Dodaj do ulubionych

DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik

10.05.21, 21:50
Pisałam i pisałam, i pisałam... No i postanowiłam wrzucić tutaj. Nie pamiętam na którym tomie zatrzymała się moja znajomość Jeżycjady, ale nie były to najnowsze dzieła. Akcja moich dziewczyn nie spina się więc z tym, co wymyśliła autorka.
Właściwie, to akcja się zawiązała w mojej głowie, ale trochę brakuje mi pomysłu, jak to pociągnąć dalej. Dawajcie pomysły, proszę.

Obserwuj wątek
    • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 10.05.21, 21:58
      5. Lipca 2020
      Niedziela

      Upalna letnia noc dobiegała końca. Zza jasnego już od dawna horyzontu powoli i majestatycznie wynurzała się płonąca kula słońca, zalewając różowo-złotą poświatą miasto wojewódzkie Poznań i jego okolice. Delikatne, aksamitne światło otulało z taką samą czułością stuletnie kamienice, przemalowane na pastelowo blokowiska, dostojne gmachy publiczne i tandetne świątynie konsumpcji. Wpadało przez okna do dziecięcych pokoików, biur prezesów wielkich korporacji, opustoszałych o tej porze roku szkolnych klas, a nawet do sal szpitalnych, gdzie umęczeni niekończącą się niewydolnością systemów opieki znajdowali się ci, którzy tej opieki najbardziej wymagali.
      Wschodzące słońce obejmowało swoimi ciepłymi ramionami wszystkich, bez wyjątku, powoli przesuwając zasięg swego oddziaływania coraz dalej na zachód, aż spoczęło na zgrupowaniu nowych podmiejskiej willi. Ascetyczne acz wyrafinowane formy osiedla jaśniały świeżą bielą tynków a kunsztownie przystrzyżone trawniczki przy wjazdach do podwójnych garaży skąpane były jeszcze w nocnej rosie. Promienie wschodzącego słońca muskały gustowne tarasy, finezyjne dekoracje roślinne i subtelnie ulokowane wiaty śmietnikowe oraz łaskotały w nosy tych wszystkich mieszkańców osiedla, którzy zawczasu się przed nim nie ukryli.

      W ten sposób słońce dotarło też do Hildegardy Kowalczyk. Ułożyło się ciepłą plamką na jej twarzy, akcentując dziecięco zadarty czubek nosa i pełne, naiwne usteczka. Hildegarda, osiągnąwszy nieubłagany wiek lat trzydziestu, ciągle miała wygląd dziecięcy, co rekompensowała sobie jak najbardziej solennymi garsonkami, jak najwyższymi szpilkami i jak największymi okularami. Odpowiednio dobrane okulary bowiem, jak głosiła mądrość insta-influencerek do spraw kariery, rozwoju i życiowego szczęścia, mogą dodać kobiecie kompetencji oraz zapewnić szacunek, posłuch a nawet awans.

      Pod okrągłymi muszelkami powiek oczy Hildegardy poruszały się szybko i nerwowo. Sapała przez nos. Jej ręka drżała a noga usiłowała wydostać się spod kołdry. Oddech powoli stawał się coraz bardziej gorączkowy. Nagle usiadła na łóżku.
      W szeroko otwartych, okrągłych jak koraliki oczach, miała wyraz przerażenia.
      Zerknęła na rozczochraną głowę Michała, śpiącego po jej lewej stronie i zrobiło jej się słabo z obrzydzenia. Szybko odwróciła oczy, starając się oddychać jak najwolniej, żeby opanować wzbierające w żołądku torsje.
      Czuła w sobie jeszcze złość i nienawiść, które opanowały ją we śnie. Och, jakie to było obrzydliwe…
      Jak mogła? Ona sama? Zawsze tak pragmatyczna, spokojna, zrównoważona… Jak mogła w ogóle śnić, że w napadzie szału gołymi rękami rozrywa swojego męża na strzępy? Że wyrywa mu oczy, język… Jakież to było wstrętne! Jak mogła się przy tym tak wesoło śmiać? O zgrozo… Hildegarda poczuła bezmiar obrzydzenia do samej siebie tak głęboki, że chciała się schować przed całym światem. Już, teraz, natychmiast. Sięgnęła po telefon i uruchomiła zarządzającą domem aplikację. Po chwili żaluzje zasunęły się, w sypialni zapanowała ciemność, a dygocząca z emocji Hildegarda osunęła się z powrotem na poduszkę.
      Nie mogła jednak zasnąć. Po długich minutach tępego gapienia się w kierunku sufitu wstała i podreptała do łazienki. Unikając patrzenia w olbrzymie lustra, weszła pod prysznic i długo, starannie szorowała każdy centymetr swojego ciała. Nie pomogło. Wytarła się więc do sucha olśniewająco białym ręcznikiem, ubrała równie biały szlafrok i poszła do kuchni. W całym domu było niezwykle cicho. Z zewnątrz dochodził jedynie śpiew ptaków. Sąsiedzi spali. O 5 rano w niedzielę nic nie zakłócało Hildegardzie obrzydzenia do samej siebie. Nie była w stanie myśleć o czymkolwiek innym. Ciągle czuła w nosie zapach krwi i jej lepkość na rękach. Ciągle miała też przed oczami twarz Mateusza i jego zwyczajny, codzienny uśmiech, który zrywała paznokciami warstwa po warstwie. Obejrzała dokładnie swoje ręce. Przecież te krótkie, okrągłe paznokcie chyba nie mogły by…, nie dały by rady…
      Nigdy się nie kłócili. Nigdy. Poznali się jeszcze w liceum. Hildegarda przeżywała wtedy ciężki okres. Mateusz był spokojny, stabilny i rzeczowy. Razem z nią uczestniczył w zebraniach klubu dyskusyjnego. Potem razem wyjechali z Polski, żeby zacząć studia we Frankfurcie. Hildegarda miała wtedy szczęście. Już na pierwszym roku została wytypowana do grupy studentów, którym zaproponowano bardzo prestiżowy staż. Nie była błyskotliwa, więc myślała, że sobie nie poradzi. Była jednak opanowana, rzetelna, i bardzo, bardzo ostrożna. Zaczęła pracować w dużej firmie zajmującej się zarządzaniem ryzykiem. O tak, to było jej powołanie. Już jako mała dziewczynka nauczyła się, jak szybko szacować zagrożenia i momentalnie ich unikać. Nigdy nie traciła zimnej krwi. Zawsze gotowa do ucieczki przed nieustannymi domowymi awanturami, pretensjami i złością na cały świat. Mamcia i papcio coraz bardziej pogrążali się w goryczy. Odrzuceni przez ukochanego syna, niespełnieni, odstawieni na boczny tor. Mogła od nich tylko jak najszybciej uciec. Wtedy właśnie odkryła w sobie niespotykaną dotąd determinację i zaciętość, która tuż po studiach doprowadziła ją do całkiem przyjemnej pozycji zawodowej. Wreszcie, przez chwilę czuła się bezpiecznie. Z Mateuszem u boku. W ich jasnym, czystym, frankfurckim mieszkaniu, w otoczeniu zieleni.
      I tak niespodziewanie to wszystko się skończyło. Właśnie przygotowywała sobotnie śniadanie, kiedy odebrała telefon od roztrzęsionej mamci. Tata był w szpitalu. Hildegarda nie chciała przyjeżdżać, chociaż mamcia używała wszystkich emocjonalnych szantaży, żeby ją do tego nakłonić. W samolot wsiadła dopiero wtedy, kiedy okazało się, że tatko ma raka płuc. Zmarł dwa tygodnie po diagnozie. Mamcia była w rozsypce. Cierpiała po śmierci taty, ale jeszcze bardziej cierpiała, że jej ukochany pierworodny Fryderyk nie przyjechał pożegnać się z ojcem. Dotarł dopiero na pogrzeb. Został zaledwie dwa dni, ale i tak narzekał, że spędza za dużo czasu poza biurem. Właśnie kończył jakiś arcyważny projekt.

      Kiedy miała 15 lat Fryderyk, dotąd jej ukochany brat okazał się lowelasem bez honoru. Wcześniej ufała mu bezgranicznie, jak rodzicowi. A potem? Nie mogła już nie widzieć jego wyrachowania i bezwzględnego dążenia do celu. Od dziecka chciał zostać noblistą. Nic innego się nie liczyło, a ludzie interesowali go o tyle, o ile mogli mu pomóc w realizacji tego celu. Do tego służyła mu żona, ładna, potulna i niezbyt lotna, choć dość oczytana i urocza, więc można ją było wysłać do zabawiania starych profesorów. Do tego służyły dzieci, umieszczane pieczołowicie w najlepszych przedszkolach Oksfordu, tak żeby można było na spotkaniach rodziców zawierać odpowiednio rokujące znajomości.

      Drugi brat, Wolfgang, był inny. Wieczny buntownik. Ze złamanym sercem wyjechał do Glasgow, gdzie, jak opowiadał Hildegardzie, narodził się na nowo. Rzucił studia, o których tak długo marzył i zajął się tatuowaniem. Rodzice byli załamani, a Wolfi w tym czasie wyrabiał sobie coraz większą renomę. Po kilku latach wrócił do Poznania i od tego czasu wiódł, jak mówił papcio z obrzydzeniem, leniwe życie niebieskiego ptaka. Przenosił się z mieszkania do mieszkania, imprezował, jeździł co chwilę na konwenty tatuatorów i spotykał się z coraz dziwniejszymi dziewczynami. Hildegarda była nimi przerażona. Wytatuowane od stóp do głów, wykolczykowane panny, często z dredami, albo jakimiś niebieskimi włosami. Kiedy co jakiś czas się z nimi spotykała (wszystkie miały jakieś dziwne przezwiska i imiona: Alex, Kora, Ita, Natasza), czuła się przy nich jak najstarsza z ciotek na rodzinnym obiedzie. Ale Wolfi wyglądał na zadowolonego. Przeszedł na weganizm (papcio przy każdym wspólnym posiłku sarkał z tego powodu), ciągle jeździł na deskorolce i zaczął trenować jakieś podnoszenie ciężarów.
      • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 10.05.21, 21:58
        Wolfgang nigdy specjalnie nie polubił Mateusza. Nie chciał też przyjeżdżać do ich wspólnego domu. Twierdził zawsze, że atmosfera w nim przypomina skrzyżowanie hotelu z laboratorium. Coś było na rzeczy. Dom, który kupili na kredyt po powrocie do Poznania urządziła im polecona przez znajomych architektka. Hildegarda nie miała wtedy głowy do angażowania się w dekorację. Wszystko wybrał Mateusz w zgodzie ze swoją naturą. Dom był więc pozbawiony jakichkolwiek ozdobników, skrajnie funkcjonalny, jasny, czysty i prosty. Wszystko, co dało się pochować w zabudowanych szafach było tam pochowane. Przedmioty znały swoje miejsce. Kanciaste meble lśniły i tworzyły piękne, przenikające się układy płaszczyzn. „Jak dekoracje do filmu o kosmitach” – śmiał się Wolfi, a Hildegarda, powodowana małżeńską lojalnością, rzucała mu wtedy karcące spojrzenia.

        I teraz siedziała, zgnębiona, w tym spokojnym, prostym, bezosobowym wnętrzu i piła wodę z kwadratowej, niewygodnej szklanki. Czuła się jak najpodlejszy przestępca. Postanowiła więc uciec.
        Szybko przebrała się w garderobie. Na czarnej, kredowej ścianie w kuchni napisała informację „Jadę po zakupy”. Dziwne, wprowadzili się do tego domu kilka miesięcy temu, a dopiero dziś zmazała poprzedni napis: starannie wykaligrafowane litery ułożone przez niezmordowaną panią architektkę w hasło „Home, sweet home”. Chwilę się wahała. Czemu po zakupy? Przecież zrobili je jak zwykle w piątek, a w sobotę uzupełnili warzywami z bio bazarku. Ale co miała wymyślić? Hildegarda nie umiała kłamać, a zmuszona do tego przez okoliczności zaplątywała się w nieskończonych tłumaczeniach, wątpliwościach i nielogicznościach. Trudno, musi wystarczyć.

        - Jadę – pomyślała – mam jeszcze dużo czasu. Dużo czasu przed czym? Sama nie wiedziała. Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał 5.27 kiedy wyjechała z garażu swoim wielkim samochodem. Lubiła duże auta. Najchętniej takie, w których jej drobna sylwetka była prawie zupełnie niewidoczna za kierownicą. Wyjechała z osiedlowej uliczki wyglądającej o tak wczesnej godzinie jak dekoracja filmowa, i skierowała się w stronę obwodnicy. Sama nie wiedziała dokąd jedzie. Chciała po prostu jechać. Włączyła muzykę z telefonu. Jak zawsze, kiedy jeździła sama słuchała Franka Zappy. To był jeden z nielicznych wyłomów w jej spokojnej, solennej, nudnej naturze. Miała do Zappy sentyment od czasów swojej pierwszej miłości. W gimnazjum podkochiwała się w Piotrku, ekscentryku z artystycznej rodziny. Przegrywał jej piosenki Zappy na płyty CD. Na płyty CD! Nie do uwierzenia. Podkręciła dźwięk i pomrukiwała automatycznie razem z chórkami, jadąc pustą zupełnie drogą w kierunku autostrady. Frank Zappa śpiewał:

        I want a nasty little Jewish Princess
        With long phony nails and a hairdo that rinses
        A horny little Jewish Princess
        With a garlic aroma that could level Tacoma
        Lonely inside
        Well, she can swallow my pride.

        Po kilkunastu minutach wjechała na autostradę. Skręciła bezmyślnie na zachód. Przydrożna tablica uświadomiła jej, że jedzie Autostradą Wolności. W torebce miała dowód i kartę do bankomatu.
        – Na razie wystarczy - pomyślała.


    • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 10.05.21, 22:00
      Laura Fidelis w półśnie macała dookoła siebie, usiłując zabić natrętną muchę, która co chwilę siadała na jej twarzy. Bzyczenie oddalało się i powracało z nieznośną regularnością.
      Machnęła ręką i trafiła w coś miękkiego, obłego i pulchnego. Usłyszała donośne klapniecie. Po chwili, rozbudzona, zorientowała się, że machając po omacku trafiła ręką w swój własny brzuch. Założyła najcieńszą ze swoich piżam, ale i tak musiała się w nocy rozgrzebać. Dobrze, że Adam tego nie widział. Tak bardzo nie lubił, kiedy odsłaniała chociaż kawałek ciała. Nie widział. Śpi spokojnie.
      Musi być jeszcze wcześnie - pomyślała Laura i spojrzała na zegarek. Była 5.27. Powoli znad plantacji nadciągało już nagrzane, letnie powierzę. Co za upał nieznośny. I do tego te śmierdzące opryski. Bała się, że Jaś dostanie od nich astmy. Jakoś tak dziwnie oddychał ostatnio. Teraz też. Zasłuchała się przez chwilę w nierówny oddech synka śpiącego za przepierzeniem z desek. Był taki malutki i delikatny. Jej skarb o kocich oczach. Adam nie lubił, kiedy ktoś wspominał, że Jaś jest podobny do mamy. A był nie tylko z wyglądu. Miał bogatą wyobraźnię i uwielbiał tajemnicze, surrealistyczne historie, które Laura opowiadała mu do snu od czasu do czasu. Dokładnie w czwartki. W czwartki Adam wracał z pracy później niż zwykle i nie przysłuchiwał się ich codziennym opowiadaniom na dobranoc. Zazwyczaj wybierał im wtedy do czytania coś z klasycznej literatury dziecięcej. Nie przepadał za nowościami i nie chciał ich poznać.
      Kiedyś Laura dostała od siostry komplet książeczek, z których jej własne dzieci już wyrosły. Były piękne. Kolorowe i sugestywne. Adam spojrzał na nie tylko i powiedział
      - Od razu widać, że twoja siostra nie ma żadnego pojęcia o pedagogice i wychowywaniu dzieci.
      Książeczki musiały więc zniknąć. Laurze było ich jednak strasznie żal, więc zawiozła je do swojego rodzinnego domu, na Roosevelta. Miała nadzieję, że chociaż tam będą mogli się z Jasiem nimi cieszyć od czasu do czasu. Ale na Roosevelta bywali rzadko. Coraz rzadziej. Wstyd się przyznać, ale nie mieli pieniędzy na autobus. Laura nie pracowała od urodzenia Jasia, zarabiał tylko Adam. Z początku starczało im na wszystko, ale z biegiem czasu Adam zaczął narzekać, że pieniędzy z plantacji jest coraz mniej, a pensje nauczycielskie stoją w miejscu. Zaczął sam robić zakupy w mieście.
      - Żeby było taniej – mówił. Spisywała na karteczkach swoje zamówienia: podpaski, krem do twarzy, pieluszki dla Jasia. Jakoś tak w pewnym momencie okazało się, że nie ma sama własnych pieniędzy. Oczywiście Adam zawsze mówił jej
      - Poproś, kochanie, o co tylko chcesz.
      Ale jej było głupio prosić. Przecież co chwilę wspominał, że muszą oszczędzać i jeszcze w tym roku nie wyprowadzą się z małego domku na plantacji. Adam wybudował go tuż przed ich ślubem. W technologii szkieletu drewnianego, „jak pierwsi amerykańscy osadnicy”, co dumnie podkreślał. Domek miał jednak nieudaną izolację. Latem było w nim okropnie gorąco, a zimą przejmująco zimno, chyba że napalili w kominku. Wtedy domek rozgrzewał się jak mały piecyk, kładli się więc spać w ukropie, a kiedy rano wstawali, wewnątrz było zaledwie kilkanaście stopni. Woń drewna palonego całą zimę przenikała każdy kąt i wciskała się w każdą szparę. Przesiąknięte nią były ubrania, pościel i firanki. Do tego dochodziły zapachy kuchenne. Domek był maleńki, a Laura codziennie przygotowywała obiady. Adam najbardziej lubił smażone, więc smażyła: kotlety mielone, sznycle, naleśniki, wątróbkę z cebulą. A woń smażenizny mieszała się z zapachem palonego drewna i obłokiem oprysków znad plantacji.
      Laura uwielbiała piękne zapachy, więc kiedy jeszcze wtedy narzeczony powiedział jej, że buduje dla niej domek wśród róż, była wniebowzięta. Ach, jak romantycznie będzie budzić się codziennie przy ukochanym, otwierać okno i upajać się cudowną wonią. A potem jeść razem śniadanie i rozmawiać. Niestety, nie mieli czasu na rozmowy. Właściwie Adam nie miał. Wychodził rano do pracy w szkole, a kiedy nie miał lekcji zajmował się razem z ojcem plantacją. Zostawał wtedy do wieczora w domu rodziców, gdzie często jadł obiad, opowiadał o wszystkim mamie i wklepywał z ojcem jakieś dane do tabelek w bazie danych. Na początku Laura kilka razy do niego poszła, ale mówił jej, że nie może się skupić na pracy, kiedy ma ją przy sobie. A potem dodawał
      - Ty tego nie rozumiesz, nie jesteś nauczona ciężkiej pracy, moja mała sarenko. - Tak właśnie ją nazywał. To znaczy kiedyś ją tak nazywał. Przed ciążą.
      Laura westchnęła. No tak, zapuściła się. To prawda. Bardzo utyła w czasie ciąży i nie mogła jakoś wrócić do formy. Z zazdrością patrzyła na lansowane przez media sportsmenki celebrytki. Co tam celebrytki. Po raz pierwszy w życiu z zazdrością patrzyła na swoją siostrę Różę. Poczciwa Różyczka od dziecka zmagająca się z nadmierną pulchnością miała już opracowane sposoby na figurę. Nie to co Laura. Zawsze wytwórnie szczupła, a przy tym leniwa i stroniąca od gwarnych sportowych rozrywek.
      Wstydziła się swojego wyglądu. Czuła wstręt do tego nowego, obłego ciała z obwisłą fałdka na brzuchu i rozstępami na piersiach. Starała się ukryć przed wzrokiem wszystkich naokoło nosząc wielkie dresowe bluzy albo obszerne sukienki, ale wiedziała, że sama się tylko oszukuje. A nawet gdyby nie wiedziała, znalazłyby się w jej pobliżu osoby, które by ją o tym boleśnie szczerze uświadomiły. Taka ciotka Ida, na przykład. Brała teraz odwet za wszystkie jej niewinne figle z dzieciństwa. Nie było rodzinnego spotkania bez bolesnych szpileczek wymierzonych prosto w Laury okrągły brzuch, albo pulchne uda.
      Na szczęście Adam jej nie krytykował. Nie, nie krytykował ale dopingował, kochany. Co chwilę opowiadał jej o swoich koleżankach z pracy, które zaczęły biegać z nadwagą a po roku wystartowały w maratonie, o mistrzyniach polski w tańcu irlandzkim, które zaczynały od zadyszki po minucie podskoków. Te historie jednak, dziwnym trafem bardziej ją demotywowały niż zachęcały do wysiłku.
      Jakie to dziwne, myślała. Kiedyś usłyszawszy takie opowieści spaliłaby się chyba że złości. Dzisiaj złości prawie nie odczuwała. Tylko zmęczenie i rezygnację. No i nie mogła się złościć na Adama, nie umiała się z nim kłócić. A on nigdy się na nią nie denerwował, tylko spokojnie tłumaczył. Jak przy ostatniej ich awanturze, niedługo po urodzeniu Jasia.
    • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 10.05.21, 22:01
      Była wtedy okropnie przestraszona i zmęczona, a Jaś miał ciągle kolki. Płakali razem całymi dniami siedząc w domu. Któregoś dnia Adam wrócił do domu wcześniej niż zwykle i zastał ich oboje w histerii. Laura krzyczała wtedy na niego, że już dłużej nie wytrzyma zamknięcia i płaczącego ciągle dziecka. Odpowiedział jej wtedy ze spokojem i troską w głosie, że bardzo go martwi, że Laura nie umie odnaleźć się w roli matki. Był smutny i wyrzucał sobie, że nie dość się starał, by zadbać o potrzeby żony.
      - Jest mi przykro, że nie doceniasz tego, co dla was zrobiłem. - Tak właśnie mówił tym swoim spokojnym głosem zaklinacza zwierząt, a Laura w jednej chwili poczuła się największą niewdzięcznicą na świecie. Przepraszała go potem chyba tydzień, żeby tylko w końcu odzyskał dobry nastrój.
      No tak, zawsze miała cięty język i skłonność do konfliktów, ale przy Adamie musiała się nauczyć okiełznywać swoją rogatą naturę. Tak łatwo było go zranić. Chodził później przez tydzień smutny i zasępiony, a w oczach miał niemy wyrzut. Laura nie mogła tego znieść. Chciała być kochana i podziwiana. Usychała bez adoracji.
      Tylko, że już od dłuższego czasu nie czuła się adorowana, pomyślała że strachem. W ostatnim okresie była tak przemęczona, że nawet tego nie zauważyła. Taaak... Adam już od miesięcy nie powiedział jej nic miłego. Wcześniej ciągle prawił jej komplementy. Najczęściej głaskał ją wtedy po głowie i szeptał do ucha, jak bardzo się cieszy, że ma taką kochaną żonę, która zawsze go rozumie i wspiera. Jedyną kobietę na świecie tak romantyczną, że zgodziła się zamieszkać z nim w małym domku wśród róż.
      Kiedy ostatnio jej to powiedział? Nie mogła sobie przypomnieć i w panice przeczesywała wspomnienia, dzień po dniu upartej monotonii.
      A może - Laura zdrętwiała w panice - może on już jej nie kocha? Może już ma dość jej ograniczonych horyzontów domowej kury? Może brzydzi się jej miękkim, galaretowatym ciałem? Och... Na pewno tak jest. Nie dotyka jej przecież tak samo jak dawniej. Nie patrzy na nią z podziwem.
      Laura przymknęła powieki. Wymknęły się spod nich dwie małe, okrągłe łzy. Pobiegły po policzkach w dół, po czym spadły prosto na pokryty rozstępami dekolt. Laura zagryzła zęby.
      - Ja miałabym nie dać rady?Ja? - pomyślała i zaczęła planować wielką przemianę.
      Wszystko musi oczywiście odbywać się w najściślejszej tajemnicy. Nie zniosłaby pełnych politowania spojrzeń, a już zwłaszcza złośliwych komentarzy. Najlepiej byłoby oczywiście ćwiczyć w domu, ale niestety nie było tu nawet odrobiny miejsca. Musi znaleźć jakieś inne miejsce. Przebiegła w myślach najbliższą okolicę. Tak, to jest myśl. Będzie ćwiczyć na tej łączce za szklarniami. Tam nikt nie przychodzi. Postawi laptop na murku. Wi-fi powinno jeszcze działać. Jasia ułoży do poobiedniej drzemki, a sama zabierze się za ćwiczenia. A jeśli nie będzie chciał spać, to może zająć się przecież szukaniem czterolistnej koniczyny. To była ostatnio jego ulubiona rozrywka. Potrafił spędzić długie, bardzo długie jak na czterolatka, minuty, wpatrując się w aksamitny dywanik koniczyny przed domem.
      - Genialny plan - pomyślała wreszcie zadowolona z siebie i zasnęła.
    • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 10.05.21, 22:02
      Tego ranka Adam powiedział, że nie przyjdzie do domu na obiad. Ma jakieś ważne sprawy, musi pojechać w kilka miejsc i wróci dopiero na kolację. Ucieszyła się z niespodziewanie wolnego dnia. Tak, przyda jej się do zaplanowania swojej wielkiej metamorfozy. Najpierw przez godzinę przeglądała youtube'owe kanały trenerek celebrytek, z uśmiechami jakby przyspawanymi do jednakowych twarzy. Potem przeszukiwała wszystkie zakamarki małego domku w poszukiwaniu starej karimaty do ćwiczeń. Wreszcie znalazła. Była wetknięta do nieużywanej od lat walizki zapomnianej na stryszku.
      - Gotowa. Tygrys, do boju! – zamruczała do siebie samej z kiełkująca zawziętością. - Chodź, Jaśku. Dzisiaj będziesz drzemał na dworze, pod starym świerkiem, jak dzikie zwierzątko - powiedziała do synka.
      - Jakie zwierzątko? Jak żyrafa, mamo? Jak żyrafa?
      - Nie, jak małe tygrysiątko - odpowiedziała zadowolona.
      Poszli więc na koniec plantacji, skradając się cicho i rozglądając uważnie na boki. Laura bała się, żeby nikt jej nie zauważył. Jaś z kolei był tygrysem przedzierającym się przez dżunglę.
      W połowie drogi zapomniał już jednak o swoim nowym wcieleniu, bo zewsząd kusiły go łany dorodnej koniczyny. Co chwilę zatrzymywał się przy nich i oglądał każdy listek. Szedł więc z tyłu za Laurą. Uważnie, kroczek po kroczku, z miną pełna skupienia.
      Ścieżka zakręcała za rogiem szklarni i meandrowała jeszcze chwilę pomiędzy zapomnianymi, przerośniętymi krzakami tawuły. Laura właśnie miała wynurzyć się z nich na polankę, kiedy usłyszała dochodzący stamtąd głos.
      - Pewnie ta studentka, dorabiająca sobie na wakacje - pomyślała Laura. - Schowała się za szklarnią i nadaje przez telefon.
      Była zła, że ktoś zajął jej miejsce. Stała w krzakach, zastanawiając się czy zawrócić, czy wręcz przeciwnie, wejść na polankę i zrugać leniwą dziewczynę, kiedy do jej uszu dobiegło zdanie:
      - A twoja żona?
      Laura zaczęła nasłuchiwać.
      - Ach, żona. Między nami jest przepaść. Żona mnie nie kocha i nigdy nie kochała. Jestem dla niej tylko bankomatem.
      Zamarła, w żołądku czuła wielki, ciężki kamień. Machinalnie podeszła krok naprzód. Nie widzieli jej. Siedzieli tyłem do ścieżki, na murku.
      - Potrafi mówić tylko o pieniądzach, albo o ubraniach i zakupach. Nigdy nie wspominała nawet o poezji.
      Laura poczuła, jak pocą się jej ręce.
      - Nie zrozumiałaby, gdybym jej powiedział "Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz, ale w innym sadzie, w innym lesie..."
      Przerwał na chwilę, a wtedy zawiał wiatr i włosy dziewczyny uniosły się w jego kierunku, a on... to niemożliwe, a jednak się dzieje, on dotknął ich, przytrzymał i przyłożył do swoich warg.
      Nagle zza pleców Laury dobiegł przeszywający krzyk.
      - Mamusiu, mamusiu, znalazłem!
    • blada_twarz3 Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 12.05.21, 10:52
      Bardzo mi się podoba, jestem ciekawa, jak dalej potoczą się losy Żaby i Laury. Fragment o Laurze szczególnie mi się spodobał, był przygnębiający, ale taki rzeczywisty i... prawdziwy. Tym bardziej, jeśli wiemy, jak wyglądał związek Laury i Adama, przez autorkę uznawany za niesamowite połączenie dwóch dusz złotym nicieniem. Adam i jego próby usarenkowienia Tygrysa mnie niezmiernie doprowadzają do szału, jako że Tygrys to była właściwie jedna z moich ulubionych bohaterek i ogromnie ubolewam, że u MM dała się tak usarenkowić. Zawsze wyobrażałam sobie, że po czasie Laura wyrwie się spod toksycznych wpływów Adama, przejrzy na oczy i pokaże swój dawny charakter, wyrywając się z tej ciasnej klitki, miejsca, moim zdaniem, po prostu nie dla niej. Dlatego też choć przykro mi, czytając, że niestety spełniły się wszystkie przewidywania i Laura tkwi w beznadziejnej klatce, to podoba mi się, że jednak, mimo że po czasie, zebrała się w sobie, żeby o siebie zawalczyć. Bardzo jej kibicuję i jestem ciekawa, jak to dalej się rozwinie, jak również czym ratował się Adam, kiedy jego znajomość ze studentką wyszła już na jaw.
      Co do Żaby, cieszę się, że nie związała się jednak z tym irytującym Żeromskim, dla mnie to była przysłowiowa para z samowara. Podobały mi się też wzmianki o Frycu i Wolfim :)
      Czekam w takim razie z niecierpliwością na kontynuację i na dalsze losy dziewczyn!
    • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 17.05.21, 16:49

      24. lipca
      Piątek
      Zbierało się na burzę. Gorąca wilgoć rozłożyła się nad miastem jak ciężki, mokry koc. Powietrze stało, nasiąknięte spalinami i kurzem, a Hildegarda łuskała bób. Dużo bobu. Takie dostała zadanie od Wolfiego. Ma wyłuskać bób, z którego będą potem razem z Leonem robić falafle.
      Dzisiaj był dzień odwiedzin Leona, synalca, jak mówił Wolfi, choć z dawnego malca nie pozostał już prawie żaden ślad. Leon był wyrośniętym czternastolatkiem, synem jednej z byłych dziewczyn, Sonii, nauczycielki jogi.
      - Ona zawsze wyglądała, jakby właśnie wróciła z wakacji nad morzem - myślała Hildegarda z zazdrością, powoli łuskając ziarna.- Leon też ma jej karnację, szczęściarz. W sumie miły egzemplarz się trafił Wolfiemu na przyszywanego syna, chociaż może lepiej było by go określić jako młodszego brata. Te wspólne wieczory z trikami na deskorolce, oglądane razem seriale, w których wszyscy giną. Nigdy nie rozumiała tych chłopackich zabaw, ale zawsze lubiła tego bystrzaka w okularach. Na szczęście on też ją lubił. Nigdy nie wiadomo, kiedy ci się przyda sympatia przyszywanego syna twojego brata - myślała Hildegarda refleksyjnie, siedząc przy stole w kuchni. Dzięki tej sympatii miała teraz gdzie mieszkać. Leon oddał jej swój pokój, który zawsze czekał na niego we wszystkich wynajmowanych mieszkaniach Wolfiego.
      Ostatnie tygodnie pamiętała dokładnie, ale niezbyt ostro. Jakby oglądała jakiś amatorski film, nakręcony kiepskim telefonem. Wyszła wtedy z domu, wsiadła do samochodu, i po prostu pojechała przed siebie. Pewnie dojechałaby tak bez zastanowienia do Hanoweru, albo jeszcze dalej, ale, jakoś chwilę przed siódmą, usłyszała telefon, którego dzwonek wyrwał ją wreszcie z tego dziwnego stuporu. Dzwoniła mamcia.
      - Żabciu, tak okropnie się czuję, jest tak gorąco, chyba skoczyło mi ciśnienie. Nic nie widzę na tym aparacie do mierzenia, zgubiłam okulary. Żabciu, przyjedź, pomóż mi je znaleźć. Och, znowu będę musiała jechać do szpitala na badania.
      Jeździła do szpitala nawet co kilka tygodni. Zazwyczaj zaczynało się właśnie w ten sposób. Wmawiała sobie wysokie ciśnienie, a kiedy zaalarmowana Hildegarda przyjeżdżała z pomocą, okazywało sie, że ciśnienie jest w normie. Wtedy zazwyczaj pojawiało się kołatanie serca. Kołatania nie można tak łatwo zweryfikować. Kołatanie i ostre bóle w klatce piersiowej. Jechały wtedy na SOR i siedziały tam długie godziny, do momentu aż zlitował się nad nimi jakiś zawsze przemęczony doktorek, fukający pod nosem coś o nieuleczalnych hipochondrykach.
      Zawrócić mogła dopiero na zjeździe do Nowego Tomyśla, do mamci przyjechała więc po prawie godzinie, w drzwiach zderzając się z Wolfim, którego przestraszona mama wyrwała ze słodkiego snu, nie mogąc doczekać się przyjazdu swojej najmłodszej latorośli.
      W mieszkaniu panował straszny bałagan. Gruba warstwa kurzu pokrywała przetarte linoleum i podniszczoną meblościankę. Brudne naczynia piętrzyły się w zlewie, umywalka zarosła szarym nalotem, a nad wszystkim unosił się ciężki, lepki zaduch. Mamcia siedziała na fotelu naprzeciwko telewizora. Na stoliku obok stała szklanka z czerwonym śladem.
      - Chyba nie jest tak źle, skoro dajesz radę oglądać te dyrdymały - powiedział Wolfi bez ogródek z impetem otwierając okno.
      Mamcia siedziała trochę speszona.
      - Mierzyłaś ciśnienie? - zapytał.
      - Nieee.
      - To zmierz, proszę.
      Mamcia posłusznie włożyła ramię w rękaw automatu. Po chwili rozległo się pikanie a na wyświetlaczu pokazały się cyfry.
      - 140 na 80. Idealnie - powiedział Wolfi z wyrzutem. Czy to na prawdę był dobry powód, żeby mnie wyciągać z łóżka w niedzielę o 7.30?
      - Trochę mi serce kołacze - usiłowała się bronić mamcia, ale przerwał jej szybko.
      - Kołacze ci się od tego zaduchu. Przewietrzymy tu zaraz, ogarniemy z Żabą tę gemelę i momentalnie ci się poprawi, co nie Żabens?
      Przytaknęła machinalnie i ruszyła na do kuchni zmywać gary, podczas gdy Wolfi, nie zważając na słabnące protesty matki, odpalił odkurzacz i usuwał właśnie miesięczne pokłady kurzu z powierzchni dywanu.
      Hildegarda wyszorowała naczynia, potem domyła kuchenkę i zlew, przetarła blaty. Zajrzała do szafki, żeby wyciągnąć jeszcze mop po czym zastygła przed otwartymi drzwiczkami. W szafce piętrzyła się sterta ciemnych butelek. Hildegarda oszołomiona patrzyła na ich złotawe etykiety. Czyli zamiast soku malinowego mamcia popijała do telewizyjnego programu śniadaniowego Kadarkę???
      - Bożeee - jęknęła cicho.

      • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 17.05.21, 16:52
        Zawołała Wolfiego, a on tylko zaklął ze złością, powiedział mamci kilka cierpkich i jakże dosadnych słów, po czym, nie pytając nikogo o zdanie, po prostu zgarnął z przedpokoju swoją deskorolkę i wyprowadził Hildegardę na klatkę schodową donośnie zamykając drzwi.
        - Ale się wkurzyłem. Muszę coś zjeść. Chodź na śniadanie. Wczoraj zrobiłem guacamole i burgery z buraków. Zjemy i pomyślimy.
        Pojechali więc do jego mieszkania w jednej z tych starych kamienic na Smarzewskiego. Usiedli w wielkiej kuchni, tak dużej, że poza standardowym wyposażeniem zmieściła się tam jeszcze jadalnia a nawet kanapa, w tej chwili zawalona ubraniami ściągniętymi z suszarki i niedbale rzuconymi.
        Hildegarda siedziała przy stole, a Wolfi wyciągał z lodówki kolejne smakołyki, z dumą opowiadając dokładnie z jakich to dziwnych przypraw i składników je przygotował.
        - Też słabo wyglądasz, Żabkens, rzucił między pudełkiem kimchi i kokosowym bekonem.
        W tej chwili rozległo się przeciągle buczenie, wisząca na oparciu krzesła torebka zawibrowała i zadzwoniła. Hildegarda rzuciła się szukać i odbierać telefon. To pewnie Mateusz, już późno, pewnie zaczął się niepokoić. Rzeczywiście, dzwonił. Już miała odebrać, gdy nagle aparat wysunął się jej z rąk, zawadził o blat, a potem spadł prosto na kafelki. Ekran roztrzaskał się na kawałki, ale telefon dalej dzwonił. Zza sieci pęknięć uparcie wyświetlało się imię męża, ale nie mogła odebrać połączenia. A telefon dzwonił tak uparcie, jakby się zawiesił. Hildegardę dopadł nerwowy śmiech. Najpierw cichy, potem coraz głośniejszy, histeryczny, który niepostrzeżenie przeszedł w płacz. Gorączkowy, niepohamowany, szloch. Siedziała na podłodze w mieszkaniu brata, trzymając w dłoni zepsuty telefon i zanosiła się płaczem jak dziecko.
    • jakgdyby.nigdynic Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 17.05.21, 16:57
      Tego dnia Laura Fidelis obudziła się wyjątkowo później niż Jaś. W półśnie rozejrzała się dookoła, usiłując zlokalizować synka. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie właściwie jest. Powoli budziła się i do jej świadomości dochodziła bolesna prawda, że jest oto właśnie w swoim dawnym pokoju, w domu rodzinnym, a Jaś bawi się właśnie jej starym, pluszowym tygryskiem.
      Na wspomnienie ucieczki z własnego domu zalał ją rumieniec wstydu. Kiedy tylko Jaś zdradził ich obecność, emocje Laury nagle eksplodowały. Skoczyła do tamtych dwojga, dziewczynie wygarnęła od kurew (o niebiosa, to naprawdę się stało), Adamowi strzeliła w twarz, po czym chwyciła Jasia pod ramię i pobiegła do domu. Nie namyślając się wiele, wrzuciła do torby kilka drobiazgów, wyciągnęła kilka banknotów, które zawsze leżały w szufladzie „na wszelki wypadek”. O tak, teraz był wypadek, wypadek jak ta lala. Włożyła w biegu sukienkę i pognała na przystanek. Miała szczęście, autobus właśnie wyjeżdżał z zatoczki. Zamachała dramatycznie kierowcy, a ten otworzył drzwi i pozwolił jej jeszcze wsiąść. Zziajana padła na fotel i spojrzała na Jasia. Patrzył na nią z mieszanina zdziwienia i strachu.
      Miała ponad godzinę, żeby zastanowić się co dalej, ale właściwie nie było wielu opcji do rozważenia. Mogła jechać tylko do rodzinnego domu, albo do którejś z ciotek. Wybrała dom.
      Kiedy dotarła na miejsce musiała chyba wyglądać jak zmora, przynajmniej sądząc po reakcji mamy. Była przerażona i natychmiast chciała dzwonić do Adama. Nie trzeba było, zjawił się dosłownie chwilę po niej, zanim jeszcze zdążyła cokolwiek powiedzieć.
      Usiedli razem przy stole w kuchni: Laura, Adam, mama, babcia i ciotka Ida, która – wiedziona jakimś szóstym zmysłem - przybiegła pod przypadkowym pretekstem. Laura nie miała siły powiedzieć nawet słowa, więc mówił Adam. Zaczął od zapytania babci jak się czuje, potem jakoś naturalnie zwekslował na żal po śmierci dziadka, który gdyby tu był z nami na pewno wiedziałby jak rozstrzygnąć wszystkie trudne sytuacje. Babcia patrzyła na niego z ukosa, ironiczna jak zwykle. Szczere oczy mamy wyrażały wdzięczność, a ciotka Ida wydawała się całkowicie pochłonięta łuskaniem pestek słonecznika.
      Nagle Adam spoważniał, i powiedział że smutkiem w głosie
      - Dzisiaj stało się coś strasznego. Laura wam już pewnie mówiła...? Nie, nie mówiła? - ożywił się. To ja muszę powiedzieć. Przyszła do mnie dziś nasza nowa pracownica, głupiutka studentka, przyjęliśmy ją na wakacje do pomocy. Dziewczyna wyobraziła sobie, że mnie kocha, a co gorsza, wyobraziła sobie, że ja też odpowiadam uczuciem na jej uczucie. Musiałem wyjaśnić tę sytuację, a nie chciałem być brutalny, zabrałem więc dziewczynę na rozmowę i wtedy znalazła nas Laura. Nie wiem, co sobie moje kochanie wyobraziło, ale niestety - jego oczy przepełniał bezbrzeżny smutek - nie zrozumiała moich intencji. Bardzo wulgarnie zwróciła się do dziewczyny. Przy dziecku. A ja dostałem w twarz - zaprezentował zaczerwieniony jeszcze lekko policzek.
      - Ach Tygrysku, jak mogłaś?! - zawołała z wyrzutem mama, a jej kasztanowe oczy momentalnie wypełniły się łzami.
      - Proszę jej nie winić - mówił łagodnie Adam. Przecież nie wiedziała co się dokładnie stało. Może trochę nerwy ją poniosły, rzuciła laptopem w dziewczynę... No, ale ostatecznie, maleństwo - zwrócił się do Laury - nie musisz się martwic. Ja ci wybaczam, wracajmy do domu.
      Laura podniosła wzrok i zobaczyła na sobie świdrujące spojrzenie babci. Przemykało między nią a Adamem, po czym zawisło na ciotce Idzie. Ona również, nagle oderwana od pestek, wbijała swoje zielone żaróweczki oczu w siedzącą naprzeciw siostrzenicę.
      Tak - powiedziała babcia nadspodziewanie energicznie - oczywiście, ale z Jasiem chyba coś nie w porządku.
      Laura zauważyła ze zdziwieniem, że mówiąc to babcia trąca nogą kapeć ciotki Idy.
      - Oczywiście, oczywiście - podchwyciła ciotka. Jestem co prawda zaledwie, powtarzam zaledwie, laryngologiem, nie ukrywam jednak, że z zacięciem ogólnym, a życie cóż, życie skierowało mnie nolens volens w kierunku pediatrii, więc jako uosobione usta medycyny oświadczam, że coś mi tu wygląda na niedobór witamin, a może nawet na anemię. - Zrobiła groźna minę i kontynuowała oficjalnie. - Zalecam badania. Komplet badań, bardzo dużo czasu, godziny w kolejkach, całe dni w szpitalach i przychodniach. Na razie muszą tu zostać.
      - Tak właśnie, Adasiu - powiedziała babcia. - Będziesz tak dobry i przywieziesz im jeszcze dziś ubrania na zmianę, prawda?
      I w ten właśnie sposób błyskawicznie się go pozbyła. Kiedy wyszedł mama odwróciła się do Laury i z wyrzutem westchnęła znowu - Jak mogłaś, Tygrysku, jak mogłaś?
      Ciotka Ida odpowiedziała jej szorstko - Daj spokój, Gaba, zwariowałaś? Przecież mówiłam ci od roku, że ten psychol ją na pewno bije.
      - Nie, nie bije - ze wstydem powiedziała Laura.
      - Wszystko jedno, i tak mu dobrze z oczu nie patrzy. Kłamał z tą dziewczyną, co?
      Laura przytaknęła.
      - Szubrawiec jeden – ciotka zmiażdżyła między zębami ziarnko słonecznika, jakby miażdżyła wszystkich niewiernych mężów na świecie.
      - Na razie go do ciebie nie wpuścimy - powiedziała babcia. - A jak sobie wszystko przemyślisz, to sama zdecydujesz, co dalej.
      W ten właśnie sposób znalazła się na Roosevelta, w swoim starym mieszkaniu, w swoim starym pokoju, załamana, wściekła jak huragan i bardzo, bardzo zawstydzona.
      • turzyca Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 25.05.21, 09:21
        O rany, Borejki jako miła, ciepła, wspierająca się rodzina. Autentycznie. Szok.

        I właśnie uświadomiłam sobie, jak bardzo MM zmieniła bohaterów. Bo to jest kontynuacja mamy Borejko z IS, ta sama osoba tylko kilka dekad później.
      • turzyca Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 25.05.21, 09:47
        Aczkolwiek choć rozumiem chęć zaprezentowania logorei Idy, to spokojnie mogła wyjąć z torebki otoskop (nie znam laryngolożki, która nie miałaby go w torebce), zajrzeć Jasiowi do uszu, powstrzymać szpetne zaklęcie, powiedzieć, że to wymaga natychmiastowego leczenia, ona postara się o miejsce dla Jasia na oddziale, a tymczasem zacznie leczyć go tutaj, to wymaga podawania leków i codziennej kilkukrotnej obserwacji, dobrze że do gabinetu blisko, to będzie oglądać Jasia co trzy godziny, ale raczej będzie konieczne leczenie zabiegowe, w ogóle trzeba sprawdzić, czy nie doszło do niedosłuchu, tak czy siak mały zostaje tutaj. Może być z logoreą.
        Laryngolodzy zajmują się też dziećmi, nawet upiornie często, choroby uszu i nosogardzieli to plaga małych dzieci związana z ich anatomią. Idą może o tym zrobić ośmiogodzinny wykład a vista, każdy laryngolog może.

        Co wiem albowiem posiadam ciotkę laryngolożkę.
        • turzyca Re: DZIEWCZYNY NA SKRAJU - fanfik 25.05.21, 09:50
          Bo z jakimś niekonkretnym schorzeniem to Adam może walczyć, ale jak mu Ida palnie, że już miała takiego tatusia kretyna i co? I teraz dziecko ma poważny niedosłuch i problemy z mową, to już skakać nie będzie. Na tej działce Idą go spokojnie zagada.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka