Dodaj do ulubionych

Na kanwie wątku o Soamesie...

12.03.21, 23:10
Jakiego macie "literackiego ideała"? Takiego bohatera, dla którego w ogień i w wodę? Takiego, któremu w realu gotowyście "rany całować" i buty pastować? ;) Oczywiście nie żeby dosłownie, ale tak w przenośni? Jest taki dla którego wszystko? Jeśli tak - to kto?
Podkreślę - nie chodzi mi o ulubionego bohatera, bo wszak lubić jako bohatera literackiego można i totalną swołocz, ale dobrze napisaną. Chodzi o takiego, co to gdyby żył to albo poślubić, albo zabić, żeby żadna inna nie miała dostępu (oczywiście z założeniem, że wspomniany by na poślubienie reflektował!).
Obserwuj wątek
    • marutax Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 07:44
      Sam Vimes ze "Świata Dysku", kiedy już wyszedł na prostą. Owszem, życie domowe byłoby nieco chaotyczne, ale w odpowiednich momentach priorytety ustawiał odpowiednio.

      Z młodzieżowych fajnym partnerem mógłby być Tomek Wilmowski, zwłaszcza, że Szklarski pokazał jego relacje z Sally także na etapie małżeńskim.

      W ogóle w literaturze postacie nastoletnie/młode są jakoś lepiej napisane jeśli chodzi o stosunek do kobiet. Może dlatego, że relacje z damsko-męskie są jeszcze niewinne... A potem? Z wszystkich bohaterów wymienionych podczas owej inspirującej rozmowy w Jeżycjadzie niemal żaden nie wygląda na dobrego partnera.. A przynajmniej jest tak ustawiony w fabule - nie wykluczam, że Kmicic się zmienił, ale jako męża go nie widzimy. Nie wykluczam, że Wokulski mógł być dobrym mężem, ale nie przy Izabeli... Nawet Bogumił jest tak opisany, że trudno ocenić, jak sprawdziłby się w związku z kimś innym. A Jan Bohatyrowicz to jedna z najbardziej bezbarwnych postaci w "Nad Niemnem".

      Gdybym musiała wybierać "z Sienkiewicza" to chyba tylko Petroniusz, choć znowu - nie widzimy go w odpowiednich okolicznościach, związek z Eunice jest zbyt specyficzny, by na jego podstawie wyciągać wnioski.
      • mika_p Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 16:35
        > nie wykluczam, że Kmicic się zmienił, ale jako męża go nie widzimy

        Widzimy, widzimy.
        Jeszcze na końcu "Potopu" niemal otwartym tekstem stoi, że Jędruś pantoflarz. W "Panu Wołodyjowskim" jest troskliwy i nadal zakochany.
        • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 16:52
          Pod koniec Potopu to on sie dopiero zeni, mezem jest od chwili albo bedzie za chwile (nie pamietam), a w Wolodyjowskim widzimy go przez moment i to w chwili milego relaksu, gdy siedzi w altanie i pociaga z dzbana. Nic nam to nie mowi o jego kwalifikacjach meza, zwlaszcza gdyby w dowolnej kwestii doszlo do roznicy zdan...
          • mika_p Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 17:23
            "Potop" się czyta do ostatniego akapitu. "Niechętni (bo któż ich nie ma) mówili wprawdzie, że żony we wszystkim zbytnio słucha, ale on się tego nie wstydził, owszem, sam przyznawał, że w każdej ważniejszej sprawie zawsze rady jej zasięga."

            A w "Panu Wołodyjowskim" miły relaks przerwał pan Charłamp, przywożąc wieść o smierci Anusi. Kmicic ma wątpliwości, czy mówić o tym Oleńce, żeby jej nie zaszkodziło.
            Do różnicy zdań też doszło w kwestii wyjazdu, po dwóch argumentach przestał protestować i było tak, jak żona kazała.
            • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 18:09
              Dobra, dobra. Postronni nie o wszystkim musza wiedziec (np przemoc domowa zwykle jest sekretem domowym), a poza tym ile oni sa p slubie w tym ostatnim akapicie ? przez miodowe tygodnie to i Kmicic mogl byc uroczy, ale ni cholehy nie uwierze, ze przy jego charakterze i nawykach stal sie pantoflarzem. Predzej uwierze, ze z czasem i zonie zaczal przylutowywac.
            • marutax Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 18:22
              mika_p napisała:

              > "Potop" się czyta do ostatniego akapitu. "Niechętni (bo któż ich nie ma) mówili
              > wprawdzie, że żony we wszystkim zbytnio słucha, ale on się tego nie wstydził,
              > owszem, sam przyznawał, że w każdej ważniejszej sprawie zawsze rady jej zasięga

              Ten fragment można interpretować różnie, bo równie dobrze Jędruś może całymi dniami się obijać i popijać, zostawiając Oleńce całą robotę. Albo i zaszaleć "po staremu", ale potem pięknie przepraszać.

              Osobiście jestem raczej skłonna uwierzyć, że dobrym mężem będzie facet z odpowiednimi cechami charakteru, nawet niepokazany w związku, niż facet, którego charakter budzi poważne wątpliwości, nawet jeśli dostaniemy scenkę rzekomo potwierdzającą jego zalety jako męża. Dlatego bardziej wiarygodny jest Wokulski, który wprawdzie zakochał się idiotycznie, ale we wcześniejszym życiu pokazał, że jest inteligentny, zaradny, odpowiedzialny, odważny i tak dalej.
    • briar_rose Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 11:19
      Ojej, trudny wybór! Wybaczcie, że wymienię bohaterów spoza literatury wysokich lotów, ale wśród lektur szkolnych próżno szukać mojego ideału :D

      Na początek chyba Tengel Dobry z Sagi o Ludziach Lodu. Ukrywający dobre serce i troskliwość pod groźną maską, ale gdy już się go zdobędzie, jest dla swojej żony najlepszym kochankiem, obrońcą i przyjacielem.

      Edward ( Barney ) Snaith z "Błękitnego Zamku", moja pierwsza montgomerowa miłość, bo Gilbert z "Ani" mnie jakoś nigdy nie przekonywał. Maskuje się pozorną szorstkością, ubrany niedbale, trochę a la kowboj, wydaje się być "bad boyem" ale to tylko pozory, bo to wrażliwa dusza i potrafi okazać ukochanej wiele serca i delikatności. O tak, Edwardowi bym się nie oparła!

      No i Cazaril z "Klątwy nad Chalionem". Zauroczył mnie <3 Gdy poznajemy go na początku powieści jest człowiekiem złamanym na ciele i duchu, który wycierpiał wojnę, oblężenie, zdradę, niewolę i liczne upokorzenia. Prześladuje go przeszłość, jest pełen obaw i wątpliwości, nie wydaje się być przeznaczonym do wielkich czynów, jednak to jego lojalność i poświęcenie pomagają mu osiągnąć cel. No po prostu lubię takich smutnych, potłuczonych, pogmatwanych bohaterów ^^
      • kocynder Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 11:34
        A ktoś twierdził, że mają być tylko z kanonu lektur szkolnych, albo ci "górnie, chmurnie i rymami"?
        Edwarda też bym brała. Z "Dewajtis" Rodziewiczówny Marek - pokancerowany nieco przez obrzydliwego i po prostu podłego ojca, ale dałby radę w normalnej relacji.
        Do przyjaźni (nigdy związku!) boski Sherlock. Wiem, egocentryk, zarozumiały, nie liczący się itd, ale... ;)
    • scamall15 Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 14:46
      Moją pierwszą literacką miłością był ehmm....Timur z "Timura i jego drużyny". Bardzo mi imponowało, że ma taki posłuch wśród kolegów, wszyscy go słuchają i robią, co im każe. W podobnym duchu, byłam wielką fanką Maćka Osy z "Czarnych Stóp".

      A poślubić albo zabić, to :

      Kycpra Ryxa juniora - to taki Kmicic, ale w wersji uwspółcześnionej; wszystko umie, wszystko wie, wszyscy go lubią, zawsze ma szczęście :),

      Georga Mukherjee z cyklu "Niezbyt elegancka zbrodnia" (ktoś zna? Bardzo polecam!!!) - inteligentny, cyniczny, elegancki i z ideałami ( chce jechać na wojnę w Hiszpanii- ach te ideały)
        • kocynder Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 14:58
          W pierwszym tomie Tomek Wilmowski też ma 14 lat i co z tego? To się już w nim kochać nie można? Zwłaszcza, że Tomek wyrósł na mężczyznę całkiem do rzeczy. Timura czytałam ze sto pięćdziesiąt lat temu i nie pamiętam jak się skończył. ;)
        • scamall15 Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 14:59
          tt-tka napisała:

          > scamall15 napisał(a):
          >
          > > Moją pierwszą literacką miłością był ehmm....Timur z "Timura i jego druży
          > ny".
          >
          > Moja tez :)
          > ale tego... to 14-latek...
          >
          >
          Oj wiem, wiem ... tak wspomniałam dla kontekstu. Poza tym, znając dalsze losach Sowietskiego Sojuza, to trochę strach pomyśleć co mogło z Timura wyrosnąć. Dlatego poślubianiu mówimy NIE!
          • marutax Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 15:22
            scamall15 napisał(a):

            > Poza tym, znając dalsze losach
            > Sowietskiego Sojuza, to trochę strach pomyśleć co mogło z Timura wyrosnąć. Dla
            > tego poślubianiu mówimy NIE!

            Ja bym się raczej bała, że nic nie wyrosło, bo to, co w ZSRR czasie wojny tolerowano u dzieciaka, w okresie powojennym mogło zaprowadzić go do gułagu.
            • scamall15 Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 15:38
              marutax napisała:


              >
              > Ja bym się raczej bała, że nic nie wyrosło, bo to, co w ZSRR czasie wojny toler
              > owano u dzieciaka, w okresie powojennym mogło zaprowadzić go do gułagu.

              Czy ja wiem, ja raczej widzę Timura jako aktywistę i kogoś bardzo mocno wierzącego w sowieckie państwo, prawo i ład społeczny. Za takie coś mogliby go wsadzić w czasie Wielkiej Czystki, ale później raczej już nie...
    • briar_rose Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 18:21
      To ja sobie zaklepuję pułkownika Brandona z "Rozważnej i Romantycznej". I żeby miał twarz Rickamana <3 Chociaż w książce zabrakło mi choćby w ostatnich rozdziałach rozwinięcia wątku Brandona i Marianny, mam wrażenie, że Austin potraktowała go trochę po macoszemu.
      • bupu Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 13.03.21, 18:52
        briar_rose napisał(a):

        > To ja sobie zaklepuję pułkownika Brandona z "Rozważnej i Romantycznej". I żeby
        > miał twarz Rickamana <3 Chociaż w książce zabrakło mi choćby w ostatnich ro
        > zdziałach rozwinięcia wątku Brandona i Marianny, mam wrażenie, że Austin potrak
        > towała go trochę po macoszemu.

        No masz, spóźniłam się...
    • aadrianka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 15.03.21, 14:19
      Percy Miller z "Emilki" Montgomery. Ambitny, pracowity, pozbawiony kompleksów, a przy tym inteligentny i zabawny. Dla Emilki byłby znakomitym mężem, ale skoro wybrała te narcystyczną mameję Tadzia...

      Tomek Wilmowski, zresztą kochałam się w nim w dzieciństwie :)

      Saga o Ludziach Lodu usiana była świetnymi facetami, moim faworytem chyba byłby Heike.

      Tata Żaczek.

      Pan Weasley z Harry'ego Pottera. Chociaż może jako ojciec siódemki moglby nieco mocniej po ziemi stąpać.







        • jontrew Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 19.03.21, 16:35
          Ja lubiłam całą czwórkę, gdy byli dzieciakami. Ale dorosłego Tadzia nie rozumiem. Ani Ilzy. Trzecia część jest taka ciężka dla mnie, wszystko butwieje i się rozpada. Lubię ją, ale mnie przygnębia. Podobnie mam z 2 częścią o Pat, też jest taka dobijająca, tylko tam jest tragedia na tragedii, a w Emilce nie.
          • aadrianka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 19.03.21, 17:15
            Rozumiem, że Tadzio miał nienajlatwiejsze dzieciństwo, wychowywany przez zaborczą matkę (notabene, portret Aileen Kent, naszkicowany w krótkiej scenie, gdy spowiada się Emilce, jest jednym z lepszych w twórczości LMM), ale dokładnie - dzieckiem był fajnym. Dorosły Tadeusz Kent to toksyczny, manipulujący narcyz. Ożenek z najlepszą przyjaciółką ukochanej, by w ten sposób się do niej zbliżyć, serio? A Emilka łyknęła to jak gęś kluski.
    • la_felicja Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 18.03.21, 21:59
      Ashley Wilkes z "Przeminęło z wiatrem"

      Raskolnikow.

      Czterej bracia Whiteoak z sagi Mazo de la Roche (Renny, Eden, Piers i Finch) - każdy inny. Kurczę, musiałabym ich po kolei mordować, żeby każdy następny mógł się ożenić z piękną wdową...
      W sumie to i Filip Whiteaok (ojciec) mógłby być.

      James Herriott.

      Bogumił Niechcic (to po namyśle)
      • kocynder Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 18.03.21, 22:14
        Ale Ashley? :O ? Nigdy nie pojmowałam CO Scarlett w nim widziała? No, ok, był urodny. Niech. Ale taki bezwolny, bez ikry... Zasnęłabym przy nim po kwadransie - i nie z poczucia bezpieczeństwa a z nudów! ;)
        Za to szalenie podoba mi się pomysł mordowania kolejno braci, żeby im umożliwić poślubianie pięknej wdowy - bratowej... :D zastanawiam się tylko, czy tatusia tez byś do owego szeregu włączyła? ;)
        • bupu Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 18.03.21, 22:30
          kocynder napisała:

          > Ale Ashley? :O ? Nigdy nie pojmowałam CO Scarlett w nim widziała? No, ok, był u
          > rodny. Niech. Ale taki bezwolny, bez ikry... Zasnęłabym przy nim po kwadransie
          > - i nie z poczucia bezpieczeństwa a z nudów! ;)

          Ja wiem co ja bym w nim widziała. Biblioteczkę w Dwunastu Dębach. Z tym, że jakbym już do biblioteki Wilkesów wlazła, to wszelkie kontakty ze światem urwałyby mi się na czas dłuższy (dlatego czasami żałuję, iż nie jestem angielską lady z rozłożystą biblioteką po przodkach i sprawną służbą, niech Tredwell zostawi tacę z lunchem w bibliotece, bo ja czytam).
      • kon.zrzeda Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 19.03.21, 12:22
        O rany, nikt mnie w tej książce tak nie irytował jak Ashley! (Uwaga, będę obrażać, zakochane uprasza się o pominięcie poniższego)
        Bezwolna memeja, która chciałaby mieć ciastko, zjeść ciastko i najlepiej, żeby mu to ciastko ktoś najpierw zorganizował i podsunął pod nos, bo sam nie umie zadbać o tyłek nie tylko własny, ale żoniny również.
        Rhett już bardziej, no ale może nie w charakterze męża.

        A z Herriota Siegfried, uwielbiam powiew wielkości i szaleństwa przy zachowaniu ogólnie ujętej przyzwoitości :)
        • jontrew Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 19.03.21, 16:30
          Rety, Ashley! Dokładnie tak go odbieram, mameja bez serca, kręgosłupa i jeszcze kilku niezbędnych elementów. Scarlett zakochała się w stworzonym przez siebie obrazie Ashleya, który z rzeczywistością miał niewiele wspólnego. Ale ponieważ była wtedy nastolatką, to w moich oczach jest usprawiedliwiona. Potem doszła wojna, traumy i całe to smutne życie, więc też było jej pewnie miło mieć gdzieś z tyłu głowy to, że ktoś ją kocha, tak romantycznie i w tajemnicy, wbrew światu.Ale on od początku rozumiał sytuację, dokładnie wiedział kim jest i kim ona jest, ale to nie przeszkodziło mu w zwodzeniu ładnej dziewczyny, która go uwielbiała.
          • marutax Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 19.03.21, 17:04
            jontrew napisała:

            > Scarlett zakochała się w stworzonym przez siebie
            > obrazie Ashleya, który z rzeczywistością miał niewiele wspólnego. Ale ponieważ
            > była wtedy nastolatką, to w moich oczach jest usprawiedliwiona. Potem doszła wo
            > jna, traumy i całe to smutne życie, więc też było jej pewnie miło mieć gdzieś z
            > tyłu głowy to, że ktoś ją kocha, tak romantycznie i w tajemnicy, wbrew światu.

            Mi się raczej wydaje, że dla Scarlett Ashley był symbolem tego wymarzonego życia, którego nie dostała. To od konfrontacji z Ashleyem zaczął się rozpad jej świata i w pewien irracjonalny sposób zakodowała sobie gdzieś w podświadomości, że gdyby ją wtedy wybrał to wszystko potoczyłoby się wspaniale. Nie wyszłaby za Karola, nie zostałaby wdową, kochałaby wszystkie dzieci... Pewnie nawet wojna byłaby mniej straszna. Wiem, że to ostatnie to absurd, ale zauważcie, że wszelkie "gdybane" przyszłości są z reguły lepsze od realnych.
            I tak żyła przez lata, cały czas mając obok to alternatywne cudowne życie z Ashleyem. Coś nie wychodzi? Z Ashleyem by wyszło. Dzieje się coś złego? Z Ashleyem by się nie działo... Miło było mieć taką odskocznię, tym bardziej że jednocześnie dawała usprawiedliwienie - "Zrobiłam coś źle? To życie tak się potoczyło, jakbym wyszła za Ashleya to bym nic złego nie robiła."

            • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 18:15
              marutax napisała:



              > Mi się raczej wydaje, że dla Scarlett Ashley był symbolem tego wymarzonego życi
              > a, którego nie dostała. To od konfrontacji z Ashleyem zaczął się rozpad jej świ
              > ata i w pewien irracjonalny sposób zakodowała sobie gdzieś w podświadomości, że
              > gdyby ją wtedy wybrał to wszystko potoczyłoby się wspaniale. Nie wyszłaby za K
              > arola, nie zostałaby wdową, kochałaby wszystkie dzieci... Pewnie nawet wojna by
              > łaby mniej straszna. Wiem, że to ostatnie to absurd, ale zauważcie, że wszelkie
              > "gdybane" przyszłości są z reguły lepsze od realnych.
              > I tak żyła przez lata, cały czas mając obok to alternatywne cudowne życie z Ash
              > leyem. Coś nie wychodzi? Z Ashleyem by wyszło. Dzieje się coś złego? Z Ashleyem
              > by się nie działo... Miło było mieć taką odskocznię, tym bardziej że jednocześ
              > nie dawała usprawiedliwienie - "Zrobiłam coś źle? To życie tak się potoczyło, j
              > akbym wyszła za Ashleya to bym nic złego nie robiła."
              >


              Cos jak Robroj z Aniela :)
                  • marutax Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 09:01
                    tt-tka napisała:

                    > Nie bardzo rozumiem... w jakim sensie poznac ?

                    Tu chyba trzeba zdefiniować, na czym polega znajomość drugiego człowieka. Scarlett znała Ashleya towarzysko, na określonych zasadach, a tak się złożyło, że cechy, które facet prezentował w takich warunkach były wysoce zachęcające. Natomiast nie miała okazji poznać go ani od strony "domowej", ani w wymagających okolicznościach. To pierwsze - nie wiedziałaby gdyby Ashley nie potrafił sam się ubrać albo miał skłonność do młodych niewolnic/niewolników.To drugie zweryfikowała wojna i można bez trudu uwierzyć, że gdyby nie ona, to Ashley przeżyłby całe życie jako szanowany, bogaty dżentelmen z południa, ani razu nie wyrwany ze swojej strefy komfortu.
                    Wątpię, czy dzisiaj uznalibyśmy, że relacja, jaka istniała pomiędzy Ashleyem i Scarlett, oznaczała, że się dobrze znają.
                    • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 09:41
                      Lata wojenne i zwlaszcza powojenne, wiele lat - po czesci mieszkali pod jednym dachem, po czesci w najblizszym sasiedztwie. Poznala go dobrze w warunkach domowych - smiem twierdzic, ze lepiej niz Rojek Aniele, z ktora nigdy nie mieszkal :) - i nadal miala te swoje mrzonki.
                      • marutax Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 10:19
                        tt-tka napisała:

                        > Lata wojenne i zwlaszcza powojenne, wiele lat - po czesci mieszkali pod jednym
                        > dachem, po czesci w najblizszym sasiedztwie. Poznala go dobrze w warunkach domo
                        > wych - smiem twierdzic, ze lepiej niz Rojek Aniele, z ktora nigdy nie mieszkal
                        > :) - i nadal miala te swoje mrzonki.

                        Ale wtedy Scarlett była już na etapie "jak ona ślicznie skrzeczy", czyli klapki na oczach i własne wyobrażenia. Do tego skoro nie mogła być z Ashleyem to znowu skupiała się na zaletach, a wady lekceważyła.

                        • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 10:41
                          Imo ona caly czas byla na takim etapie. Az do tego antypioruna sycylijskiego, kiedy ja olsnilo, ze kochala swoje wyobrazenie.
                          Ona (o ile pamietam) juz jako 16-latka mowi ojcu cos w tym sensie, ze przy niej Ashley sie zmieni czy cus, wiec niby widzi, ze sa niedobrani, ale beda ! jak tylko sie pobiora ! i to myslenie jej towarzyszy az do olsnienia :P
                          • bupu Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 13:33
                            tt-tka napisała:

                            > Imo ona caly czas byla na takim etapie. Az do tego antypioruna sycylijskiego, k
                            > iedy ja olsnilo, ze kochala swoje wyobrazenie.
                            > Ona (o ile pamietam) juz jako 16-latka mowi ojcu cos w tym sensie, ze przy niej
                            > Ashley sie zmieni czy cus, wiec niby widzi, ze sa niedobrani, ale beda ! jak t
                            > ylko sie pobiora ! i to myslenie jej towarzyszy az do olsnienia :P
                            >

                            Uświadomiłam sobie kogo mi przypomina Scarlett. Larwę. Z dwiema różnicami: Scarlett trochę w końcu dojrzała, Tygrys zaś wcale, wychodząc za mąż pod wpływem nicienia, mającego tyleż sensu co zauroczenie Scarlett Ashleyem, bo tak śliiiiicznie na koniu wyglądał i włosy mu tak lśniły, oraz, różnica druga, Scarlett nie zamierzała się zmieniać dla nikogo nawet dla tego wymarzonego Aszleja. Ona by się w Sarenkosyrenkę, żyjącą westchnieniami, nie zmieniła nawet na pięć minut.
                            • mika_p Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 16:52
                              > zauroczenie Scarlett Ashleyem, bo tak śliiiiicznie na koniu wyglądał i włosy mu tak lśniły

                              Bupu, nie jesteś czasem niesprawiedliwa wobec Scarlett? Na początku akcji PzW Scarlett ma 16 lat i kocha się w Ashleyu od 2. Kiedy się zakochiwać w chłopaku, bo tak ładnie na koniu jeździ, wlosy mu lśnią i jest taki niezwykły, jak nie w wieku nastu lat?
                              Rok później była wdową i matką, trwała wojna. Potem był musiala przyjąć poród, bo nie bylo nikogo innego, kto mógłby to zrobić, pożar Atlanty, śmierć matki, głód, trzeba się było zająć rodziną, bo znów, nie było nikogo innego, kto mógłby i chciałby to zrobić, zabiła człowieka, sprzedała się drugiemu mężowi, żeby utrzymac Tarę, a potem doprowadziła do jego śmierci.

                              To wszystko, zanim doszła do wieku Laury omotanej złotą nicią.

                              Marzenie o Ashleyu, jak i "pomyślę o tym jutro" były po to, żeby nie zwariować przy tym wszystkim, kiedy świat się walił raz za razem. Gdzie tu z Laurą porównywać
                              • bupu Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 16:59
                                mika_p napisała:

                                > > zauroczenie Scarlett Ashleyem, bo tak śliiiiicznie na koniu wyglądał i w
                                > łosy mu tak lśniły
                                >
                                > Bupu, nie jesteś czasem niesprawiedliwa wobec Scarlett? Na początku akcji PzW S
                                > carlett ma 16 lat i kocha się w Ashleyu od 2. Kiedy się zakochiwać w chłopaku,
                                > bo tak ładnie na koniu jeździ, wlosy mu lśnią i jest taki niezwykły, jak nie w
                                > wieku nastu lat?
                                > Rok później była wdową i matką, trwała wojna. Potem był musiala przyjąć poród,
                                > bo nie bylo nikogo innego, kto mógłby to zrobić, pożar Atlanty, śmierć matki, g
                                > łód, trzeba się było zająć rodziną, bo znów, nie było nikogo innego, kto mógłby
                                > i chciałby to zrobić, zabiła człowieka, sprzedała się drugiemu mężowi, żeby ut
                                > rzymac Tarę, a potem doprowadziła do jego śmierci.

                                Toteż mówię, że Scarlett w toku powieści cokolwiek dojrzała, w przeciwieństwie do Laury. No i Scarlett zadurzyła się w takim śliiiiicznym Ashleyu majac lat naście, a nie 24 jak Larwa.
                    • mika_p Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 21.03.21, 13:16
                      > cechy, które facet prezentował w takich warunkach były wysoce zachęcające.

                      Nie do końca :) Przejrzałam wczoraj pierwsze rozdziały "Przeminęło z wiatrem" i tam wyraźnie stoi, że Ashley ją czasami nudził. Po prostu był inny niż sąsiedzi - to wystarczyło, by Scarlett była nim zafascynowana. A potem przyszła wojna i nic już nie było takie jak wcześniej. Dzień przed barbakoją to dla Scarlett taki "punt przywracania systemu", kiedy ostatni raz wszystko działało jak trzeba - a że była w nim fascynacja Ashleyem, to musiała z nią zostać.

                      Zimne przerażenie i poczucie klęski, które przygniotły ją w chwili, gdy młodzi Tarletonowie opowiedzieli jej o zaręczynach, usunęły się teraz na dalszy plan, a miejsce ich zajęła namiętność, zrodzona już dwa lata temu. Teraz wydawało jej się dziwne, że dorastając tak mało uwagi zwracała na Ashleya. W dzieciństwie widywała go często, ale nigdy nie poświęcała mu wiele uwagi. Od tego jednak dnia przed dwoma laty, gdy Ashley wróciwszy z trzyletniej podróży po Europie złożył w Tarze swoje uszanowanie, Scarlett kochała go, po prostu go kochała.

                      Stała wtedy na ganku, a on konno przejechał przez długą aleję, nosił szare sukienne ubranie i czarny szeroki krawat, który doskonale zdobił plisowaną koszulę. Jeszcze teraz dokładnie pamiętała najmniejsze szczegóły jego stroju, połysk butów, kameę z głową Meduzy w szpilce do krawata, szeroki panamski kapelusz, który Ashley zdjął w chwili, gdy ją spostrzegł. Zatrzymał się, rzucił lejce Murzynowi i stał, patrząc na Scarlett marzącymi, szarymi oczyma, rozjaśnionymi uśmiechem, stał w promieniach słońca, a jasne jego włosy lśniły jak srebrny hełm. Powiedział: Jakżeś ty wyrosła, Scarlett i lekko wszedłszy na schodki pocałował ją w rękę. A jego głos! Nigdy nie zapomni drżenia w sercu, gdy usłyszała jak gdyby po raz pierwszy ten dźwięczny, przeciągły, melodyjny głos.

                      Zapragnęła go w tej pierwszej sekundzie, zapragnęła tak po prostu i naturalnie, jak pragnie się jedzenia, przejażdżki konnej czy miękkiego łóżka, na którym można by spocząć.

                      Przez dwa ostatnie lata Ashley towarzyszył jej na bale, pikniki i zebrania w dni sądowe, nie tak często jak młodzi Tarletonowie czy Cade Calvert, nie narzucając się nigdy jak młodsi Fontaine’owie, przeciętnie jednak odwiedzając ją raz na tydzień w Tarze.

                      Prawda, że nigdy się do niej nie zalecał i że jego jasne, szare oczy nigdy nie rozżarzyły się tym gorącym ogniem, który Scarlett tak często widywała w oczach innych mężczyzn. A jednak mimo to - pewna była, że Ahsley ją kocha. Nie myliła się z pewnością. Instynkt silniejszy od rozsądku i zrodzonej z doświadczenia wiedzy mówił jej, że Ashley ją kocha. Oczy jego, gdy na nią patrzył, nie były zamglone ani dalekie, lecz wyrażały tęsknotę i smutek, który ją zastanawiał. Wiedziała, że Ashley ją kocha. Dlaczego jej o tym nigdy nie mówił? Tego nie mogła pojąć. Ale nie tego tylko jednego w nim nie rozumiała.

                      Był zawsze dla niej miły, ale daleki, nieprzystępny. Nikt nie wiedział, o czym Ashley myśli, najmniej zaś wiedziała o tym Scarlett. W okolicy, w której każdy mówił, co ma na myśli, z chwilą gdy sobie to pomyślał, rezerwa Ashleya stawała się dręcząca. Celował jak inni młodzieńcy w zwykłych rozrywkach powiatu - polowaniu, grze w karty, tańcu i polityce, i był najlepszym w okolicy jeźdźcem - różnił się tym jednak od innych, że tych przyjemności nie uważał za cel i treść życia. W swoim zainteresowaniu dla książek, muzyki i pisaniu wierszy był zupełnie odosobniony.

                      Och, czemu był tak jasnowłosy i przystojny, tak uprzejmy i daleki, tak wściekle nudny, gdy mówił o Europie, książkach, muzyce, poezji i rzeczach, które nie interesowały Scarlett wcale - czemu był tak bardzo godzien miłości? W noce po spędzonych z Ashleyem szarych godzinach Scarlett rzucała się bezsennie na łóżku i pocieszała tylko myślą, że już za następnym widzeniem Ashley oświadczy się jej z pewnością. Przychodził jednak następny raz i mijał - a skutku nie było: tylko zżerająca ją namiętność stawała się silniejsza.

                      Kochała go, pragnęła go, ale nie rozumiała. Była tak bezpośrednia i prosta jak wiatry wiejące nad Tarą i żółta rzeka, która wiła się dokoła, i do końca swoich dni nie miała zrozumieć żadnej skomplikowanej sprawy. W osobie Ashleya po raz pierwszy w swoim życiu zetknęła się z naturą złożoną. (...)

                      Czym przykuł do siebie Scarlett, która go nie rozumiała wcale, Scarlett sama nie wiedziała. Inność jego potęgowała jej ciekawość - niczym drzwi, które by nie miały ani klucza, ani zamka. Wszystko to, czego w nim nie rozumiała, wzmagało jej miłość, a jego dziwne, pełne rezerwy zaloty umacniały tylko w niej postanowienie, że zdobędzie go sobie na własność. Że Ashley oświadczy się jej kiedyś - o tym nie wątpiła nigdy, ponieważ była zbyt młoda i zbyt rozpieszczona, aby znać smak niepowodzenia. Teraz zaś jak piorun spadła na nią ta straszna wieść. Ashley zaręczony z Melanią! Nie, to nie może być prawdą!
                    • jontrew Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 22.03.21, 11:33
                      Dokładnie o to mi chodziło. Scarlett widywała ślicznego panicza na przyjęciach, piknikach i innych rozrywkach. Miała szansę zamienić z nim parę słów na "dozwolone" tematy, zawsze w towarzystwie przyzwoitki. To nie jest znajomość. We współczesnych czasach mamy jednak możliwość bliższego poznania swojego obiektu uczuć, bez wywoływania skandali. Anielka spędzała z Robertem mnóstwo czasu i byli ze sobą blisko. Takie nastoletnie znajomości mogą być bardzo intensywne, nawet jeśli nie trwają za długo.
                      • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 22.03.21, 12:26
                        Ale ta wmowiona sobie mielosc trwa rowniez wtedy, gdy Scarlett ma Ashleya na co dzien, we wszystkich domowych czynnosciach ! To jest duzo wiecej, niz kiedykolwiek Rojek mial z Aniela. I nie przechodzi jej latami, ani gdy jest nastolatka, ani gdyy juz nia dawno nie jest

                        Oraz - nawet na tym nastoletnim etapie ona juz wie, ze Ashley jest "inny", zna go o wiele bardziej niz "pare slow w obecnosci przyzwoitki", jak i innych zreszta. Od razu pierwsza scena Pzw to jej rozmowa z Tarletonami, dluga, wielotematyczna i bez przyzwoitki.
                        • mika_p Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 22.03.21, 12:45
                          Dodajmy jeszcze, że tam się wszyscy ze wszystkimi znali i wszystko o sobie wiedzieli - o sekrety rodzinne było trudno przy plotkującej służbie. Pierwszą osobą, do której się zwracają bliźniacy przy rozkminianiu, co popsuło Scarlett humor, jest ich własny niewolnik: wiemy że podsłuchiwaleś, to kombinuj z nami o co chodzi
                          • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 22.03.21, 15:03
                            Oj, tak :)
                            "Nikt nie jest bohaterem w oczach swego lokaja", a wiedza i ocena sluzba sie chetnie dzieli z inna sluzba, zas ta inna ze swoim panstwem. A czasem nawet uzywa tej wiedzy do manipulowania panstwem "nigdy nie widzialam mlodej panny, ktora by jadla mniej niz panna Melania", hi, hi.
        • la_felicja Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 19.03.21, 21:32
          No, Siegfried też, bardzo. Chociaż on miał pewną cechę, którą ma teżmój mąż, a która mnie do szału doprowadza - zmienia zdaie co pięć minut.
          Ta sytuacja (nie pamiętam, z którego tomu) kiedy najpierw opiernicza Jamesa, że ten zużywa za dużo nici chirurgicznych, a za jakiś czas - robi mu awanturę, kiedy James szyje zbyt skąpo...Mój ślubny wypisz wymaluj...
          • kocynder Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 06:34
            Wiesz, to że akurat żadna kula go nie trafiła to nijaka jego zasługa... I tak, Ashley to jest cielaczek w oborze, śliczny, urzekający i o zbliżonej "sprawczości". ;)
            I zgadzając się z tym, co napisała Marutax dodałabym, że GDYBY Scarlett go dodtała to zapewne po króciutkim czasie miałaby dość takiego ciapowatego czegoś za męża... Realnie jedynym co ją w uczuciu trzymało było to, że nie mogła go mieć.
            • kooreczka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 09:51
              Wszystkich osądzającym Ashleya proszę o podanie realnych rzeczy, które mógł zrobić, a nie zrobił. Chłop wraca chory z wojny, widzi, że wszystko się rozpadło i najpierw zabiera się do fizycznej roboty, potem całkiem nieźle zarządza tartakiem- lepsze zyski wyciągał tylko nadzorca sadysta. Miał też realne plany wyjazdu i szukania szczęścia w mieście. Na tle ludzi dookoła radzi sobie całkiem dobrze.
              Bo to co zrobili Scarlett i Rhett nie było regułą a wyjątkiem, karierą ludzi amoralnych, a w przypadku Rhetta- od lat mających kontakty z półświatkiem i nie mówię tu o sponsorowaniu Belli, a interesach, które załatwiało się nożem.

              Jedyne, co można zarzucić ksiązkowemu Ahshleyowi to brak stanowczości w stosunku do Scarlett- gdyby raz w życiu powiedział jej, że kocha Melanię i nie życzy sobie pewnie usadziłby ją na miejscu. Ale jemu pochelbiało zainteresowanie młodszej, ładnej i rzutkiej, więc kręcił tylko coś o zgodności charakterów. Filmowy to niestety zła obsada (aktora jakieś 15 lat starszy niż postać, a wygląda na 50 lat starszego) i wycięcie jego listów.
              • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 10:03
                Ashley nigdy nie udawal innego, niz byl - czlowiek marzen, nie czynu. Choc i na czyn potrafil sie zdobyc, ale nie to bylo marzeniem i pragnieniem, on wolal swoje sny. I naprawde nie widze powodu, by obarczac go odpowiedzialnoscia za marzenia czy wyobrazenia innej osoby :P
                Nie moja bajka, mnie osobiscie, jak i Bupu, w Ashleyu pociagalaby jedynie jego biblioteczka, ale jako sasiada. wspolnika, pracownika, krewnego zdecydowanie wolalabym jego niz dowolna inna meska postac z Pzw
                • kocynder Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 17:59
                  Pociąg do biblioteki rozumiem i popieram, byłby to niewątpliwie jeden z głównych (jeśli nie jedyny) powód do zainteresowania się Ashleyem. Ale Scarlett nie chodzi o bibliotekę, a o NIEGO. I jestem święcie przekonana, że o ile niedostępny był dla niej właśnie "ucieleśnieniem marzeń" - bo go mieć nie mogła, o tyle gdyby był jej uległ - to bardzo szybciutko temperamentna i aktywna babka jaką Scarlett była - miałaby dość rozmarzonego i bezwolnego chłopa.
                  Jako sąsiada, krewnego, pracownika - ok. Wspólnika - nie. Bo nigdy nie miałabym zaufania czy akurat nie natrafi na dawnego przyjaciela, któremu "musi" pomóc, czy się nie zamyśli o jakiejś utopii i nie nawali z ważną decyzją...
              • bupu Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 17:49
                kooreczka napisał:


                > Filmowy to niestety zła obsada (aktora jakieś 15 lat starszy niż postać, a wygląda na 50
                > lat starszego) i wycięcie jego listów.

                Leslie Howard był starszy 23 lata od Ashleya z początków PZW.
                • bupu Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 17:50
                  bupu napisała:

                  > kooreczka napisał:
                  >
                  >
                  > > Filmowy to niestety zła obsada (aktora jakieś 15 lat starszy niż postać,
                  > a wygląda na 50
                  > > lat starszego) i wycięcie jego listów.
                  >
                  > Leslie Howard był starszy 23 lata od Ashleya z początków PZW.
                  >
                  >
                  >
                  >


                  Wrrróć kretynko z dyskalkulią! Howard był starszy o 27 lat!
            • bupu Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 13:04
              kocynder napisała:


              > I zgadzając się z tym, co napisała Marutax dodałabym, że GDYBY Scarlett go dodt
              > ała to zapewne po króciutkim czasie miałaby dość takiego ciapowatego czegoś za
              > męża... Realnie jedynym co ją w uczuciu trzymało było to, że nie mogła go mieć.

              Zgódźmy się może uprzejmie, że Scarlett nie kochala Ashleya jako takowego. Ona kochała swoje wyobrażenie o pięknym, złotowłosym rycerzu na białym koniu, z którym (wyobrażeniem, nie koniem) Ashley nie miał nic wspólnego. Konfrontacji z rzeczywistością to uczucie nie wytrzymałoby nawet przez chwilę.
              • tt-tka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 14:22
                Co zreszta - o tej konfrontacji mowa - jest oczywiste dla wszystkich z wyjatkiem Scarlett. Nawet jej ojciec, nie analityk, nie psycholog, nie wyrafinowany znawca uczuc i zycia malzenskiego to wie i wyjasnia jej w bardzo przystepny spodob.
                No, ale ona wie lepiej. Do chwili, gdy jednak dotarlo, ze nie :)
                  • kooreczka Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 15:11
                    Rhett przede wszystkim nie krzywdzi nikogo, kogo znamy- nawet gwałt na Scarlett opiera się na narracji "sama się prosiła".

                    Nawet jak spekuluje to na towarach luksusowych i woła wysokie ceny od tych, którym zbywa (postać spekulująca na soli stawiana jest na równi z burdelmamą). Jak go poprosić sypie kasą, prezenty rozdaje bez okazji, wyciągnie z kłopotów, nieproszony wchodzi w rolę ojczyma , szanuje Mammy i Melanię.
                    Jego tłem jest zaś banda nieużytych bezetów z fochami w nosie.
                      • armari Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 20.03.21, 17:57
                        Ja Rhetta lubiłam w pierwszym tomie; ot, taki cynik z kąśliwym poczuciem humoru, regularnie kpiący z hipokryzji i zadufania otoczenia, mający swoje ciemne strony, ale też zdradzający pewnymi gestami (obrączka Meli), że gdzieś tam kryje się porządny facet. Rhett z tomu drugiego wzbudzał u mnie wyłącznie naprzemienną irytację i niesmak, jego jedyną mocną stroną był IMO stosunek do pasierba (i pasierbicy, ale z Ellą akurat zbyt wielu interakcji nie miał).
              • anchema Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 23.03.21, 13:33
                Wydaje mi się, że Ashley to trochę jak Tolibowski dla Barbary - "To nie tak miało być" itd.
                takie zakotwiczenie w beztroskim okresie życia, które nijak ma się do rzeczywistości ale jest starannie hodowane, bo stanowi jakiś wentyl bezpieczeństwa,
            • la_felicja Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 23.03.21, 20:11
              kocynder napisała:

              > Wiesz, to że akurat żadna kula go nie trafiła to nijaka jego zasługa...

              To o wojnie to był żart...

              Poważnie jednak - miał pewne zalety- był honorowy, wierny żonie, i starał się odnaleźć w powojennej rzeczywistości najlepiej jak umiał. Wprawdzie Melania go oceniła, że nie jest praktyczny, ale wolałabym go takiego, niż praktycznego Rhetta.

              Ja po prostu zawsze miałam słabość do kulturalnych, romantycznych blondynów.

              Ciekawe, że kandydaturą Raskolnikowa nikt się nie oburzył...
              • kocynder Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 23.03.21, 20:21
                Że4 miał pewne zalety - to "oczywista oczywistość". Nikt nie jest konglomeratem wyłącznie wad, bo by go pokazywali w klatce jako curiosum. Nikt tez nie neguje, że się starał, że był wierny (choć nie wiadomo na ile ta wierność wynikała z autentycznego uczucia a na ile z głupawego idealizmu. ;)
                Ja się Raskolnikowem nie oburzam, bo dla mnie to taki rodzaj absurdu jak np "hrabia Monte Christo jako ideał wybaczającego i łagodnego"... ;) I mogę uwielbiać Edmunda Dantesa, ale uczciwie przyznaję, że mściwe, paskudne bydlę z niego było.
        • la_felicja Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 29.04.21, 22:52
          Oj tam zaraz za męża. Na męża to by się z nich tylko Piers nadawał.
          Ale jakby bez dzieci i odpowiedzialności, tylko tak "i już chcesz z nim powędrować, powędrować gdzieś na ośle..." to owszem. Nie umiałabym się zdecydować, z którym
          • guineapigs Re: Na kanwie wątku o Soamesie... 01.05.21, 15:51
            La felicja napisala:
            'i już chcesz z nim powędrować, powędrować gdzieś na ośle..."

            Kochane, nie mam pojecia o kim dyskutujecie, gdyz omawiani przez was bohaterowie sa mi obcy, jednak jakims szostym zmyslem podejrzewam tu brak literki 'p' na koncu.
            Z wedrowaniem na osle bowiem kojarzy mi sie tylko jedna postac z literatury swiatowej, mianowicie Jezus. A w tym watku to imie nie padlo.
            A swoja droga, to mi by chyba Jezusa brakowalo (jesli potraktujemy Go jako postac literacka, a nie centrum religii). Bardzo porzadny czlowiek, bardzo porzadny mezczyzna. Zmarlego ozywi, chorego uzdrowi, wode w wino zamieni, minimalnie do matki przywiazany (mowil do niej: niewiasto i juz w mlodym wieku niezbyt liczyl sie z jej zdaniem - wolal spedzac czas na filozoficznych dysputach niz sie jej tlumaczyc z absencji). Ma swoje zdanie i umie go bronic, a nawet da sie zabic a slowa nie cofnie.
            Ale najciekawszy w tej historii jest lud Judei - skazuja na smierc kogos, kto rozmnaza zagryche i zamienia wode w wino. I ten lud krzyczy: 'uwolnic Barabasza' - a Barabasz byl zbrodniarzem.
            Ja sie wcale nie dziwie, ze Nowy Testament jest dla Mlodych niezrozumialy. Przeciez dzis taki Jezus bylby Samcem Alfa w kazdym akademiku i na kazdej dzielni. Oczywiscie, ze z ta miloscia blizniego i nadstawianiem drugiego policzka to przesadzal i obrazal tym samym uczucia religijne Polakow - ale cos za cos, nie mozna miec wszystkiego, dorosly czlowiek musi juz umiec sie z pewnymi niedogodnosciami pogodzic i wybrac. co woli: darmowa impre i milosc do kazdego blizniego czy kazdorazowa sciepe po zlotowce na kolejnego browca i kebsa i napierdzielanie kazdego, kto jest w jakis sposob inny.
            Do Moderacji: ja tu nie pisze o religii, ja tu pisze o Jezusie jako postaci z literatury, postaci majacej wplyw na kulture - jak Hamlet, Wolodyjowski czy Krol Artur.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka