozwiązały te rebusy? Porozumiewały się na migi? Do nich podobne byłoby raczej przekrzykiwanie się, głośne konsultowanie, sprzeczanie się o prawidłowe rozwiązanie. Albo ten pan z dobroci serca dał im tę "Rozrywkę", żeby się pobawiły, albo podebrały mu ją w jakiejś niesamowitej konspiracji :)

          Mimo wszystko... Nie potrafię nigdy zgodzić się jednoznacznie z argumentem "to niemożliwe, że takie małe dziecko to zrobiło". Od razu przypomina mi się, jak byłam mała, a mądra koleżanka z klasy wyżej dobitnie tłumaczyła przy innych, że to niemożliwe, że ja zrobiłam to i tamto, bo "nawet największy geniusz" by tego nie zrobił. Przykro mi było. Ja tam mogę chętnie przyjąć, że Pyziakówny były genialne :)

          • slotna Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 23.04.13, 11:43
            > Mimo wszystko... Nie potrafię nigdy zgodzić się jednoznacznie z argumentem "to
            > niemożliwe, że takie małe dziecko to zrobiło".

            No ale napisalam, ze to niemozliwe, zeby dorosly to zrobil bez pomocy technicznych, a TYM BARDZIEJ male dziecko (a nawet dwoje ;)). O ich genialnosci to tam nic nie ma. Ani pozniej zreszta.
        • bupu Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 03.06.13, 19:56
          slotna napisała:

          > To jest megakretynskie. Doswiadczony, oczytany, wyksztalcony i dorosly szaradzi
          > sta nie da rady rozwiazac wszystkiego w "Rozrywce" od reki, bez leksykonow, atl
          > asow itp. (ew. internetu ;)) - zwlaszcza rebusow. Nie ma najmniejszych szans, z
          > eby zrobily to dwie male dziewczynki.

          Rewii rozrywki może rady by nie dały, ale takie małe, metrykalnie przynajmniej, to one już nie były. Jedna niespełna dziesięć lat, druga prawie trzynaście, chociaż fakt, że zachowywały się jakby były sporo młodsze. I to właśnie jest moja gigantyczna irytacja neojeżycjadowa, te wszystkie dzieci, zachowujące się przeraźliwie infantylnie jak na swój wiek, jednocześnie będąc geniuszami. Róża i Laura z Rewią Rozrywki, Ignaś, upiorna Łusia, siostry Górskie (te są przynajmniej konsekwentnie niedorozwinięte na wszystkich frontach)...
      • stokrotka2201 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 14.02.14, 17:47
        nic dodac nic ująć, podpisuję się to tez mnie zawsze wkurzało. Czytając to zastanwiałam się czy tylko ja nie odnoszę takich sukcesów? czy to po prostu brak realizmu, normalnie literatura s-f. Wszyscy mają prace marzeń, nauczyciele, wykładowcy, wszyscy kochają swoje prace i w ogole cud miód
    • meduza7 Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 22.04.13, 21:34
      Mam wrażenie, że Musierowicz co jakiś czas mówi do czytelników: słuchajcie, uznajcie to, co napisałam tu i tu za niebyłe; wracamy do punktu wyjścia. Pierwszym takim przykładem byli Lisieccy. A teraz doczytałam się właśnie, jak Pyziak w "Czarnej polewce'" mówi, że przyjechał po przebaczenie i aż mnie zatrzęsło, bo przecież w McD wszyscy zachowują się tak, jakby tamtego spotkania nie było, tamtej rozmowy nie było, jakby teraz dopiero pierwszy raz po dwudziestu pięciu latach wychynął z niebytu z Kitchen Aidem w dłoniach...
      • j_a_ch Re: Irytacje w Jeżycjadzie - reaktywacja :). 22.04.13, 23:58
        Z tym Pyziaczkiem to chyba dlatego tak wyszło, bo co i rusz ktoś domagał się kontynuacji jego wątku i dokładniejszego uściślenia co do jego relacji z Borejkami. Autorka dawno chciała pogrzebać temat (a w pewnym momencie chyba nawet i samego Pyziaka...?) ale były interwencje, no i się fanki doigrały. MM postanowiła zrobić wrrróć i obrzydzić go dokumentnie, stąd nagle Człowiek Co Nie Umiał Kochac czyli CCNUK :)
        Nie pozostawiając żadnych swobodnych domysłów dobito wątek i przyklepano łopatką. Bardzo dużo złego robi Jeżycjadzie takie pisanie "na życzenie", szczególnie gdy owo życzenie rozmija się boleśnie z wizją autorską.
        Natomiast w rankingu najbardziej irytujących dzieci to Łusia chyba jednak przebiła Ignasia i dzierży palmę pierwszeństwa. Nie ma nic gorszego niż mały geniusz z logoreą.
    • agnessa94 Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 27.04.13, 22:18
      Przyznaję, że dopiero teraz odkryłam to forum i przeczytałam zaledwie kilka wątków w całości (w tym ten, do którego się właśnie wpisuję), dlatego mogę teraz poruszać coś, co już było przedyskutowane.
      Chyba jeśli chodzi o całą serię to (poza oczywiście przewałkowanymi już wielokrotnie gloryfikacjami Mili, Gaby i Dmuchawca) najbardziej drażniącym jej elementem jest zwalanie całej akcji na zbiegi okoliczności. Trafienie Anieli-Franciszki do domu Pawełka, zaprzyjaźnienie się Kreski z córeczką swojej znienawidzonej nauczycielki (która przypadkiem poznaje też zaprzyjaźnioną jej rodzinę Borejków oraz rodzinę chłopaka ich córki) to tylko przykłady na tezę MM, że Poznań to w zasadzie maleńka miejscowość (czego potwierdzenie mamy właściwie w każdej części). Elementy te można jednak zdzierżyć gdy okraszone zostają humorem, ciepłem, pomysłem, a przede wszystkim - gdy można w nie jeszcze jakoś uwierzyć. W BBB mamy już do czynienia z epopeją zbiegów okoliczności - Bebe w zasadzie nic nie robi, książę Dambo zostaje jej wręcz podany na tacy:
      - pierwsze przypadkowe spotkanie przy fontannie - Bebe nie odzywa się ani słowem, gdy interesujący chłopak ją podrywa
      - drugie spotkanie - zdecydowanie nominowałabym je do rangi Najbardziej Kuriozalnego Wydarzenia Starej Jeżycjady, a to znaczy wiele w tym cyklu - "wyrzucona na ulicę" opiekunka Bebe rozmawia z nią przez okno, przypadkiem w tym miejscu i czasie zjawia się dawny kolega ze studiów i wielbiciel pierwszej oraz spotkany wcześniej Dambo, którzy przypadkiem nie tylko się znają, ale i przyjaźnią, co daje okazję do wielu spotkań czwórki
      - okazuje się że Bebe i Dambo przypadkiem są nie tylko w tym samym liceum, ale nawet - w tej samej klasie. W szkole przypadkiem zostają usadzeni razem w ławce.
      - koniec - fakt, Bebe zrobiła coś sama, co nie zmienia faktu, że właściwie przypadek sprawia, że musi wyznać swoją miłość w sposób iście filmowy. Presja czasu zabiera jej rozterki moralne, więc w pewnym sensie decyzja znowu została podjęta za nią.
      Aż zdziwiłam się, że jedyne co wam przeszkadzało to ta nieszczęsna gumka Bernarda (wątek naciągany, ale mi tam nigdy nie przeszkadzał, tak samo jak sam Bernard) no i Aniela biegająca ulicami miasta boso (tu się zgadzam).
      O ile książkę bardzo lubię, o tyle bierność i niesamowite szczęście głównej bohaterki mnie irytują bardzo.
      • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 27.04.13, 23:06
        Przyznam się po cichutku, że BBB to druga z moich najulubieńszych części Jeżycjady - pierwsza to Szósta Klepka.
        A teraz co do twojego postu:
        Aniela - Franciszka do domu Pawełka pięknego trafiła nie przez żaden przypadek, tylko z pełną świadomością. Można się zastanawiać nad sensownością jej działań, ale nie ma tu śladu zbiegu okoliczności - ona CHCIAŁA za wszelką cenę być bliżej tego swojego Adonisa, koncept miała taki i już.
        Przyjaźń Kreski z Aurelią jest już większym "naciąganiem" - ale znajomość małej z Ogorzałkami i Borejkami - nie. Znała też Lewandowskich i pewnie co najmniej kilka innych osób do których się wpraszała "na obiadki". Acz naciągany sam motyw dziecka, które znika na całe godziny i PŁATNA opiekunka [p. Lisiecka] nawet nie raczy się zainteresować co się z nim dzieje? Toż już dawno by trzęsąc się ze strachu dzwoniła po milicji, szpitalach i czort wie gdzie jeszcze!
        A co do BBB. Owszem, Bebe jest bierna - to jest zresztą od początku powiedziane i podkreślone, że wręcz trenowała zachowywanie niezmienionego wyrazu twarzy w każdych okolicznościach. Przy spotkaniu w fontannie nie mamy jeszcze pewności, czy Dambo wydał się Beacie atrakcyjny - to znaczy my, jako czytelniczki, oczywiście mamy, ale ONA nie. Ja powiedziałabym raczej, że uznała go za zagrożenie dla swojego z trudem wypracowanego chłodu i spokoju, więc zdawał się jej raczej zagrożeniem, niż atrakcją. Drugie spotkanie - faktycznie, masz rację, mocno naciągane, to już Dambo i Bernard nie mięli gdzie się włóczyć po nocy tylko po Jeżycach? Że trafili do tej samej szkoły? Zapewne to akurat liceum mieści się blisko mieszkania zarówno Bebe jak i Dmuchawca, u którego Dambo mieszkał. Więc też i nie zaskakuje, że oboje do niego trafili. "Przypadek" ze wspólną klasą już gorzej, ale może akurat ta klasa była najmniej liczna to do niej właśnie dołączono nowego. A może też nie bez znaczenia był fakt, że Dambo przeniósł się do Poznania ze względu na jakieś ekscesy w rodzinnym mieście, a w klasie Bebe wychowawcą był dyrektor uchodzący za surowego i umiejącego utrzymać dyscyplinę? Posadzenie w ławce Bebe i Damba jest logicznie wytłumaczone w książce - wychowawca chciał rozdzielić uczniów potencjalnie przynoszących kłopoty - stąd Dambo "odseparowano" od Burczykowskich [sadzając ze spokojną Bittnerówną] a Burczykowskich rozsadzono... Nie pamiętam w tej chwili, chyba Marianna zamieniła się miejscami z Natalią Borejko? A końcówka miała właśnie pokazać [ja tak to odebrałam], że choćbyśmy się nie wiem jak starali miłość zdziera nam z twarzy maskę - Bebe, która udawała nawet przed sobą chłodną i opanowaną, na myśl o wyjeździe Damba reaguje i okazuje się, że ta śliczna, lodowa maska nie jest w stanie przesłonić prawdziwych emocji.
        Na koniec co do Żeromskiego - nie przeszkadzała mi gumka. Przeszkadza mi ON. I to jako całokształt bohatera. Drażni mnie jego sposób mówienia, denerwują jego dziwactwa, nawet to co w założeniu autorskim powinno śmieszyć - mnie irytuje. I z każdym tomem coraz bardziej...
        Chodzenia boso po ulicach masta sobie nie wyobrażam - przecież chodniki są po prostu brudne, obsiusiane przez pieski, oplute przez niewychowanych nastolatków, opstrzone przez wszechobecne gołębie - no, po prostu brzydziłabym się!
        A na powitanie girlandą z jelitek umaić twą skroń spieszę.
        • meduza7 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 27.04.13, 23:10
          Nie, Aniela jako Franciszka Wyrobek do mieszkania Pawełka trafiła właśnie przez przypadek - kiedy poszła przepraszać panią wicedyrektor, nie miała pojęcia, ze to matka Pawełka, nie skojarzyła nawet adresu, bo kamienica miała wejścia od dwóch ulic, Aniela wiedziała, że Pawełek mieszka przy Roosevelta, a Tosia podała jej adres od tej drugiej strony.

          Ale takie przypadki to ja kupuję, jeśli tylko podane są z odpowiednią dozą wdzięku, że tak powiem. U Chmielewskiej jest mnóstwo jeszcze bardziej naciąganych sytuacji, a jednak, dopóki potrafiła to opisać ze swoim charakterystycznym humorem i brawurą, człowiek też to łykał bez popitki ;)
          • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 27.04.13, 23:33
            No patrz, a ja byłam przekonana, że Aniella korespondowała z Pawełkiem [czyli musiała znać jego adres]... I to znać go jako Aniela, a nie Franciszka. Ale niech, Kłamczuchę czytałam sto lat temu, obecnie cała Jeżycjada stoi pod sufitem [na najwyższej półce] i nie będę skakać po półkach, żeby to sprawdzić. Ale wierzę ci na słowo.
            • pavan Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 27.04.13, 23:36
              vi_san napisała:

              > No patrz, a ja byłam przekonana, że Aniella korespondowała z Pawełkiem [czyli m
              > usiała znać jego adres]... I to znać go jako Aniela, a nie Franciszka. Ale niec
              > h, Kłamczuchę czytałam sto lat temu, obecnie cała Jeżycjada stoi pod sufitem [n
              > a najwyższej półce] i nie będę skakać po półkach, żeby to sprawdzić. Ale wierzę
              > ci na słowo.

              Owszem, znała go jako obie. Tylko że pisała do Pawełka Nowackiego na Słowackiego, a przepraszać poszła do magister Dąbkówny na Zacisze.
              • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 00:02
                Toteż napisałam, że się nie kłócę.
                A swoją drogą, czy Tosia nie popełniła "nietaktu językowego"? W końcu magister Dąbkówna była już od jaiegoś czasu mężatką dwojga nazwisk - Dąbek - Nowacka. I Tosia, jako jej podwładna [a może nie była podwładną, tylko mi się coś pokićkało? Kłamczuchę czytałam baaardzo dawno temu] raczej o tym wie - to nie jest jakaś, dajmy na to, Tosina koleżanka ze studiów, o której Tosia mogłaby powiedzieć "Dąbkówna. Ona chyba wyszła za mąż, ale nie mam pojęcia, jak się ten jej mąż nazywa." Chyba powinna była, posyłając tam Anielkę, podac jej pełne nazwisko. Mam kilka koleżanek o podwójnych nazwiskach i nie przyszłoby mi do głowy mówiąc o którejś zastosować nazwisko PANIEŃSKIE. Albo obydwa [czyli Kamila Korcz - Chmieleńska], albo tylko nazwisko "po mężu" [czyli Kamila Chmieleńska]. Ale skąd Tosi się wzięło to panieńskie?
                • mkw98 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 00:32
                  > Mam
                  > kilka koleżanek o podwójnych nazwiskach i nie przyszłoby mi do głowy mówiąc o
                  > którejś zastosować nazwisko PANIEŃSKIE. Albo obydwa [czyli Kamila Korcz - Chmie
                  > leńska], albo tylko nazwisko "po mężu" [czyli Kamila Chmieleńska].

                  Ale jak kogoś "od zawsze" zna się pod dwoma nazwiskami to nawet nie wiadomo, które jest panieńskie, a które po mężu.
                  Ja zwykle mówiąc o koleżankach z dwoma nazwiskami podaję pierwsze, które mi przyjdzie do głowy i nie zastanawiam się, czy to panieńskie czy po mężu (pomijając oczywiście sytuacje kiedy podanie precyzyjnych i pełnych danych jest istotne).

                  > Chyba powinna była, posyłając tam Anielkę, podac jej pełne nazwisko.

                  Sęk w tym, że Tosia nie posyłała tam Anielki - to Anielka podstępnie wyłudziła dane, żeby pójść do wicedyrektor i przepraszać w imieniu Tosi. Kowalikowie nic o tym nie wiedzieli
                  • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 00:39
                    Właśnie przeczytałam tą scenę. Owszem, Tosia nie wysyłała nigdzie Anieli, to ona sama, przebrawszy się za Franciszkę, poszła do wicedyrektor, żeby przeprosić za przewinienie Tomcia i Romci. Z tym, że wcześniej zapytała Tosię, jak się pani wicedyrektor nazywa i Tosia odpowiedział "Dąbkówna". Co jest, jak na mój gust albo niewiarygodne [gdyby przyjąć, że Tosia nie wiedziała o ślubie i dwojgu dzieciach p. wice], albo nieeleganckie [skoro wiedziała, czemu urzywa jej panieńskiego nazwiska]. W końcu doczytałam też, że p. Dąbek - Nowacka jest bezpośrednią przełożoną Tosi - i Tosia nie wie, jak ma na nazwisko? A skoro wie, czemu zapytana odpowiedziała "Dąbkówna" a nie "Dąbek - Nowacka", albo tylko "Nowacka"? Chociaż zdaje się, że p. wice starannie podkreślała, że jest dwojga nazwisk, nie w Kłamczusze, ale tak mi się jakoś kojarzy. Jeśli ktoś stale urzywa dwóch nazwisk - taka forma się utrwala i odruchowo poda się oba. Tak jak w przypadku imion piosenkarki Anny Marii Jopek - nikt nie powie Anna Jopek, tylko właśnie Anna Maria.
                    • meduza7 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 00:54
                      Mogło ewentualnie być tak, że pan Dąbek, tata pani wicedyrektor, był tak ważną szychą, że ta pomimo wyjścia za mąż i przybrania drugiego nazwiska wolała występować jako córka TEGO Dąbka niż żona jakiegoś tam Nowackiego. Tak sobie tylko kombinuję :)
                      • emusia Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 09:29
                        A może po prostu pracownice Dąbek-Nowackiej o niezbyt lubianej przełożonej między sobą używały określenia "Dąbkówna" i Tosia na neutralnym domowym gruncie również użyła tego określenia.
                        Ja np. miałam takiego bardzo głupiego szefa w pewnym momencie życia i o nim zawsze między pracownikami mówiliśmy "Andrzejek" a nie pan Andrzej czy Pan Kowalski.
                        Może tu było podobnie? "Dąbkówna znowu od rana się czepia" a nie "ach, Pani Dąbek-Nowacka od rana jest w złym humorze".
                      • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 01:05
                        Zwracam honor, fakt. To Danka podkreślała, że jest Filipiak - Nowacka.
                        Co i tak nie zmienia faktu, że nie wiarygodnym mi się zdaje określenie przełożonej przez Tosię mianem "Dąbkówna", a nie "Dąbek - Nowacka" lub "Nowacka". Chociaż zarówno na liście lokatorów jak i na tabliczce na drzwiach widniało nazwisko Dąbkówna... Co mogłoby sugerować Twoje wnioski, Meduzo.
                        • nessie-jp Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 03:23
                          vi_san napisała:

                          > Zwracam honor, fakt. To Danka podkreślała, że jest Filipiak - Nowacka.
                          > Co i tak nie zmienia faktu, że nie wiarygodnym mi się zdaje określenie przełożo
                          > nej przez Tosię mianem "Dąbkówna", a nie "Dąbek - Nowacka" lub "Nowacka".

                          Pamiętajmy, że Tosia to rzuciła nieuważnie i w niejakim wzburzeniu, do głowy jej nie przyszło, że Aniela chce rzeczywiście wiedzieć coś konkretnego.

                          Cała ta postać pani hydrant-dyrektor Dąbkówny ma, moim zdaniem, nieco szczególny smaczek
                          • paszczakowna1 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 05:42
                            > Pani Dąbkówna terroryzuje więc podwładnych, zaniedbuje męża, najmuje pomoc domo
                            > wą, zamiast urabiać białe dłonie, podejrzewa Franciszkę o chęć kradzieży, wyzys
                            > kuje tanią siłę roboczą za najniższą stawkę i w dodatku nadal używa nazwiska po
                            > tatusiu!

                            Nie no, o wszystko można panią D-K oskarżyć, ale nie o zaniedbywanie męża (ni domu). Babka ewidentnie była perfekcjonistką (i z tego, co pamiętam, odnoszę wrażenie, że sama też się nieźle urabiała), a mąż chyba do niczego ręki przykładać nie musiał.
                              • paszczakowna1 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 23:52
                                > > Nie no, o wszystko można panią D-K oskarżyć, ale nie o zaniedbywanie męża
                                > (ni d
                                > > omu).
                                >
                                > Nie rozumiesz. Nie lepiła mu pierogów z sercem. :p Pomoc najęła!

                                Nnno tak... Ale zauważ, że w tej najstarszej Jeżycjadzie cnoty domowe (w mieszczańskim poznańskim wydaniu) były wyraźnie przedstawione jako coś mniej godnego niż inteligencja czy artyzm. Pierogów z sercem nie lepiła mama Żakowa, Tosia ciasto owszem piekła, ale nie przejmowała się sprzątaniem, u Borejków był permanentny śmietnik. Pani D-K jest tu raczej reprezentantką cnót mieszczańskich (maniakalne sprzątanie sobotnie). W ogóle temat "gotowanie a sprzątanie" jest ciekawy. Postacie gotujące są zawsze pozytywne (a już szczególnie jak gotują dla dzieci), sprzątające niekoniecznie.
                                • nessie-jp Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 30.04.13, 03:39
                                  > ). W ogóle temat "gotowanie a sprzątanie" jest ciekaw
                                  > y. Postacie gotujące są zawsze pozytywne (a już szczególnie jak gotują dla dzie
                                  > ci), sprzątające niekoniecznie.

                                  Coś w tym jest. Czyżby sprzątanie miało w J. status działania "na pokaz" i przez to było leciutko podszyte dulszczyzną?
                                  • meduza7 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 30.04.13, 08:42
                                    Mnie bardzo się podobały wzmianki o "artystycznym nieładzie" u Borejków i innych, bo sama jestem bałaganiara i jako dziecko zbierałam z tego powodu ciągły opieprz. Ale z czasem zrobiło się to męczące, zwłaszcza wzmianki o wszechobecnym kurzu. Mają szczęście, że w rodzinie nikt nie jest alergikiem.

                                    A propos, zauważyłam jedną ciekawostkę, gdy odświeżałam sobie "Noelkę". Otóż mamy tam opis totalnie zagraconego mieszkania Borejków, przy czym sporą część gratów stanowi... sprzęt wędkarski Ignacego. Widać przed pisaniem "Noelki" MM odświeżyła sobie zwyczaje rodzinki - tyle że potem jednak o tym zapomniała, bo nie przypominam sobie, żeby w kolejnych częściach pasja wędkarska Ignacego była chociaż wspomniana.
                                    • 3piota Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 30.04.13, 12:32
                                      meduza7 napisała:
                                      > A propos, zauważyłam jedną ciekawostkę, gdy odświeżałam sobie "Noelkę". Otóż ma
                                      > my tam opis totalnie zagraconego mieszkania Borejków, przy czym sporą część gra
                                      > tów stanowi... sprzęt wędkarski Ignacego. Widać przed pisaniem "Noelki" MM odśw
                                      > ieżyła sobie zwyczaje rodzinki - tyle że potem jednak o tym zapomniała, bo nie
                                      > przypominam sobie, żeby w kolejnych częściach pasja wędkarska Ignacego była cho
                                      > ciaż wspomniana.

                                      Ale to logiczne.
                                      Akcja Noelki to Wigilia. I przygotowania do wesela Idy.
                                      Trzeba było ryb nałapać to i sprzęt wędkarski się pałęta.
                                      Późniejsze tomy nie dzieją się w czasie około wigilijnym, dopiero McDusia.
                                      No ale w Noelce Ignacy był jeszcze w takim wieku, że można go na ryby wypuścić. Poza tym był jedynym mężczyzną w tym bardaku więc jechał na łowy.
                                      W McDusi niestety już strach go do kiosku po gazetę wysłać.
                                      • j_a_ch Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 30.04.13, 16:06
                                        >więc jechał na łowy

                                        Ciekawe z jakim rezultatem? Coś marnie to widzę, pewnie zamyślał się patologicznie i mu refleks szwankował. W IS zdaje się łowił z Pyziakiem, ale czy tam coś było na ten temat? Potem najpewniej scedował był sprzęt i łowy na Marka.
                      • 3piota Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 01:20
                        meduza7 napisała:
                        > Mama Pawełka chyba nigdzie już poza "Kłamczuchą" nie występuje

                        No jak nie jak tak!
                        W McDusi przecież.
                        Mila z Ignacem wymknęli się cichcem z wesela i poleźli na strych północy doczekać.
                        Siedzieli na tym strychu mając nad sobą wielkie pranie rozwieszone przez panią Dąbek - Nowacką.
                        " - Ciekawe - zauważył Ignacy Borejko. Dominują kalesony. Ktoś ich strasznie dużo zużywa. Może ona? Przesuńmy się bliżej okna, żeby nas nie muskały po głowach."
                        Hahaha jaki Ignac dowcipny! Oglądać i komentować czyjeś pranie - wyżyny kultury. Antycznej.
                        A to raczej chwalebne, że kalesony jako intymna bielizna są często zmieniane więc dużo ich się zużywa. Weź przykład Ignac, a nie łaź w jednych tygodniami. Nawet jeżeli ze względu na wiek łatwiej ci zapamiętać przy ubieraniu, że gdzie żółte tam przód.
                • meduza7 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 00:35
                  Może w pracy była wciąż znana pod panieńskim. Pamiętam, że jedna pani doktor, która leczyła moją babcię, stwierdziła, że zna mnie, bo przychodziłam kiedyś bawić się z jej córką - a ja zachodziłam w głowę, o kogo może chodzić, bo jej nazwisko nic mi nie mówiło. Dopiero jak zobaczyłam pieczątkę z podwójnym, skojarzyłam. W szpitalu wszyscy, ale to wszyscy mówili na nią wyłącznie panieńskim.
                  • piotr7777 czyli, że Nowaccy wciąż mieszkają w sąsiedztwie 28.04.13, 13:31
                    ...Borejków a przynajmniej pani Dąbek - Nowacka (mąż mógł umrzeć lub się rozwieść).
                    A to znaczy, że Paweł z Danką (albo i sam - patrz wyżej) zapewne od czasu do czasu odwiedza matkę (Czy też rodziców). I przy takiej okazji Gabriela mogłaby spotykać dawnych kolegów z klasy.
                    Trochę dziwne, że autorka nie poszła tym tropem. Zupełnie jakby zapomniała o postaciach, które były - warto o tym pamiętać - jedynym łącznikiem między książkami napisanymi przed stanem wojennym. Mam na myśli to, że tylko Paweł i Danka występują we wszystkich pierwszych czterech częściach cyklu.
                • mankencja Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 00:07
                  Mam
                  > kilka koleżanek o podwójnych nazwiskach i nie przyszłoby mi do głowy mówiąc o
                  > którejś zastosować nazwisko PANIEŃSKIE. Albo obydwa [czyli Kamila Korcz - Chmie
                  > leńska], albo tylko nazwisko "po mężu" [czyli Kamila Chmieleńska]. Ale skąd Tos
                  > i się wzięło to panieńskie?

                  Moja mama używa albo podwójnego, albo panieńskiego. Wersja imię + nazwisko po mężu nawet dla mnie brzmi w jej przypadku dziwnie, do tego stopnia, że listy zaadresowane M. Nazwiskopomężu (czyli moje rodowe/panieńskie. A inicjał imienia mamy ten sam) uznawałam zawsze za skierowane do mnie.
                  • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 00:53
                    Ale przyznasz, że to raczej nietypowa sytuacja? Zwykle jeśli kobieta po ślubie pozostawia swoje panieńskie anzwisko i dołącza nazwisko męża - mówiąc o niej [a tym bardziej pisząc do niej] używa się albo obu nazwisk, albo wyłącznie mężowskiego.
                    A adresowanie listów jedynie inicjałem imienia jest nieeleganckie. Poza tym nie sądzę, by ktoś z podwładnych twojej mamy powiedział o niej [jeśli "służbowo" używa obu nazwisk] wyłącznie nazwiskiem panieńskim/rodowym. Nawet w kontekście towarzyskim. Mam w pracy kilka koleżanek o podwójnych nazwiskach i jakoś ŻADNA nie posługuje się wyłącznie panieńskim - być może w sytuacjach np. "Naszej Klasy" czy innego "Facebooka" tak, ale nie w relacjach służbowych. A nie zapominajmy, że Tosia była podwładną wice Dąbek - Nowackiej!
                    • mankencja Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 07:13
                      > A adresowanie listów jedynie inicjałem imienia jest nieeleganckie.

                      Dziękuję, ze mnie uświadamiasz. Natychmiast obrażę się na wszystkich, którzy kiedykolwiek zaadresowali do mnie list.

                      Poza tym nie
                      > sądzę, by ktoś z podwładnych twojej mamy powiedział o niej [jeśli "służbowo" u
                      > żywa obu nazwisk] wyłącznie nazwiskiem panieńskim/rodowym.

                      Z tego co wiem, przewaznie sie tak o niej wyrazaja, przykro mi.

                      Mam w pracy kilka koleżanek o podwójnych nazwiskach i jakoś ŻADNA n
                      > ie posługuje się wyłącznie panieńskim

                      Widać w różnych miejscach panują różne obyczaje.
                    • croyance Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 12:38
                      Czy ja wiem, czy nietypowa. Ja mam wiele znajomych, ktore powychodzily za maz, ale w pracy wciaz uzywaja nazwisk panienskich - ostatnio np. dowiedzialam sie, ze jedna z dalszych znajomych uzywa podwojnego nazwiska (ale tylko dlatego, ze zobaczylam je na oficjalnym programie, wczesniej nie wiedzialam, ze w ogole uzywa dwoch, myslalam, ze pozostala przy swoim).
                        • zla.m Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 18:37
                          U nas też tak jest, poza sytuacjami wymagającymi oficjalnych papierów, używa się po prostu tego nazwiska koleżanki, które jest pierwsze. Zwykle jest to nazwisko panieńskie. Mieliśmy nawet koleżankę Kowalską, która została Kowalską-Małolepszą, a następnie rozwiodła się i wróciła do Kowalskiej. Wiele osób (w tym ja) nawet się nie zorientowała, kiedy rozwód nastąpił.
                    • verdana Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 30.04.13, 09:29
                      Naprawdę? I ja i większosć moich znajomych ma podwójne nazwiska, wszystkie używają panieńskiego. Dla mnie to logiczne, jesli chce sie zostawić panieńskie nazwisko, a nie zmieniać, to chyba po to, zę woli sie go używać, niż mężowskiego. Wszędzie, a w pracy szczególnie, wszyscy używają tylko moejego panieńskiego nazwiska, tak sie podpisuję na dokumentach, w banku itd.
        • agnessa94 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 20:50
          Ha ha, widzę że mój post sprowokował dyskusję, szkoda, że kompletnie nie na temat, który poruszyłam;-). Najwyraźniej jestem osamotniona w swojej irytacji... Nawiasem mówiąc, BBB też jeszcze bardzo lubię (sentyment, pierwsza pozycja serii jaką posiadłam na własność), a "Szósta klepka" to jedna z moich ulubionych książek, nie tylko autorstwa MM.
          Już kończąc ten temat: wiem, że zbiegi okoliczności zdarzają się w normalnym życiu i kupuję je, jeśli jest z nimi jakaś udana "otoczka" (np. wspomniane trafienie Anielki do domu Pawełka kocham), jednak w tamtej książce było tego za dużo. Ja wiem, że część z tego można w racjonalny sposób wytłumaczyć (jak też to zrobiła vi_san), ale wszystkie te okoliczności pojawiają się wyłącznie po to, by Bebe i Dambo mogli zostać razem - jakby po prostu byli nieco bezwolnymi istotami w rękach przeznaczenia. Po prostu taki już mam światopogląd, wierzę w to, że człowiek (do pewnego stopnia oczywiście) jest kowalem swojego losu, lubię postacie walczące o swoje - tutaj właściwie wszystko zostało oparte właśnie na wspaniałych zrządzeniach losu, którym tamci się jedyni podporządkowują. Gdy jeszcze dodamy inne zbiegi okoliczności w tej książce (na czele z ujawnieniem się kung-fu Krystiana, akurat gdy potrzebna była "męska siła"), BBB można ani chybi uznać za powieść prezentującą... hmm, jakby to ująć... tragizm pozytywny? Trochę na zasadzie "wszystkie drogi prowadzą do Damba"...
          Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli, nawet jeśli się ze mną nie zgadzacie.

          A co do Dąbek-Nowackiej... mnie tam raczej zawsze zastanawiało, dlaczego chciała ona zatrudnić kogoś, kto właśnie przyznał się do demoralizacji dzieci dla własnych celów - ergo, mogła okazać się zwyczajnie nieuczciwa.
          • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 21:55
            A czemu kończąc temat? Może nie na ten, który Ty poruszyłaś, ale dysputa smakowita, to po co ukręcac jej łeb? Niech trwa.
            A co do "bezwolności" bohaterów to nie w jednym BBB pozwalają się "nieść fali": Pupa z Pulpecji, Żaba, nawet Cesia z Szóstej Klepki. Nie ma ich aktywności w związkach, w jakimś wyjściu naprzeciw, walki o swój związek - poddają się losowi. Cesia jedynie umawia się "fascynującym brodaczem" na randkę, ale już w "finałowym" związku - cała aktywność jest po stronie Jurka Hajduka. Pulpa pozwala się uwodzić właściwie komu popadnie, a Baltona wygrywa nie wiedzieć czemu [chyba tylko na złość Romie, która się w nim kochała]. O uczuciu Żaby jest w sumie najmniej - jej relacja z Żeromskim jest ledwie zarysowana, muśnięta piórkiem, ale też inicjatywy nie przejawia, poza pisaniem rozpaczliwych maili do Frycka...
            • dobrawrozkajudyta11 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 22:41
              Najwidoczniej autorka jest wyznawczynią starej ludowej maksymy "Siedź w kącie a znajdą cię". Ciekawe, że jedynie w stosunku do dziewcząt. Zastanawiające, że te, które są bierne i pozwalają losowi decydowac za siebie spotyka w życiu nagroda. Te zaś, które chcą decydowac o sobie i przejawiają inicjatywę i/albo ambicje (Danka np. czy matka Aurelii Jedwabińskiej) są przedstawiane jako wredne herod - baby i albo źle kończą, albo pokazane są jako pretensjonalne nuworyszki (Danka Filipiak - Nowacka i jej ewidentnie niesympatyczne latorośle). Przecież nawet cudkobietaherosGabriela robi tę swoją błyskawiczną habilitację gdzieś na dalekim marginesie powieści. Głównie jest matkąPolką oraz cierpiącąporzuconąkobietązaślubionągeniuszowimatkągeniusza. I też w kwestiach uczuciowych nie wykazuje ŻADNEJ inicjatywy ani woli. I to jest chyba największe naciągactwo tej serii.
              • dobrawrozkajudyta11 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 22:52
                A, i przypomniała mi się najbardziej irytująca i kretyńska scena, w moim mniemaniu, rzecz jasna. Ilustrująca tezę o bierności bohaterek. Scena z "Imienin", kiedy Gaba wraz z mężem wyjeżdżają do domku pod miasto, żeby spędzic razem urocze tete a tete. Sceneria domu wyraźnie pokazuje na co liczył Grześ. I w tym momencie na ulicy pakuje im się do samochodu Żeromski (moim zdaniem typ absolutnie do odstrzału, mam na niego alergię, wrrrr!) i wprasza się na przyjątko, demolując zapracowanym ludziom jedyną szansę na romantyczną randkę. Ja już nie wspominam, że z kimś o skórze grubości płaszcza Ziemi w ogóle nie utrzymywałabym kontaktów. Ale, do cholery, dlaczego ci ludzie nie wytłumaczyli mu grzecznie acz dobitnie, że chcą byc sami? Dlaczego nie wysadzili go na pierwszym przystanku i szybko nie odjechali? Skoro on był na tyle niedelikatny, żeby psuc im randkę, to pewnie by się nie obraził. A nawet jeśli, to bierz czort kretyna. Ale nie, muszą się męczyc, robic cielęco - cierpiętnicze miny, a wszystko w imię głupio pojętej przyjaźni.
              • emae Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 12:27
                dobrawrozkajudyta11 napisał(a):

                > Te zaś, które chcą decydowac o sobie i przejawiają inicjatywę i/albo ambicj
                > e (Danka np. czy matka Aurelii Jedwabińskiej) są przedstawiane jako wredne hero
                > d - baby i albo źle kończą, albo pokazane są jako pretensjonalne nuworyszki (Da
                > nka Filipiak - Nowacka i jej ewidentnie niesympatyczne latorośle).

                Ale gdzie ta Danka taką inicjatywę przejawia? Danka, która sama mówi o sobie "bezwolny mięczak"?
            • agnessa94 Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 28.04.13, 23:37
              Kończąc temat miałam na myśli ten o BBB, który został zasypany dyskusją o pani Dąbek-Nowackiej - rzeczywiście mogło to zabrzmieć nie tak, jak miało.
              Ej, przecież Ceśka poszła do Jurka do domu przeprosić - dosyć istotne wydarzenie gdy się prześledzi historię tego związku. Co do Pulpecji masz absolutną rację - zawsze odnosiłam wrażenie, że MM miała pomysł na nią jedynie w wersji stoickiego barokowego aniołka (stanowiącego przeciwwagę dla płaczliwej Nutrii), więc nie bawiła się w wymyślanie jej bardziej złożonej osobowości, szybko wydała ją za mąż i rzuciła w mroki niepamięci rodziny (poprawcie mnie jeśli się mylę, ale czy kiedykolwiek po ślubie odegrała ona jakąkolwiek rolę w losach Borejków?), stąd też takie jej potraktowanie. Właściwie to pisząc o "nadmiarze zbiegów okoliczności" (ujawniającym bezwolność bohaterów) miałam na myśli raczej tendencję, którą BBB najmocniej chyba prezentuje - serio, jeżeli mamy wskazać osobę, która najbardziej przyczyniła się do związku Bebe-Dambo to jest nią... Bernard! Bez wątpienia jednak pojawia się ona także chociażby właśnie w "Pulpecji".
              Tak poza tym, to jak "Żaby" jako książki nie lubię (jak wszystkich z neoJeżycjady, "Sprężyny" przeczytałam kilka pierwszych stron, "McDusi" - analizę z Niezatapialnej Armady, i nic z tego nie zachęciło mnie do głębszego poznawania tych książek), tak subtelny wątek relacji Żaba-młody Żeromski akurat mnie całkiem przekonał - w tym wieku nie muszą przecież powstawać wielkie i dramatyczne miłości!
              • vi_san Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 00:48
                Nigdzie nie napisałam, że historia Hildegardy i jej kiełkującego uczucia do Żeromskiego mi się nie podoba - wręcz przeciwnie! Uważam, że [o dziwo!] autorka świetnie, delikatnie i pastelowo odmalowała początki pierwszej miłości, tym delikatniejsze i subtelniejsze, że skontarstowane z ostrym, "dynamiczniejszym "zawrotem głowy" na linii Laura - Wolfi. Czytając Żabę miałam przez moment nadzieję, że wróciła dawna MM i już zostanie, że te tomy [JT, CR, TiR] to był chwilowy spadek formy... Niestety, rozczarowałam się gorzko już biorąc do ręki CP, załamałam przy Sprężynie i zwątpiłam w dobrą wolę autorki przy McD...
                A co do bezwolności bohaterek - zaczynając od samej Gaby [która inicjatywy wykazuje tyle, co ja do orki na ugorze], Pulpa już omówiona, Pyza też w gruncie rzeczy pozwala się kochać - jedzie z tym Frycem na tych rowerach, śpi w stogu itp, ale inicjatywa jest jego! Tak jak i startujących do niej [nieskutecznie] braci Lelujków. Nutria poza pościgiem kradzionym samochodem za Robrojem [fakt, działanie dość spektakularne, ale jednorazowe, tak jak i w przypadku Cesi [chociaż Cesia jednak z mniejszym przytupem...]] nie robi nic, tylko się boi wszystkiego. Aurelia w Dziecku Piątku też raczej pozwala się kierować i po prostu poddaje woli Konrada, niż sama coś robi.
                Odnoszę wrażenie, że MM po prostu tak widzi rolę kobiety w życiu - ma być cicha, łagodna, czuła i delkiatna, a w najgorszym razie zajęta GŁÓWNIE domem i rodziną. Większość kobiet, które robią cokolwiek jest opisywanych kompletnie bez sympatii [mam na myśli neo, w starej Jeżycjadzie trafiały się takie pyszne typy jak ciotka Tosi Lila na przykład!] - choćby ta nieszczęsna Ewa Jedwabińska - psychologii jej się zachciewa a patrzcie, nawet się ze swoim dzieckiem dogadać nie umie [zawsze mnie trafiał szlag nagły i jasny, jak klasa [odautorsko] odsądza od czci i wiary Ewę, bo ujawniła, że wie, dlaczego Kreska nie chce pisać ankiety o rodzicach, a [także odautorsko] kierowany na "człowieka z kredy" Dmuch UJAWNIA autorkę anonimowej ankiety i to jest ok - w SK, Beata Kowalczuk ujęła w ankiecie kilka danych, po których można ją było zidentyfikować i prof. D. dokładnie i z drwinami komentował wskazując autorkę!].
            • lavanta Re: Bebe i cudowne zbiegi okoliczności... 29.04.13, 01:32
              Pulpa pozwala się uwodzić? Jakoś mi to umknęło :). Ona raczej traktuje chłopców jak zabawki, upaja się tym, że ma powodzenie, ale ostatecznie i tak wszystkich odsyła z kwitkiem. Jeśli chodzi o Cesię i Żabę, to mam wrażenie, że ich zachowanie nie wynika z bierności, tylko żadna z nich nie podejmuje działań, żeby zdobyć faceta, bo, przynajmniej początkowo, ani jedna ani druga nie jest zainteresowana. Dla kontrastu mamy np. Idę, która zdecydowanie nie jest bierna jeśli chodzi o Klaudiusza w KK i Laurę, która robi z siebie wariatkę, kupując drzewka w Daglezji, żeby mieć okazję zobaczyć Adama.