kooreczka
31.05.13, 15:38
Czy tylko ja mam takie wrażenie, że jedzenie w Jeżycjadzie upolityczniono ponad miarę, tracąc pod drodze wszelką finezję?
W starych książkach jedzenie opisywano apetycznie i bez jakiegoś wielkiego wartościowania. Cielęcina z koperkiem i szynka Ewy Jedwabińskiej (to zwłaszcza) miały jakąś symbolikę, ale ogólnie jedzenie pojawiało się jako
a)fakt życia (wliczam to product placement, który lubię jako urealniacz i walka z systemem nie pozwalającym na normalne zakupy)
b)element spotkań
c)humorystyczny element wpadek (morszczuki i pierniki ze smalcem)
d)uprzyjemnianie innym życia i własne eksperymenty
W McDusi jedzenie nagle zrobiło się ciężkie. Ciężkie jedzenie z McDonalda, symbol upadku i prostactwa. Krem, którym da się upić. Antyreklama wegetarianizmu. Obiady zdrowe według pojęć z XIX wieku. Matka, która niby ma fioła na punkcie jedzenia, a jednocześnie wpycha dzieci do dziadków w ogóle nie przejmując się jadłospisem.
Kolejny znak, że czas już kończyć? A może naturalne rozwinięcie paskudnych opisów z Łasucha Literackiego, gdzie pięknie szufladkowano ludzi na podstawie wyglądu i tego co przygotują.