Dodaj do ulubionych

Prawdziwe życie Grzegorza Stryby

22.11.22, 15:39
Grzegorz Stryba siedział w kuchni i robił przegląd własnego życia. Próbował określić chwilę, w której się zorientował, że jest inny niż jego rówieśnicy.
Wychowywany przez ojca i stryja, dla których najlepszą rozrywkę stanowiły wzajemne sprzeczki (zwłaszcza Metody celował w prowokacjach), nigdy nie dawał się wciągnąć w soczystą kłótnię i wymykał się wpływom obu panów. Dlaczego? Nie wiedział. Może podświadomie obawiał się, że, mając go w zasięgu wzroku, dowiedzą się zbyt wiele? Nawet tego, czego wtedy sam jeszcze nie wiedział?
Z zielonego pokoju dobiegł go wybuch śmiechu – cała zgromadzona tam rodzina dyskutowała z kolegą Róży, Fryderykiem, który wpadł znienacka po zapomniany ostatnio zeszyt i został zaproszony na herbatkę. Którą to herbatkę, oczywiście, miał przygotować on, Grzegorz. „Ty, Grzesiu, robisz najlepszą herbatę w tym domu” – oświadczyła mu kiedyś jego żona, Gabrysia, a ton, jakim to powiedziała, oznaczał, że odtąd robienie herbaty spadnie na jego, Grzegorza, barki. I wcale nie dlatego, że istotnie robił najlepszą herbatę, tylko żeby po raz kolejny sprowadzić go do roli kuchty i popychadła.
W końcu do czego innego się nadawał?

Znów pogrążył się w rozmyślaniach. Wspominał czasy, gdy w szkole – gdzie zaczynał uchodzić za odmieńca – rzucił się w wir nauki. Dużo czytał, uczył się jak wariat, był zawsze prymusem. Cieszył się, że nie ma matki – ją pewnie zaniepokoiłby fakt, że chłopak nie ma przyjaciół i nie bawi się z innymi dziećmi. A ojciec i stryj cieszyli się, że „ich Grześ” odnosi same sukcesy, prowadzi ascetyczny tryb życia, nie traci czasu na bzdury i nie sprawia żadnych kłopotów. No, może poza jednym – otóż nagle oświadczył, że zostaje wegetarianinem czyli że nie będzie jadł mięsa. Nigdy. Koniec i kropka.
Oświadczenie wywołało awanturę, którą nie przejął się w najmniejszym stopniu. O to mu przecież chodziło, żeby „starsi panowie dwaj” - jak w myślach nazywał Cyryla i Metodego – mieli temat do dyskusji i rozważań o jego dziwactwie, i żeby każde nietypowe zachowanie kładli na karb wegetarianizmu.

Tak więc ojciec i stryj mieli swoją pożywkę do awantur i wzajemnych oskarżeń („to ty, Cyrylu, nauczyłeś to dziecko wybrzydzać przy jedzeniu!!!”), a wegetarianin miał spokój. Przynajmniej zewnętrzny. Bo zaczynał się orientować, na czym polega jego odmienność i zaczynał się tym zadręczać.

***

Ocknął się z zamyślenia, wstał, wyjął z szafki imbryczek, wypłukał go gorącą wodą, nasypał do środka pięć łyżeczek liściastego Yunnana i zalał wrzątkiem. Postawił imbryczek na metalowej płytce, przykręcił gaz do minimum, dolał wody do czajnika i z powrotem usiadł przy stole, ponownie zagłębiając się we wspomnieniach.

***

Uciekając przed samym sobą zdał na studia, zrobił doktorat najwcześniej ze wszystkich kolegów na roku. I – znów na przekór sobie - ożenił się z Ewą, najładniejszą dziewczyną na uniwersytecie. I nigdy nie był naprawdę szczęśliwy. Przez jakiś czas myślał, że po prostu nie umiał. Aż do chwili, gdy odwiedziła ich koleżanka żony, Iwona, z mężem o imieniu Włodzimierz. Niedawno urodziła się Elka i obie panie zatopiły się w rozmowie o pieluszkach, kupkach, butelkach i całej tej okołoniemowlęcej otoczce. Grzegorzowi wydawało się, że Włodzimierz jest tą rozmową mocno znudzony, i już miał zaproponować zmianę tematu, gdy gość znienacka poprosił go o pożyczenie wiertarki. Wiertarki! Zdumiony Grzegorz wyszedł do przedpokoju, gdzie w pawlaczu trzymał skrzynkę z narzędziami, gdy usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się i ujrzał wpatrzone w siebie oczy Włodzimierza. Oczy wściekle niebieskie, opatrzone niesłychanie długimi rzęsami. Zamarł, nie mogąc oderwać od nich wzroku.

***
Woda zagotowała się w czajniku, który głośnym gwizdem przywołał Grzegorza do rzeczywistości. Szklanki, spodeczki, cukiernica i łyżeczki były ustawione na tacy już wcześniej, teraz wystarczyło przelać wrzątek do specjalnego dzbanka i zdjąć z gazu imbryczek. Grzegorzowi zajęło to kilkanaście sekund, akurat tyle, by – zaalarmowana gwizdem – wpadła do kuchni Róża. Uśmiechnęła się do ojczyma, błysnęła oczami, chwyciła tacę – i już jej nie było.
Jaka ona jest szczęśliwa – przemknęło przez myśl Grzegorzowi. – Kiedy ja taki byłem? Przez ten krótki rok starannie ukrywanego romansu z Włodkiem? Gdy okazało się, że jest – podobnie jak Włodek – biseksualny i że nie jest to wcale takie rzadkie zjawisko? I że uwielbiają ten sam zespół, którego lider – jak dowiedział się wiele lat później - też był bi? Czasem w samochodzie Włodka nastawiali kasetę „A Night at the Opera” i śpiewali na całe gardło „Bohemian Rapsody”. Tak, wtedy był naprawdę szczęśliwy, choć było to szczęście nielegalne.
Ewa niczego się nie domyślała. Odgrywał przed nią ojca, zakochanego w swej małej córeczce, i uszczęśliwionego wyłącznie tym, że ta mała istotka pojawiła się w jego życiu. Zresztą ich małżeńskie pożycie też mocno zyskało na jego romansie – kiedyś spotkał się z opinią że często tak właśnie bywa, że mąż „skaczący na boki” zaczyna być bardziej zainteresowany również własną żoną.
Nie wiadomo, jak długo by trwała ta sytuacja, gdyby nie Iwona. Ewa nie domyślała się niczego, ale Iwona, osoba znacznie bystrzejsza od niej, zorientowała się w całej sytuacji, zadzwoniła do Grzegorza i w krótkich, dosadnych słowach powiedziała mu, co o nim myśli. Grzegorz nigdy nie dowiedział się, co powiedziała Włodkowi i czy rozmawiała o tym z Ewą – dość, że Włodek bez słowa zniknął z jego życia, a kilka dni później Ewa zginęła pod kołami tramwaju. Nie udało się ustalić, czy był to wypadek, czy samobójstwo.

***
Obserwuj wątek
    • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 15:46
      Prawdę mówiąc, po śmierci żony ledwie się pozbierał. Źle z nim już było. Tęsknota za Włodkiem, wyrzuty sumienia, poczucie winy omal go nie zabiły. Dodatkowo sam widok małej Elki była dla niego nie do zniesienia, bo to przecież jej narodziny spowodowały – pośrednio – pojawienie się w jego życiu Włodka. Ale potrafił wziąć się w garść, tak że nikt tego nie zauważył. Kilkanaście lat później miał już pozycję zawodową, stopień naukowy, sukcesy międzynarodowe i poczucie, jakże miłe, że w pełni wykorzystał wszystkie swoje uzdolnienia i możliwości. Tyle że wciąż był sam. Do czasu aż poznał ją, Gabrysię.

      ***

      Wydawała się mądra, dobra, miła i wyrozumiała. Miała za sobą rozwód – porzucił ją mąż (jakiś, zdaniem Grzegorza, kompletny idiota), ale nie zabiło to w niej optymizmu, energii i odwagi. Mijali się w biegu na uczelni, czasem spotykali w bibliotece lub czytelni i nie wiadomo kiedy nawiązała się między nimi nić porozumienia. Oboje nieco nieufni i pokiereszowani przez życie wydali się sobie czymś w rodzaju plasterka na rany. Z tym, że to raczej ona wiodła prym. To ona zdecydowała, że skoro spotykają się już rok, to najwyższa pora przedstawić go rodzinie. Ta decyzja nieco Grzegorza przestraszyła; już miał się wycofać i po prostu nie przyjść, gdy zadzwoniła i powiedziała, że czeka.
      Tamten wieczór u niej w domu przesądził o wszystkim. Było mu tak dobrze, ciepło i rodzinnie, że wsiąkł z kretesem. Jego wygłodzone serce powiedziało „dość samotności!” i zdecydowało za niego.



      ***
      - Grzesiu, co tak tu siedzisz? – zabrzmiał nagle znajomy głos. Głos kiedyś uwielbiany, teraz budzący tylko niejasny lęk i poczucie winy. Poderwał głowę. W drzwiach kuchni stała Gabrysia, uważnie patrząc na niego brązowymi oczami, w których nie było już dawnego ciepła. – W piecyku jest ciasto, pokrój je i daj na stół.
      Obróciła się na pięcie i wyszła. A Grzegorz, krojąc puszystą piaskową babkę, przypominał sobie kolejne etapy ich małżeństwa, które teraz – z perspektywy czasu - wydawało się figlem, jakie spłatało mu życie.
      Ale w sumie nie miał się czemu dziwić – oświadczył się jej przecież w Prima Aprilis! Zupełnie jakby podświadomie chciał, żeby obróciła jego oświadczyny w żart. Ona jednak zareagowała radosnym, uszczęśliwionym śmiechem i powiedziała „tak” zanim zdążył wycofać się z tej deklaracji. Zresztą też był wtedy szczęśliwy. I później, gdy w podróż poślubną pojechali do Wenecji. I gdy Gaba zaszła w ciążę – cieszył się wtedy jak wsiowy głupek, przynosząc jej z lodówki koperek i ogórki małosolne.
      Lekki niepokój budziły tylko w nim jej córki. Pyza, ta starsza, nastawiona ufnie i przyjaźnie do całego świata była dla niego całkiem miła, ale młodsza, zwana Tygryskiem, od początku traktowała go – jak mu się wydawało - z lekką pogardą, a jej stalowoszare oczy przeszywały go na wylot. Miał wrażenie, że ona zna jego tajemnicę, choć było to wrażenie absolutnie pozbawione realnych podstaw.
      - Grzesiu, gdzie to ciasto?! – ta, o której właśnie myślał, wpadła do kuchni mocno poirytowana. – Pieczesz je dopiero?!
      Speszony, wręczył jej talerz z babką. Laura prychnęła i wymaszerowała do pokoju. Odprowadził ją wzrokiem. Nagle przypomniał sobie, jak nazwała go macochem. To jedno słowo wstrząsnęło nim, choć Laura była zbyt mała, by to zauważyć. I nie chodziło o fakt, że nie jest jej ojcem. Gorzej, że to słowo było takie… dwuznaczne. Jakby zawierało w sobie dwoistość jego natury, łącząc w sobie pierwiastek męski i kobiecy. Oczywiście dziecko nie mogło zdawać sobie z tego sprawy, a słowa „macoch” użyło dlatego, że nie znało słowa „ojczym”. A może i znało, ale w bajkach rzadko występuje ojczym, a o wiele częściej zła macocha. Jednak od tamtej pory Grzegorz czuł się w jej towarzystwie mocno nieswojo, a do jego duszy wkradł się znowu lęk. A ponieważ lęk jest złym doradcą, więc Grzegorz popełnił potworny błąd. Mianowicie powierzył żonie swą tajemnicę.

      ***

      Na wspomnienie tamtej chwili aż zadrżał. To było krótko po przyjściu na świat Ignasia. Gabrysia była tak promienna, tak szczęśliwa, tak serdeczna i życzliwa całemu światu, że uznał, iż potraktuje jego wyznanie za dowód pełnego zaufania i absolutnej szczerości. Zresztą widział, jak wybaczała Pyzie i Tygryskowi – zwłaszcza Tygryskowi – wszystkie przewinienia. Była aż za bardzo pobłażliwa i wyrozumiała, nawet gdy chodziło o takie wyskoki, jak przebieganie przez jezdnię tuż przed samochodami, czytanie cudzych listów, kłamstwa i manipulacje. Nie podejrzewał, że informacja o przeżytym - prawie dwadzieścia lat wcześniej! - romansie rozwali ich szczęśliwe i zgodne małżeństwo. Tymczasem Gabriela zmartwiała, zbladła jak ściana i kazała mu wyjść. Po godzinie przyszła do kuchni, w której siedział, niewidzącymi oczami wpatrując się w ścianę, i oznajmiła, że rozwód nie wchodzi w grę, i że dla dobra rodziny będą udawać udane małżeństwo, ale na razie ma zejść jej z oczu i zniknąć przynajmniej na miesiąc. Gdzie – to jej nie obchodzi. Ma go po prostu nie być. Na nieśmiałą sugestię, że przecież mają synka, i że on chce uczestniczyć w obowiązkach, chce małego kąpać, karmić i przewijać, prychnęła i oświadczyła, że na pewno nie pozwoli, by choćby dotknął jej dziecka. Z naciskiem na „jej”, tak jakby Ignaś począł się bez jego, Grzegorza, udziału.
      Postarał się wtedy o zagraniczne stypendium i wyjechał na pół roku. Gdy wrócił, wszystko było na pozór po staremu, ale w rzeczywistości całkiem się zmieniło, choć zmiany następowały powoli i prawie niezauważalnie i tylko z perspektywy kilku lat widać było, jak bardzo są drastyczne.
      Mały Ignacy Grzegorz zamieszkał w ich pokoju. Oczywiście, póki był niemowlęciem, było to całkowicie zrozumiałe. Ale z biegiem lat Grzegorzowi coraz bardziej doskwierał brak prywatności. Po cichu podejrzewał, że żona specjalnie zainstalowała małolata w ich pokoju, żeby mieć wygodną wymówkę w kwestii obowiązków małżeńskich. No bo jak mieliby się kochać, gdy za szafą śpi – a może, co gorsza, nie śpi! – czterolatek? Delikatnie próby namówienia Gabrieli na wynajęcie czy kupno osobnego mieszkania dla ich piątki (bo przecież w grę wchodziły jeszcze Pyza i Tygrys) spotykały się albo z kamiennym milczeniem, albo z kategorycznym sprzeciwem, toteż Grześ, po kilku nieudanych próbach, kompletnie zarzucił ten pomysł.
      Inną zmianą była pozycja samego Grzegorza. W towarzystwie bywał przedstawiany jako drugi mąż Gabrysi, jak gdyby nie wystarczyło określenie „mąż” i trzeba było podkreślać, że jest on drugi. Grzegorz zauważył również, że jego żona, do niedawna wesoła i dzielna, teraz zaczyna popłakiwać na najmniejszą wzmiankę o pierwszym mężu, Januszu Pyziaku. Zupełnie, jakby nagle wróciły jej uczucia do tego idioty! No tak - mówił sobie z goryczą - Pyziak ją tylko porzucił, zostawił z małym dzieckiem i w ciąży, a on, Grzegorz, dwadzieścia lat temu miał romans z mężczyzną. I nieważne, że obecnie on, Grzegorz, jest wierny żonie jak pies i oddaje jej całą pensję, a Pyziak nie płaci nawet szczątkowych alimentów i kompletnie nie interesuje się swymi córkami.
      Poza tym Grzegorz stał się kimś w rodzaju gosposi. Jego azylem była kuchnia, w której całymi dniami gotował, zmywał i mieszał sałatki. A gdy Gaba wróciła z Warszawy, do której pojechała po wracającą z Cypru Natalię, na dworcu nawet nie przywitała się z mężem. Wręczyła mu tylko walizki i zaczęła witać się z dziećmi.
      Właśnie, dzieci – tu też wszystko się zmieniło. Laura stała się wobec niego harda i bezczelna, a Gaba nigdy nie stanęła po jego stronie i nie przywołała smarkuli do porządku.
      Ale najbardziej bolał Grzegorza stosunek Gabrysi do Ignasia. Mały, początkowo bezgranicznie przez nią uwielbiany, w pewnym momencie stał się rodzinnym kozłem ofiarnym. Gaba kompletnie o niego nie dbała, nie interesowało jej, że Ignaś nie ma porządnych butów i zimą chodzi w adidasach; że nie ma ciepłych spodni, a w dodatku, jak na urągowisko, kupiła mu pomarańczowy skafander i czapkę w biedronki. Zd
      • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 15:49
        Zdaniem Grzegorza, równie dobrze mogła mu naszyć na tyłku tarczę strzelniczą z napisem „Celuj tutaj”. Gaba nie przejmowała się także tym, że chłopiec przejawia poważne fobie żywieniowe. „Ma to po tobie” – mówiła pogardliwie, wyraźnie dając mężowi do zrozumienia, co myśli o wegetarianach. Zresztą o jej stosunku do wegetarian świadczył też sam fakt, że na obiad potrafiła zaserwować mężowi i synkowi kaszę gryczaną z jogurtem i brukselką, podczas gdy dla reszty rodziny gotowała najwymyślniejsze frykasy. Grzegorz wiedział, że jest to forma kary, jaką mu wymierzała. Ale nie rozumiał, czemu znęca się także nad własnym dzieckiem. Może dlatego, że Ignaś był podobny do niego?
        Najgorszy był jednak całkowity brak reakcji Gabrieli na przemoc, jaką stosował wobec ich synka jego młodszy kuzyn. Józinek bił Ignasia przy każdej okazji, przy milczącej aprobacie całej rodziny. Ba, żeby tylko aprobacie! Dziadek Borejko potrafił z zachwytem patrzeć na bójkę obu chłopców, doskonale widząc, że Ignaś nie ma szans w starciu z młodszym, ale znacznie silniejszym Józinkiem.
        Gdy Grzegorz postanowił poważnie porozmawiać z żoną na ten temat i wyegzekwować od niej stawanie w obronie dziecka, usłyszał ironiczne „Co, ma wyrosnąć na miągwę? A może wręcz na … sam wiesz kogo? Bicie dobrze mu zrobi, zmężnieje. Zresztą chłopcy zawsze się biją.”
        Również teściowa Grzegorza, Mila Borejko, zwana Babi, patrzyła na Ignasia z politowaniem, wyraźnie faworyzując Józinka. No cóż, mały nie tylko wizualnie był „jakiś inny” – bo jako jedyny z gromadki wnuków miał ciemne włosy – ale poza tym był wrażliwy i delikatny, bał się lekarzy, zastrzyków, owadów z żądłem, psów i koni; grymasił przy jedzeniu, które budziło w nim obrzydzenie.

        A wszystkie te cechy były dla tej kochającej się rodziny nie do zaakceptowania. Jedynie dziadek Ignacy Borejko zdawał się darzyć wnuka częściową sympatią. Zapewne dlatego, że ubzdurał sobie, iż mały Ignaś w niemowlęctwie zachwycał się czytywanymi mu głośno tekstami Seneki. Ignacy uczył później chłopczyka łacińskich sentencji i podsuwał mu starożytne teksty, kompletnie odsuwając Grzegorza od wychowywania Ignasia. Ba, doszło nawet do tego, że „przygody Sherlocka Holmesa” chłopiec dostał od ojca w głębokiej tajemnicy przed dziadkiem! Ale cóż, Grzegorz nie miał siły walczyć z całym klanem.

        ***
        ***
        Westchnął i zaczął wyjmować ze zmywarki czyste, suche talerze. Ilekroć spojrzał na to pożyteczne urządzenie, robiło mu się zimno na wspomnienie awantury, jaką urządził teść, gdy ujrzał je w kuchni. Równocześnie jednak ogarniała go jakaś radość i satysfakcja, że nie musi już ręcznie zmywać naczyń po posiłkach ośmiu, a czasem i dwunastu osób! Swoją drogą oni wszyscy, cała ta rodzina, nie zdawali sobie najwyraźniej sprawy, ile wody, gazu i płynu do mycia naczyń się przy tym zużywa.
        Zmywarka przypominała mu też desperacką próbę poprawienia stosunków z Gabą, jaką podjął w jej imieniny. Niestety, napatoczył się wtedy ten nieokrzesany Bernard, który nie tylko zepsuł swoją obecnością całą starannie zaplanowaną randkę, ale jeszcze otwarcie szydził z Grzegorza i w ogóle zachowywał się tak, jakby to on był zaproszony przez Gabrysię na uroczyste świętowanie jej imienin. A Gabrysia była wyraźnie zachwycona! Tak, tamten dzień był niejako obrazem całego jego życia – zmącona radość, przerwane szczęście, poczucie winy, brak zrozumienia.
        ***

        Do kuchni wpadła Róża z tacą pełną pustych szklanek i talerzyków.
        – Grzesiu – zawołała od progu – pomożesz mi zebrać resztę rzeczy ze stołu? Chcemy pograć w scrabble, przyłączysz się?
        No tak, cała Pyzunia, jedyna naprawę życzliwa mu osoba w tym domu.
        - Ty, Różyczko, może zbierz resztę - zaproponował - a ja już zacznę to wszystko pakować do zmywarki. I za chwilę do was przyjdę.
        Pochował wyjęte wcześniej naczynia i zaczął wkładać do zmywarki szklanki, spodeczki i talerzyki. Skończywszy to zajęcie, umył ręce, przeczesał dłonią siwiejącą czuprynę i ruszył do zielonego pokoju.
        W progu zderzył się z Fryderykiem, kolegą Pyzy, podobno jej narzeczonym (w co absolutnie nie wierzył – kto normalny zaręcza się w wieku szesnastu lat?). Zwykle widywał go przelotnie –wysokiego, kościstego blondyna w okularach, wojskowym stroju i martensach. Teraz zetknął się z nim nos w nos i po raz pierwszy miał okazję uważnie mu się przyjrzeć.
        Oczy Fryderyka, schowane za szkłami okularów, były wściekle niebieskie, w oprawie długich rzęs…
        ***
        • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 15:56
          Nigdy później nie umiał sobie przypomnieć, jak przebiegała ta gra w scrabble, jakie słowa układał, i kto wygrał. W głowie mu się kręciło, w uszach szumiało, nie mógł się skoncentrować i popełniał idiotyczne błędy, które śmieszyły wszystkich, z wyjątkiem Fryderyka. On jeden spoglądał na Grzegorza z zastanowieniem i ściągniętymi brwiami, nie komentując jego pomyłek.
          ***
          Spotykali się gdzie popadło – najczęściej na uczelni, gdzie Fryderyk wpadał do Grzegorza na korepetycje z matematyki. Tak to w każdym razie było przedstawione osobom postronnym. Nikogo więc nie dziwił widok licealisty odwiedzającego doktora habilitowanego Grzegorza Strybę. Tym bardziej, że - dla zachowania pozorów – Fryderyk czasem przychodził z Różą, która z matmą miewała spore kłopoty. Siedzieli wtedy we trójkę w jakimś eksponowanym miejscu, a Grzegorz przedstawiał im półgłosem zasady obliczania przebiegu zmienności funkcji albo objaśniał zawiłości rachunku prawdopodobieństwa.

          Początkowo Grzegorz czuł się nieprawdopodobnie podle, oszukując zarówno żonę, jak i pasierbicę. Ale – tłumaczył sobie – Gaba jest jego żoną tylko pozornie. Gorzej było z wyrzutami sumienia wobec Róży, najwyraźniej zakochanej w swoim Frycku do szaleństwa. Jednakże tu uspokajał go sam Fryderyk.
          – Róża – tłumaczył – to kamuflaż. Zaręczyny to też kamuflaż. Przedstawiłem ją rodzinie, żeby nikt mnie nie podejrzewał sam wiesz o co, ale to wszystko. Ona chyba ma dość rozsądku, żeby się zorientować, że z tej mąki chleba nie będzie. Ja ustaliłem zasadę, że spotykamy się tylko w dwa popołudnia w tygodniu, i to w godzinach ustalonych przeze mnie. Jeśli nie będzie jej akurat pasować – trudno, przepadło. W dodatku niektóre z tych spotkań spędzamy razem z tobą, na korepetycjach. Jaka dziewczyna wytrzyma z facetem zupełnie niemającym dla niej czasu? Prędzej czy później wróci do jednego z tych przystojniaków, którzy ją adorowali od dłuższego czasu. Wszyscy trzej patrzyli na nią maślanymi oczami, więc będzie miała w czym wybierać. I uwierz mi, Grzesiu, z którymś z nich będzie na pewno o wiele szczęśliwsza niż ze mną. Więc obaj działamy właściwie dla jej dobra.
          Brzmiało to okropnie, jednak Grzegorz dał się przekonać, bo chciał być przekonany. Ale dobrze widział, jak usilnie Róża próbuje się dopasować do roli takiej niby-narzeczonej, dla której nie ma się czasu, której nigdy nie zaprasza się do domu, i którą – po jedynej rodzinnej imprezie w Koszutach - trzyma z daleka od swoich rodziców i rodzeństwa. Była tak uległa i naiwna, że wcale jej to wszystko nie niepokoiło. Zaczęło za to niepokoić samego Fryderyka.
          ***
          - Grzesiu – zaczął Fryderyk, zapatrzony w okno. – To się już zbyt długo ciągnie. Zaczynam być zmęczony tą sytuacją.
          Grzegorz zmartwiał. Znów zostanie sam, bez tej choćby namiastki szczęścia, jaką dawał mu młody Schoppe?! Ponownie będzie przechodził przez to wszystko, co przeżywał po rozstaniu z Włodkiem? No cóż, wiedział, że takie kradzione szczęście nigdy nie trwa długo.
          Fryderyk odwrócił się od okna i zobaczył bladą twarz i zrozpaczone oczy przyjaciela. Jednym skokiem znalazł się przy nim.
          - Nie zrozumiałeś – powiedział prędko, biorąc go za rękę. – Nie jestem zmęczony nami, tylko Różą. Ona uporczywie kontynuuje naszą znajomość, choć chyba widzi wyraźnie, że to nie ma najmniejszego sensu. Musimy coś przedsięwziąć, coś tak spektakularnego, żeby sama, dobrowolnie, mnie zostawiła. A gdyby jeszcze dało się coś tak zainscenizować, by w pobliżu był któryś z tych Lelujków, to cała operacja przebiegłaby całkowicie bezboleśnie dla niej i z ogromną korzyścią absolutnie dla wszystkich.
          - Natalia niedługo wychodzi za mąż – przypomniał sobie Grzegorz. – Z tego co słyszałem, wesele ma się odbyć w dworku w Koszutach.
          - Doskonale! – ucieszył się Fryderyk. – Jest szansa, żeby moje pseudonarzeczeństwo z Różą zakończyło się tam, gdzie się zaczęło. To będzie taka zamykająca klamra. Co za niezwykła symbolika! Grzesiu, nie możemy zmarnować tej okazji.
          ***
          • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 16:01
            Intryga przebiegała szybko i sprawnie. Grzegorz zadbał o to, by w sam dzień ślubu mieć na uczelni zajęcia, których nijak nie dało się przełożyć na inny termin. Oczywiście, były to zajęcia pozorne – zależało mu po prostu na tym, by zamiast tracić czas na ślub i wesele, zarezerwować go na spotkanie z Fryderykiem. Gaba sprawiała wrażenie ucieszonej takim obrotem sprawy. Najwyraźniej, według niej, obecność biseksualnego męża sprofanowałaby rodzinną uroczystość.
            Fryderyk miał łatwiejsze zadanie – najspokojniej w świecie oświadczył Róży, że nie może nawet myśleć o zabawie, bo ma do napisania referat, a to cielę, zamiast zrobić mu karczemną awanturę i prawie siłą zaciągnąć na ślub i wesele ukochanej ciotki, potulnie przyjęło jego oświadczenie do wiadomości. Zdaniem Grzegorza Róża organicznie nie była zdolna do robienia awantur, ale mogła przynajmniej próbować zastosować inny środek z bogatego arsenału kobiecych sposobów do stawiania na swoim. Choćby łzy – one najskuteczniej zmiękczają męskie serca. Zresztą nie tylko męskie, co Grzegorz wielokrotnie obserwował w życiu codziennym. Ilekroć Gabrysi zaszkliły się oczy, cała rodzina rzucała wszystko i leciała ją pocieszać. Tymczasem Róża pojęcia nie miała o tym, jakże prostym, systemie manipulacyjnym.
            W zasadzie Grzesia powinno to cieszyć, bo ułatwiało przeprowadzenie misternego planu, ale równocześnie czuł dla Pyzy litość, nieco zabarwioną zniecierpliwieniem i nawet leciutką pogardą.
            Różę mieli więc z głowy. Problemem stało się jednak ściągnięcie na wesele Lelujków.
            ***
            Nie było to wcale łatwe – w Koszutach mogło zasiąść do stołu najwyżej pięćdziesiąt osób. Listę gości przycinano więc jak się dało – na przykład rodzony brat Ignacego, Józef, był zaproszony z żoną – ale bez córki i jej męża. Nie załapali się także zaprzyjaźnieni z Borejkami od lat państwo Ogorzałkowie. Lelujków, którzy przez życie rodzinne klanu przemknęli jak meteory i znikli, nikt nie brał nawet pod uwagę. Tak się w każdym razie wydawało, i plan Fryderyka utknął w martwym punkcie.

            Nieoczekiwanie z pomocą obu panom przyszła Laura. Dziewczyna, która sama miała poważne plany wobec braci L., a zwłaszcza Wiktora, wpadła na świetny pomysł, który szybko przekazała mamie: Lelujkowie mogliby się zobowiązać, że nie zasiądą do stołu! Zresztą, ani ona zasiadać nie musi, ani w ogóle żadne z dzieci. Mogliby sobie usiąść gdzieś na boczku i utworzyć lobby młodzieżowe. Gaba pomysł kupiła i w ten sposób Wiktor, Adrian i Lucek znaleźli się na weselu, a panowie Schoppe i Stryba mieli całe popołudnie, wieczór i część nocy dla siebie.
            ***
            O tym, co działo się na weselu, powiadomiła Grzegorza Laura, która wróciła w szampańskim humorze i po prostu musiała się przed kimś wygadać, choćby tym kimś był niezbyt lubiany przez nią ojczym. On jednak zdawał się bardzo zainteresowany jej opowieścią i ogromnie się ucieszył, słysząc, że Róża całą prawie noc przetańczyła z Adrianem Lelujką. Laura, która szczerze nie cierpiała Fryderyka, nie posiadała się z radości. Grzegorz również, choć z nieco innych powodów.
            Pyza jednak, jak się okazało, była tak uporczywie uczepiona swojego narzeczonego, że w ogóle nie brała pod uwagę możliwości zamienienia go na znacznie lepszy model. Wprawdzie doskonale widziała, że narzeczony stopniowo się od niej oddala, ale przerażona wizją bycia „tą porzuconą” robiła co mogła, by Fryderyka przywiązać do siebie więzami, których ten nie da rady rozerwać. Co przedsięwzięła, okazało się rok później, tuż przed Sylwestrem.
            ***
            • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 16:05
              Komórka Grzegorza rozbrzęczała się tak gwałtownie, że ten aż się wzdrygnął. Dzwonił roztrzęsiony Fryderyk, domagając się natychmiastowego spotkania. Grzegorz się zaniepokoił – chłopak miał w planach wyjazd na stypendium do USA, w czym mu gorąco kibicował. Czyżby stało się coś, co pokrzyżowało te plany? Musiało to być coś naprawdę poważnego.
              - Już jadę – rzucił do słuchawki i kilkanaście minut później był w uniwersyteckiej czytelni, zupełnie pustej o tej porze dnia.
              ***

              - I co teraz zamierzasz? – spytał chłodno Grzegorz, unikając wzroku Fryderyka i walcząc z mieszaniną uczuć, które nim miotały. Nie umiał ich nawet porządnie określić – była tam głównie rozpacz, ale i obrzydzenie, i – tak, nawet jakaś ulga.
              - Nie wiem – jęknął chłopak. – To klasyczna pułapka biologiczna… Ona nie powiedziała mi… nie zabezpieczyła się…
              - Ty też o tym nie pomyślałeś – stwierdził rzeczowo Grzegorz. – No tak, do tej pory nie musiałeś, to myślałeś, że nigdy nie musisz. Czy ty w ogóle cokolwiek myślałeś? Choćby o konsekwencjach? A pomyślałeś o nas?
              - Ona… ona mnie uwiodła – wymamrotał Fryderyk. - A ja uległem. Grzesiu… ja… my…
              - Nie ma już żadnego „my” – przerwał obcesowo Grzegorz, któremu dotychczasowy ukochany nagle objawił się w całej swej trywialności i podłości. – Wybrałeś. Będziesz miał dziecko, to zobowiązuje. Ja zmarnowałem swoje okazje na bycie dobrym ojcem, ale ty masz ten komfort, że Róża kocha cię całym sercem, i wybacza ci wszystko, mimo że krzywdzisz ją i oszukujesz. Nie zmarnuj tego. I spróbuj się zmienić. Dla niej. I pamiętaj – nigdy ani słowa o tym, co było między nami. Bo to by ją zabiło. Nie żartuję.
              Wstał gwałtownie, prawie przewracając krzesło. Wychodząc, z trudem powstrzymał się od trzaśnięcia drzwiami. Czuł się koszmarnie. Ale przez pokłady odrazy do Fryderyka i obrzydzenia do samego siebie powoli przebijała się coraz większa ulga. W ślad za nią nieśmiało pojawiała się nadzieja i coraz silniejsze postanowienie odzyskania miłości Gabrysi. Nie mógł przewidzieć, że potrwa to kilka następnych, długich lat i uda się dopiero wtedy, gdy żona wreszcie upora się z upiorami przeszłości. Ale wiedział, że odzyska Gabę. Czuł, że potrafi.
              - Mimo wszystko – powiedział sobie, patrząc na wieczorne niebo, z którego zaczęły padać pierwsze płatki śniegu – życie się dzisiaj nie kończy.
              • bupu Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 16:34
                pi.asia napisała:



                > - Mimo wszystko – powiedział sobie, patrząc na wieczorne niebo, z którego zaczę
                > ły padać pierwsze płatki śniegu – życie się dzisiaj nie kończy.


                Przeż to piękne jest! I jak ładnie wyjaśnia różne rzeczy!
                • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 16:45
                  bupu napisała:

                  > pi.asia napisała:
                  >
                  >
                  >
                  > > - Mimo wszystko – powiedział sobie, patrząc na wieczorne niebo, z którego
                  > zaczę
                  > > ły padać pierwsze płatki śniegu – życie się dzisiaj nie kończy.
                  >
                  >
                  > Przeż to piękne jest!

                  Bezwstydnie ukradłam ostatnie słowa z "Przeminęło z wiatrem" :)

                  > I jak ładnie wyjaśnia różne rzeczy!

                  Dziękuję - ale to głównie zasługa tego forum. Tu się nauczyłam, że prawie wszystkie niezrozumiałe sytuacje i zdarzenia z Jezycjady da się wyjaśnić, gdy odrzuci się komentarze odautorskie i skupi na faktach :)

              • ciotka.scholastyka Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 13:09
                "Nie mógł przewidzieć, że potrwa to kilka następnych, długich lat i uda się dopiero wtedy, gdy żona wreszcie upora się z upiorami przeszłości."

                Tylko to zdanie bym wycięła :)
                • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 14:50
                  ciotka.scholastyka napisała:

                  > "Nie mógł przewidzieć, że potrwa to kilka następnych, długich lat i uda się dop
                  > iero wtedy, gdy żona wreszcie upora się z upiorami przeszłości."
                  >
                  > Tylko to zdanie bym wycięła :)

                  Dlaczego byś wycięła?
                  Umieściłam je jako nawiązanie do sceny w McDusi, gdy Gaba wraca do domu po pożegnaniu z Januszem i wreszcie czuje się radosna i spokojna.
                  • ciotka.scholastyka Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 16:00
                    pi.asia napisała:


                    > Dlaczego byś wycięła?
                    > Umieściłam je jako nawiązanie do sceny w McDusi, gdy Gaba wraca do domu po poże
                    > gnaniu z Januszem i wreszcie czuje się radosna i spokojna.

                    Wiem. Ale wycięłabym je, bo wolałabym pozostawić coś niedopowiedziane. MY wiemy, że tak będzie, ale jeśli traktować to opowiadanie jako coś odrębnego, to nie wyłożyłabym całej kawy na ławę. Czasem czytam w książkach coś w stylu "wieczór był tak ciepły, i tak pogodny, Krystyna czuła się bardzo szczęśliwa. Ten wyjazd to był wspaniały pomysł, uznała. Gdyby wiedziała, że nie upłynie jeszcze doba, a będzie stała przerażona nad stygnącym ciałem swego ukochanego męża..." ;)
                  • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 23:04
                    pi.asia napisała:
                    >Umieściłam je jako nawiązanie do
                    >sceny w McDusi, gdy Gaba wraca do
                    >domu po pożegnaniu z Januszem i
                    >wreszcie czuje się radosna i
                    >spokojna.

                    A ja byłam pewna, że masz na myśli ich spontaniczny wypad sam na sam w CZ (byłaby wtedy podwójna ironia losu, że Fryc po raz kolejny okazał się FryCKNUKiem)
                    • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 24.11.22, 00:28
                      tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

                      >
                      > A ja byłam pewna, że masz na myśli ich spontaniczny wypad sam na sam w CZ (była
                      > by wtedy podwójna ironia losu, że Fryc po raz kolejny okazał się FryCKNUKiem)
                      >

                      Muszę się przyznać, że CZ znam wyłącznie z analizy na Armadzie więc absolutnie nie kojarzę jakiegokolwiek wypadu sam na sam. Ostatnią czytaną i zapamiętaną przeze mnie częścią Jeżycjady jest McDusia, a to tam właśnie Pyziak okazał się CKNUK-iem, co, ku memu wielkiemu zdumieniu, sprawiło Gabie ulgę i pozwoliło pogodzić się z własną przeszłością.

                      Zresztą nie tylko ja byłam tym wyznaniem Pyziaka zdumiona. Roztrząsaliśmy to w wątku nie kochałem cię - to dobra wiadomość?!

                      (WdO i Feblik przeczytałam raz i nie zmusiłam się do ponownego czytania.)
              • ako17 Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 16:50
                Wow.... :D Jakie to piękne! :)
    • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 17:12
      A mówiłam, że to będzie super! Mówiłam i miałam rację!

      Podoba mi się twoja interpretacja sałaciej psychiki, a wegetarianizm jako strategia maskująca to ciekawy pomysł.

      Wzruszyły mnie wspomnienia wspólnego śpiewania w aucie z Włodkiem. W ogóle podoba mi się, że ich romans został przedstawiony w taki czuły i "niewinny" sposób. Jest od groma fanfików, gdzie miłość bohaterów (zwłaszcza gdy są LGBT) jest przedstawiona jako bolcowanko od pierwszego wejrzenia i właściwie nic więcej, a tutaj są przede wszystkim emocje, bliskość, wspólne spędzanie czasu. Dlatego ją "kupuję".

      Ciekawy jest też związek z Fryderykiem - widać, że to on trzyma w nim stery, a Grzegorz mu się poddaje, co jest niezwykłe, biorąc pod wagę o ile Fryc jest od niego młodszy. Zastanawia mnie dlaczego tak się dzieje...
      • sulika Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 22:16
        tajna_kryjowka_pyziaka napisała:
        > Wzruszyły mnie wspomnienia wspólnego śpiewania w aucie z Włodkiem. W ogóle podo
        > ba mi się, że ich romans został przedstawiony w taki czuły i "niewinny" sposób.
        > Jest od groma fanfików, gdzie miłość bohaterów (zwłaszcza gdy są LGBT) jest pr
        > zedstawiona jako bolcowanko od pierwszego wejrzenia i właściwie nic więcej, a t
        > utaj są przede wszystkim emocje, bliskość, wspólne spędzanie czasu. Dlatego ją
        > "kupuję".
        O tak, tu się zgadzam.

        > Ciekawy jest też związek z Fryderykiem - widać, że to on trzyma w nim stery, a
        > Grzegorz mu się poddaje, co jest niezwykłe, biorąc pod wagę o ile Fryc jest od
        > niego młodszy. Zastanawia mnie dlaczego tak się dzieje...
        >

        Bo Fryderyk to człowiek konkretny, nie zoszacy sprzeciwu. Grześ to człowiek wrażliwy i delikatny, do tego nieakceptujacy siebie, targany wyrzutami sumienia.
        • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 22:36
          sulika napisała:
          >Bo Fryderyk to człowiek konkretny, nie
          >zoszacy sprzeciwu. Grześ to człowiek
          >wrażliwy i delikatny, do tego nieakceptujacy
          >siebie, targany wyrzutami sumienia.

          I nawet doświadczenie życiowe (plus minus 50-letnie) nie daje mu żadnej przewagi?
          Przecież Fryc to przy nim nieopierzony gówniarz (w toku fabuły widzimy go od 16-go do 22-go roku życia). Jakkolwiek mocny w gębie i cwany by nie był, pewnych rzeczy po prostu nie może jeszcze wiedzieć/umieć. Więc bardzo trudno mi uwierzyć, że byłby w stanie aż tak zdominować prawie trzykrotnie starszego faceta, nawet straumatyzowanego, zakompleksionego Grzegorza.
          • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 00:07
            tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

            > sulika napisała:
            > >Bo Fryderyk to człowiek konkretny, nie
            > >zoszacy sprzeciwu. Grześ to człowiek
            > >wrażliwy i delikatny, do tego nieakceptujacy
            > >siebie, targany wyrzutami sumienia.
            >
            > I nawet doświadczenie życiowe (plus minus 50-letnie) nie daje mu żadnej przewag
            > i?
            > Przecież Fryc to przy nim nieopierzony gówniarz (w toku fabuły widzimy go od 16
            > -go do 22-go roku życia). Jakkolwiek mocny w gębie i cwany by nie był, pewnych
            > rzeczy po prostu nie może jeszcze wiedzieć/umieć. Więc bardzo trudno mi uwierzy
            > ć, że byłby w stanie aż tak zdominować prawie trzykrotnie starszego faceta, naw
            > et straumatyzowanego, zakompleksionego Grzegorza.

            Będę bronić mojej wizji :)
            Po pierwsze - fabuła niekoniecznie przedstawia Fryderyka mającego 16 lat. Tyle miał, gdy zaręczył się z Różą. A właściwie to Róża tyle miała. Być może Fryderyk był od niej starszy o tyle, że - będąc już w innym roczniku - załapał się na bycie w tej samej klasie co ona. Taką sytuację znam z autopsji - w liceum miałam w klasie kolegów z dwóch różnych roczników. Można więc założyć, że w chwili zaręczyn on miał de facto lat 17, a u Borejków widzimy go nie bezpośrednio po zaręczynach, tylko dużo później. Musiało zresztą minąć trochę czasu, skoro wiadomo, że już dość długo trzyma "narzeczoną" z dala od swej rodziny.

            Po drugie - Fryderyk potrafił rozgrywać ludzi w dowolny sposób. Wymanewrował Lelujków po mistrzowsku. Samą Różę tak zmanipulował, że bez sekundy namysłu poszła z nim na wagary, nie zauważając że postawił ją przed faktem dokonanym i że jej zdaniem kompletnie się nie liczy.

            Po trzecie - i chyba najważniejsze - to, że Grześ miał prawie 50 lat, dawało Fryderykowi przewagę. W takich związkach człowiek mocno starszy często całkowicie poddaje się młodemu kochankowi, w obawie by nie stracić ostatniej szansy na odrobinę szczęścia. A Grzegorz nigdy nikomu nie umiał się skutecznie "postawić". W dodatku lata spędzone w Borejklanie nauczyły go patologicznej wręcz uległości. Vide sytuacja z Bernardem czy książka dawana własnemu dziecku w tajemnicy przed teściem.
            • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 07:45
              pi.asia napisała:
              >Będę bronić mojej wizji :)

              Wizja obroniona😉
              Przypomniałam sobie, że mowa o tym Grzegorzu Strybie
    • przymrozki Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 18:46
      Doskonałe! Wreszcie wszystko wyjaśnione w przekonywający sposób!
      • przymrozki Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 18:47
        PS nawet to, czemu Grzegorz tak dziwnie reaguje na to, że Karolek jest podobny do Fryderyka.
    • jakgdyby.nigdynic Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 20:02
      Pi-asia jest milion razy lepsza niż matka w Środzie.
      • jakgdyby.nigdynic Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 20:03
        *pi.asia, przepraszam
      • bupu Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 22:21
        jakgdyby.nigdynic napisała:

        > Pi-asia jest milion razy lepsza niż matka w Środzie.

        Pi-asia jest leprza i gróprza od Robin Hóda!
        • pi.asia Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 23:42
          bupu napisała:

          > jakgdyby.nigdynic napisała:
          >
          > > Pi-asia jest milion razy lepsza niż matka w Środzie.
          >
          > Pi-asia jest leprza i gróprza od Robin Hóda!
          >
          >
          PADŁAM!!!! Wisisz mi czyszczenie ekranu ;)
    • druza.11 Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 22.11.22, 20:22
      Zamarłam.
      Takie to boleśnie ludzko prawdziwe.
      Czy mogło być inaczej? Czy można komuś przypisać winę, podłość, bezmyślność? I czy znalezienie tego kogoś cokolwiek zmieni? Ķto mógł przerwać ten ciąg może nie tyle zmarnowanych ile niespełnionych, niepełnych żyć? Ile da się naprawić, wyprostować?
      Smętnie mi się zrobiło.
    • julian_arden Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 23.11.22, 19:58
      Jak zwykle współczuję Róży. Zawsze miałem cug do takich zakochanych niemot.
    • sulika Re: Prawdziwe życie Grzegorza Stryby 24.11.22, 13:57
      Strasznie smutne. Alle przez tp pasuje do opisow Grzegorza popelnianych przez autorke. Grzendron, jesli juz wystepuje to smęci jak poranna mgła.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka