rika1991
05.10.14, 16:48
Wróciłam wczoraj do "Brulionu Bebe B." i przy okazji naszła mnie refleksja... Dlaczego tak niewiele bohaterek Jeżycjady ma w wieku nastu lat, które przecież zwykle obfitują w nowe znajomości, choć jedną przyjaciółkę od serca? O ile w pierwszych tomach przyjaźni wśród młodzieży było nawet sporo - Cesia i Danka, grupa ESD, Kreska poznaje Gabę, nawet postrzelona Aniela utrzymuje kontakt ze szkolną przyjaciółką z Łeby - o tyle później przyjaźń stała się czymś niebywale rzadkim. Gdzieś przewinęła się jeszcze Pulpa z niezbyt szczerą przyjaźnią z Romą (bywa i tak), a potem... ani jednej przyjaciółki czy nawet szkolnej koleżanki, która pojawiłaby się choćby w tle, nie mają:
- Bebe,
- Elka,
- Aurelia,
- Natalia,
- Bella,
- Róża,
- Tygrys,
- Hildegarda,
- Magda...
Jasne, że jeden na kilku bohaterów może być typem samotniczego indywidualisty (Laura), ale co z resztą? Bella i Bebe często się przeprowadzają, ale nawet w takiej sytuacji pozostają jakieś kontakty z poprzednich miejsc zamieszkania, wspomnienia. Róża jest zupełnie przeciętną dziewczyną, niczym nie odstrasza, podobnie Elka, Bella. Magda takoż, a jednak z wielkiej miłości zwierza się... obcemu Józinkowi. Rozglądając się po znajomych, widzę, że nawet tak poetyczna dusza jak Natalia czy kujonka w typie Żaby znajduje zwykle choć jedną w życiu bratnią duszę poza miłością życia.
Co ciekawe - "nieznośność" Jeżycjady postępuje wraz z izolacją bohaterów od rówieśników...
Zastanawia mnie, dlaczego MM, która kiedyś umiała naturalnie i pięknie opisywać przyjaźń, od dawna odbiera swoim bohaterkom szanse na nią. Czy uważa, że prawdziwa przyjaźń wśród młodzieży wymarła? Wszędzie miłość li i jedynie, w dodatku jakoś zupełnie nienaturalnie rozwijająca się (nici Laury i Adama, Róży nagły wybuch miłości do Fryca, Magdy do Ignasia, Józin wzdychający latami jak Petrarka).